środa, 31 grudnia 2025

Za dyszkę zadyszka.

 

    Chodnikiem pedałował starszy gość z wielkim worem – jak Grześ przez wieś. Szedł i sypał solą suche chodniki. Albo święty harmonogram mu kazał, albo z ostrożności, żeby go zima nie zaskoczyła, więc skoro zapowiedziano gołoledź, to sypie wyprzedzająco. Już-Nie-Ruda Kobra patrzy beznamiętnie i na zewnętrze i na mamusię z córeczką. Wczoraj, dla wzmożenia wesołości bodły się głowami zaśmiewając się przy tym, a dziś prowadzą „poważne” rozmowy.


    Mnie wciąż trzyma usłyszana w radio wiadomość, że ubiegłej nocy na terenie trzech województw doszło do ponad tysiąca podpaleń obiektów mieszkalnych – nie pożarów, a podpaleń! I nie umiem wyzbyć się postawienia znaku równości względem jawnej groźby kozackiej influencerki, która po otrzymaniu polskiego obywatelstwa (żeby nie dało się jej deportować) ostrzegała, że nas spalą, gdy tylko nasza hojność i gościnność osłabnie.


    I jeszcze - Pierwszy Pośród Usaków obiecał wg WP, że pomoże Izraelowi „bronić się” przed Iranem, z którym tenże nie graniczy, ale strach czuje taki, że nawet napletków rzezać nie trzeba, bo sam odpada. Czekam w napięciu, kiedy zacznie im pomagać „bronić się” przed Europą – nigdy nie wiadomo, kogo jeszcze się przestraszą i dlaczego.

wtorek, 30 grudnia 2025

Czy gołębie mają głębię.


    Wielka Niedźwiedzica pochyliła łeb nad Rzeką podświetloną całą tyralierą lamp wydobywających z gęstwiny mroku tłustą od chłodu wodę kłębiącą się niechętnie na podwodnych muldach i przeszkodach. Najwyraźniej pić się jej zachciało, a z kałuż nie dała rady zaspokoić pragnienia, bo te zwyczajnie zamarzły. Grudniowo, typowo i stabilnie. Chrzęszcząc tłukłem małe, skostniałe lusterka, leżące gdzie popadnie, jak złogi w ciele. Nóżkę spotykam już poza salonami sukien ślubnych, ale to nie dlatego, żem taki rączy, tylko dziś on zaspał. Baristka zdążyła już zawłaszczyć stolikami teren przed kawiarnią, ale po co, to nie wiem. W autobusie mało nie przymarzłem do krzesełka, kierowca, najwyraźniej morsował na pętli i wystudził wnętrze do absurdu.


    Wracałem przy wesolutkich dźwiękach pobrzękujących, pustych butelek. W tramwaju zapachniało piwem, a dzwonnikiem okazał się kloszard. Zaskakująco dobrze radził sobie z językiem obcym – dla niego i dla mnie. Gdy tramwaj dogoniła Francuzka z małym chłopcem, radził sobie z konwersacją, i to z wzajemnością, choć żadne z nich nie znało słowa w nieswoim języku. Przed hotelem stanęła pulchna pani w czerwonej miniówie i zerkała do środka, dyskretnie (dla hotelowych gości) wydłubywała rajstopy pełne dziurawych wzorów z przedziałka. W zakładzie fryzjerskim leżące pod kontrolą mistrzów panie w tak zwanym międzyczasie realizowały się medialnie przeglądając nowinki w telefonie.

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Śnieg w uliczce na śnieguliczce.

 

    Autobus niemal pusty, starych dobrych nieznajomych wywiało w nieznane, w tramwaju więcej „kanarów’ niż podróżnych. Mrok i wiatr. Tylko świąteczne ozdoby silą się na elektryczną wesołość mrugając kolorowymi światełkami. Szczęściem Nóżkę spotykam gdzie trzeba – między jednym, a drugim salonem sukien ślubnych. Ściga łanię długonogą w skórzanej minispódniczce wzorzysto-dziurawych rajstopach i futerku spiętym zziębniętymi dłońmi. Ktoś ją rozbierał zbyt energicznie i guziki urwał?


    Patrząc na Rzekę przypominam sobie reklamę „łódki Bols”, ale czemu, to już nie wiem. Mijam uśmiechnięte kobiety z pieprzykami na policzkach i cieleśnie rozbudowane istoty z wielkimi bukietami kwiatów. Może dziś jakieś wyjątkowe święto? Chyba jestem roztargniony, albo niedzisiejszy. Tyle wątpliwości...

niedziela, 28 grudnia 2025

Ekstrakt upadłościowy.

 

    Kpili, że jak zwykle go przerosło, a on tak bardzo chciał stanąć na wysokości zadania. Dzięki oślemu uporowi i nie tak bezinteresownemu wsparciu osobistego psychologa osiągnął niemożliwe. Wtedy dopiero okazało się, że jego psychoanalityk zapomniał najpierw rozprawić się z lękiem wysokości.

sobota, 27 grudnia 2025

Osąd sądu, że wielbłąd wiele błądzi, to błąd jak sądzę.

 

    Przez całą noc padał niewidzialny śnieg i starczyło go w sam raz, by wypełnić fugi osiedlowych puzzli. Nieco zaniepokojone kosy fruwały od drzewa do drzewa, kryjąc się w nierzednącym mroku. Nawet ochronie nie chciało się wyściubić uzbrojenia, żeby nie marzło nadaremnie. Na zewnątrz? Starszy pan karnie szedł do piekarni, po chleb z pieca (jakby inne były skądinąd), a tak dokładniej, to cztery chleby – dla gości, jako pamiątka z Miasta. Ulicami przemykają z podkulonymi ogonami puste autobusy. Nieco zziębnięte, świecące pustymi oknami, nawet psom odechciało się sikać i wolą dosypiać niedokończone sny.

wtorek, 23 grudnia 2025

Klepanie klepiska w sklepie.

    

    Spore stadko raniuszków swawoliło w dorodnej forsycji. Może plotkowały o kuchennym rejwachu, tętniącym życiem i aromatem świąt. Kierowca z wrażenia zatrzymał autobus po niewłaściwej stronie skrzyżowania i usiłował wypuścić pasażerów w zielone. „Dla sportu” przyglądam się mijanym brzozom, szukając czagi, lecz bez sukcesów. Pulchne dziewczę ufarbowało grzywkę na różowo, a brwi na blond. Jeśli to miało wesprzeć urodę, to raczej się nie udało. Na przystanku dostrzegam dziewczynę z plecakiem-pandą. Wspinała się na paluszki, by dosięgnąć pieszczotą chłopca. Tak bardzo się starała, aż jej pośladki wyszły spod spódniczki, choć wiatru nie było wcale – nawet strony gazety nie zdołał otworzyć na otwartym stoisku.


    Omotana grubym szalem kobieta ćwicz przeprosty kolanowe czekając na autobus. Zieleniejąca właśnie wierzba, gdy rok chyli się ku końcowi, to już gruba anomalia. Mijam ogrody działkowe, w których Najbardziej wybujały słupy sieci energetycznej, nasyp kolejowy, na którego skarpach stare drzewa uginają się pod monstrualnymi bombkami jemioły, pylony dźwigające most i dźwigi budujące osiedle z klocków – osiedle większe niż okoliczne miasteczka.


    Napis na murze Stop wycofaniu gotówki nastraja mnie optymistycznie – ktoś myśli podobnie do mnie. Od razu przypomina mi się koncepcja cyfrowych dowodów osobistych i ostrzeżenie, że mnie okradną i powinienem zastrzec pesel. Gdy ktoś targnął się na mój archiwalny, papierowy dowód osobisty i chciał z niego zrobić użytek ,z definicji był przestępcą, a teraz, jak ukradnie moje dane, to jest co najwyżej „administratorem”. Potem rozbawia mnie młoda niewiasta z opaska we włosach. Opaska ma rogi, a pani czerwony nosek, więc chyba udaje renifera i jest Rudolfiną.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Usługi u sługi.

 

    King-kong w crocsach zaatakował. Gdy tylko panie farmaceutki otworzyły aptekę rozpoczął im dzień z grubej rury – nie wiem, czy kompletował świąteczne paczki, czy był taki schorowany, jednak towaru nabrał w dużą papierową torbę, której przez okienko podać nie było możliwości. W piekarni elegancki gość emablował ekspedientkę, której na co dzień nie widać w zakładzie, grymasząc w detalu – tu bułeczka, tam ciastko, gawęda i uśmiechy. Słodko było stać w kolejce po chleb. Gdy już zapłacił rachunki (oczywiście wypasionym telefonem), poszedł cały w skowronkach wprost w objęcia innej, której w tym czasie udało się odebrać z paczkomatu spodziewanki z wirtualnych sklepów.


