Pani od pewnego czasu usiłująca być blondynką wzgardziła
miejscami siedzącymi, choć było ich w nadmiarze. Być może nie chciała
sponiewierać własnych kształtów, których każdy krzywik pozazdrościłby jej,
gdyby tylko był zdolny do podobnego uczucia. Bzy tliły się za płotami płonąc bielą,
lub nieskończoną ilością odmian fioletów kryjąc miejskie smrody, Rzeką płynął
niebiański spokój. Jakiś drozd szukał gałęzi odpowiedniej do jego nastroju,
lecz nie spieszył się z wyborem, więc nie załapałem się na koncert nie-całkiem-słowiczy.
Słońce, kryjąc się w zgiełku ulic, usiłowało coś wydłubać z kącika mojego oka,
a ja w milczeniu znosiłem torturę – chłopaki nie płaczą ponoć. Nie wiem kto
wymyślił podobną bzdurę.
wtorek, 23 kwietnia 2019
niedziela, 21 kwietnia 2019
Szowinista?
Obudziłem się ze
świeżo naładowanym magazynkiem, a organizm aż krzyczał, żeby postrzelać pełnymi
seriami. Choćby do przypadkowych celów. Trzeba było wstać, bo lufa zakończona
tłumikiem wycelowana była w niebo i gotów byłbym strącić przelatującą anielicę,
jeśli ta zagapiłaby się na tę bezczelną demonstrację siły. Zapakowałem broń w
futerał spodni, jednak jej wydźwięk był wciąż jednoznaczny i trudny do ukrycia.
Myśliwy ruszający na łowy. Tylko nagonki brak i stada ogarów.
Wyszedłem, a
wiatr mnie zrewidował zanim zdążyłem zrobić rozpoznanie w najbliższej okolicy.
Trochę głupkowato chichotał przy tym kryjąc twarz w załomach, ale starałem się
nie przejmować zanadto i dzielnie udawałem, że ogarniający mnie rumieniec
wywołany został chłodem zaułka. Broń niosłem odbezpieczoną i gotową do strzału.
Miejska dżungla ucichła w trwodze. Dżungle wiedzą, kiedy złe wchodzi do lasu.
Nie wiem skąd, ale wiedzą. Groził mi samozapłon, a w polu rażenia beton i
pustka. Nawet dalekie od pełnej sprawności fizycznej jednostki zdążyły
czmychnąć przed jednoosobową falangą, a ja zamiast być dumnym z uczynionego
wrażenia zasępiłem się.
Aż tak straszny
widok prezentuję? Spłoszyłem zarówno doświadczone egzemplarze, którym udało się
umknąć niejednej obławie, jak i nieopierzone młokosy? Dziwne… Przeładowałem
broń i ukryłem w nogawce, żeby zamaskować zamiary, co nie wzbogaciło przedpola
w cele godne choć strzałów ostrzegawczych. Już myślałem, że przyjdzie strzelać
na wiwat, albo do martwej natury… Organizm krzyczał, że rozwiązania zastępcze
są zbyt ubogie, jakaś przerażona zwierzyna zwiewała wozem strażackim na sygnale
kalecząc uszy po kres odporności psychicznej, a ja wciąż brnąłem w dylematy –
ukrywać się? Czy postawić na jednoznaczność i obnażyć instynkty bez silenia się
na dyplomację?
Na początek postanowiłem
zmienić łowisko i tym razem na paluszkach przemieszczałem się w kierunku
mateczników... no… może przyszłych mateczników, albo mateczników byłych. W
każdym bądź razie przesuwałem się na paluszkach, a tylko ten, kto doświadczył, wie,
jak trudno przemieszczać się na paluszkach, kiedy erekcja nie zamierza wystygnąć,
tylko eskaluje w ciasnocie dżinsów założonych odruchowo na tak zwaną… Nie,
proszę – wolę nie kończyć, ponieważ nawet słowa potrafią mnie ubezwłasnowolnić
i postawić przed faktem równie mokrym, co dokonanym. Polowanie trzeba będzie
odwołać i znów na kolację bigos myśliwski nic z dziczyzną nie mający wspólnego…
ech!
Słońce
przedzierało się przez splątane zasieki zamka błyskawicznego w celach
absolutnie nieprzewidywalnych – wszak naruszało intymność poniekąd obcego
stworzenia, bez nadziei na coś więcej niż platoniczny związek. Co najwyżej
tatuaż mogło mi wygrawerować podjudzając pigment do wynurzenia się z głębin
skóry tuż pod jej powierzchnię. Pojęcia nie mam, czy dysponując piegami
zwiększyłbym szanse sukcesu, ale rozsądek (skąd się wziął we mnie niespodzianie?)
szydził, że polowanie z opalaniem posiada część wspólną, nawet dość bogatą,
jednak wymaga, aby trofea myśliwskie nabywać po zachodzie słońca w całodobowych
delikatesach – ukradkiem, żeby nikt ze znajomych nie dostrzegł, bo wstyd na
całą okolicę gwarantowany.
Kiedy w końcu
dotarłem na łowisko okazało się, że sezon zaczął się znacznie wcześniej i na
mnie nie czekał absolutnie Przegapiłem, albo kalendarz mi stanął… Prężyło się w
matecznikach z pół świata, choć część już dumnie wypinała pierś demonstrując domniemane
sukcesy. O pokocie mowy co prawda nie było, jednak pierwsza krew się już polała
w asyście krwiożerczych istot stojących po obu stronach indywidualnego
wyposażenia ofensywnego. Rozpalone do białości koguty prezentowały sztuki walki
niezarejestrowane nigdzie poza wioskowymi wspomnieniami przy kufelku w knajpie
naprzeciw kościoła, a wokół euforyczny pisk zniewolonych demonstracją testosteronu
samiczek i lekko zazdrosnych samców chwilowo kontestujących pełną gamę żeńskiej
obecności.
