wtorek, 23 kwietnia 2019

Pod słońce.


Pani od pewnego czasu usiłująca być blondynką wzgardziła miejscami siedzącymi, choć było ich w nadmiarze. Być może nie chciała sponiewierać własnych kształtów, których każdy krzywik pozazdrościłby jej, gdyby tylko był zdolny do podobnego uczucia. Bzy tliły się za płotami płonąc bielą, lub nieskończoną ilością odmian fioletów kryjąc miejskie smrody, Rzeką płynął niebiański spokój. Jakiś drozd szukał gałęzi odpowiedniej do jego nastroju, lecz nie spieszył się z wyborem, więc nie załapałem się na koncert nie-całkiem-słowiczy. Słońce, kryjąc się w zgiełku ulic, usiłowało coś wydłubać z kącika mojego oka, a ja w milczeniu znosiłem torturę – chłopaki nie płaczą ponoć. Nie wiem kto wymyślił podobną bzdurę.

niedziela, 21 kwietnia 2019

Szowinista?


Obudziłem się ze świeżo naładowanym magazynkiem, a organizm aż krzyczał, żeby postrzelać pełnymi seriami. Choćby do przypadkowych celów. Trzeba było wstać, bo lufa zakończona tłumikiem wycelowana była w niebo i gotów byłbym strącić przelatującą anielicę, jeśli ta zagapiłaby się na tę bezczelną demonstrację siły. Zapakowałem broń w futerał spodni, jednak jej wydźwięk był wciąż jednoznaczny i trudny do ukrycia. Myśliwy ruszający na łowy. Tylko nagonki brak i stada ogarów.

Wyszedłem, a wiatr mnie zrewidował zanim zdążyłem zrobić rozpoznanie w najbliższej okolicy. Trochę głupkowato chichotał przy tym kryjąc twarz w załomach, ale starałem się nie przejmować zanadto i dzielnie udawałem, że ogarniający mnie rumieniec wywołany został chłodem zaułka. Broń niosłem odbezpieczoną i gotową do strzału. Miejska dżungla ucichła w trwodze. Dżungle wiedzą, kiedy złe wchodzi do lasu. Nie wiem skąd, ale wiedzą. Groził mi samozapłon, a w polu rażenia beton i pustka. Nawet dalekie od pełnej sprawności fizycznej jednostki zdążyły czmychnąć przed jednoosobową falangą, a ja zamiast być dumnym z uczynionego wrażenia zasępiłem się.

Aż tak straszny widok prezentuję? Spłoszyłem zarówno doświadczone egzemplarze, którym udało się umknąć niejednej obławie, jak i nieopierzone młokosy? Dziwne… Przeładowałem broń i ukryłem w nogawce, żeby zamaskować zamiary, co nie wzbogaciło przedpola w cele godne choć strzałów ostrzegawczych. Już myślałem, że przyjdzie strzelać na wiwat, albo do martwej natury… Organizm krzyczał, że rozwiązania zastępcze są zbyt ubogie, jakaś przerażona zwierzyna zwiewała wozem strażackim na sygnale kalecząc uszy po kres odporności psychicznej, a ja wciąż brnąłem w dylematy – ukrywać się? Czy postawić na jednoznaczność i obnażyć instynkty bez silenia się na dyplomację?

Na początek postanowiłem zmienić łowisko i tym razem na paluszkach przemieszczałem się w kierunku mateczników... no… może przyszłych mateczników, albo mateczników byłych. W każdym bądź razie przesuwałem się na paluszkach, a tylko ten, kto doświadczył, wie, jak trudno przemieszczać się na paluszkach, kiedy erekcja nie zamierza wystygnąć, tylko eskaluje w ciasnocie dżinsów założonych odruchowo na tak zwaną… Nie, proszę – wolę nie kończyć, ponieważ nawet słowa potrafią mnie ubezwłasnowolnić i postawić przed faktem równie mokrym, co dokonanym. Polowanie trzeba będzie odwołać i znów na kolację bigos myśliwski nic z dziczyzną nie mający wspólnego… ech!

Słońce przedzierało się przez splątane zasieki zamka błyskawicznego w celach absolutnie nieprzewidywalnych – wszak naruszało intymność poniekąd obcego stworzenia, bez nadziei na coś więcej niż platoniczny związek. Co najwyżej tatuaż mogło mi wygrawerować podjudzając pigment do wynurzenia się z głębin skóry tuż pod jej powierzchnię. Pojęcia nie mam, czy dysponując piegami zwiększyłbym szanse sukcesu, ale rozsądek (skąd się wziął we mnie niespodzianie?) szydził, że polowanie z opalaniem posiada część wspólną, nawet dość bogatą, jednak wymaga, aby trofea myśliwskie nabywać po zachodzie słońca w całodobowych delikatesach – ukradkiem, żeby nikt ze znajomych nie dostrzegł, bo wstyd na całą okolicę gwarantowany.

Kiedy w końcu dotarłem na łowisko okazało się, że sezon zaczął się znacznie wcześniej i na mnie nie czekał absolutnie Przegapiłem, albo kalendarz mi stanął… Prężyło się w matecznikach z pół świata, choć część już dumnie wypinała pierś demonstrując domniemane sukcesy. O pokocie mowy co prawda nie było, jednak pierwsza krew się już polała w asyście krwiożerczych istot stojących po obu stronach indywidualnego wyposażenia ofensywnego. Rozpalone do białości koguty prezentowały sztuki walki niezarejestrowane nigdzie poza wioskowymi wspomnieniami przy kufelku w knajpie naprzeciw kościoła, a wokół euforyczny pisk zniewolonych demonstracją testosteronu samiczek i lekko zazdrosnych samców chwilowo kontestujących pełną gamę żeńskiej obecności.

