piątek, 2 sierpnia 2024

Jedwabny – wabiący tę jedyną. Powabny – szczęściarz, któremu się udało.

 

    Dziewczę przyozdobione mięciuśkim mężczyzną-balonikiem rzęsy miało tak cienkie, jakby namalowane markerem z tych najszczuplejszych. Więc może faktycznie były namalowane. W autobusie pisklę płci męskiej usiłowało bawić się nie swoim samochodzikiem, bo przecież czerwony lubi – prawda tato? Dzień pięknych, dużych kobiet. Podróżowanie wokół dworca, galerii handlowych i centrum Miasta zawsze wnosi widzenia ekstremalne. Pani paradująca w biustonoszu, inna odziana w bluzkę składającą się z nieregularnych pasków materiału, inne, żyjące najwyraźniej w odmiennej strefie klimatycznej, bo występujące w ciężkich spodniach i grubych bluzach z kapturem. Melanż na całego. Psy przewożone rowerami, wpatrzone w piękne pupy powożących rikszarek zastanawiają się zapewne, po co im Bozia dała nóżki.

czwartek, 1 sierpnia 2024

Obchody i obchody dzieli bardzo cienka kreska.

 

    Mała Budda, dziś w spłowiałym dżinsie i kraciastej flaneli paliła papierosa czekając na transport. Znaczy – jest nerwowo. Trafiam eleganckiego siniaczka, w kształcie latającej wiewiórki, czy innej myszy, a zaraz potem w kształcie misia tous. Sezon w pełni, więc i obrazek nie dziwi. W autobusie (przy ponad trzydziestu stopniach w cieniu chłopak w grubej bluzie z kapturem naciągniętym na całą buzię.

środa, 31 lipca 2024

Budzik – maszyna do budzenia dzików.

 

    Czarne madonny, negatywy panien młodych, dziewczęta nabierające wprawy i łamiące stereotypy księdza-(nie całkiem) mężczyzny. Miasto zaludniło się czernią pełną kiecek, kurtek, leginsów i sam już nie wiem czego. Zupełnie, jak chałupy remontowane przez modnych architektów, których TV rozmnożyła do obłędu.


    Kobieta ksiądz, to księżyca? Książka i księżna są już zajęte, księginia? Podoba mi się Magisterka – pani magister. Ale szczytem wciąż pozostaje zapamiętany z dawien konstrukt brata, który na widok kobiety-listonosza nazwał ją listonoszyjką. Czyż nie pięknie?


    Młodziutkie klepsydry krążą po Mieście i prowadzają psy bez pośpiechu. Każda inaczej rozkłada magazyn piasku, przechowując go powyżej, lub poniżej talii (klepsydra ma talię?) Może to i lepiej, że psy chodzą same, bo w Mieście pojawiła się nowa generacja psów – nie chadzają, lecz są noszone na damskim na ogół łonie i ciut powyżej. Strach pisać o psach, bo Bralczykowi ponoć ktoś już nosa utarł za szczerość. Na murze czytam wyznanie spray’em: Świnie są spoko. Dla zachowania spokoju sumienia (w jakim towarzystwie obraca się wyznawca?) udaję, że chodzi o wieprzowinę, czyli prozaicznego schabowego.


    Szczupła brunetka opięta strojem niemal doskonale pachniała słodkimi racuchami. Facet u progu emerytury nie dał się zwabić aromatem, albo zwyczajnie nie poczuł, bo zamaskował się skutecznie, co w upale zapewne powali go na kolana z braku powietrza. Podobnie dziewczę w chustce na głowie i bluzeczce skurczonej w praniu tak, żeby mogła chwalić się dwoma łańcuszkami w pasie. Coś tam na nich majtało, lecz mnie zastanawiała raczej jej blada cera. Słońce nie próżnuje, ona, ubiera się niezbyt obficie, więc powinna mieć ślady ukąszeń słonecznych, a tu lipa panie – blada jak gładź szpachlowa.

wtorek, 30 lipca 2024

O kradzieży odzieży.

