sobota, 6 grudnia 2025

W czas odwilży zwilżyć wilgę.

 

    Pani niegdyś wyprowadzająca stadko uroczych piesków, dziś spaceruje z wózkiem. Ładnie jej, choć i pieski miały swój urok. Kosy pochowały się na nagich drzewach i tylko maskujące mundurki pozwalają im zachować anonimowość. Niezwykle wysoka mamusia wyciąga dzieciaczkom zza ławek „wpadnięte” tam zabawki, wypinając błękitną, jak letnie niebo pupę w stronę okien. Dzieci czekają w napięciu, bo przecież! A kiedy już komplet zgub się wydostał, czeka je musztra na szczycie zjeżdżalni. Niech się uczą moresu. Ludzie jak juczne wielbłądy kursują między domami, a sklepami, niektórzy już prowadzają drzewka. Dzień tak krótki, że nie wiadomo, czy warto go zaczynać.

piątek, 5 grudnia 2025

Z prawej są sprawy, a z lewej zlewy.

 

    Grudniowy deszcz gładko wpisuje się w podejrzenie, że zamiast czterech (sześciu) pór roku mamy obecnie dwie – suchą i deszczową. Jak w Afryce, co poniekąd tłumaczy napływ permanentnie opalonych istot włóczących się po Mieście. Chodniki służące jak sama nazwa wskazuje do chodzenia, zamieniły się w brodziki, więc potulnie brodzę.


    W autobusie podsiada mnie czarna puma. Młoda, gibka, zapewne niebezpieczna. Oddycham bezszelestnie, by nie zatopiła we mnie kłów, ale ona zatapia wzrok w monitorze, więc czas jakiś pożyję. Nie mruczy, nie oblizuje się. Może jest syta. Faceci mając do wyboru podwójne siedzenia zwykle siadają głębiej, by kolejny użytkownik mógł bez problemów zająć wolne miejsce. Kobiety siadają z brzegu, ale dlaczego, to nie wiem. Musiałbym chyba płeć zmienić.


    Manekiny w ślubnych sukniach zerknęły na siebie znacząco, gdy jako pierwszy minął je palący wonnego papierosa Nóżka, a nie ja. One już wiedziały, że jestem w lekkim niedoczasie i zapewne wymieniały kąśliwe uwagi. Łatwo im gadać, kiedy stoją sobie w ciepłym i patrzą na moknących przechodniów.

czwartek, 4 grudnia 2025

Rzekomo rzekła rzekotka, że zła kotka rzece złorzeczy w dorzeczu.

 

    Osiedlowymi alejkami biegnie kobieta. Liczy, ze zdąży na autobus, który odjechał ze trzy minuty temu. Choć założyła porządne, trekkingowe buty, jej szanse były nikłe, więc na przystanku parowała po daremnym wysiłku. Sympatyczny Rudzielec w autobusie przeprowadzał ręczną inspekcję twarzy. Niczym skrupulatna kotka omiotła dłońmi pyszczek, by z należytą elegancją ruszać w nieznane. Archeopan kilka razy sprawdził efekty, choć Rudzielec na substancję zabytkową nie wyglądał wcale i jeszcze długo nie będzie.


    Kolarze jadą tempem podróżnym równym prędkości MPK. Autobus co prawda wyprzedza kolarzy między przystankami, jednak postoje sprawiają, że na czoło peletonu wracają ci z napędem nożnym. Przed MOPS-em ustawiła się długa kolejka, choć do otwarcia zostało półtorej godziny. Za to przydworcowy klan kloszardzi ma się doskonale i od rana unosi w górę blaszane kielichy z piwkiem, a każdy własnym pucharem dysponuje, czyli rozpusta pełna. Pani w wełnianej czapce była tak świergotliwa, że echo nie wiedziało, od której ściany powinno się najpierw odbić.

Wola życia.

 

    Pożeram móżdżek cielęcy, z wielkim talentem upichcony w domowej kuchni, a mój apetyt nie maleje, choć danie na talerzu w okamgnieniu osiąga skrajnie minimalny rozmiar. I wtedy, nagle, dopada mnie myśl, że owo zwierzę zaczyna mnie podglądać od środka. Niemal widzę jego przerażenie i obrzydzenie gdy ogląda przełyk, żołądek, kiedy ruchy robaczkowe popychają je ku wyjściu, a soki trawienne rzucają się na fragmenty istnienia i znikąd nadziei, litość uśmiercona przed faktem, a głód, wola przetrwania i inne atawistyczne przymioty kierujące istotami, by zdołały przetrwać choć chwilę dłużej pastwią się nad tym niegdyś myślącym organem i wysysają zeń każdą kroplę życiodajnej energii, by zmarnotrawić ją, zużyć do realizacji innych życiowych funkcji. Biedny zwierzak nie poszedł na marne, gdyż zdołam zmienić to martwe ciało w energię potencjalną, którą wydatkuję wieczorem na prokreację. Wieczorem, bo teraz pozwolę organizmowi nacieszyć się zdobyczą, dostatkiem, który oczywistością nie był. I spłodzę (być może) kolejnego głodomora, by i on dał się obejrzeć od środka milionowi kotletów świńskich, krowich, czy baranich. A co! Niech powalczy o przetrwanie!