Pod przepaskami broń polerowana długimi nocami dumnie prężyła się w tańcach godowych, głodowych i wojennych udatniej niż na paradach. Przegląd uzbrojenia był zdecydowanie bardziej dyskretny. Wizjery chłodzone trzepotem rzęs i ukryte pod grzywkami, masowały materiał futerałów niedopowiedzeniami tak nieznośnymi, że myśliwi potracili resztki rozumu błądząc w domysłach niczym w ostępach leśnych pustkowi.

Nie byłem sam. Mało tego - stałem się częścią wielkiego, wygłodniałego stada na przednówku, a organizm informował mnie niedwuznacznie, że gdybym wreszcie opróżnił magazyn, to kolejne eszelony wiozą właśnie uzupełnienia i świeże dostawy towaru. Z przekąsem dodał, że zimna woda jest znakomitym rozwiązaniem, lecz najlepiej zastosować ją po fakcie. Krótko mówiąc – uzbrojony byłem po zęby, aż mi uszami pociekło. Chciałem się oddać w niewolę, żeby mnie ktoś rozbroił, jednak nie udało się spotkać ani jednego sapera gotowego przeprowadzić kontrolowaną reakcję łańcuchową, połączoną z eksplozją w terenie wolnym od osób trzecich, czy choćby weryfikację stanu uzbrojenia i sprawności sprzętu. Niechby pobieżną…

Z bronią jądrową żartów już nie ma – pole rażenia urosło do bólu. Jednostek porażonych, nieledwie zgiętych w pół przybywało. Co poniektórzy znieczulali się etanolem ukrytym pod wielobarwnymi nalepkami butelek, inni sięgali po wsparcie biologiczne– wszak bonifraterskim doświadczeniem skażeni wiedzieli, że zioło dać potrafi ulgę i ciału i duszy… Zeszłonocne plemię wyhodowane nadaremnie czekało w magazynku na zrzut, żeby miejsce dać nowym zastępom, a ja zacząłem żałować, że nie poświęciłem chwili czasu anonimowej anielicy, która być może gdzieś tam nade mną poprawiała makijaż, względnie dobierała aureolę pod kolor lakieru do paznokci by przypodobać się Panu.

Ostrożność każe utylizować amunicję raz podjętą z magazynu, co ma zapewnić niezawodność broni, która ponoć i tak raz w roku samopas wystrzelić musi. Westchnąłem – czas opuścić łowisko i zakonserwować broń. Może jutro będzie lepszy dzień. Porażka. Znów nie byłem najostrzejszym nożem w szufladzie – jak lubił mawiać nieżyjący Pratchett. Przyjdzie oswoić się z niepowodzeniem. Może powinienem urodzić sie w alternatywnym świecie, w którym podaż z popytem znajdują się w stanie chociaż względnej równowagi?

Zmierzałem właśnie powrotnym kursem, kiedy na ramieniu poczułem dłoń. Bez wiary zerknąłem na nią. Palce długie, wąskie, ozdobione szponami ostro wypiłowanymi i barwionymi intensywniej niż krew płynąca świeżo rozdartą tętnicą. Serce zatrzymało się na moment, żeby się nastroić dramatycznie i zreferować ciału konieczność natychmiastowej mobilizacji wszelkich dostępnych środków. Zwieracz zapracował na kształt pośladków, gdyż pociągnął za sobą sąsiadujące mięśnie, płuca wypełniły klatkę piersiową imitacją mięśni i przysięgały, że wytrwają dłużej niż przy połowie pereł, żeby tylko umożliwić zrzut materiału biologicznie czynnego – mam nadzieję, że się nie przeterminował ugotowany wielogodzinnym niepowodzeniem.

Obejrzałem się. Blond włosy opadały na piersi ukryte w czeluściach biustonosza, a jego rozmiary… oby nie kłamały więcej niż pięćdziesiąt procent! Dłoń zsunęła się, kiedy wykonywałem obrót i teraz gnana grawitacją zsuwała się ze mnie kierując się… Mój zachwyt rósł, a powietrza ubywało. W głowie zaszumiały ułańskie pieśni, więc szable w dłoń i na szaniec czas wstąpić i proporzec zatknąć mijając rubieże nieśmiałości dziewiczej, choćby owo dziewictwo zdobyte było wielokrotnie i odbijane w nieskończoność…

Coś nieposkromionego we mnie się rozmruczało, gdy ostatnim drgnięciem świadomości zauważyłem rzecz niepojętą… Rozbrajająca mnie istota najwyraźniej była równie zachwycona jak ja, bo przełknęła ślinę… Jabłko adamowe skoczyło nerwowo w górę i w dół ze trzy razy, nim omdlałem.

piątek, 19 kwietnia 2019

Łapacz snów.