    Jakaś pani poprosiła o wsparcie w walce z niesforną furtką, której nie dało się otworzyć inaczej, niż kluczem, więc wsparłem klucząc tylko odrobinę. Kozacka sprzątaczka wspięła się aż na piętro, co zdarza się jedynie z okazji świąt i posprzątała grudy błota wniesione nie wiadomo przez kogo. Budowlańcy zabawiali się wzajem smoltokiem dochodząc do filozoficznej konstatacji, że szukają pracy, a dopiero w niej szukają okazji, by wypić – nigdy odwrotnie. Panie przedszkolanki wypuściły na żerowisko dzieciątka, a każde w wełnianej czapie większej od korpusu małoletniego człowieczka, co w ogóle nie przeszkadzało w bieganiu i radościach niewinności.

sobota, 20 grudnia 2025

Gładka zagłada zagadki.

 

    Miejscowi eskalują. Przynajmniej posiadacze i właściciele, którzy każdego ranka (i wieczora) zasilają osiedlowe rabaty w skoncentrowany nawóz w ilościach agrotechnicznie nieuzasadnionych. Otóż posiadacze-wyprowadzacze w ramach rosnących uczuć do braci mniejszych (że też ktoś pozwala sobie na takie inwektywy względem ras innych) nie mieszczą ich względem pojedynczego egzemplarza i muszą, tak po prostu obarczać własną miłością dwa, trzy, a czasem i cztery czworonogi. Wychodząc z domu z rozmerdaną czeredką, której po łapach cieknie od całodobowej miłości poszukują dodatkowych kończyn, by ową zgrają jakoś sensownie zarządzać, co łatwym nie jest. Kto usiłował kiedykolwiek poskromić dwie sztuki narybku, ten wie, że to praktycznie awykonalne. Na osiedlu aż kipi od uczuć – właścicieli do przybierającej (ilościowo i masowo) własności, czworonogów do innych czworonogów i obcych do obcych, przy czym ci ostatni niekoniecznie tryskają uwielbieniem.


    PS. Prosta matematyka wskazuje, że piesek wysikując ciągle w to samo miejsce gorący, świeżo wyprodukowany nawóz powiedzmy skromnie po szklaneczce dziennie, rocznie osiąga poziom około stu litrów – solo! A kiedy jest ich kiść? Pół hektolitra na trawniczku, na którym Antek Kasię chciałby zauroczyć, lecz ledwie mały kocyk mu się zmieścił… Nawóz różami nie pachnie, a nawet gdyby, to czy każdy lubi róże?

piątek, 19 grudnia 2025

Niesione nasiona jesionu.

 

    Księżyc zrzekł się nieba na rzecz planktonu i poszedł w ustronia. Ja? Poszedłem w stronę północnej gwiazdy, której szło licho z oświetlaniem, lecz wsparcie elektrycznych reklam pozwoliło z nicości wydobyć kontury cywilizacji, a może i świata. W czas chłodu węszę, bo uwielbiam wąchać powietrze, szczególnie schłodzone niczym drink z palemką, albo wilgotne bardziej niż westchnienia pierwszych miłości.


    Jeden z osiedlowych karampuków (ale nie Melancholijny) zaskoczył mnie dziś, zakładając czarną kieckę wykończoną szerokim pasem białych koronek, więc może nowe idzie, albo raczej stare wraca w nowej odsłonie. W autobusie kobieta w różach i bordach używa okna nie do oglądania mijanych pejzaży, lecz jako lusterko, w którym poprawia rzadkie farbowane na blond włosy. Podziwiam figurę buraczkowo obłą, więc zgadza mi się kompozycja kolorów i kształtu uzupełniając się znakomicie.


    Kierowca odjeżdżając z przystanku zauważył przebiegającą jezdnię dziewczynę z tobołami i litościwie, miast ją przejechać zatrzymał się i nawet jej drzwi otworzył – te najbliższe jej pośpiechu. Dziewczę minęło je pchane pędem, podbiegło do kolejnych i nacisnęło guzik, by wsiąść tamtędy. Kierowca miał nieskończone pokłady cierpliwości i przychylił się do wniosku, więc pojechała aż jeden przystanek.


    Popołudnie wzbogacone sporą ilością minispódniczek i jednostkowymi pępkami rozglądającymi się po okolicy z wysokości młodziutkich brzuszków. Bujnie rozrośnięta pani opakowała własne aktywa w leginsy podkreślające jakość tychże. Jeśli pod spodem nosiła bieliznę, to ta musiała się starannie ukrywać, pozwalając pośladkom brykać jak młode źrebięta. Lecz dlaczego musiałaby się ukrywać, tego już nie wiem, więc może zwyczajnie jej tam nie było? Chodnikiem wędrował pudel z abażurem na szyi. Ilekroć zamierzał obwąchać atrakcyjnie ozdobiony moczem zakamarek musiał się gimnastykować.

czwartek, 18 grudnia 2025

Za konnicą poszły zakonnice.

 

    Mrok nie sprzyja widzeniom, więc na przystanek szedłem jak ryba pośród pokus spławików latarni – ani mnie wędkarz widział, ani ja jego się domyślałem. Za to w autobusie dostrzegłem pierwszy raz w życiu rozmowę telefoniczną językiem migowym. Duże przeżycie. A brodacz miał tak doskonałą dykcję, mimo wertepów, że nie musiał powtarzać, co nadał do odbiorcy.


    Mamusia w czarnej spódnicy pełnej różowych i fioletowych kwiatów usiłowała okiełznać siły witalne dwóch piskląt płci męskiej. Żywotność energetyczna młodych egzemplarzy wystarczyłaby do oświetlenia sporej metropolii bez uszczerbku dla zdrowia tychże. Jeden osobnik pomimo czapki wciśniętej na uszy wierzchem nosił przeciwsłoneczne okulary, choć brzask nie myślał jeszcze o wstawaniu, by wygonić słońce za potrzebą. Chłopię twierdziło, że zimno mu w oczy.


    Mijam parkę ustrojoną bardziej, niż rynkowa choinka i kilka kobiet o drobnych stopach i rozbudowanych korpusach. W autobusie podsiada mnie (nie po raz pierwszy) piękne dziecko, o eleganckich, wypielęgnowanych dłoniach i własnych pazurkach, mozolnie wyprofilowanych pilniczkiem. Dziecię zerka na chłopca, zapewne też pięknego i z kolczykami w uszach, któremu pod nosem snują się pierwsze kłaczki bardziej przypominające brud niż wąs. Na skwerze starzejące się robinie mają pnie pełne spękań i guzów, kojarzących się z nogami starca cierpiącego na żylaki.

Paskudnie podejrzliwy.

 

    Usaki zadrżeli, uświadamiając sobie, że suwnice w amerykańskich portach cargo, obsługujących miliony kontenerów wyprodukowane są w Chinach. Czyli mają sterowanie obcą elektroniką, którą można zdalnie przeprogramować, albo unieruchomić, a wtedy identyfikacja kontenerów będzie fizycznie niewykonalna.


    Skąd domniemanie? Sami, zaprowadzając demokrację w Iraku, unieruchomili wszystkie centrale telefoniczne, wysyłając cyfrowy kod spoza oficjalnej implementacji, by elektronika przekształciła „nowoczesne” centrale w szmelc.


    Teraz Europa masowo kupuje amerykański sprzęt wojenny. Ciekawe, co ukrywa elektronika broni w niemożliwych do prześledzenia obwodach scalonych?. Może autodestrukcję, gdyby azymut sugerował lokalizację celu w USA? Może spontaniczną eksplozję, gdy dzisiejszy sojusznik okaże się jutro wrażym parszywcem? Przechwyt kontroli lotów?


PS. Radiowe wieści ostatniej chwili. Tutejsi, czyli europejscy politycy zamierzają „przyjrzeć się” chińskim samochodom, gdyż one mogą być wykorzystywane do celów szpiegowskich – tak, tak, posiadają chińską elektronikę i są łase na wieści z dróg Europy! Troska, zapobiegliwość i przenikliwość godna najwyższego szacunku. Zastanawia tylko, czy to działanie w myśl zasady - Łapać złodzieja najgłośniej krzyczy sam złodziej.