środa, 3 grudnia 2025

Grzeczna grzesznica.


    Dwie nieznające się kobiety wymieniają fachowe uwagi na temat wkładek do butów z futerkiem, a za pazuchą innej, spod skórzanej kurtki wygląda biała mordka psa. Dziewczyna obarczona plecakiem-rekinem, zielonym szalem i wełniana czapką z daszkiem przymierzała się do siedzących miejsc to po prawej, to po lewej stronie wagonu i najwyraźniej feng shui, albo tai-chi nie pykło, bo szczęśliwość jej nie wzrastała na żadnym z miejsc.


    Ja? Dokarmiałem się krówkami i było mi dobrze. Ktoś przewijał nieskończony pas wiadomości ze świata, inny „rolował” miniatury amatorskich filmów. Chłopak osaczony wielkimi reklamówkami z Pepco siedział znużony obok swojej pani dzierżącej dwa bukiety kwiatów, nastolatka korzystając z aparatu w telefonie poprawiała bardzo wyzywający makijaż.


    Sympatyczny Rudzielec szamoce się w wyborze miejsca siedzącego podobnie do pani od feng shui, ale chyba chce uniknąć wzroku Archeopana, więc odwleka wybór, aż ten nie zasiądzie. Na zewnątrz zima w natarciu, co można poznać po skrzących się na rabatach i trawnikach opakowaniach po setce wódki – niezłej chyba i dla koneserów – o smaku brzoskwiniowym, czy żurawinowym. Naród idzie w jakość.


    Jakaś Chinka biegła tylko nieco wolniej niż ja szedłem, a żywopłot z ostrokrzewu krwawił czerwienią owoców – może pokłuł się o własne kolce? W rozwidleniach konarów drzemią puste gniazda czekające na gruchające parki, ale wiosna wciąż jest tylko majaczącym snem. Pośród starannie wyczesanych traw na skarpach miejskiej fosy zachwycam się pniem czarnego bzu. Czy może innego krzewu. Jest tak fantazyjnie pomarszczony i skomplikowany we wzorze, że karcz byłby znakomitą i niepowtarzalną ozdobą. Uwielbiam korzenie. Parę kroków dalej trafiam robinie o wielu pniach i tak skomplikowanym rysunku na korze, że także je chciałbym widywać częściej i w bardziej godziwych warunkach.


    Od elegancika w czarnej skórzanej kurtce, cierpliwie dłubiącego w głębinach smartfonowych możliwości, dobiega woń obornika. Najwyraźniej jestem zbyt mało wyrafinowanym wąchaczem, by ową woń uznać za aromat.

wtorek, 2 grudnia 2025

Graty gratis, a opłaty za łaty.

 

    

    Już-Nie-Ruda-Kobra zdaje się być pogodzona z myślą, że rynek matrymonialny próbuje wyperswadować jej obecność sugerując, że czas przesiąść się na trybuny i kibicować innym.


    Konkurencyjne ekipy kanarów nie rywalizują przeprowadzając kontrolę na wyścigi, lecz grzecznie jadą przystanek, by wysiąść i z dala od postronnych ustalić gry-plan na nadchodzący świt. Na wystawie gipsowe anielice bezradnie rozkładają ręce, zdając się tłumaczyć, że niebo nie zna biustonoszy, gdyż (dzięki Bogu!) grawitacja tam jest łaskawsza dla biustów.


    Kobieta z doskonale odkarmionym dzieckiem wsiada do tramwaju. Młodziak natychmiast klnie, rozkazuje, zabrania matce oddychać i znienacka usiłuje uderzyć ją w twarz. Matka jeszcze ma refleks i siłę, by sprostać gówniarzowi, ale czas podwójnie działa na jej niekorzyść. Współczuję szczerze, a ona z tego nieszczęścia wysiada z chłopcem i idą na piechotę.

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Prasówka cd.

 

    Tatuaż zwiększa prawdopodobieństwo czerniaka o 29% - to nie jest powód do paniki.


    Ja chyba żyję w szpitalu psychiatrycznym, albo redaktorzy wiadomości bezobjawowo zarazili się obłędem, więc krzewią herezje z całą bezczelnością, na jaką stać człowieka, produkującego niusy dla spragnionych nowinek z wielkiego świata, podpisując artykuł informacją, że treści mają służyć celom informacyjno-edukacyjnym.


    Dzisiaj czytane badania przeprowadziła szwedzka nauka. Wcześniej podobne wyniki uzyskała nauka amerykańska. Artykuł w rozwinięciu rozcieńcza odpowiedzialność tatuaży na rzecz słońca i innych czynników mogących mieć wpływ na wystąpienie nowotworu, choć wartości bezwzględne wykazują, że chorych z tatuażami jest o 29% więcej, niż chorych bez tatuaży. Trudno zakładać, że aż tyle osób z tatuażami trafiło na „gorsze” warunki pogodowe niż ci bez malunków.