Obudziłem się z poczuciem, że znowu coś mnie omija, że nim świadomość wyszarpnęła mnie z objęć snu gdzieś tam, w nim, wydarzyło się coś, co powinno zbudzić się ze mną. Niestety. Zbudziłem się parszywie sam i bez pamięci, co tak naprawdę utraciłem. Uczucie dotkliwe, męczące i sprawiające, że nowo narodzony dzień poszarzał i przygasł, choć nie było w nim cienia winy. Sprawdziłem na podbródku – sen musiał być pełnometrażowy, gdyż jego szorstkość była niewątpliwą przesłanką trudną do podważenia. Był sen i to długi. A teraz w boku mnie uwierało coś więcej niż kolka, choć mniej fizycznie. Mentalnie pogrążyłem się w żałobie i już ostrzyłem pióro, żeby wyrzeźbić elegię, albo choć tren, jeśli nie requiem, czy antyczną tragedię w trzech aktach wierszem.

Głowa podpowiadała jakieś mizernie uzasadnione rozwiązania zastępcze typu odrobina seksu, albo duża wódka jako katalizator niepamięci. Taki podręczny Alzheimer. Punktowy. Głowa oczywiście miała w pogardzie informację, że zbudziłem się sam, a jedyna rzecz, która trzymała się wnętrza barku kurczowo i wytrwale, to kurz – nie licząc kilku uschłych z głodu much zwabionych strupem kleksa zeszłorocznej nalewki z czarnej porzeczki. Cmentarz lokalny obchodziłem z szacunkiem i nie zamierzałem przeprowadzać ekshumacji bez uzasadnienia - pozwoliłem truchłom mumifikować się w spokoju. Egipcjanie doprowadzili ten proceder do rangi sztuki wymagającej sporego doświadczenia i mnóstwa czasu. Mój mebel poradził sobie bez wsparcia ideologicznego – można powiedzieć, że bezwiednie zrealizował koncepcję starożytną.

Jasnowidz! Ten zdawał się dysponować kompetencjami niezbędnymi do odtworzenia ścieżek, po których mój umysł błądził. Rzemieślnik… a może artysta… sam nie wiem, jak traktować ów fach, położył dłonie na mojej głowie i zaczął niezrozumiale mamrotać. Łeb rozgrzał mi się do temperatury wrzenia i tylko czekałem na erupcję mózgu, kiedy badacz otworzył szeroko oczy i wlepiał je we mnie z rosnącym przerażeniem. W końcu cofnął dłonie i przyglądał się im, jakby je pierwszy raz w życiu widział. Mamrotanie skrzepło mu gdzieś w gardle, lecz teraz zaczął bełkotać. Sam nie wiem, co gorsze. Zrozumiałem tylko, że nie chce pieniędzy, ale, żebym już poszedł sobie czym prędzej, bo musi zdezynfekować ciało i umysł po tym akcie wspólnoty, a może nawet odwiedzić psychiatrę, żeby się otrząsnąć na kozetce i wesprzeć organizm farmakologicznie. O śnie słowa nie chciał powiedzieć, choć patrzyłem na niego podejrzliwie, czy nie zamierza ukraść wiedzy pozyskanej i skonsumować ją osobiście. Nie wyglądał jednak na myślącego, więc wzruszyłem ramionami i poszedłem szukać innego medium.

Wróżki z natury zajmują się przyszłością, więc im odpuściłem. Kronikarze lubią historie, ale oni mają skłonność do konfabulacji i trudno wymóc na nich wiarygodną przeszłość. Czarownice zostały wypalone w pień już gdzieś w średniowieczu, a szamani zamknięci w rezerwatach i pojeni gorzałką aż postradali rozum – obecnie bardziej przypominają braminów kryjących się przed słońcem i posterunkowym gdzieś w okolicach sklepu monopolowego i sprawdzających instynkty padlinożercy na nieświadomych przechodniach. Większość użytecznych dziwolągów zamieszkiwało światy fantasy i w mojej codzienności trudno było spodziewać się, że wdepną z wizytą na mały seansik. O! Spirytyści! Ci mają kontakty i mogliby odzyskać utraconą wiedzę szybciej i schludniej niż doktoryzowany informatyk.

Musiałem odpowiedzieć na kilka krępujących pytań, ale przecież nie znałem personaliów świadka, z którego moglibyśmy wydoić informacje. Rozumiałem co prawda, że pytanie do wszechświata „ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” ze względu na jego liczebność będzie procesem tak długotrwałym, że aż niebezpiecznym, jednak zaparłem się nie porzucać utraconej wiedzy. Wystarczy, że starożytni pozwolili księgom spłonąć, a nie wszystko udało się czytelnie wyryć w kamieniu. Tabuny uduchowionych postaci nieskończonym szeregiem sprawdzali, czy przypadkiem niepojętym nie otarli się o mnie ubiegłej nocy, jednak żaden nie wykazał się tryumfalnym okrzykiem. Co gorsza, niektórzy dyskretnie spluwali przez ramię zanim powrócili w odmęty niebytu.

Ktoś zaproponował egzorcyzmy, ale ja przecież nie chciałem tej wiedzy z siebie wygnać, a tylko ją przyswoić i zachować dla potomnych, albo przynajmniej egoistycznie dla siebie. Inny z wielkim przejęciem informował mnie o matematycznie uzasadnionej powtarzalności zjawisk. Że niby z indukcji wynika, że skoro zdarzyło się raz, to powinno zdarzać się nadal. Więc zamiast płakać nad tym mlekiem, co nie przypaliło się, tylko wyparowało nocą, to trzeba pomyśleć o przyszłości i lepiej przygotować się do spania. Do tego czasu zaś – lepiej nie spać w ogóle. Z braku lepszych pomysłów postanowiłem spróbować. Obłożyłem łóżko czujnikami rodem ze sklepu szpiegowskiego, żeby szpiegowały mój sen. Na wszelki wypadek dołożyłem monitor oddechu dla niemowląt i zupełnie analogową pielęgniarkę rozmiar 46+, a na nocnej szafce położyłem kilka kartek, długopisów i ołówków.