Zasłony były za słone, by słoniowi zasłonić słoninę.

 

    Melancholijny Karampuk przewijał w drobnych paluszkach niewidzialne paciorki i (być może) usiłował wymodlić spełnienie marzeń na ten dzień, który dopiero miał nadejść. Może nie wszystkich, może tylko tych mniej zuchwałych, ale twarz miała skupioną na życiu wewnętrznym i nikt nie śmiał zakłócać transu.


    Pani ukrywająca siwiznę pod blond kokiem dźwigała dwa obrazy bez ram. Twarz miała zmęczoną i co rusz ziewała. Może dopiero co skończyła malować Miasto nocą i jechała, by namalować mu dzień do kompletu. Oczywiście nadinterpretowuję, gdyż obrazy treścią złożone ku sobie nie pozwalały nacieszyć się dziełem.


    Zapodziany pośród dziewiętnastowiecznych kamienic Indianin puszcza sygnały dymne, kto wie, czy nie szuka Indianicy, żeby ponownie zasiedlić prerie Indianiątkami potrafiącymi zapolować, jeśli nie na bizona, to choć na żubra – nie tego ze sklepu monopolowego, lecz z wielopól Polski wschodniej.

wtorek, 16 grudnia 2025

Pas pasuje do karabinu i karabińczyka.

 

    Księżyc zawisł nad Miastem wysokim C, a samochody o wyskrobanej pospiesznie widoczności, jak sznur pereł skrzyły się w mrokach rozszarpywanych światłami reklam i budzących się dyskontów. Łysol pachnący nałogami w telefonicznej rozmowie tłumaczył komuś, że jeszcze nigdy tak daleko nie jechał tramwajem. Dziewczyna biustem deformowała kożuszek do tego stopnia, że pierwszy właściciel zapewne byłby przerażony i zaprotestowałby, gdyby to zobaczył. Dziewczyna podobnie pastwiła się nad minispódniczką wystającą spod kożuszka, jednak zwarte i zdeterminowane łańcuchy polimerów bez słowa skargi radziły sobie z rozpasaniem cielesnym zlokalizowanym po przeciwnej osi kręgosłupa. Aż dziw, że umiała utrzymać równowagę by brnąć w sobie znanym kierunku, a mi przypomina się idea promowana od kilkudziesięciu lat, że można nie mieć rozumu, czy urody, ale posiadanie tyłka to obowiązkowy punkt, którego zlekceważyć nie wolno.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

Po kolei - kolejna kolizja kolegi kolejarza z koleiną.

 

    Nocą spadł brylantowy deszcz i okrył karoserie skrzącym się filigranem. Wszystko, może poza kubraczkami szpaków zdawało się połyskiwać, mienić, nawet kałuże okazały się lustrem dla chudnącego błyskawicznie księżyca. W tramwaju zmutowany byczek w croksach najwyraźniej opuścił pielesze domowe bez śniadania, gdyż dokarmiał się wydzielinami z nosa, a apetyt miał zaraźliwy, bo wśród pasażerów pojawili się kolejni konsumenci. Dziewczyna posiadająca kawałek ciała (w przeciwieństwie do zabiedzonych szczapek o nogach zaplecionych mocno) przesiadła się, by nie brać udziału w zbiorowej konsumpcji i ja ją rozumiem.

piątek, 12 grudnia 2025

Korozja zjada korę, erozja zjada erę.

 

    Wielka Niedźwiedzica zwiesza łeb nad jednym z ostatnich w okolicy nieużytków – tym za Biedronką, gdzie ma powstać ośrodek dla uchodźców, gdzie tramwaj nie dojedzie, żeby nie ułatwiać obcym podróży do centrum. Niech sieją popłoch w miejskich opłotkach. Kos, jak czarna dusza bezgłośnie skoczył z trawnika wprost w ramiona klonu i robił tam to, co kosy robią, nim świt wybarwi osiedle i nada mu kształtów. Różnice temperatur między wnętrzem, a zewnętrzem matowią szyby i sprawiają, że stają się nieprzejrzyste. Oddechem można wysyłać sygnały Morse`a, gdyby tylko znalazł się ktoś, kto wciąż potrafi odszyfrować ciągi kresek i kropek. Klepsydra w czerwonym płaszczu i białej czapce ma kształty sprzed epoki rzeźbienia nienagannej sylwetki skalpelem. I co z tego, że ma zmarszczki, skoro nawet one są nieoszukane i zasłużone godziwym najwyraźniej życiem.


    Nóżka dziś zasępiony. Spotykam go ciut za szybko, ale nie jakoś dramatycznie. Spoza okularów zerka na świat, jakby cały zamierzał zbesztać, gdy tylko się napatoczy. I nawet młodziutka baristka, zagubiona w otchłaniach swojej wielkiej torby nie poprawia mu nastroju. Na wystawie sukien ślubnych – kreacje w czerwieni. Jedna ze szczerozłotych dam dysponuje rozcięciem tak odważnym, że złotym, doskonale wydepilowanym łonem chwali się bezwstydnie, a jeśli ma rumieniec, to także złoty.


    A kiedy w radio słyszę „podwójne zapro na imprę” czuję się staroświecko poirytowany. Niech będę lamusem, ale media powinny trzymać klasę, a nie równać do rynsztoka, żargonu i nowomowy. Podobnie czuję się na spektaklach teatralnych – ostatnio byłem na takim, gdzie przez dwie godziny aktor zaklął tylko raz. Podczas wcześniej oglądanych przedstawień hurtem walili między oczy śmietnikową ekspresją. Niesmak, to najłagodniejsze ze słów, jakie przychodzi mi do głowy.

W drodze.

 

    Szesnaście zakonnic szło właśnie do nieba. Niespiesznie, skromnie, z poczuciem satysfakcji z ziemskiej służby. W szarych, mocno spranych habitach odświętnie odprasowanych i wyczyszczonych adekwatnie do okoliczności. Zbiły się w ciasną grupkę, niczym stadko owiec sprawnie zagnanych przez owczarka, więc z pielęgnowanej przez lata oszczędności miast szesnastu pojedynczych, szły pod wspólną, też niespecjalnie okazałą aureolą. Złośliwcy zadzierali głowy, zerkając, co zakonnice noszą pod habitami, podśmiewując się z niewydepilowanych łydek, względnie wełnianych podkolanówek, bo w górze zimno. Nim wzrokiem sięgnęli w mrok zaoszczędzonych cnót kobiecości, nadjechał eszelon Muska i rozniósł w pył stadko. Po niebie wiatr rozniósł resztki - drobne postrzępione chmurki.

czwartek, 11 grudnia 2025

Aromatyczna armata z armią armatury.

 

    Pani skrojona z resztek materiału, kompaktowa, być może poddana japońskiej sztuce miniaturyzacji aby zaznaczyć swoją obecność na rynku prokreacji wbiła się w legginsy podkreślające jej wartość rynkową, i tylko ukradkiem sprawdzała, czy to nie zbyt mało czytelna ekspozycja. Mrok zdławił entuzjazm kierowcy, więc jechało się i jechało, aż człowiek zaczął tęsknić za kanapką podróżną. Jesień nastraja nostalgicznie, niektórzy zaklinają pogodę, by wróciło lato i udają, że krótkie spodenki, to doskonały pomysł, choć ja zastanawiam się, czemu w takim razie w komplecie występuje kurtka na kożuszku.

środa, 10 grudnia 2025

Okazały okaz oka w okowach okazał się okoniem w oknie.

 

    Pomarańczowy samolot ugrzązł pośród wilków jednego z osiedlowych klonów, zapewne w asyście rozpaczy dziecka. I to o tym donosił kos skrzętnie ukryty w garniturze nocy, bo przecież nie o rosłym iglaku, który na okres zimowy każdego roku stroi się w milion światełek zaburzających sen w okolicznych sypialniach.


    Autobus przyjechał wypełniony „śpiącymi mnichami”. W obowiązkowo wielkich kapturach, oparci czołami o zimne szkło, rozparci na dwóch siedzeniach, jakby śnili sny wielokrotnie większe od podłej postury i fizycznego ubóstwa. Wcale nie chcę przez to powiedzieć, że cieleśnie bogata blondyna w rozwiązłych butach śniła sny skromne jak grzechy wyznawane na pierwszej komunii, by zachować umiar sumy cielesno-duchowej.