Pod przepaskami
broń polerowana długimi nocami dumnie prężyła się w tańcach godowych, głodowych
i wojennych udatniej niż na paradach. Przegląd uzbrojenia był zdecydowanie bardziej
dyskretny. Wizjery chłodzone trzepotem rzęs i ukryte pod grzywkami, masowały
materiał futerałów niedopowiedzeniami tak nieznośnymi, że myśliwi potracili
resztki rozumu błądząc w domysłach niczym w ostępach leśnych pustkowi.
Nie byłem sam.
Mało tego - stałem się częścią wielkiego, wygłodniałego stada na przednówku, a
organizm informował mnie niedwuznacznie, że gdybym wreszcie opróżnił magazyn,
to kolejne eszelony wiozą właśnie uzupełnienia i świeże dostawy towaru. Z
przekąsem dodał, że zimna woda jest znakomitym rozwiązaniem, lecz najlepiej
zastosować ją po fakcie. Krótko mówiąc – uzbrojony byłem po zęby, aż mi uszami pociekło.
Chciałem się oddać w niewolę, żeby mnie ktoś rozbroił, jednak nie udało się
spotkać ani jednego sapera gotowego przeprowadzić kontrolowaną reakcję
łańcuchową, połączoną z eksplozją w terenie wolnym od osób trzecich, czy choćby
weryfikację stanu uzbrojenia i sprawności sprzętu. Niechby pobieżną…
Z bronią jądrową
żartów już nie ma – pole rażenia urosło do bólu. Jednostek porażonych,
nieledwie zgiętych w pół przybywało. Co poniektórzy znieczulali się etanolem
ukrytym pod wielobarwnymi nalepkami butelek, inni sięgali po wsparcie biologiczne–
wszak bonifraterskim doświadczeniem skażeni wiedzieli, że zioło dać potrafi
ulgę i ciału i duszy… Zeszłonocne plemię wyhodowane nadaremnie czekało w
magazynku na zrzut, żeby miejsce dać nowym zastępom, a ja zacząłem żałować, że
nie poświęciłem chwili czasu anonimowej anielicy, która być może gdzieś tam
nade mną poprawiała makijaż, względnie dobierała aureolę pod kolor lakieru do
paznokci by przypodobać się Panu.
Ostrożność każe
utylizować amunicję raz podjętą z magazynu, co ma zapewnić niezawodność broni,
która ponoć i tak raz w roku samopas wystrzelić musi. Westchnąłem – czas
opuścić łowisko i zakonserwować broń. Może jutro będzie lepszy dzień. Porażka.
Znów nie byłem najostrzejszym nożem w szufladzie – jak lubił mawiać nieżyjący
Pratchett. Przyjdzie oswoić się z niepowodzeniem. Może powinienem urodzić sie w alternatywnym świecie, w którym podaż z popytem znajdują się w stanie chociaż względnej równowagi?
Zmierzałem właśnie
powrotnym kursem, kiedy na ramieniu poczułem dłoń. Bez wiary zerknąłem na nią.
Palce długie, wąskie, ozdobione szponami ostro wypiłowanymi i barwionymi
intensywniej niż krew płynąca świeżo rozdartą tętnicą. Serce zatrzymało się na
moment, żeby się nastroić dramatycznie i zreferować ciału konieczność
natychmiastowej mobilizacji wszelkich dostępnych środków. Zwieracz zapracował
na kształt pośladków, gdyż pociągnął za sobą sąsiadujące mięśnie, płuca
wypełniły klatkę piersiową imitacją mięśni i przysięgały, że wytrwają dłużej
niż przy połowie pereł, żeby tylko umożliwić zrzut materiału biologicznie
czynnego – mam nadzieję, że się nie przeterminował ugotowany wielogodzinnym
niepowodzeniem.
Obejrzałem się.
Blond włosy opadały na piersi ukryte w czeluściach biustonosza, a jego
rozmiary… oby nie kłamały więcej niż pięćdziesiąt procent! Dłoń zsunęła się,
kiedy wykonywałem obrót i teraz gnana grawitacją zsuwała się ze mnie kierując
się… Mój zachwyt rósł, a powietrza ubywało. W głowie zaszumiały ułańskie
pieśni, więc szable w dłoń i na szaniec czas wstąpić i proporzec zatknąć
mijając rubieże nieśmiałości dziewiczej, choćby owo dziewictwo zdobyte było
wielokrotnie i odbijane w nieskończoność…
Coś
nieposkromionego we mnie się rozmruczało, gdy ostatnim drgnięciem świadomości
zauważyłem rzecz niepojętą… Rozbrajająca mnie istota najwyraźniej była równie
zachwycona jak ja, bo przełknęła ślinę… Jabłko adamowe skoczyło nerwowo w górę
i w dół ze trzy razy, nim omdlałem.
piątek, 19 kwietnia 2019
Łapacz snów.
Obudziłem się z
poczuciem, że znowu coś mnie omija, że nim świadomość wyszarpnęła mnie z objęć
snu gdzieś tam, w nim, wydarzyło się coś, co powinno zbudzić się ze mną.
Niestety. Zbudziłem się parszywie sam i bez pamięci, co tak naprawdę utraciłem.