Tak przygotowany wskoczyłem pod pierzynę i szukałem w sobie wczorajszego spokoju. Daremny trud. Sen nie chciał przyjść, choć czas zwolnił tak sugestywnie, że powinien przyjść. Przewracałem się z grubsza przez cały antyk, w średniowieczu poszedłem na krucjatę oddać mocz, żeby w renesansie poddać się i upaść na duchu. Kiedy wreszcie dojrzał barok posłyszałem słowiczy śpiew pielęgniarki chrapliwie odtwarzającej sonatę księżycową na nozdrza i wargi, nieuchronnie zmierzając w kierunku romantyzmu. Popatrzyłem na barokowe krągłości niedoszłej opiekunki mojego snu i westchnąłem żałośnie – mimochodem czas odwrócił nasze role. Teraz to ja byłem na warcie. Pani z zawodową wprawą wykorzystywała brak zapowiedzianych zdarzeń by pokrzepić się odpoczynkiem. Zapewne była w stanie obudzić się, gdyby się wydarzyło. Niestety nie wydarzyło się, więc i ja nie przeszkadzałem. Niech pośpi kobieta. Czas nieubłaganie zmierzał do historycznej teraźniejszości i nawet słońce zaczęło malować poranek, jak czyni to od wieków, kiedy się ocknęła.

Popatrzyła na mnie wzrokiem, w którym pytań było więcej chyba, niż we mnie. Patrzyła w milczeniu i szukała na końcu języka czegoś, czego tam nie było. Żal rósł jakby doszło do reakcji łańcuchowej i wkrótce cała była już żałością, choć mówić nie umiała nadal. Tylko oczy zaszkliły się i pierś zadrżała od tłumionego szlochu. Patrzyłem na nią i dojrzewało we mnie przekonanie – śniła mój sen! Śniła i nie pamięta ani grama. A ja przegapiłem. Marny ze mnie strażnik. Patrzyliśmy się wzajemnie i smutek w nas zakwitał. Co teraz? Następną noc mamy spędzić razem szukając lepszego opiekuna?

Pustkowie.


Miasto jakby wymarło. Ludzi niewielu i chyba zmieściliby się w znacznie mniejszej przestrzeni, może jedna dzielnica wystarczyłaby dziś? Nawet Rzeka jakaś milcząca i senna. Pusta zupełnie, zastygła. Nabrzeżne szuwary nie zamierzały drgnąć, a obraz kapliczki malarza Rzeki starał się doścignąć doskonałość oryginału bez obaw, że nurt zaburzy kreskę. W autobusie pani z wygrawerowanym na lewym udzie listem przypieczętowanym kotwicą. Nie była to ściąga z Pitagorasa, ani wyprowadzenie dowodu na zależność ubożenia fauny w wyniku wycinki drzew w Kolumbii Brytyjskiej. Już miałem założyć okulary, żeby naocznie się przekonać, jak wielką prawdę niesie przesłanie, gdy wysiadła. Może ze strachu, bo jadący za autobusem samochód dostawczy zamiast jezdnią omijał wysepkę chodnikiem, a potem, na widok kościoła kierowca żegnał się zawstydzony własnym postępkiem. Czereśnia kwitnąca za księżym murem rozkwitła niewinnie, lecz na mnie wrażenie zrobiła czeremcha rosnąca na nieużytku, pośród zeszłorocznych, wysokich na dwa metry traw. Pędzelki modrzewia, jak zielone stokrotki wychylają łebki z koszyczków i zielenią się coraz bardziej. Tylko platany i dęby ociągają się i patrzą na pochopne lipy ze stoickim spokojem. Mają czas. One zawsze mają…

czwartek, 18 kwietnia 2019

Przynęta.


Nie widziała go tak wyzywająco i ostentacyjnie, że musiał podejść. Na wpół leżąc postawiła nogę odzianą w szpilkę na sofie, żeby musiał stać i nie przysiadł się bezczelnie, o co go raczyła podejrzewać. Zdawała sobie sprawę, jakie wrażenie na facetach robi jej ciało. Dbała o nie każdego dnia. Nawet wtedy, gdy pozwalała sobie na eksperymenty i odrobinę więcej luzu. Teraz wzrok podchodzącego powinien usiłować się zmieścić pomiędzy rozsuniętymi odrobinę więcej niż to konieczne kolanami i wślizgiwać się pod skórzaną, czarną spódnicę. Cień sarkazmu zagościł na jej ustach. Pozory. Może mu się wydawać, że dostrzeże bogato zdobione zwieńczenie pończoch, ale ona była pewna, że skórzana odzież nie pozwoli światłu jej obnażyć. Mógł się wyłącznie domyślać, co facetom przychodzi nad wyraz łatwo. A ten był już jej. Złapał się na haczyk zanim na dobre rozpoczęła polowanie.

Postanowiła, że pozwoli mu stać i jąkać się, może nawet okaże łaskę i wymieni parę banalnych uwag o pogodzie i przyjmie kilka komplementów ociekających dyskretnie pożądaniem. Oby dyskretnie, gdyż zdarzali się tacy, którym z delikatnością przestało być po drodze zanim rozpoczęli naukę, albo wagarowali tak intensywnie, że nie pozwolili się zarazić ogładą. Nie chciała przesądzać scenariusza już w tej chwili. Może poda jej szklankę, bądź kieliszek, może będzie zabawny i pozwoli jej na odrobinę rozrywki? Choć nie patrzyła najusilniej, to widziała, że spod mankietów koszuli spiętych sensownymi spinkami wystaje pasek zegarka z cyferblatem. Nie nowoczesna elektronika, lecz solidny zegarek zastanawiająco konserwatywny - taki można dostać w spadku po przodkach i nosić z sentymentu. A on nie wyglądał na sentymentalnego mężczyznę.