    Przesiadłem się na tramwaj i przede mną w objęciach plastikowego krzesełka utkwiła brunetka w wielgaśnej, marmurkowej kurtce. Pachniała jakąś mieszanką aromatów, które zuchwale identyfikowałem po kolei – stara książka, atrament, andrut smarowany słodką masą z jakąś ekstrawagancką przyprawą. Więc pewnie była piękna, choć strój zabrał możliwość weryfikacji tej uzurpacji, pozostawiając szerokie, niezaorane pole dla wyobraźni. Trawnik w dzielnicy Boga obsiadły trójwymiarowe, migotliwe gwiazdy, a i most niegdyś uginający się od kłódek pojaśniał girlandą diodowego planktonu.

wtorek, 9 grudnia 2025

Nosiciel unosi nos by puknąć wypukłe pukle.

 

    Pani w rozmiarze XL (i spódniczce XS) rozbudziła zainteresowanie Archeopana adekwatne do rozmiaru, bynajmniej nie spódnicy. Wróżba Na Dzień Dobry przestaje być dziewczynką, a jej kobiecość budzi się i rozkwita. Ochroniarz-kombatant negocjuje przez telefon wynagrodzenie, choć na Psa Wojny nie wygląda wcale. Może maskuje się doskonale, jak przystało na frontowego wygę?


    Trwa budowa międzyosiedlowej kuwety. Po zapomnianych ogródkach działkowych nie ma już śladu, może ze dwa drzewa oszczędzili projektanci, a resztę ogarnął nowy ład. Skrawek ziemi przy głównej ulicy, z otoczony asfaltem i nowiutkimi budynkami niewątpliwie ucieszy właścicieli czworonogów, którym brakuje terenów nadających się na biodegradowalną oczyszczalnię ścieków.


    Śpiewna Nerwica w kurtce-bezrękawniku dopiero w autobusie kompletuje play-listę, lecz nuci już z wyprzedzeniem, wiedząc, czym oszołomi własny umysł za chwilę. Z okolic, gdzie usiadła Już-Nie-Ruda Kobra dobiega mnie śmiech. Damski, nieco rubaszny, więc to nie Kobra się śmieje. Chwila musi minąć, bym skojarzył, że ów śmiech pochodził ze smartfonu. Niesione przez wiatr foliowe worki tłoczą się w podcieniach żywopłotów i udają sterty brudnego śniegu kryjącego się przed nieprzychylnością pogody.


    Jako kobieta była ledwie początkującą stażystką. Wsiadła i wahała, czy przysiąść się do mnie. W końcu sprawdziła dłonią, czy siedzisko nie ośliniło się na samą myśl, że złoży na nim miękkie tkanki i wspięła się pupą ufając, że jednak zachowa się przyzwoicie. Torebkę na wszelki wypadek trzymała na podołku, bo z takimi siedzeniami, to nigdy nie wiadomo.


    Na tyłach dworca wsiadł elegancik z wielką walizą i bólem istnienia rozsianym nie tylko po ciele, ale i we wzroku. Krawat zdychał mu pod szyją niespecjalnie związany z kołnierzykiem, a z torby wystawały podróżne rarytasy – wielka plastikowa butla z napojem gazowanym i równie wielka paczka chipsów. Gdzieś pomiędzy tłoczyły się żółto-czerwone róże – takie w bukiecie z Biedronki, nie od kwiaciarki.


    Popołudniem podziwiam gołobrzuche dziewczątka, nadmuchanego typka w krótkich spodenkach i sporo kobiet w minispódniczkach – jak do tego dołożyć dwucyfrową temperaturę na plusie, to zamiast zimy robi się piękna jesień. I wcale nie dziwą eksperymenty ze strojem.

Ekstrakt o przenikaniu języków.

 

    Co to jest wihajster, intuicyjnie rozumie każdy; no, to takie ten, zapomniałem, jak on się nazywa? I tu z pomocą przychodzi język niemiecki. Jak on się nazywa, tłumaczy się jako: wie heißt er, a czyta WI-HAJST-ER.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Szrapnel szarpnął szramę by się w bliźnim zabliźnić.

 

    Damskie spodnie mają tendencje. I trendy. Obecnie coraz częściej widuję takie, w których pojedynczej nogawce dałoby się przespać, za to na wysokości tkanek miękkich więcej niż obcisłych. One wręcz wgryzają się w płeć pilnując, by nosicielka ani na chwilę nie zapomniała, co nosi między nogawkami. Dla nosicieli owe spodnie stanowiłyby madejowe łoże, albo inne, równie wyrafinowane narzędzie tortur.


    Wielkie mózgi, wyćwiczone w niekończących się symultanach ze sztuczną inteligencją obciążają kręgosłupy tak, że powodują jego deformacje. Spod warstw kapturów na świat wygląda malutka buzia o porcelanowej cerze ze dwa numery za mała na gabaryt, jaki wieńczy, ale może to tylko zimowa iluzja tekstylna. Dwóch nastolatków o wzroku zamglonym, nieobecnym kontempluje w trakcie leniwej gawędy kominy elektrociepłowni i sprawdzają, czy palacz nie zaspał, bo czas najwyższy zacząć już rozcieńczać mrok przedświtu stadem tłuściutkiej baraniny.


    Gołym okiem widać, że lotnisko już otwarte. Niebo porysowane jak lodowisko po mistrzowskim programie dowolnym. Młoda mamusia popychając wózek kręci pupką okrytą czymś, co ma grubość pajęczyny i pewnie równie mocne włókna, by nadać kształtom to, co czas usiłuje skraść.

niedziela, 7 grudnia 2025

Uśmiechem, słowem, gestem.

 

    Jadę tym samym autobusem i jak zwykle zerkam na ludzi. Szybko, żeby nie obudzić podejrzeń o interesowność, czy apetyt na urodę. Przeciągam spojrzeniem najwolniej, jak wypada i kończę podobnie do pozostałych, gapiąc się niemal bezmyślnie przez okno, albo w detale wystroju wnętrza. Nuda skłaniająca albo do drzemki, albo wertowania kolejnych ekranów smartfonowych wieści z wielkiej iluzji świata. Trudno mi się pogodzić z taką obojętnością wymuszoną przez hipotetyczne podejrzenia. Tylko dzieci mogą zrobić coś bezinteresownie? Czy każda kobieta do której się uśmiechnę musi od razu obarczyć mnie obelgą, czy komentarzem pełnym epitetów? A facet zaczepiony spontanicznie musi od razu zewrzeć pięści i stanąć w pozycji bojowej?


    Ech! Kolejny dzień i wciąż ta sama śpiewka. Jedyną odmianą może być rodzinka wracająca z gościny, albo licealistka, która zaspała i jedzie nie tym kursem co trzeba. Nieco zagubiona, pośród obcych, których zwykle nie widuje, bo jeździ z innym zestawem osób. Grymas chyba wypełzł mi na twarz, bo jedna ze starych dobrych nieznajomych na wszelki wypadek przesiada się i dołącza do tej rudej, której chyba zazdrości tak młodości, jak wdzięku. Musiałem wyglądać bardzo podejrzanie, skoro zdobyła się na tak jawną demonstrację. Żeby nagrabić sobie do reszty uśmiecham się – przepraszająco jak sądziłem, a wtedy w jej oczach zapala się gniew. Widocznie w uśmiechu odsłoniłem kły i zaraz zacznie zwoływać koalicję chętnych, żeby wydrapać mi oczy, albo chociaż wygonić z autobusu.


    Jako przyszły banita wiem już, że ta pani zapamięta mi ów uśmiech do końca życia i stanę się tematem ploteczek w jej zakładzie pracy, a może nawet podczas domowego obiadu? Trudno. Nie jestem w stanie niczego zmienić. Jadę dalej i gapię się między własne nogi, obawiając się podnieść łeb, żeby nie eskalować. Włóczę się oczyma po tej podłodze, podgumowanej, brudnej, pełnej stóp nerwowo przemieszczających się od i do wyjścia, szukających wolnych miejsc, albo znajomych podróżnych, by przy zdawkowych uwagach o pogodzie dojechać do codzienności, traktując gawędę jako odmianę wytrącającą z monotonii. Mnóstwo butów. Brudnych i czystych, starych, wysłużonych, lecz zadbanych, czasem nowiuteńkich, na specjalną okazję. Z każdych dałoby się wysnuć opowieść o nosicielu. Szczególnie, gdy wyobraźnia podkarmiona nudą rutyny rozpaczliwie szuka zajęcia.