Klasa klaszcze na klasową klaczkę z klasą.

 

    Na autobusowym monitorze czytam, że Miasto jest przyjazne rowerzystom. Wierzę. Za to ani słowa o piechocie ograbionej ze spokoju, chodników i jakichkolwiek praw. Więcej jak połowa szerokości chodnika ma wymalowane pasy dla kolarzy, zostawiając tę mniejszą część piechocie, która musi się podzielić tą resztką ze słupami oświetleniowymi, pachołkami uniemożliwiającymi parkowanie samochodów, wiatami, słupami ogłoszeniowymi i wszelkimi innymi szykanami, zlokalizowanymi na chodnikach. Wysiadam z autobusu i aby przejść skrzyżowanie (dwie jezdnie) z pięć razy przecinam ścieżki rowerowe.



    W radio słucham o wysiłkach amerykańskich, by zaprowadzić na Ukrainie pokój. Daleka droga, ale warta wysiłku, więc Wielka Polityka „podejmuje starania”.

    No pewnie – Usaki w zamian za „pomoc w wysiłku wojennym”, który sami sprowokowali i podsycali, zażądali od Kozaków 50 procent urobku z wydobycia metali ziem rzadkich, oraz 50% zysku z odbudowy krainy U. Jak dodać do tego wymuszenie na UE zwiększenia zakupów amerykańskiej broni, rezygnację z tanich paliw rosyjskich na rzecz wiele droższych amerykańskich – mamy czarno na białym amerykańską dobroczynność, jaką od dawna uprawiają na całym świecie, a gdy tylko ktoś zaprotestuje, organizują manewry lotniskowców i łagodną siłą perswazji zwaną F-16, czy F-35 gaszą protesty, likwidując przeciwnika, nazwanego na potrzeby opinii publicznej terrorystą. A cóż osiągnęliśmy my? Najbardziej bezinteresowny naród świata? Prawo finansowania uciekinierów, odsetki od kozackiego zadłużenia, hojne darowizny na rzecz reżimu. Ach. Zapomniałbym na śmierć. Amerykanie postanowili jakiś tydzień temu „wydalić” grupę Kozaków z USA, bo to zwykli/niezwykli przestępcy. I dokąd to ich chcieli pognać? Przecież nie na przedmurze europejskiego spokoju, bo to byłoby barbarzyństwo. Ale czemu nie do Polski, która tak chętnie przyjmuje wszelki element, byle wykazał się nieuleczalną wrogością do gospodarza?



    Zakapturzonej dziewczynie rozszerzyły się nozdrza, kiedy przechodziła obok mnie. Złapała trop. Nieco spłoszony szedłem szybciej, bo najwyraźniej polowała, a wtedy lepiej przebywać daleko od głodnej samicy. Dalej było już bezpieczniej, więc stanąłem na światłach. Po przeciwnej stronie ulicy stały same kobiety. Wśród nich pani z pieprzykiem na policzku, swobodnie patrząca z góry na czwarty krzyżyk. Własny. A przecież elegancji i urody mogły jej pozazdrościć wszystkie, łącznie z młódkami.

Dziurkacz-koneser.

 

    Skąd bierze się apetyt na cnotę, na ów strach i wstyd, gdy pierwszy raz przyjdzie rozebrać się przed mężczyzną i pozwolić na to, co wzbudzało rumieniec i szarpało oddech nocą. Apetyt i popyt sprawiają, że na rynku dostępna jest cnota. Licytowana publicznie, bez ukrywania się za woalką pruderii. Dumam, czy to już prostytutka, czy stanie się nią dopiero po transferze środków, choć między udami ciągle tkwić będzie nienaruszona banderola nietykalności.


    Równie zdumiewający zdaje mi się trend mający utrzymać „cnotę” dla tego jedynego. Więc, by nic nie stracić w szybko upływającej młodości wystarczy zaprzęgnąć do zadań specjalnych inne, mniej oczywiste „dziurki”.

Tylko dzisiaj i tylko u nas.

 

    Nic nie przygotowało mnie na bezinteresowność obcych. Poczta elektroniczna od bladego świtu tryska entuzjazmem. Konspiracyjnym szeptem informuje mnie, że zostałem wybrany. Że zasługuję na prezent. Na najlepszy biustonosz ever! Wystarczy kliknąć. W czarnopiątkowej cenie stanę się posiadaczem i nosicielem. Kto wie, może nawet dołączę do klubu? Lekko zarumieniony, trącony dziewiczym wstydem, bo przecież ja jeszcze nigdy…. To byłby mój pierwszy w życiu. Pikanteria wyróżnienia sprawia, że zaczynam w głowie przymierzać owo cudo, przebierać w fasonach i kolorze. Niemal czuję na sobie pożądliwy wzrok mężczyzn, których dopiero spotkam dziś, w autobusie… Może nawet zapnę jeden guzik mniej? A niech tam! Dwa!