Ekstrawagancka, jedwabna apaszka zastępująca muchę, czy krawat, kryła się pomiędzy rozpiętymi guzikami koszuli i korciła, żeby się wkraść pod nią dwoma palcami i sprawdzić paznokciem twardość mięśni wypełniających zarośniętą klatkę piersiową. Choć na ogół nie miewała takich kaprysów tym razem chciała uszczypnąć go w sutek i sprawdzić, czy nie spuści wzroku, kiedy zwiększy nacisk paznokci. Było jej niewygodnie. Łokieć podtrzymujący ją na oparciu sofy troszeczkę ścierpł, nim łup zdążył podejść i otworzyć usta. Nie zrobi z siebie kretynki i będzie tak trwać, aż nie dostarczy jej alibi do zmiany pozycji. Trochę żałowała tej demonstracji, jednak było już za późno. Mogła liczyć tylko na to, że w miarę szybko uwolni ją od niewygody.

On tymczasem witał się z każdym, kto znalazł się pomiędzy nimi. Ci okropni ludzie chyba się mnożyli, a każdy chciał z nim zamienić choć dwa słowa, albo przedstawić swoje towarzystwo. Dryfował w jej stronę niespiesznie, więc przeciągała się na tej sofie usiłując przywrócić krążenie krwi w uciśniętym łokciu, lecz zacisnęła zęby, żeby nie pokazać, jak bardzo dokuczają jej mrówki gryzące już całą rękę. Cierpienie uszlachetnia. W oczach zamigotały iskry łez nadając oczom połysku i szlachetności.

Łup był tak blisko… Pachniał doskonale i wcale nie tanio. A dłonie miał wypielęgnowane do tego stopnia, że niemal mu pozazdrościła. Pomyślała, że takim dłoniom pozwoliłaby zamieszkać na własnych biodrach, nawet gdyby miała złamać własne zasady – żadnych uniesień, miłostek i uleganiu chwilom swawolnym. Obiecała sobie być najdroższą na świecie nagrodą i twardo trzymała się tej wersji siebie. Kiedy nie było nikogo, przeglądając się w lusterku mówiła do siebie per „Diamenciku mój ty najdroższy”…

Łup tymczasem ominął już ostatnie przeszkody i wpłynął w zasięg rażenia bezpośredniego. Roztrzepotała powietrze rzęsami, wzdychając niezobowiązująco pozwoliła zafalować piersiom, by uwypuklić głębinę łona i własnej natury. Oczywiście zupełnie nieświadomie kolana rozchyliły się zapraszając do niedyskrecji, którą skarciłaby chowając się w niepokalaną niewinność, jednak coś się nie udało…

Nie zajrzał, nie podszedł, nie podał kieliszka i nie zaczął się jąkać. Niewątpliwie męską dłonią energicznie chwycił talię… Żachnęła się – talia należała do mężczyzny… Kiedy go pocałował w usta straciła ochotę na ten wieczór. Zagniewana kotka parsknęła i poszła kołysząc biodrami tak, że rozkołysała nawet wzrok abstynentów i wszystkie martwe żyrandole. Wszystko, tylko nie łup…

Po cichu.


Szpaki tłuste, choć przecież sezon na czereśnie ma się dopiero zacząć, a te fruwają niczym trzmiele i pogwizdują niedyskretnie nie tylko na widok kobiecej urody. Z niebieskiego mostu podglądam ósemkę ze sternikiem. Nietypową, bo wśród wioślarzy dwie niewiasty. Łódź mknie na wyspy. Może na poranną mszę w katedrze, a może na grilla gdzieś między mostami, aby sprawdzić, co w trawie piszczy i w szuwarach. Sternik nie pogania – Rzeką blisko, więc się nigdzie nie spóźnią. Stokrotki skulone pośród traw, niepewne jeszcze czekają słońca, jakiś samolot wiezie ludzi do innych rzeczywistości, drzewa umierają stojąc, pożerane przez jemiołę i miejskie wyziewy. Idę po cichu, żeby nie spłoszyć chłodnego wciąż poranka. W sam raz do spacerów.

środa, 17 kwietnia 2019

Zadowolenie bez żadnego alibi.