    I wtedy dostrzegam półbuty damskie, wiśniowe, jak określiłaby je kobieta. Lecz ja dostrzegam przede wszystkim rozwiązane sznurowadło ciągnące się za niskim obcasem. Wystarczy chwila, żeby ktoś przydepnął sznurówkę i nieszczęście gotowe. Zanim pomyślałem tyłek miałem już w powietrzu. Wstałem, zrobiłem krok, czy dwa w stronę owego buta. Nad nim rajstopy, rąbek spódnicy, płaszcza i gruby szal, a jeszcze wyżej twarz. Wypłukana z uczuć, obowiązkowo obojętna i matowa. Na pewno dysponowała doświadczeniem życiowym i towarzyskim – może nie wiekowym, lecz dobiegającym połowy tego okresu. Mogła się podobać, choć pewnie coraz częściej mierzyła się z kąśliwymi komentarzami. Przeciągnęła wzrokiem przez moją twarz i pewnie zapomniała mnie, zanim na dobre zauważyła. Dopiero gdy przykląkłem przed nią i schyliłem się, by zawiązać sznurowadło jej sylwetka zaczęła wypełniać się życiem.


    - Och! - wymsknęło się z niej słowo zaskoczenia.


    - But się pani rozwiązał, więc... – uniosłem wzrok akurat, żeby zauważyć, że nie poruszając głową, samymi oczami sprawdzała, czy każdy widzi, jak przed nią klęczę i wiążę but.


    - Och! - najwyraźniej jej organ mowy zawiesił się i powielał to, co zdołało się przedrzeć przez struny głosowe. I tylko oczy rozbiegane na wszystkie strony sprawdzały efekt. Może do podjęcia decyzji o właściwej reakcji na moją bezkompromisową pomoc potrzebowała potwierdzenia z zewnątrz?


    Na zewnątrz cisza zgęstniała, a jeżeli stopień wyższy od cicho istnieje, to właśnie się materializował, z sugestią, że jeszcze ciszej, to już na pewno się nie da. Chyba wszystkie kobiety w autobusie patrzyły na nią i na mnie. Na nas, choć uzurpowanie sobie części wspólnej, to zuchwałość nieuzasadniona niczym więcej, jak kawałkiem sznurka, który skończyłem właśnie wiązać, by podnieść się z kolan. Kilka pań westchnęło, jakby dyskretnie musiały zazdrość wydyszeć, jedna ukradkiem rozwiązywała bucik licząc niekoniecznie na mnie, lecz na dobrze zbudowanego byczka stojącego trzy kroki od niej. Pewnie podkochiwała się w nim platonicznie i teraz zwietrzyła szansę. Blondynka siedząca obok wyraźnie zazdrościła jej sznurowanych butów, choć sama nosiła piękne buty na obcasie, jednak zapinane na klamerkę. Ona z kolei miętę czuła do pana, który jechał tyłem do mnie i zapewne nie dowie się nigdy, że wzajemność miałby gwarantowaną, gdyby tylko odważył się odezwać.


    - Dziękuję – szepnęła zarumieniona pani, której doświadczenie najwyraźniej nie miało możliwości skonfrontowania się z podobną sytuacją, lecz wzrok obcych kobiet zrekompensował jej zaskoczenie z dużą górką – To bardzo uprzejme z pana strony, ale ja już tutaj wysiadam…


    Węzłowy przystanek wypluł nie tylko ją, ale i połowę pasażerów. Ja wysiadłem dwa przystanki później, zmierzając ku rutynie i zapomniałem o drobnym wszak incydencie. I pewnie nie pamiętałbym tego zupełnie, gdyby świat się wtedy skończył. A tak? Następnego poranka, jak zwykle czekałem na autobus i kiedy dotarł, wsiadłem. Linia którą jechałem dopiero rozpoczynała bieg, więc mogłem grymasić z wyborem miejsca. Lubiłem jechać przy oknie, przodem do kierunku jazdy i patrzyć na pasażerów, choć po wczorajszym zwarciu dzisiaj trochę brakowało mi śmiałości. Tym bardziej, że na następnym przystanku wsiadła ta, do której się tak nieszczęśliwie uśmiechnąłem obnażając kły. Zerknęła (chyba wyzywająco) i usiadła twarzą do mnie zakładając nogę na nogę. Na stopach miała półbuty, lecz tylko jeden był zawiązany. W drugim sznurowadło kołysało się w rytm kołysania się stopy. Usiłowałem zachować powagę, udając, że nie widzę dyndającego sznurka i rozglądałem się po wnętrzu. Ponad połowa kobiet w autobusie założyła sznurowane buty i każda, ale to każda jeden miała rozwiązany.

sobota, 6 grudnia 2025

W czas odwilży zwilżyć wilgę.

 

    Pani niegdyś wyprowadzająca stadko uroczych piesków, dziś spaceruje z wózkiem. Ładnie jej, choć i pieski miały swój urok. Kosy pochowały się na nagich drzewach i tylko maskujące mundurki pozwalają im zachować anonimowość. Niezwykle wysoka mamusia wyciąga dzieciaczkom zza ławek „wpadnięte” tam zabawki, wypinając błękitną, jak letnie niebo pupę w stronę okien. Dzieci czekają w napięciu, bo przecież! A kiedy już komplet zgub się wydostał, czeka je musztra na szczycie zjeżdżalni. Niech się uczą moresu. Ludzie jak juczne wielbłądy kursują między domami, a sklepami, niektórzy już prowadzają drzewka. Dzień tak krótki, że nie wiadomo, czy warto go zaczynać.

piątek, 5 grudnia 2025

Z prawej są sprawy, a z lewej zlewy.

 

    Grudniowy deszcz gładko wpisuje się w podejrzenie, że zamiast czterech (sześciu) pór roku mamy obecnie dwie – suchą i deszczową. Jak w Afryce, co poniekąd tłumaczy napływ permanentnie opalonych istot włóczących się po Mieście. Chodniki służące jak sama nazwa wskazuje do chodzenia, zamieniły się w brodziki, więc potulnie brodzę.


    W autobusie podsiada mnie czarna puma. Młoda, gibka, zapewne niebezpieczna. Oddycham bezszelestnie, by nie zatopiła we mnie kłów, ale ona zatapia wzrok w monitorze, więc czas jakiś pożyję. Nie mruczy, nie oblizuje się. Może jest syta. Faceci mając do wyboru podwójne siedzenia zwykle siadają głębiej, by kolejny użytkownik mógł bez problemów zająć wolne miejsce. Kobiety siadają z brzegu, ale dlaczego, to nie wiem. Musiałbym chyba płeć zmienić.


    Manekiny w ślubnych sukniach zerknęły na siebie znacząco, gdy jako pierwszy minął je palący wonnego papierosa Nóżka, a nie ja. One już wiedziały, że jestem w lekkim niedoczasie i zapewne wymieniały kąśliwe uwagi. Łatwo im gadać, kiedy stoją sobie w ciepłym i patrzą na moknących przechodniów.

czwartek, 4 grudnia 2025

Rzekomo rzekła rzekotka, że zła kotka rzece złorzeczy w dorzeczu.

 

    Osiedlowymi alejkami biegnie kobieta. Liczy, ze zdąży na autobus, który odjechał ze trzy minuty temu. Choć założyła porządne, trekkingowe buty, jej szanse były nikłe, więc na przystanku parowała po daremnym wysiłku. Sympatyczny Rudzielec w autobusie przeprowadzał ręczną inspekcję twarzy. Niczym skrupulatna kotka omiotła dłońmi pyszczek, by z należytą elegancją ruszać w nieznane. Archeopan kilka razy sprawdził efekty, choć Rudzielec na substancję zabytkową nie wyglądał wcale i jeszcze długo nie będzie.


    Kolarze jadą tempem podróżnym równym prędkości MPK. Autobus co prawda wyprzedza kolarzy między przystankami, jednak postoje sprawiają, że na czoło peletonu wracają ci z napędem nożnym. Przed MOPS-em ustawiła się długa kolejka, choć do otwarcia zostało półtorej godziny. Za to przydworcowy klan kloszardzi ma się doskonale i od rana unosi w górę blaszane kielichy z piwkiem, a każdy własnym pucharem dysponuje, czyli rozpusta pełna. Pani w wełnianej czapce była tak świergotliwa, że echo nie wiedziało, od której ściany powinno się najpierw odbić.

Wola życia.