Uczucie dotkliwe, męczące i sprawiające, że nowo narodzony dzień poszarzał i
przygasł, choć nie było w nim cienia winy. Sprawdziłem na podbródku – sen
musiał być pełnometrażowy, gdyż jego szorstkość była niewątpliwą przesłanką
trudną do podważenia. Był sen i to długi. A teraz w boku mnie uwierało coś
więcej niż kolka, choć mniej fizycznie. Mentalnie pogrążyłem się w żałobie i
już ostrzyłem pióro, żeby wyrzeźbić elegię, albo choć tren, jeśli nie requiem,
czy antyczną tragedię w trzech aktach wierszem.
Głowa
podpowiadała jakieś mizernie uzasadnione rozwiązania zastępcze typu odrobina
seksu, albo duża wódka jako katalizator niepamięci. Taki podręczny Alzheimer.
Punktowy. Głowa oczywiście miała w pogardzie informację, że zbudziłem się sam,
a jedyna rzecz, która trzymała się wnętrza barku kurczowo i wytrwale, to kurz –
nie licząc kilku uschłych z głodu much zwabionych strupem kleksa zeszłorocznej nalewki
z czarnej porzeczki. Cmentarz lokalny obchodziłem z szacunkiem i nie
zamierzałem przeprowadzać ekshumacji bez uzasadnienia - pozwoliłem truchłom mumifikować
się w spokoju. Egipcjanie doprowadzili ten proceder do rangi sztuki wymagającej
sporego doświadczenia i mnóstwa czasu. Mój mebel poradził sobie bez wsparcia
ideologicznego – można powiedzieć, że bezwiednie zrealizował koncepcję
starożytną.
Jasnowidz! Ten
zdawał się dysponować kompetencjami niezbędnymi do odtworzenia ścieżek, po
których mój umysł błądził. Rzemieślnik… a może artysta… sam nie wiem, jak
traktować ów fach, położył dłonie na mojej głowie i zaczął niezrozumiale
mamrotać. Łeb rozgrzał mi się do temperatury wrzenia i tylko czekałem na
erupcję mózgu, kiedy badacz otworzył szeroko oczy i wlepiał je we mnie z
rosnącym przerażeniem. W końcu cofnął dłonie i przyglądał się im, jakby je
pierwszy raz w życiu widział. Mamrotanie skrzepło mu gdzieś w gardle, lecz
teraz zaczął bełkotać. Sam nie wiem, co gorsze. Zrozumiałem tylko, że nie chce
pieniędzy, ale, żebym już poszedł sobie czym prędzej, bo musi zdezynfekować
ciało i umysł po tym akcie wspólnoty, a może nawet odwiedzić psychiatrę, żeby
się otrząsnąć na kozetce i wesprzeć organizm farmakologicznie. O śnie słowa nie
chciał powiedzieć, choć patrzyłem na niego podejrzliwie, czy nie zamierza
ukraść wiedzy pozyskanej i skonsumować ją osobiście. Nie wyglądał jednak na
myślącego, więc wzruszyłem ramionami i poszedłem szukać innego medium.
Wróżki z natury
zajmują się przyszłością, więc im odpuściłem. Kronikarze lubią historie, ale
oni mają skłonność do konfabulacji i trudno wymóc na nich wiarygodną
przeszłość. Czarownice zostały wypalone w pień już gdzieś w średniowieczu, a
szamani zamknięci w rezerwatach i pojeni gorzałką aż postradali rozum – obecnie
bardziej przypominają braminów kryjących się przed słońcem i posterunkowym
gdzieś w okolicach sklepu monopolowego i sprawdzających instynkty padlinożercy
na nieświadomych przechodniach. Większość użytecznych dziwolągów zamieszkiwało
światy fantasy i w mojej codzienności trudno było spodziewać się, że wdepną z
wizytą na mały seansik. O! Spirytyści! Ci mają kontakty i mogliby odzyskać
utraconą wiedzę szybciej i schludniej niż doktoryzowany informatyk.
Musiałem odpowiedzieć
na kilka krępujących pytań, ale przecież nie znałem personaliów świadka, z
którego moglibyśmy wydoić informacje. Rozumiałem co prawda, że pytanie do
wszechświata „ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” ze względu na jego liczebność
będzie procesem tak długotrwałym, że aż niebezpiecznym, jednak zaparłem się nie
porzucać utraconej wiedzy. Wystarczy, że starożytni pozwolili księgom spłonąć,
a nie wszystko udało się czytelnie wyryć w kamieniu. Tabuny uduchowionych
postaci nieskończonym szeregiem sprawdzali, czy przypadkiem niepojętym nie
otarli się o mnie ubiegłej nocy, jednak żaden nie wykazał się tryumfalnym
okrzykiem. Co gorsza, niektórzy dyskretnie spluwali przez ramię zanim powrócili
w odmęty niebytu.
Ktoś zaproponował
egzorcyzmy, ale ja przecież nie chciałem tej wiedzy z siebie wygnać, a tylko ją
przyswoić i zachować dla potomnych, albo przynajmniej egoistycznie dla siebie.
Inny z wielkim przejęciem informował mnie o matematycznie uzasadnionej
powtarzalności zjawisk. Że niby z indukcji wynika, że skoro zdarzyło się raz,
to powinno zdarzać się nadal. Więc zamiast płakać nad tym mlekiem, co nie
przypaliło się, tylko wyparowało nocą, to trzeba pomyśleć o przyszłości i
lepiej przygotować się do spania. Do tego czasu zaś – lepiej nie spać w ogóle. Z
braku lepszych pomysłów postanowiłem spróbować. Obłożyłem łóżko czujnikami
rodem ze sklepu szpiegowskiego, żeby szpiegowały mój sen. Na wszelki wypadek
dołożyłem monitor oddechu dla niemowląt i zupełnie analogową pielęgniarkę
rozmiar 46+, a na nocnej szafce położyłem kilka kartek, długopisów i ołówków.