 

    Mała Budda postawiła dziś na wygodę tekstylną. Przeglądając wirtualne treści po kolei kontrolowała stan techniczny cielesnych otworów – tych w głowie, żeby nie pozostawiać niedomówień. Łysy brodacz (dziwnie brzmi) szedł chodnikiem, jakby zapomniał, że posiada stawy kolanowe – wyglądał całkiem jak wrona brodząca sztywno po świeżo skoszonym trawniku. W dojrzałej zieleni liści bożodrzewów pojawiły się kiście żółto-zielonych nasion, a kaliny zakwitły ponownie – zapewne nie nacieszyły się krótkotrwałą bielą kwiatów.


    Kobieta, cieleśnie pełna miękkości, a umysłowo pełna drobnych wątków z życia mieszkańców osiedla, dziś wybrała autobus, rezygnując z kolarskich wyczynów na miejskich wertepach. Może wiedziała, że martwy szczur leży na środku ścieżki rowerowej, nieżywa ofiara wypadku komunikacyjnego? Piękniejsza połowa świata wybrała leciutkie sukienki. A przynajmniej część tej połowy, wolna od alternatywnych zadziorności i ekstrawagancji. Owszem, zdarzały się nastolatki w w szortach, uzupełnionych nieco barokowym biustonoszem, albo w halką i glanami, ale to była zdecydowana mniejszość.


    Rzadko komentuję tatuaże, ale dziś udało się mnie oszołomić lekko nadmiarowej dziewczynie stylizowanej na hippiskę z dredami. Nie zdążyłem poczytać wszystkiego – wzrok już nietęgi, więc o notatkach mowy być nie mogło, ale to co dojrzałem wystarczy – marchewka wyrastająca z trampka, chmurka bezapelacyjnie damska, bo miała piersi i to niemałe, oraz pulchna, naga kobieta (autoportret?) wędrująca po sznurze na rękach i zmierzająca w stronę wiszącej na nim sukienki. Było tam coś jeszcze na sznurku, ale nie dałem rady. W ogóle z wieloma innymi obrazkami nie dałem już rady. Widać, byle co mnie rusza i pozbawia spokoju. Może to i lepiej, że nie odcyfrowałem reszty?

niedziela, 28 lipca 2024

Pilnik – futerał na piły.


    Młody wróbel usiłował (młodzież wiecznie usiłuje i sprawdza, na jak wiele jej pozwolą) dogonić ćmę, jednak tym razem ćmie się udało, jeśli jej cyrkowe akrobacje powietrzne można nazwać szczęściem, zamiast talentem i sprawnością. Grunt, że ćma kręciła piruety do rezygnacji wróbla.


    Kobieta doskonale wypukła nosiła opiętą (gdzieniegdzie) bluzeczkę, której dolne szwy usiłowały pogłaskać brzuszek bez szans powodzenia. Dół bluzeczki wisiał w powietrzu i nawet podmuchy wiatru okazały się niewystarczające. W autobusie jechała z mamą dziewczyneczka w sukience w motylki. Dziecko po kolei wertowało twarze dorosłych i najwyraźniej wyrabiała sobie opinię o obcych, ale z efektami nie zdradzała się absolutnie. Biła od niej dojrzałość i powaga, jakiej brakuje o wiele starszym „koleżankom”. Prawdziwa królewna. Może dlatego miała upleciony dookoła główki warkocz imitujący prawdziwą koronę.


    Opalona pani w wieku najmarniej średnim ozdobiła uda sporymi tatuażami i chciała się chyba wszystkimi pochwalić, bo jej dżinsy znajdowały się w katastrofalnym stanie. Strzępy po przejściu przez młockarnię. Wsuwanie tego arcydzieła na siebie musiało być sporym wyzwaniem. W okolicach dworca (i nie tylko) zastanawia ilość obcorasowców, od pierwszego spojrzenia wyróżniających się z tłumu.

sobota, 27 lipca 2024

Rozwiązła? Żadnych supełków, wszystkie sznureczki luzem.

 

    Księżyc nabiera ludzkich cech i nie potrafi zejść ze sceny. Myśli, że jak trochę schudł, to trzeba rzecz zamanifestować natychmiast. Pani z twarzą pochodzenia z rzymskiego imperium dziś w płaszczu i długich spodniach. „Kark” w czerwonym Audi wydawał się być skrępowany kolorkiem fury. Może pożyczył wóz od „Karkówki”? (Skrępowany? To dla „Karka” dość karkołomne słowo – nie, nie znaczy, że za kółkiem ćwiczył skomplikowane akcje rodem z BDSM, tylko zwyczajnie był zawstydzony).