 

    Pożeram móżdżek cielęcy, z wielkim talentem upichcony w domowej kuchni, a mój apetyt nie maleje, choć danie na talerzu w okamgnieniu osiąga skrajnie minimalny rozmiar. I wtedy, nagle, dopada mnie myśl, że owo zwierzę zaczyna mnie podglądać od środka. Niemal widzę jego przerażenie i obrzydzenie gdy ogląda przełyk, żołądek, kiedy ruchy robaczkowe popychają je ku wyjściu, a soki trawienne rzucają się na fragmenty istnienia i znikąd nadziei, litość uśmiercona przed faktem, a głód, wola przetrwania i inne atawistyczne przymioty kierujące istotami, by zdołały przetrwać choć chwilę dłużej pastwią się nad tym niegdyś myślącym organem i wysysają zeń każdą kroplę życiodajnej energii, by zmarnotrawić ją, zużyć do realizacji innych życiowych funkcji. Biedny zwierzak nie poszedł na marne, gdyż zdołam zmienić to martwe ciało w energię potencjalną, którą wydatkuję wieczorem na prokreację. Wieczorem, bo teraz pozwolę organizmowi nacieszyć się zdobyczą, dostatkiem, który oczywistością nie był. I spłodzę (być może) kolejnego głodomora, by i on dał się obejrzeć od środka milionowi kotletów świńskich, krowich, czy baranich. A co! Niech powalczy o przetrwanie!

środa, 3 grudnia 2025

Grzeczna grzesznica.


    Dwie nieznające się kobiety wymieniają fachowe uwagi na temat wkładek do butów z futerkiem, a za pazuchą innej, spod skórzanej kurtki wygląda biała mordka psa. Dziewczyna obarczona plecakiem-rekinem, zielonym szalem i wełniana czapką z daszkiem przymierzała się do siedzących miejsc to po prawej, to po lewej stronie wagonu i najwyraźniej feng shui, albo tai-chi nie pykło, bo szczęśliwość jej nie wzrastała na żadnym z miejsc.


    Ja? Dokarmiałem się krówkami i było mi dobrze. Ktoś przewijał nieskończony pas wiadomości ze świata, inny „rolował” miniatury amatorskich filmów. Chłopak osaczony wielkimi reklamówkami z Pepco siedział znużony obok swojej pani dzierżącej dwa bukiety kwiatów, nastolatka korzystając z aparatu w telefonie poprawiała bardzo wyzywający makijaż.


    Sympatyczny Rudzielec szamoce się w wyborze miejsca siedzącego podobnie do pani od feng shui, ale chyba chce uniknąć wzroku Archeopana, więc odwleka wybór, aż ten nie zasiądzie. Na zewnątrz zima w natarciu, co można poznać po skrzących się na rabatach i trawnikach opakowaniach po setce wódki – niezłej chyba i dla koneserów – o smaku brzoskwiniowym, czy żurawinowym. Naród idzie w jakość.


    Jakaś Chinka biegła tylko nieco wolniej niż ja szedłem, a żywopłot z ostrokrzewu krwawił czerwienią owoców – może pokłuł się o własne kolce? W rozwidleniach konarów drzemią puste gniazda czekające na gruchające parki, ale wiosna wciąż jest tylko majaczącym snem. Pośród starannie wyczesanych traw na skarpach miejskiej fosy zachwycam się pniem czarnego bzu. Czy może innego krzewu. Jest tak fantazyjnie pomarszczony i skomplikowany we wzorze, że karcz byłby znakomitą i niepowtarzalną ozdobą. Uwielbiam korzenie. Parę kroków dalej trafiam robinie o wielu pniach i tak skomplikowanym rysunku na korze, że także je chciałbym widywać częściej i w bardziej godziwych warunkach.


    Od elegancika w czarnej skórzanej kurtce, cierpliwie dłubiącego w głębinach smartfonowych możliwości, dobiega woń obornika. Najwyraźniej jestem zbyt mało wyrafinowanym wąchaczem, by ową woń uznać za aromat.

wtorek, 2 grudnia 2025

Graty gratis, a opłaty za łaty.

 

    

    Już-Nie-Ruda-Kobra zdaje się być pogodzona z myślą, że rynek matrymonialny próbuje wyperswadować jej obecność sugerując, że czas przesiąść się na trybuny i kibicować innym.


    Konkurencyjne ekipy kanarów nie rywalizują przeprowadzając kontrolę na wyścigi, lecz grzecznie jadą przystanek, by wysiąść i z dala od postronnych ustalić gry-plan na nadchodzący świt. Na wystawie gipsowe anielice bezradnie rozkładają ręce, zdając się tłumaczyć, że niebo nie zna biustonoszy, gdyż (dzięki Bogu!) grawitacja tam jest łaskawsza dla biustów.


    Kobieta z doskonale odkarmionym dzieckiem wsiada do tramwaju. Młodziak natychmiast klnie, rozkazuje, zabrania matce oddychać i znienacka usiłuje uderzyć ją w twarz. Matka jeszcze ma refleks i siłę, by sprostać gówniarzowi, ale czas podwójnie działa na jej niekorzyść. Współczuję szczerze, a ona z tego nieszczęścia wysiada z chłopcem i idą na piechotę.

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Prasówka cd.

 

    Tatuaż zwiększa prawdopodobieństwo czerniaka o 29% - to nie jest powód do paniki.


    Ja chyba żyję w szpitalu psychiatrycznym, albo redaktorzy wiadomości bezobjawowo zarazili się obłędem, więc krzewią herezje z całą bezczelnością, na jaką stać człowieka, produkującego niusy dla spragnionych nowinek z wielkiego świata, podpisując artykuł informacją, że treści mają służyć celom informacyjno-edukacyjnym.


    Dzisiaj czytane badania przeprowadziła szwedzka nauka. Wcześniej podobne wyniki uzyskała nauka amerykańska. Artykuł w rozwinięciu rozcieńcza odpowiedzialność tatuaży na rzecz słońca i innych czynników mogących mieć wpływ na wystąpienie nowotworu, choć wartości bezwzględne wykazują, że chorych z tatuażami jest o 29% więcej, niż chorych bez tatuaży. Trudno zakładać, że aż tyle osób z tatuażami trafiło na „gorsze” warunki pogodowe niż ci bez malunków.

Klasa klaszcze na klasową klaczkę z klasą.

 

    Na autobusowym monitorze czytam, że Miasto jest przyjazne rowerzystom. Wierzę. Za to ani słowa o piechocie ograbionej ze spokoju, chodników i jakichkolwiek praw. Więcej jak połowa szerokości chodnika ma wymalowane pasy dla kolarzy, zostawiając tę mniejszą część piechocie, która musi się podzielić tą resztką ze słupami oświetleniowymi, pachołkami uniemożliwiającymi parkowanie samochodów, wiatami, słupami ogłoszeniowymi i wszelkimi innymi szykanami, zlokalizowanymi na chodnikach. Wysiadam z autobusu i aby przejść skrzyżowanie (dwie jezdnie) z pięć razy przecinam ścieżki rowerowe.



    W radio słucham o wysiłkach amerykańskich, by zaprowadzić na Ukrainie pokój. Daleka droga, ale warta wysiłku, więc Wielka Polityka „podejmuje starania”.

    No pewnie – Usaki w zamian za „pomoc w wysiłku wojennym”, który sami sprowokowali i podsycali, zażądali od Kozaków 50 procent urobku z wydobycia metali ziem rzadkich, oraz 50% zysku z odbudowy krainy U. Jak dodać do tego wymuszenie na UE zwiększenia zakupów amerykańskiej broni, rezygnację z tanich paliw rosyjskich na rzecz wiele droższych amerykańskich – mamy czarno na białym amerykańską dobroczynność, jaką od dawna uprawiają na całym świecie, a gdy tylko ktoś zaprotestuje, organizują manewry lotniskowców i łagodną siłą perswazji zwaną F-16, czy F-35 gaszą protesty, likwidując przeciwnika, nazwanego na potrzeby opinii publicznej terrorystą. A cóż osiągnęliśmy my? Najbardziej bezinteresowny naród świata? Prawo finansowania uciekinierów, odsetki od kozackiego zadłużenia, hojne darowizny na rzecz reżimu. Ach. Zapomniałbym na śmierć. Amerykanie postanowili jakiś tydzień temu „wydalić” grupę Kozaków z USA, bo to zwykli/niezwykli przestępcy. I dokąd to ich chcieli pognać? Przecież nie na przedmurze europejskiego spokoju, bo to byłoby barbarzyństwo. Ale czemu nie do Polski, która tak chętnie przyjmuje wszelki element, byle wykazał się nieuleczalną wrogością do gospodarza?