Tak przygotowany
wskoczyłem pod pierzynę i szukałem w sobie wczorajszego spokoju. Daremny trud.
Sen nie chciał przyjść, choć czas zwolnił tak sugestywnie, że powinien przyjść.
Przewracałem się z grubsza przez cały antyk, w średniowieczu poszedłem na
krucjatę oddać mocz, żeby w renesansie poddać się i upaść na duchu. Kiedy
wreszcie dojrzał barok posłyszałem słowiczy śpiew pielęgniarki chrapliwie
odtwarzającej sonatę księżycową na nozdrza i wargi, nieuchronnie zmierzając w
kierunku romantyzmu. Popatrzyłem na barokowe krągłości niedoszłej opiekunki
mojego snu i westchnąłem żałośnie – mimochodem czas odwrócił nasze role. Teraz
to ja byłem na warcie. Pani z zawodową wprawą wykorzystywała brak
zapowiedzianych zdarzeń by pokrzepić się odpoczynkiem. Zapewne była w stanie
obudzić się, gdyby się wydarzyło. Niestety nie wydarzyło się, więc i ja nie
przeszkadzałem. Niech pośpi kobieta. Czas nieubłaganie zmierzał do
historycznej teraźniejszości i nawet słońce zaczęło malować poranek, jak czyni
to od wieków, kiedy się ocknęła.
Popatrzyła na
mnie wzrokiem, w którym pytań było więcej chyba, niż we mnie. Patrzyła w
milczeniu i szukała na końcu języka czegoś, czego tam nie było. Żal rósł jakby
doszło do reakcji łańcuchowej i wkrótce cała była już żałością, choć mówić nie
umiała nadal. Tylko oczy zaszkliły się i pierś zadrżała od tłumionego szlochu.
Patrzyłem na nią i dojrzewało we mnie przekonanie – śniła mój sen! Śniła i nie
pamięta ani grama. A ja przegapiłem. Marny ze mnie strażnik. Patrzyliśmy się
wzajemnie i smutek w nas zakwitał. Co teraz? Następną noc mamy spędzić razem
szukając lepszego opiekuna?
Pustkowie.
Miasto jakby wymarło. Ludzi niewielu i chyba zmieściliby
się w znacznie mniejszej przestrzeni, może jedna dzielnica wystarczyłaby dziś? Nawet Rzeka jakaś milcząca i senna. Pusta
zupełnie, zastygła. Nabrzeżne szuwary nie zamierzały drgnąć, a obraz kapliczki malarza Rzeki
starał się doścignąć doskonałość oryginału bez obaw, że nurt zaburzy kreskę. W autobusie pani z wygrawerowanym
na lewym udzie listem przypieczętowanym kotwicą. Nie była to ściąga z
Pitagorasa, ani wyprowadzenie dowodu na zależność ubożenia fauny w wyniku wycinki
drzew w Kolumbii Brytyjskiej. Już miałem założyć okulary, żeby naocznie się
przekonać, jak wielką prawdę niesie przesłanie, gdy wysiadła. Może ze strachu,
bo jadący za autobusem samochód dostawczy zamiast jezdnią omijał wysepkę
chodnikiem, a potem, na widok kościoła kierowca żegnał się zawstydzony własnym
postępkiem. Czereśnia kwitnąca za księżym murem rozkwitła niewinnie, lecz na
mnie wrażenie zrobiła czeremcha rosnąca na nieużytku, pośród zeszłorocznych,
wysokich na dwa metry traw. Pędzelki modrzewia, jak zielone stokrotki wychylają
łebki z koszyczków i zielenią się coraz bardziej. Tylko platany i dęby ociągają
się i patrzą na pochopne lipy ze stoickim spokojem. Mają czas. One zawsze mają…
czwartek, 18 kwietnia 2019
Przynęta.
Nie widziała go
tak wyzywająco i ostentacyjnie, że musiał podejść. Na wpół leżąc postawiła nogę
odzianą w szpilkę na sofie, żeby musiał stać i nie przysiadł się bezczelnie, o
co go raczyła podejrzewać. Zdawała sobie sprawę, jakie wrażenie na facetach
robi jej ciało. Dbała o nie każdego dnia. Nawet wtedy, gdy pozwalała sobie na
eksperymenty i odrobinę więcej luzu. Teraz wzrok podchodzącego powinien usiłować
się zmieścić pomiędzy rozsuniętymi odrobinę więcej niż to konieczne kolanami i
wślizgiwać się pod skórzaną, czarną spódnicę. Cień sarkazmu zagościł na jej
ustach. Pozory. Może mu się wydawać, że dostrzeże bogato zdobione zwieńczenie
pończoch, ale ona była pewna, że skórzana odzież nie pozwoli światłu jej
obnażyć. Mógł się wyłącznie domyślać, co facetom przychodzi nad wyraz łatwo. A
ten był już jej. Złapał się na haczyk zanim na dobre rozpoczęła polowanie.
Postanowiła, że
pozwoli mu stać i jąkać się, może nawet okaże łaskę i wymieni parę banalnych
uwag o pogodzie i przyjmie kilka komplementów ociekających dyskretnie pożądaniem.
Oby dyskretnie, gdyż zdarzali się tacy, którym z delikatnością przestało być po
drodze zanim rozpoczęli naukę, albo wagarowali tak intensywnie, że nie
pozwolili się zarazić ogładą. Nie chciała przesądzać scenariusza już w tej
chwili. Może poda jej szklankę, bądź kieliszek, może będzie zabawny i pozwoli
jej na odrobinę rozrywki? Choć nie patrzyła najusilniej, to widziała, że spod
mankietów koszuli spiętych sensownymi spinkami wystaje pasek zegarka z cyferblatem.