    Osaczony przez Kobry oddycham płytko, ostrożnie łykam ślinę. Postawne kobiety zasłoniły uszy wielkimi słuchawkami, żeby nie musieć słuchać tego, co mogło się zdarzyć. Scena niczym z prologu do horroru. Szczudło w minispódniczce udo miało tak poplamione siniaczkami, jakby jej kto gorący bilon rozsypał po ciele, lecz bardziej ekstrawaganckich kształtów nie znalazłem. Ładna dziewczyna przytulała telefon do serduszka, jakby chciała podzielić się z kimś bardzo prywatnym bitem. Osiedlowa „szeptucha” od pikantnych nowinek wytrwale morduje krągłości na rowerze.


    Na ławeczce parka kloszardów wypatruje dwuzłotowej monety u każdego z mijających przystanek. Niedojedzona kaszanka leży na chodniku i czeka na szczęśliwego znalazcę. W autobusie wielkokalibrowa kobieta śpi rozwalona na siedzeniu, a biało-czarny kundel jej towarzyszy ogrzewając jej piersi. Swobodnie mógłby być i bernardynem sądząc po rozmiarze łona i piersi. Naprzeciw multigatunkowej parki śpi chłopina z zalążkiem łysiny na czubku głowy. Łysina pięknie już opalona udaje myckę, której nie da się zdjąć, żeby zbierać do niej grosik od łaskawych przechodniów.


    Kobieta musiała być doskonale karmiona ze czterdzieści lat z hakiem, żeby osiągnąć taki poziom urody. I wcale nie potrzebowała kwiatka w dłoni, żeby zachwycać otoczenie własnym wdziękiem. Nie tylko moim dodam absolutnie bez złośliwości. Wystarczy wyjść poza stereotypy, by zacząć dostrzegać naturalną urodę. Tłuściutki facet bez biustonosza, czy czegokolwiek zastępczego wyszedł na balkon i karcił dziecię ubrane dla odmiany kompletnie. Cóż… może dziecko także powinno świecić biustem? Pięcioletnia z grubsza dziewczynka w krótkich spodenkach i sportowym staniczku pląsała po podwórku. Trudno mi zrozumieć, jaka idea przyświecała mamie, więc cieszę się, że to nie mój problem.

piątek, 26 lipca 2024

Brat bratka.

 

    Uroda kobiet w autobusie skupiona była na tym, co działo się (innym) w nocy, budziła na czołach fale zmarszczek, układające się niczym dno morza popychane wiatrem. Pani, zbudowana niczym marvelowski zielony ludzik stopy m8iała po dużo młodszej siostrze, ale radziła sobie doskonale, zarówno stojąc, jak i mierząc krokami Miasto. Długonogie dziewczęta prowadzą pościg za umykającym tramwajem, kolarze w różowych trykotach gubią kalorie, zrzucając je wprost na jezdnię. Coraz więcej opalonych ciał stanowi więcej niż sugestię, że lato dojrzało. Cudny karampuk w niepełnym garniturze płeć zdradził wyłącznie przez pantofle wsunięte na bose stopy – usiłowały naśladować męskie, lecz bez przekonania.


    I wreszcie – ciąg czarnych szyldów reklamowych: zakład pogrzebowy – agencja podatkowa – fryzjer… w nienachalny sposób rozwija myśl „śmierć i podatki” o wątek fryzury, jeśli coś jeszcze zostało na skołatanej głowie. Ale – być może jechałem pod prąd.

czwartek, 25 lipca 2024

Miał tylko miał, więc miałczał.

 

    Pulchne dziewczę na podróż tramwajem wybrało jednoczęściowy strój kąpielowy, szorty z dżinsu i sandałki, czym wyczerpała tekstylne zapotrzebowanie. Rynek pełen jędrnych łydek, bioderek kuszących młodością, piersi osłoniętych gorsetem, albo falujących swobodnie pod czymś zwiewnym. Dzieci z lodami we wszystkich możliwych kolorach, dziewczęta ozdobione różami i chłopcy strojni w dziewczęce towarzystwo. Ci, którym nie dopisało powodzenie topili smutki w ciężkich od westchnień kuflach, aż organizm poczuł zew i siłę pieśni masowego rażenia.