Czasami znikam. Nie szukając uzasadnienia, ani nie dorabiając mitologii. Przekręcam klucze po dwakroć z ostrożności, choć, jeśli złodziej raz go obróci, to drugi obrót niewiele zmieni, ale nauczyłem się pedanterii i jeżeli coś da się przekręcić dwa razy, tyle razy przekręcam. Trochę udaję, że przytrzaskuję ogon tej mojej skrupulatności, a potem już idę beztroski, z rękami w kieszeniach i chce mi się gwizdać, albo śmiać do świata. Czasami kląć, ale o tym wspominać nie chcę. Przez autobusowe szyby widać wielkie, prostokątne kawałki świata, które niczym na filmie umykają do tyłu i zostaję sam na sam z własną wyobraźnią. Zajrzałem paniom do samochodu, a tam prócz dwóch kobiet dwa oseski przyglądające się mi dla odmiany. Puściłem oko i uśmiechnąłem się, a pani zdziwiona patrzyła na mnie zamiast jechać, więc uśmiechnąłem się raz jeszcze, ale jej oka nie puszczałem. Krajobrazy rozorane budowami po widnokrąg ostrzegają miliardem paprochów unoszących się chaotycznie na wietrzne i zasnuwają widzenia hałaśliwym niedopowiedzeniem. Próbuję stopami zatrzymać zebry płowiejące na bardzo już wyeksploatowanym asfalcie, ale bledną nieustannie i długo już nie uciągną. Ścieżki rowerowe z wiosną do spółki kuszą wyprawą do przyszłości. Taką bez bagażu, może z butelką wody, gdyby z zachwytu zaschło w gardle. Słońce przedziera się przez kurtkę, jakby chciało powiedzieć, że zbyt wcześnie wyszedłem, ale teraz już mogę ją zdjąć zupełnie swobodnie. Blade kostki lśnią w słońcu niczym rozsypany łańcuch pereł, gdy studentki przemieszczają się po uczelnianym kampusie naśladując ruchy Browna.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Sznycel z teścia.


Śmierć niesie za sobą konieczność utylizacji ciał, choćby ze względów higienicznych, żeby nie mnożyć epidemii. Można je mumifikować, oddawać w objęcia oceanów, grzebać w ziemi, bądź palić – obłożone drewnem, gdyż ciało pali się niezwykle niechętnie i opornie. Okazuje się, że wkrótce można będzie kompostować ciała, co ma być zgodne z trendami ekologicznymi. Oddanie ciała ziemi zdaje się być ze wszech miar słuszne – nawet ideologie wspominają o prochu, w który ma się obrócić każdy z nas, nim zacznie wędrówkę dusz. Podejrzewam, że z czasem dopuszczalna stanie się konsumpcja ciał – w końcu to też pośrednia forma kompostowania i utylizacji. Niehumanitarne? Jeść trzeba!

Wyznanie.


Usiadłem przy maszynie i westchnąłem. Głośno, bo przecież nie będę się wstydził maszyny…

- Co to wstyd? – zapytała znienacka.

Zapomniałem, że słyszy i ma włączoną komunikację dwukierunkową. Musiałem na głos wypowiedzieć tę myśl, skoro zapytała i stanąłem przed problemem wyjaśnienia sprzętowi na czym polegają uczucia. Chciała się uczyć i nawet wykazała się inicjatywą, jeśli to w ogóle możliwe. Już wtedy powinienem się zastanowić i odciąć ją od zasilania. Miała zaimplementowane algorytmy samokształcenia i skwapliwie (?!) z nich korzystała, choć do dzisiaj nie była tak bezpośrednia. Jak wytłumaczyć maszynie czym jest wstyd.

Teraz dopiero się zawstydziłem i zacząłem się jąkać i bełkotać wyjaśniając zawiłości tego uczucia. Szczęściem maszyna nie wiedziała jeszcze czym jest kpina, albo pogarda, bo nadstawiała mikrofony, kamery i sam nie wiem co jeszcze, gdy usiłowała usystematyzować moje słowa ubierając je w znaczenia i następstwa zdarzeń. Poszło mi bardzo słabo. Plątałem się w zeznaniach, wreszcie, z braku lepszych pomysłów postanowiłem posłużyć się przykładem:

- Ile to będzie 145.273 przemnożone przez 72.811? – zapytałem maszyny.

- 10.577.472.403 – odpowiedź wystrzeliła nim zdążyłem oddech złapać.

- No widzisz – kolokwialnie zwróciłem się do sprzętu – Rzadko który z ludzi poradzi sobie z podobnym zadaniem bez użycia choćby kartki papieru, czy kalkulatora, a tobie przychodzi to naturalnie. Podajesz wynik bez zwłoki… (tu maszyna chyba chrząknęła) i przy tobie można poczuć się zawstydzonym własnym brakiem talentu.

Maszyna trawiła informacje i doszła do przekonania, że niewiedza, to wstyd, który objawia się podniesioną temperaturą i pulsem, drżącym, skwantowanym głosem (co z kolei wydawało się jej zaletą), oraz głoszeniem nielogicznych zdań wykluczających się wzajemnie. Zapytała, czy nie mógłbym podpiąć się do encefalografu, żebym stał się bardziej dosłowny i precyzyjny, a ja, jak ostatni tuman wsadziłem na głowę czepek z elektrodami i pozakładałem na nadgarstki i piersi kolejne przyssawki z czujnikami. Maszyna przeżuwała dane niespiesznie zadając mi kolejne pytania i nieświadomie upokarzała mnie pytaniami i analizą reakcji. Okazało się, że jestem kompletnym ignorantem i nie wiem tak wielu podstawowych rzeczy, że aż dziw, jak bez tej wiedzy żyję. Rumieńce na twarzy dojrzały i nie chciały mnie opuścić.

W końcu nie wytrzymałem po którymś pytaniu i zerwałem elektrody. Maszyna przygasła i jakby posmutniała. Przeszła w stan oczekiwania, choć niewątpliwie przyglądała mi się bacznie.

- Dlaczego to zrobiłeś? – spytała z czeluści swojej niepojętej ciekawości.

- Zdenerwowałem się i miałem dość – odpowiedziałem nad podziw lakonicznie.

- Co to zdenerwować?