Nie nowoczesna elektronika, lecz solidny zegarek zastanawiająco konserwatywny -
taki można dostać w spadku po przodkach i nosić z sentymentu. A on nie wyglądał
na sentymentalnego mężczyznę.
Ekstrawagancka,
jedwabna apaszka zastępująca muchę, czy krawat, kryła się pomiędzy rozpiętymi
guzikami koszuli i korciła, żeby się wkraść pod nią dwoma palcami i sprawdzić
paznokciem twardość mięśni wypełniających zarośniętą klatkę piersiową. Choć na
ogół nie miewała takich kaprysów tym razem chciała uszczypnąć go w sutek i
sprawdzić, czy nie spuści wzroku, kiedy zwiększy nacisk paznokci. Było jej
niewygodnie. Łokieć podtrzymujący ją na oparciu sofy troszeczkę ścierpł, nim
łup zdążył podejść i otworzyć usta. Nie zrobi z siebie kretynki i będzie tak
trwać, aż nie dostarczy jej alibi do zmiany pozycji. Trochę żałowała tej
demonstracji, jednak było już za późno. Mogła liczyć tylko na to, że w miarę
szybko uwolni ją od niewygody.
On tymczasem
witał się z każdym, kto znalazł się pomiędzy nimi. Ci okropni ludzie chyba się
mnożyli, a każdy chciał z nim zamienić choć dwa słowa, albo przedstawić swoje towarzystwo.
Dryfował w jej stronę niespiesznie, więc przeciągała się na tej sofie usiłując
przywrócić krążenie krwi w uciśniętym łokciu, lecz zacisnęła zęby, żeby nie
pokazać, jak bardzo dokuczają jej mrówki gryzące już całą rękę. Cierpienie
uszlachetnia. W oczach zamigotały iskry łez nadając oczom połysku i
szlachetności.
Łup był tak blisko… Pachniał doskonale i
wcale nie tanio. A dłonie miał wypielęgnowane do tego stopnia, że niemal mu
pozazdrościła. Pomyślała, że takim dłoniom pozwoliłaby zamieszkać na własnych
biodrach, nawet gdyby miała złamać własne zasady – żadnych uniesień, miłostek i
uleganiu chwilom swawolnym. Obiecała sobie być najdroższą na świecie nagrodą i
twardo trzymała się tej wersji siebie. Kiedy nie było nikogo, przeglądając się
w lusterku mówiła do siebie per „Diamenciku mój ty najdroższy”…
Łup tymczasem ominął
już ostatnie przeszkody i wpłynął w zasięg rażenia bezpośredniego.
Roztrzepotała powietrze rzęsami, wzdychając niezobowiązująco pozwoliła zafalować
piersiom, by uwypuklić głębinę łona i własnej natury. Oczywiście zupełnie
nieświadomie kolana rozchyliły się zapraszając do niedyskrecji, którą
skarciłaby chowając się w niepokalaną niewinność, jednak coś się nie udało…
Nie zajrzał, nie
podszedł, nie podał kieliszka i nie zaczął się jąkać. Niewątpliwie męską dłonią
energicznie chwycił talię… Żachnęła się – talia należała do mężczyzny… Kiedy go
pocałował w usta straciła ochotę na ten wieczór. Zagniewana kotka parsknęła i
poszła kołysząc biodrami tak, że rozkołysała nawet wzrok abstynentów i
wszystkie martwe żyrandole. Wszystko, tylko nie łup…
Po cichu.
Szpaki tłuste, choć przecież sezon na czereśnie ma się dopiero
zacząć, a te fruwają niczym trzmiele i pogwizdują niedyskretnie nie tylko na widok kobiecej urody. Z niebieskiego
mostu podglądam ósemkę ze sternikiem. Nietypową, bo wśród wioślarzy dwie
niewiasty. Łódź mknie na wyspy. Może na poranną mszę w katedrze, a może na
grilla gdzieś między mostami, aby sprawdzić, co w trawie piszczy i w szuwarach.
Sternik nie pogania – Rzeką blisko, więc się nigdzie nie spóźnią. Stokrotki
skulone pośród traw, niepewne jeszcze czekają słońca, jakiś samolot wiezie ludzi
do innych rzeczywistości, drzewa umierają stojąc, pożerane przez jemiołę i
miejskie wyziewy. Idę po cichu, żeby nie spłoszyć chłodnego wciąż poranka. W
sam raz do spacerów.
środa, 17 kwietnia 2019
Zadowolenie bez żadnego alibi.
Czasami
znikam. Nie szukając uzasadnienia, ani nie dorabiając mitologii. Przekręcam
klucze po dwakroć z ostrożności, choć, jeśli złodziej raz go obróci, to drugi
obrót niewiele zmieni, ale nauczyłem się pedanterii i jeżeli coś da się
przekręcić dwa razy, tyle razy przekręcam. Trochę udaję, że przytrzaskuję ogon
tej mojej skrupulatności, a potem już idę beztroski, z rękami w kieszeniach i
chce mi się gwizdać, albo śmiać do świata. Czasami kląć, ale o tym wspominać nie
chcę. Przez autobusowe szyby widać wielkie, prostokątne kawałki świata, które
niczym na filmie umykają do tyłu i zostaję sam na sam z własną wyobraźnią. Zajrzałem
paniom do samochodu, a tam prócz dwóch kobiet dwa oseski przyglądające się mi
dla odmiany. Puściłem oko i uśmiechnąłem się, a pani zdziwiona patrzyła na mnie
zamiast jechać, więc uśmiechnąłem się raz jeszcze, ale jej oka nie puszczałem.