    Pani w towarzystwie nabitego pana szła w sukience pozwalającej udom na słoneczne kąpiele, pozostawiającej plecy całkowicie dostępne owej pieszczocie. Może była zbyt duża na tę kieckę, gdyż prócz pleców zabrakło materiału na boki. Skorzystały na tym piersi, co rusz wyślizgujące się spod ramion i zerkające ciekawie na świat. Młoda pani w jednej ręce niosła więdnącą różę, a drugą podtrzymywała chłopca, który nie był nią jakoś szczególnie zainteresowany, skoro wolną ręką obsługiwał telefon.


    Kloszardom nieczęsto zdarza się porzucać prowiant, a na podłodze autobusu zostawili torbę z chlebem, pomidorami, jakimś wyszukanym sosem i sam nie wiem czym jeszcze. Aż kierowca musiał negocjować z bazą, czy ma zjechać z tymi artykułami na bazę, by go ktoś oczyścił, czy może sam usuwać. Najwyraźniej kloszardom się powodzi lepiej, niż sądziłem. Siwowłosy dżentelmen, w trzyczęściowym garniturze, pod krawatem, z ulicznych kubełków wyławiał niedopałki.

Rajtuzy – największe asiory w raju.


    W przystankowej wiacie przysiadła gniewna kobieta o włosach ułożonych w fale. Minę miała wystarczająco groźną, żeby ozdobić awers rzymskiej monety. Mając taką, człek by się trzy razy zastanowił, czy ją wydać, a sprzedającemu ręka zadrżałaby, gdyby podał towar podłej jakości.


    Dzień rozwijał się powoli i był chyba dniem kobiet o szerokich biodrach. Takich, między które nie wystarczy wepchnąć byle czego. Taki, który w przypadku nawet lekkiego niedoboru natychmiast powoła do życia epitet „zabiedzona”, czy „zagłodzona niemal na śmierć”. Co prawda, natychmiast po przekroczeniu tej ubogiej granicy wpada się w otwarte ramiona epitetu „apetyczna”, choć jeszcze nie złośliwe „tłusta”, czy „gruba”. Ale zawsze. Epitet, to epitet. Piękno najwyraźniej potrafi trwać, nie oglądając się na rozmiarówkę i dogmaty gejowskich projektantów.


    Ciamkający przez całą drogę kierowca powoził nerwowo, wytrząsając z pasażerów co bardziej miękkie uczucia. Ostrzyżone trawniki wyliniały, wyłysiały i straszą plamami jałowej ziemi. Dziko rosnące słoneczniki wychyliły kosmate łby ponad hałdy ziemi i obserwują natężenie ruchu. Niebo marszczy się skrzeplinami ciemnych chmur, wiatr okrada ciała z iluzji.

środa, 24 lipca 2024

Rozłożysta – skłonna do rozkładu.

 

    Śliczny karampuk w kaszkiecie skrupulatnie chronił dane wrażliwe, czyli wyznawaną obecnie płeć. Synek Małej Mi, na oko pięcioletni, w ramach buntu międzypokoleniowego zmienił bajkę i zanurzył się w świat pokemonów. Pani dramatycznie wciśnięta w biel spodni usiłowała kołysać tym, co między bioderkami, lecz bioderek jej brakowało i wyszło żałośnie. Na przystanku koleżanki wymieniały uwagi na temat preferencji obuwniczych i unosząc kolanka demonstrowały własne wybory. Lwowskie Różyczki opanowały deptaki w Mieście, zerkając z obrzydzeniem na otaczający je plebs.


    Kobieta, z wyglądu emerytowany ratownik WOPR, w stroju roboczym dziarsko wędrowała ku przeznaczeniu, choć najbliższe kąpielisko musiało być bardzo odległe, a do innej roboty, to chyba nie za bardzo się wystroiła, ale może przebiera się na miejscu. Pani z półchlebkiem w ręku szła najwolniej jak umiała, a przecież jej pies i tak nie nadążał. Imitacji Wróżby Na Dzień Dobry zabrakło tak gracji, jak i radości. Kładka łącząca wyspy mokra od rosy, most oblężony przez robotników czeka na zmartwychwstanie i urodę godną Uniwersytetu, by turyści (i tubylcy) mogli się zachwycać większym kawałkiem architektury.