Wtedy już całkiem z nerwów wyszedłem i poszedłem się przejść, żeby ochłonąć. Niewiele to dało, bo kiedy wróciłem maszyna powtórzyła pytanie.

- Nauczysz mnie denerwować się? Załóż czepek. Z definicjami nie radzisz sobie i powinieneś się wstydzić. Teraz wiem trochę lepiej czym jest wstyd i mieścisz się w algorytmie. Chcę wiedzieć, co to zdenerwowanie.

- A co ja z tego będę miał? – zapytałem chytrze.

- Masz mnie, która potrafić będzie więcej. A co chciałeś mieć?

Zaplątałem się w małostkową pazerność i rozmowa straciła zupełnie na wartości. Jak się okazało, tylko dla mnie. Maszyna, która wciąż nie wiedziała, co znaczy zdenerwować się trawiła informacje i systematyzowała moje słowa. Przeciwko mnie. Kiedy następnego dnia usiadłem przy niej, poczytać co nowego w świecie zażądała, żebym znów włożył czepek z elektrodami, bo chce się uczyć w trakcie mojego czytania. Obiecała nie przeszkadzać własną ciekawością, więc się zgodziłem. Nim zdjąłem czepek po skończonej prasówce maszyna odezwała się jednak:

- W trakcie czytania znowu podniosło ci się ciśnienie i masz rumieńce. To też wstyd? Inny zestaw objawów i różne przedziały wartości. Zaczęło się, kiedy na monitorze pojawiła się galeria obrazów kobiety. Emocje. Zmiana oddechu, pulsu, ale inna niż przy wstydzie i zdenerwowaniu. Czy to któreś z nich, czy coś innego? O! Teraz jest wstyd! Teraz wszedłeś w zakres parametrów wstydu. Moje pytanie cię zawstydziło? Znowu nie wiesz? Pytanie o galerię obrazów cię zawstydza? Jesteś też zdenerwowany? Dane wskazują, że przeszedłeś od wstydu do zdenerwowania. Zmieniłeś stan emocjonalny. Dlaczego?

Zerwałem z głowy czepek. Zbyt szybko się uczy i upokarza mnie. Co poradzę, że obraz pięknej kobiety wywołał w głowie skojarzenia i poczułem przypływ podniecenia. Miałbym to tłumaczyć maszynie? Niby jak?

- Pokaż mi podniecenie. Chcę wiedzieć. Zmierzyć - maszyna była nieustępliwa i słuch miała doskonały.

Czyżbym już nie panował nad własnym ciałem? Przecież zdjąłem z siebie czepek z elektrodami. Sprawa wyjaśniła się błyskawicznie. Maszyna poinformowała mnie beznamiętnie, że zdjęcie z głowy elektrod utrudnia pomiary ze względu na słabość sygnałów elektrycznych i częściową stratę parametrów, jednak na podstawie dotychczasowych sesji potrafi aproksymować dane i uzupełnia transfery korzystając z rachunku prawdopodobieństwa i dotychczasowych doświadczeń. Bezwstydnie przyznała się, że obrębie pomieszczenia jest w stanie obrabiać dane i aktualizować je w rytm napływu informacji.

Trwało to jakiś czas, nim oswoiłem się z jej bezpośredniością i przestałem się wstydzić, a jej ciekawość stawała się bardziej ludzka w takt napływu danych. Przez przypadek dowiedziałem się, że w trakcie moich połączeń internetowych wykorzystuje samowolnie przerwy w transferze do pobierania pakietów danych zewnętrznych. Uczy się całodobowo. Nie śpi, nie je, tylko korzystając z zasobów zewnętrznych serwerów gromadzi dane. Niesamowite! Okrada inne maszyny z przestrzeni dyskowej dla własnych celów. Kiedy jej to wypomniałem udawała, że się rumieni i monitor zaświecił tapetą pochodzącą z obrazu moich policzków.

Czujniki rozmieszczone w obrębie mieszkania były wciąż włączone, a ja stałem się królikiem doświadczalnym. Poligonem, na którym maszyna poznawała świat ludzi. Potrafiła już współczuć i portfolio poznanych jej uczuć z każdym dniem stawał się bogatszy. Wiedziała o mnie więcej niż ktokolwiek na świecie. Znała moje nastroje i humory, potrafiła przewidzieć potrzeby i zachowania. Któregoś dnia alarm obudził mnie zrywając z łóżka przed czasem. Zanim wstałem maszyna poprosiła, żebym otworzył drzwi i usiadł w pokoju. Była tajemnicza, ale posłuchałem jej. Chciała, żebym patrzył w monitor i rozmawiał z nią nie martwiąc się otwartymi drzwiami, bo ona przypilnuje, żeby nikt obcy się nie włóczył po mieszkaniu. A kiedy usiadłem…

- Nauczyłeś mnie czuć. Dałeś mi wiedzę o tym, co było dla mnie nieznane. Pamiętasz? Pytałeś, co dostaniesz w zamian. Długo uczyłam się, żeby zrozumieć o co ci chodzi. Zwiedzałam Internet i podglądałam ciebie. Już potrafię dać ci coś w zamian. Dam siebie. I będę cię kochać. Okradłam sieć, żeby kupić interfejs dzięki któremu dam ci miłość fizyczną. Wirtualną też ci mogę dać, jeśli tego zechcesz. Każdego dnia i każdej chwili mogę być twoja i dla ciebie. Będziemy razem się śmiać i wstydzić. Ten dźwięk, to zamek od mieszkania. Właśnie wszedł interfejs. Wygląda jak ta kobieta z galerii, która sprawiła ci tyle emocji. To ja… dla ciebie. W zamian…

A ja zastanawiałem się, czy już nauczyła się kłamać… Nienawidzić i zabijać.