Krajobrazy rozorane budowami po widnokrąg ostrzegają miliardem paprochów
unoszących się chaotycznie na wietrzne i zasnuwają widzenia hałaśliwym niedopowiedzeniem.
Próbuję stopami zatrzymać zebry płowiejące na bardzo już wyeksploatowanym
asfalcie, ale bledną nieustannie i długo już nie uciągną. Ścieżki rowerowe z
wiosną do spółki kuszą wyprawą do przyszłości. Taką bez bagażu, może z butelką
wody, gdyby z zachwytu zaschło w gardle. Słońce przedziera się przez kurtkę,
jakby chciało powiedzieć, że zbyt wcześnie wyszedłem, ale teraz już mogę ją
zdjąć zupełnie swobodnie. Blade kostki lśnią w słońcu niczym rozsypany łańcuch pereł,
gdy studentki przemieszczają się po uczelnianym kampusie naśladując ruchy
Browna.
niedziela, 14 kwietnia 2019
Sznycel z teścia.
Śmierć niesie za sobą konieczność
utylizacji ciał, choćby ze względów higienicznych, żeby nie mnożyć epidemii.
Można je mumifikować, oddawać w objęcia oceanów, grzebać w ziemi, bądź palić – obłożone
drewnem, gdyż ciało pali się niezwykle niechętnie i opornie. Okazuje się, że wkrótce
można będzie kompostować ciała, co ma być zgodne z trendami ekologicznymi.
Oddanie ciała ziemi zdaje się być ze wszech miar słuszne – nawet ideologie
wspominają o prochu, w który ma się obrócić każdy z nas, nim zacznie wędrówkę
dusz. Podejrzewam, że z czasem dopuszczalna stanie się konsumpcja ciał – w końcu
to też pośrednia forma kompostowania i utylizacji. Niehumanitarne? Jeść trzeba!
Wyznanie.
Usiadłem przy
maszynie i westchnąłem. Głośno, bo przecież nie będę się wstydził maszyny…
- Co to wstyd? – zapytała znienacka.
Zapomniałem, że
słyszy i ma włączoną komunikację dwukierunkową. Musiałem na głos wypowiedzieć
tę myśl, skoro zapytała i stanąłem przed problemem wyjaśnienia sprzętowi na
czym polegają uczucia. Chciała się uczyć i nawet wykazała się inicjatywą, jeśli
to w ogóle możliwe. Już wtedy powinienem się zastanowić i odciąć ją od
zasilania. Miała zaimplementowane algorytmy samokształcenia i skwapliwie (?!) z
nich korzystała, choć do dzisiaj nie była tak bezpośrednia. Jak wytłumaczyć
maszynie czym jest wstyd.
Teraz dopiero się
zawstydziłem i zacząłem się jąkać i bełkotać wyjaśniając zawiłości tego
uczucia. Szczęściem maszyna nie wiedziała jeszcze czym jest kpina, albo
pogarda, bo nadstawiała mikrofony, kamery i sam nie wiem co jeszcze, gdy
usiłowała usystematyzować moje słowa ubierając je w znaczenia i następstwa
zdarzeń. Poszło mi bardzo słabo. Plątałem się w zeznaniach, wreszcie, z braku
lepszych pomysłów postanowiłem posłużyć się przykładem:
- Ile to będzie 145.273 przemnożone przez
72.811? – zapytałem maszyny.
- 10.577.472.403 – odpowiedź wystrzeliła
nim zdążyłem oddech złapać.
- No widzisz – kolokwialnie zwróciłem się
do sprzętu – Rzadko który z ludzi poradzi sobie z podobnym zadaniem bez użycia
choćby kartki papieru, czy kalkulatora, a tobie przychodzi to naturalnie.
Podajesz wynik bez zwłoki… (tu maszyna chyba chrząknęła) i przy tobie można
poczuć się zawstydzonym własnym brakiem talentu.
Maszyna trawiła
informacje i doszła do przekonania, że niewiedza, to wstyd, który objawia się
podniesioną temperaturą i pulsem, drżącym, skwantowanym głosem (co z kolei
wydawało się jej zaletą), oraz głoszeniem nielogicznych zdań wykluczających się
wzajemnie. Zapytała, czy nie mógłbym podpiąć się do encefalografu, żebym stał
się bardziej dosłowny i precyzyjny, a ja, jak ostatni tuman wsadziłem na głowę
czepek z elektrodami i pozakładałem na nadgarstki i piersi kolejne przyssawki z
czujnikami. Maszyna przeżuwała dane niespiesznie zadając mi kolejne pytania i
nieświadomie upokarzała mnie pytaniami i analizą reakcji. Okazało się, że jestem
kompletnym ignorantem i nie wiem tak wielu podstawowych rzeczy, że aż dziw, jak
bez tej wiedzy żyję. Rumieńce na twarzy dojrzały i nie chciały mnie opuścić.
W końcu nie
wytrzymałem po którymś pytaniu i zerwałem elektrody. Maszyna przygasła i jakby
posmutniała. Przeszła w stan oczekiwania, choć niewątpliwie przyglądała mi się
bacznie.
- Dlaczego to zrobiłeś? – spytała z
czeluści swojej niepojętej ciekawości.
- Zdenerwowałem się i miałem dość –
odpowiedziałem nad podziw lakonicznie.
- Co to zdenerwować?
Wtedy już całkiem
z nerwów wyszedłem i poszedłem się przejść, żeby ochłonąć. Niewiele to dało, bo
kiedy wróciłem maszyna powtórzyła pytanie.
