Pani niosła na sobie niewiele
kobiecości, żeby nie powiedzieć brutalnie, że ciałem była ledwie obrzucona. Ale
materia musiała być esencjonalna, z dna gara, bo wyglądała czupurnie i
zadziornie. Strach zbliżać się do galaktyki przez którą frunęła, bo jeszcze
wejdzie się na kolizyjny kurs i po kwiku. Dość powiedzieć, że do nogawek czuła
wstręt, względnie uwłaczały jej kobiecości. Dlatego krótkie spodenki były ich
pozbawione doskonalej, niżby rzecz uczynił pedantyczny Kopciuszek. Cóż – w pobliżu
dworca PKP rośnie wakacyjne stężenie oryginałów. Niegroźnych i przeważnie pod
wpływem dobrego humoru. Tylko czasem pod wpływem chmielu, czy jęczmienia.
Na przystanku wpada mi w oko gość z
pośladkami z przodu. Pod pępkiem wyrosły mu dorodne półkule i żeby je właściwie
wyeksponować pan skwapliwie rozsunął kolanka i nieprzeciętną urodą okrasił
otoczenie. Niechybnie był to model figlarny i bezpruderyjny, bo tiszercik miał
na wpół przeźroczysty z wysiłku utrzymania owego zadka w zaciszu tajemnicy. W
autobusie młody facet rozgrzewał mięśnie twarzy, a kiedy wysiadł zaczął ćwiczyć
pozostałe. Mimiczne ćwiczenia wyglądały dość pociesznie i tylko ciut grozą wiało.
A kiedy szedł taki kanciasty i nierozprostowany, stawał się niebezpieczny dla
otoczenia. Wolałem zostać w tyle i podziwiać ekwilibrystykę przechodniów usiłujących
minąć go bez stłuczki. Między mostem, a kościołem starszy pan zamiatał liście
(analogowo- szczotką) w zwolnionym tempie. Wiatr z szacunku umilkł i wyniósł
się, żeby mu nie przeszkadzać. Niedaleko – przesiadł się, pomagając hulajnóżce
w kasku wydąć spódnicę-spinaker i pognać ją hen do nieznanych portów.