    Zakapturzonej dziewczynie rozszerzyły się nozdrza, kiedy przechodziła obok mnie. Złapała trop. Nieco spłoszony szedłem szybciej, bo najwyraźniej polowała, a wtedy lepiej przebywać daleko od głodnej samicy. Dalej było już bezpieczniej, więc stanąłem na światłach. Po przeciwnej stronie ulicy stały same kobiety. Wśród nich pani z pieprzykiem na policzku, swobodnie patrząca z góry na czwarty krzyżyk. Własny. A przecież elegancji i urody mogły jej pozazdrościć wszystkie, łącznie z młódkami.

Dziurkacz-koneser.

 

    Skąd bierze się apetyt na cnotę, na ów strach i wstyd, gdy pierwszy raz przyjdzie rozebrać się przed mężczyzną i pozwolić na to, co wzbudzało rumieniec i szarpało oddech nocą. Apetyt i popyt sprawiają, że na rynku dostępna jest cnota. Licytowana publicznie, bez ukrywania się za woalką pruderii. Dumam, czy to już prostytutka, czy stanie się nią dopiero po transferze środków, choć między udami ciągle tkwić będzie nienaruszona banderola nietykalności.


    Równie zdumiewający zdaje mi się trend mający utrzymać „cnotę” dla tego jedynego. Więc, by nic nie stracić w szybko upływającej młodości wystarczy zaprzęgnąć do zadań specjalnych inne, mniej oczywiste „dziurki”.

Tylko dzisiaj i tylko u nas.

 

    Nic nie przygotowało mnie na bezinteresowność obcych. Poczta elektroniczna od bladego świtu tryska entuzjazmem. Konspiracyjnym szeptem informuje mnie, że zostałem wybrany. Że zasługuję na prezent. Na najlepszy biustonosz ever! Wystarczy kliknąć. W czarnopiątkowej cenie stanę się posiadaczem i nosicielem. Kto wie, może nawet dołączę do klubu? Lekko zarumieniony, trącony dziewiczym wstydem, bo przecież ja jeszcze nigdy…. To byłby mój pierwszy w życiu. Pikanteria wyróżnienia sprawia, że zaczynam w głowie przymierzać owo cudo, przebierać w fasonach i kolorze. Niemal czuję na sobie pożądliwy wzrok mężczyzn, których dopiero spotkam dziś, w autobusie… Może nawet zapnę jeden guzik mniej? A niech tam! Dwa!

sobota, 29 listopada 2025

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości cz.36

 

    W świecie „cyfrowych twórców” czuję się jak prowincjusz. Tworzę w głowie, utrwalam na papierze, a jeśli przepisuję w szpaler zer i jedynek, to już gotowe dzieło. Sztuka naiwna, żywcem wzięta z Cepelii, może kanciasta i niedoszlifowana, ale analogowa.

piątek, 28 listopada 2025

Kolagen kolaborował z kolanem.

 

    Stary pudel wiódł na pokuszenie starzejącego się chłopa, jednak pokusy dobierał nieumiejętnie. Drugi spacerowicz, z beaglem (nie mylić z biglem) gestami przemawiał do swojego psa, lecz ten nonszalancko ignorował tak mimikę, jak gesty i oddawał się psim przyjemnościom.

    

    Śladowy mróz powstrzymał opady i uwolnił z ust parę. Na przystanku wszyscy wyglądali, jak komiksowi bohaterowie podnieceni scenicznym dialogiem. Faceci w wąskich spodniach, a kobiety z nogawicami tak szerokimi, że dwie nogi w jedną bez trudu powinny zmieścić. Wszyscy drepcą w miejscu chcąc zachodził chłód dobierający się do resztek sennego ciepła.


    Zerkam na pazurki w kolorach, które Bóg wymyśliłby dopiero pojutrze, gdyby nie znudził się tym światem i nie rozglądał po bardziej emocjonujących przestrzeniach. Kierowca z premedytacją zajeżdża na przystanek tak, by przednie drzwi były trudno osiągalne dla pasażerów. Nic z tego. Pani w czerwonej czapce z wielkim pomponem wymusza otwarcie tychże. Inna, o bladej cerze i buzi okolonej białym futerkiem szeroko otwartymi oczyma i martwym wzrokiem penetruje zewnętrzne ciemności.


    Melancholijnemu Karampukowi coraz trudniej ukryć rozbudzoną kobiecość i łudzę się, że doczekam dnia, kiedy wystąpi w sukience i butach o dwa kilo lżejszych. Na chodnikach jedynie dzieci wykazują oznaki życia, radości, spontanicznych zachowań, czy ekspresji w marszu ku mozołom. Zerkam na śliczną panią daleką od ideałów urody. Na żaden konkurs piękności nikt by jej nie zaprosił, chyba do serwowania przekąsek. A przecież, pomimo grubych warstw tekstyliów zwracała uwagę. Najwyraźniej, miała „to coś”. Niedefiniowalną magię.


    Uliczna biegaczka wbiła się w tak obcisły strój, że przezeń mogłaby obsługiwać telefon ozdabiający szczyt biodra po wewnętrznej stronie materiału. Biegnie obok zakładu, w którym kończy się remont, a na nowych drzwiach pojawia się tabliczka ze zdumiewającym napisem: URLOP OD 18 SIERPNIA. Kto wie, czy dotyczy minionego, czy przyszłego lata, a także, czy w ogóle się skończy.


    Dziewięć tłustych, niemal równoległych smug plus kilka innych, tnących te pod kątem ostrym. Kolejne dopiero co są rysowane z wielkim zapałem, a piloci uwijają się jak mrówki w rozdeptanym mrowisku. Osaczony zewsząd księżyc jeszcze nie nabrał wielkości, by stawić czoła tym potężnym kratom więc buźkę miał bladziuchną. Zagadką jest natomiast, co te samoloty robią nad Miastem, bo przecież nie zwiedzają (zbyt szybko latają i za wysoko), a lotnisko ciągle zamknięte.


    Fosa okryła się taflą szkła, jeszcze kruchego, ale kaczki i gołębie ostrożnie drepcą nie mocząc brzuszków. Patrząc na szczupłą nastolatkę o niemal białej karnacji układam kolejny ekstrakt. O przedwczesnej empatii. Wisi niżej.

Ekstrakt o przedwczesnej empatii.

 

    Była chuda, jakby dawno nie jadła, a twarz miała bladą, niemal białą i kompletnie zabiedzoną. By dodać otuchy, uśmiechnąłem się ze współczuciem. Kiedy ostrożnie odwzajemniła uśmiech, okazało się, że ktoś jej wyrwał kły.

czwartek, 27 listopada 2025

Pełen jadu jadę do Jadzi z jadeitem.

 

    Kolarz mieszka w Kole, a może za mostem w Za-mościu, mulnik miesza w mule, w górach górnik kopie aż górkę ukopie, a doliniarz drąży doły w dolinach.


    Piękna Golemica w towarzystwie niepięknego Golema jedzie i gaworzy, okazjonalnie świadcząc czy pobierając drobne niedyskrecje i karesy. Dziewczęta wulgarniejsze niż piekło mają piękne młodością buzie, podkręcone trudnym do zignorowania makijażem. Siedzą z kolanami odległymi od siebie jak wschód od zachodu, aż dziw, że spodnie potrafią unieść owo rozchełstanie.


    Poranny chłód zmienił się w popołudniową odwilż i minispódniczki przestały być ekstrawagancją z pogranicza morsowania. Rajskie jabłuszka czerwieńsze od korali przypominają kolczyki uczepione twarzy starszej od świata, dzięki którym wciąż żyje, karmiąc się ich barwą, gdy własnej zabrakło. Paczkomaty dławią się od przyszłych prezentów, sklepy zliczają tak wiernych, jak i rozrzutnych.

Wymoczek zmoczył moczem suche sucharki od kucharki.

 

    Wielkolud robiony kowalskimi narzędziami wzrok miał opuchnięty, martwy i kompletnie nie biorący udziału we wstającym dniu. Stał opierając się o poręcz, a jego plecak usiłował usiąść mi na kolanach. Ćpun, czy cierpiący długotrwałą bezsenność nie wydawał się obiektem z którym można dyskutować o kulturze.