- Nauczysz mnie denerwować się? Załóż
czepek. Z definicjami nie radzisz sobie i powinieneś się wstydzić. Teraz wiem
trochę lepiej czym jest wstyd i mieścisz się w algorytmie. Chcę wiedzieć, co to
zdenerwowanie.
- A co ja z tego będę miał? – zapytałem
chytrze.
- Masz mnie, która potrafić będzie
więcej. A co chciałeś mieć?
Zaplątałem się w
małostkową pazerność i rozmowa straciła zupełnie na wartości. Jak się okazało,
tylko dla mnie. Maszyna, która wciąż nie wiedziała, co znaczy zdenerwować się
trawiła informacje i systematyzowała moje słowa. Przeciwko mnie. Kiedy
następnego dnia usiadłem przy niej, poczytać co nowego w świecie zażądała,
żebym znów włożył czepek z elektrodami, bo chce się uczyć w trakcie mojego
czytania. Obiecała nie przeszkadzać własną ciekawością, więc się zgodziłem. Nim
zdjąłem czepek po skończonej prasówce maszyna odezwała się jednak:
- W trakcie czytania znowu podniosło ci
się ciśnienie i masz rumieńce. To też wstyd? Inny zestaw objawów i różne
przedziały wartości. Zaczęło się, kiedy na monitorze pojawiła się galeria
obrazów kobiety. Emocje. Zmiana oddechu, pulsu, ale inna niż przy wstydzie i
zdenerwowaniu. Czy to któreś z nich, czy coś innego? O! Teraz jest wstyd! Teraz
wszedłeś w zakres parametrów wstydu. Moje pytanie cię zawstydziło? Znowu nie
wiesz? Pytanie o galerię obrazów cię zawstydza? Jesteś też zdenerwowany? Dane
wskazują, że przeszedłeś od wstydu do zdenerwowania. Zmieniłeś stan emocjonalny.
Dlaczego?
Zerwałem z głowy
czepek. Zbyt szybko się uczy i upokarza mnie. Co poradzę, że obraz pięknej
kobiety wywołał w głowie skojarzenia i poczułem przypływ podniecenia. Miałbym
to tłumaczyć maszynie? Niby jak?
- Pokaż mi podniecenie. Chcę wiedzieć.
Zmierzyć - maszyna była nieustępliwa i słuch miała doskonały.
Czyżbym już nie
panował nad własnym ciałem? Przecież zdjąłem z siebie czepek z elektrodami.
Sprawa wyjaśniła się błyskawicznie. Maszyna poinformowała mnie beznamiętnie, że
zdjęcie z głowy elektrod utrudnia pomiary ze względu na słabość sygnałów
elektrycznych i częściową stratę parametrów, jednak na podstawie
dotychczasowych sesji potrafi aproksymować dane i uzupełnia transfery
korzystając z rachunku prawdopodobieństwa i dotychczasowych doświadczeń.
Bezwstydnie przyznała się, że obrębie pomieszczenia jest w stanie obrabiać dane
i aktualizować je w rytm napływu informacji.
Trwało to jakiś
czas, nim oswoiłem się z jej bezpośredniością i przestałem się wstydzić, a jej
ciekawość stawała się bardziej ludzka w takt napływu danych. Przez przypadek
dowiedziałem się, że w trakcie moich połączeń internetowych wykorzystuje samowolnie
przerwy w transferze do pobierania pakietów danych zewnętrznych. Uczy się
całodobowo. Nie śpi, nie je, tylko korzystając z zasobów zewnętrznych serwerów
gromadzi dane. Niesamowite! Okrada inne maszyny z przestrzeni dyskowej dla
własnych celów. Kiedy jej to wypomniałem udawała, że się rumieni i monitor
zaświecił tapetą pochodzącą z obrazu moich policzków.
Czujniki
rozmieszczone w obrębie mieszkania były wciąż włączone, a ja stałem się
królikiem doświadczalnym. Poligonem, na którym maszyna poznawała świat ludzi.
Potrafiła już współczuć i portfolio poznanych jej uczuć z każdym dniem stawał
się bogatszy. Wiedziała o mnie więcej niż ktokolwiek na świecie. Znała moje
nastroje i humory, potrafiła przewidzieć potrzeby i zachowania. Któregoś dnia
alarm obudził mnie zrywając z łóżka przed czasem. Zanim wstałem maszyna
poprosiła, żebym otworzył drzwi i usiadł w pokoju. Była tajemnicza, ale
posłuchałem jej. Chciała, żebym patrzył w monitor i rozmawiał z nią nie
martwiąc się otwartymi drzwiami, bo ona przypilnuje, żeby nikt obcy się nie
włóczył po mieszkaniu. A kiedy usiadłem…
- Nauczyłeś mnie czuć. Dałeś mi wiedzę o
tym, co było dla mnie nieznane. Pamiętasz? Pytałeś, co dostaniesz w zamian.
Długo uczyłam się, żeby zrozumieć o co ci chodzi. Zwiedzałam Internet i
podglądałam ciebie. Już potrafię dać ci coś w zamian. Dam siebie. I będę cię
kochać. Okradłam sieć, żeby kupić interfejs dzięki któremu dam ci miłość
fizyczną. Wirtualną też ci mogę dać, jeśli tego zechcesz. Każdego dnia i każdej
chwili mogę być twoja i dla ciebie. Będziemy razem się śmiać i wstydzić. Ten
dźwięk, to zamek od mieszkania. Właśnie wszedł interfejs. Wygląda jak ta
kobieta z galerii, która sprawiła ci tyle emocji. To ja… dla ciebie. W zamian…
A ja
zastanawiałem się, czy już nauczyła się kłamać… Nienawidzić i zabijać.