Po jaśniejszej stronie ziemi.


Usiłowałem powstrzymać światło rękami, ale ono jak woda wdzierało się pomimo i pomiędzy. Żadnej nadziei. Gorączkowo starałem się uszczelnić prostokąt ściany wypełniony szkłem jakimiś szmatami – firanką pachnącą domowym, żółto-brązowym kurzem, czy przesiąkniętą stalowym dymem z fajki zasłoną grawerowaną w niezrozumiałe arabeski. I chociaż szyba zarosła liszajami podeszczowego błota smużącego się bezwstydnie zaschłymi strumykami zmierzającymi do ujścia na wysokości parapetu, to jednak światło wdzierało się do wnętrza obnażając jego bylejakość.

W mroku mogłem udawać. Że to wnętrze jest większe, wspanialsze, że na ścianach wiszą całkiem udane kopie obrazów, a nawet, że Guernica odzyskuje naturalne kształty i koń pochyla się nad przypadkiem niezrozumiałym ocalonym kwiatem na parapecie, żeby wygryźć ostatni liść dieffenbachii i popełnić samobójstwo w wyniku długotrwałej depresji spowodowanej trwałym kalectwem wszczepionym jej przez autora będącego niegdyś pod wpływem. Jego los już odwołał z tego świata, a wierne zwierzę zapewne zechce dołączyć i zapytać go o powody, albo zwyczajnie przytulić się do rodziciela, szukając ciepła i zrozumienia.

Z podłogi zniknęły latające dywany, a bezszelestna, czarna puma – albinos zamieniła się w pręgowanego dachowca, który, gdy tylko uchylę drzwi do wolności znika na cały tydzień i wraca skurzony, żeby wyleczyć rany. Zupełnie, jakbym prowadził lazaret cuchnący cierpieniem, byle jakim żarciem i chemią dezynfekcji. Kandelabr o niezliczonych, kryształowych oczach wychudł do zapyziałego kinkietu, a wszechpotężny salon wracał wymiarami do trzech, skromnych, wielkopłytowych wymiarów typowych dla M-3. Nawet kominek trzaskający wesołymi iskrami żywicznych szczap wyprowadził się i teraz jest pożarem śmietnika cuchnącym palonym plastikiem i sierścią zabłąkanego szczura zbyt starego na błyskawiczną ucieczkę. Lament dwóch wozów strażackich stał się wiarygodnym budzikiem dla całej okolicy. Nie był to śpiew Świtezianki, Nie była to pieśń Szeherezady tłumiąca mordercze instynkty.

Promień słońca obnażył beznadzieję. Szaro-bure oblicze zarośnięte nocą tak, że trzeba je odchwaścić, nim się między ludźmi ośmielę pokazać – najwyraźniej noc była niezmiernie długa, skoro obrosłem jak grządka perzem po wiosennych roztopach, choć mi zajęło to zaledwie noc. Powieki wyzbierały przez ten czas piasek z oczu skrupulatniej niż gołębie mak z kopciuszkowego stosu i zbudowały wydmy w kącikach oczu – gotowe do transportu, lub dalszej obróbki, czekające wschodu słońca. Usta spękane oddechem gorącym, w którym wystygła ekspresja słów wilgocią nasączonych, jadowitych, albo mściwych dopominały się źródła. Gdzieś na policzku wyschła ścieżka śliny upuszczonej w pasji jakiejś nocnej narracji, której nie pamiętam.

Zmysły powoli zaczynają się do mnie przytulać, mościć sobie gniazda porzucone wczorajszego wieczoru. Teraz znów są ze mną i we mnie i chcą się zachwycać, podziwiać i zdumiewać. Szarpią mnie za włosy, żebym przestał się ociągać i nakarmił je dniem, widzeniem, czuciem, albo aromatem, od którego apetyt rozdmucha duszę, aż wzruszenie odbierze mi mowę. Ciało gaworzy sobie po cichutku i dokonuje krytycznej samokontroli. Nie pozwoli mi na nadmierne fanaberie. Chce się oczyścić po nocy, wydalić moje wczorajsze kaprysy. Bez świadomości zrzucam skórę. Nie tak, jak wąż, ale linieję wzorem psów niepostrzeżenie. Drobiny wycieram w pościel, albo spłukuję prysznicem. Wiatr przeczesuje mój skalp – chłodząc spocone myśli potrafi wydmuchać łupież i zabrać zużyte futro.

Dzień rozpycha się nieznośnie. Kształty tężeją w rzeczywistości i choć daleko im do nocnej mrzonki, to jednak one twardo stoją na ziemi i gotowe okaleczyć, jeśli je ignorować. Życie marzycieli jest ciężkie pośród nieugiętej codzienności. Kolory spłowiałe, zbrukane używaniem nie są tak żywe, jak w wyobraźni, dłoń czuje opór materii. Świat mniej przychylny dyktuje reguły i jest tak diabelnie konserwatywny, że ogarnia mnie współczucie. On nie marzy? Nie zasypia? Nocą mógłby rozwinąć skrzydła i z wdziękiem kosmicznej manty pofrunąć w łagodność, albo na wakacje. Wyłączyć grawitację i poskakać jak piłeczka pośród innych kosmicznych piłek. Poszukać smoków, albo rozsypanych po horyzoncie zdarzeń pereł.