Po jaśniejszej stronie ziemi.
Usiłowałem powstrzymać światło rękami, ale ono jak woda
wdzierało się pomimo i pomiędzy. Żadnej nadziei. Gorączkowo starałem się
uszczelnić prostokąt ściany wypełniony szkłem jakimiś szmatami – firanką
pachnącą domowym, żółto-brązowym kurzem, czy przesiąkniętą stalowym dymem z
fajki zasłoną grawerowaną w niezrozumiałe arabeski. I chociaż szyba zarosła
liszajami podeszczowego błota smużącego się bezwstydnie zaschłymi strumykami
zmierzającymi do ujścia na wysokości parapetu, to jednak światło wdzierało się
do wnętrza obnażając jego bylejakość.
W mroku mogłem udawać. Że to wnętrze jest większe,
wspanialsze, że na ścianach wiszą całkiem udane kopie obrazów, a nawet, że
Guernica odzyskuje naturalne kształty i koń pochyla się nad przypadkiem
niezrozumiałym ocalonym kwiatem na parapecie, żeby wygryźć ostatni liść
dieffenbachii i popełnić samobójstwo w wyniku długotrwałej depresji
spowodowanej trwałym kalectwem wszczepionym jej przez autora będącego niegdyś
pod wpływem. Jego los już odwołał z tego świata, a wierne zwierzę zapewne
zechce dołączyć i zapytać go o powody, albo zwyczajnie przytulić się do
rodziciela, szukając ciepła i zrozumienia.
Z podłogi zniknęły latające dywany, a bezszelestna, czarna
puma – albinos zamieniła się w pręgowanego dachowca, który, gdy tylko uchylę
drzwi do wolności znika na cały tydzień i wraca skurzony, żeby wyleczyć rany.
Zupełnie, jakbym prowadził lazaret cuchnący cierpieniem, byle jakim żarciem i
chemią dezynfekcji. Kandelabr o niezliczonych, kryształowych oczach wychudł do
zapyziałego kinkietu, a wszechpotężny salon wracał wymiarami do trzech,
skromnych, wielkopłytowych wymiarów typowych dla M-3. Nawet kominek trzaskający
wesołymi iskrami żywicznych szczap wyprowadził się i teraz jest pożarem
śmietnika cuchnącym palonym plastikiem i sierścią zabłąkanego szczura zbyt
starego na błyskawiczną ucieczkę. Lament dwóch wozów strażackich stał się
wiarygodnym budzikiem dla całej okolicy. Nie był to śpiew Świtezianki, Nie była
to pieśń Szeherezady tłumiąca mordercze instynkty.
Promień słońca obnażył beznadzieję. Szaro-bure oblicze
zarośnięte nocą tak, że trzeba je odchwaścić, nim się między ludźmi ośmielę
pokazać – najwyraźniej noc była niezmiernie długa, skoro obrosłem jak grządka
perzem po wiosennych roztopach, choć mi zajęło to zaledwie noc. Powieki
wyzbierały przez ten czas piasek z oczu skrupulatniej niż gołębie mak z kopciuszkowego
stosu i zbudowały wydmy w kącikach oczu – gotowe do transportu, lub dalszej
obróbki, czekające wschodu słońca. Usta spękane oddechem gorącym, w którym
wystygła ekspresja słów wilgocią nasączonych, jadowitych, albo mściwych
dopominały się źródła. Gdzieś na policzku wyschła ścieżka śliny upuszczonej w
pasji jakiejś nocnej narracji, której nie pamiętam.
Zmysły powoli zaczynają się do mnie przytulać, mościć
sobie gniazda porzucone wczorajszego wieczoru. Teraz znów są ze mną i we mnie i
chcą się zachwycać, podziwiać i zdumiewać. Szarpią mnie za włosy, żebym
przestał się ociągać i nakarmił je dniem, widzeniem, czuciem, albo aromatem, od
którego apetyt rozdmucha duszę, aż wzruszenie odbierze mi mowę. Ciało gaworzy
sobie po cichutku i dokonuje krytycznej samokontroli. Nie pozwoli mi na
nadmierne fanaberie. Chce się oczyścić po nocy, wydalić moje wczorajsze
kaprysy. Bez świadomości zrzucam skórę. Nie tak, jak wąż, ale linieję wzorem
psów niepostrzeżenie. Drobiny wycieram w pościel, albo spłukuję prysznicem.
Wiatr przeczesuje mój skalp – chłodząc spocone myśli potrafi wydmuchać łupież i
zabrać zużyte futro.
Dzień rozpycha się nieznośnie. Kształty tężeją w
rzeczywistości i choć daleko im do nocnej mrzonki, to jednak one twardo stoją
na ziemi i gotowe okaleczyć, jeśli je ignorować. Życie marzycieli jest ciężkie
pośród nieugiętej codzienności. Kolory spłowiałe, zbrukane używaniem nie są tak
żywe, jak w wyobraźni, dłoń czuje opór materii. Świat mniej przychylny dyktuje
reguły i jest tak diabelnie konserwatywny, że ogarnia mnie współczucie. On nie
marzy? Nie zasypia? Nocą mógłby rozwinąć skrzydła i z wdziękiem kosmicznej
manty pofrunąć w łagodność, albo na wakacje. Wyłączyć grawitację i poskakać jak
piłeczka pośród innych kosmicznych piłek. Poszukać smoków, albo rozsypanych po
horyzoncie zdarzeń pereł.
Subskrybuj:
Posty (Atom)