    Śpiewna Nerwica bezgłośnie odtwarzała dźwięki umilając poranek Archeopanu pozornie zatopionemu w artykule z Historii. Rozmiękający śnieg sprawdza wodoszczelność obuwia, a dziewczęce buzie oprawione w nieśmiertelną czerń przypominają księżyce wędrujące po mrocznych bezkresach. I tylko na wystawie różowiutki żółw o kurzych łapach mozolnie prze ku witrynie, żeby podziwiać biodrzastą dziewczynę tylko nieco zmarzniętą. Mija mnie dziewczyna tak biodrzasta i ruchliwa na zapleczu, że wzorem ze starych autobusów mogłaby nosić ostrzeżenie Uwaga, zachodzi przy skręcie.

środa, 26 listopada 2025

Skrępowany krępowaniem krępego krąpia.

 

    Choć wiatru nie czuć, śnieg pada niemal poziomo. Za lekki by spaść, zignorowany przez grawitację, szwenda się pod latarniami, jak ulicznica cierpiąca na brak zainteresowania. Samochody mlaszczą na rozmiękających jezdniach, a śnieżne pługi starannie zeskrobują biel aż do czarnego, skwapliwie omijając ścieżki rowerowe wyglądające teraz jak pole przygotowane pod uprawę szparagów, czy kartofli.

 

    Dama Z Zaścianka ledwie zdążyła na swój autobus, wygniatając szpilkami sygnały pisane morsem między wiatą, a pojazdem. Dziewczyna w trampkach kolebała się na śniegu niczym spiesząca dokądś kaczuszka. Pikowane kurtki i płaszcze wyglądają jak dmuchane materace i deformują sylwetki doskonale. Smutni ludzie wędrują wpatrzeni pod własne nogi i nawet widok marznących Abakanów nie poprawia im humoru, choć fakt, że komuś jest gorzej zwykle wystarcza do uśmiechu. Kościelna wieża przymierza świeżą kopułę z miedzianych blach i rozgląda się wokół, czy wszyscy widzą ową rudość, gdy zewsząd kopuły pozieleniałe z zazdrości udają, że to jedynie wiekowa patyna.

wtorek, 25 listopada 2025

Trylogia o martyrologii trylobitów Marty.

 

    Pani w skórzanych spodniach dziś nie obsikiwała kasownika, lecz zagarnęła pod siebie kawał podłogi i poskromiła ją stojąc na tyle szeroko, żeby pomiędzy mogło krążyć życie uciemiężone z całą masą niespełnień. Muskularna Atlasica trzymała się podłoża kompletem mięśni, a kompletem zmysłów tonęła w wirtualnej rzeczywistości.


    Przesiadka, i do tramwaju wsiada niska pani o ślicznej buzi i ciele rozbudowanym na potrzeby ciężkiej zimy. Od pierwszego kopa pomyślałem o niej, jak o survivalowcu gotowym spędzić najbliższe stulecie we własnoręcznie wydłubanej chacie, czy ziemiance, albo przynajmniej istocie odkrywającej solo źródła Amazonki czy zaginione światy na odległych pustkowiach Australii, czy Afryki.


    Jeszcze tylko malutka cyganka pchająca dziecinny wózek, raczej pełny, maszerująca w ogromnych buciorach. Zdawała się być karykaturą siebie samej, ale może te buty były zwyczajnie za duże i innych nie miała? Przerażające, że język polski w centrum Miasta jest językiem mniejszościowym.

poniedziałek, 24 listopada 2025

Prawnik prawiczek rozprawia o prawdzie w prawach.

 

    Drobne kałuże pozamarzały, choć na drzewach wciąż wiszą liście czekające, aż je wiatr policzy. Ulicami mkną samochody z pospiesznie wydrapaną widocznością. W autobusie dawno nie widziany Tańczący Z Mięsem. Wygląda, jakby inhalował się gazem pieprzowym serwowanym wprost do oczu. Za to Śpiewna Nerwica ma buzię o cerze tak pięknej, jakby dotąd nieużywanej. Wymieniła korzystając z dodatku świątecznego do wypłaty?


    Zerkam na wysoką dziewczynę w skórzanych spodniach. Stoi jak pijany lump. Nogi rozstawione szeroko, biodra wypchnięte do przodu. Zasadniczo doskonale naśladuje pijanego faceta usiłującego obsikać rurę, do której zamontowany był kasownika. A ona tylko delektowała się podróżnym menu wyświetlanym nieco za nisko do jej wzrostu. Ze dwie kobiety w minispódniczkach mają chyba podwyższoną odporność termiczną. Wokół grasują czapki z pomponami, grube szale, rękawiczki. Nogi z rajstopach na pewno się wyróżniają i to nie tylko odwagą. Może tak trzeba? Chwalić się, póki są piękne, młode i ściągają wzrok nie tylko męski?


    Z tego wszystkiego autobus nie dogania tramwaju i przychodzi czekać, dzięki czemu później idziemy pospiesznie do codziennych mozołów – idziemy, bo obok dziarsko maszeruje pani tańcząca przy rozstawianiu dwóch stoliczków po drugiej, zimniejszej stronie witryny kawiarni. I Nóżkę mijamy zaledwie minutę zbyt wcześnie, czyli wędrujemy z grubsza o czasie. Z radio słyszę, że pan Musk (Mózg?) znowu zaśmieca niebo serią kosmicznego złomu. Jeszcze trochę i promienie słoneczne będą musiały prosić o pozwolenie na przelot w bezpośrednim sąsiedztwie, albo zgoła starać się o wizę, czy zieloną kartę, żeby uniknąć dyplomatycznego zawirowania i ostrej, słusznej reakcji na bezczelny przelot w bezpośrednim sąsiedztwie strategicznych instalacji mogący zakończyć się gwiezdnymi wojnami.


    Na prośbę płci delikatnej usuwam truchło szczura – do bioodpadów, zapewne najgorzej na świecie, ale nie wiem, czy mrożone, surowe mięso to śmieci zmieszane (ja bym się zmieszał, gdyby ktoś znalazł mnie leżącego na chodniku i usiłował wyrzucić do kubła), czy też biologia – jak odmarznie będzie niewątpliwie biodegradowalny, a kto wie, czy nie smaczny dla pomniejszych organizmów. W sumie, lepiej leżeć wśród liści, niż szukać szczęścia w czarnym kuble.


    Padający śnieg sprawia, że zanurzam się w utopię wymyśloną bez powodu. Skoro w sejmie siedzą najwięksi patrioci, którzy życie poświęcają na ołtarzu społecznego dobra i realizują się, pełniąc społeczne misje, dobrze byłoby zmienić konstytucję tak, żeby wszystkie orły nawołujące do wojny, a tym bardziej głosujące za nią zmobilizować nie patrząc na wiek, płeć, religię, czy stan zdrowia i wysłać na front w pierwszym szeregu. W sejmie zostaliby ci, którzy głosowali przeciw zwarciu i spełniali się dyplomatycznie, z całych sił walcząc by zażegnać konflikt. Tylko który polityk zagłosowałby za taką ustawą?

niedziela, 23 listopada 2025

Striptiz.

 

    Postaci były dziwaczne. Kaptur zniekształcał głowę, albo to miejsce, gdzie ludzie maja głowy, a niżej spadał niczym bardzo szeroka peleryna, kryjąca całą sylwetkę i nie pozwalająca nawet domyślać się jej kształtu. Jedynym wybrykiem były dwa wybrzuszenia wielkości głowy mniej więcej na wysokości piersi. Czyżby to kobiety? Samice? Tańczyły wokół mnie we trzy. A może to nie taniec? Może to tylko moja wyobraźnia? Wszystkie milczały, okrążając mnie bezgłośnie. Nawet stóp nie było słychać. Może suknia-poncho tłumiła dźwięki. To trójosobowe wirowanie bez głosu zaczynało mnie niepokoić. Początkowe podniecenie przekształcało się w strach i obłęd. Zwielokrotnione potrójne wypukłości zdobiące każdą z sukni wirowały w tańcu tuż poza zasięgiem ręki. Nie wiem, czy miałbym odwagę sięgnąć po którąkolwiek, a przecież niczym się nie różniły. Może, gdybym bezrefleksyjnie wyciągnął rękę od razu na początku, nie wpadłbym w spiralę strachu. Teraz było to już niewykonalne.


    Coś się zmieniło. Stanęły przede mną wszystkie, te z zewnątrz sięgnęły w poły peleryn i wyjęły ostrza, by ciąć nimi płaszcz środkowej. A potem, nie wyjmując dłoni spod materiału zaczęły obdzierać środkową istotę z okrycia. Górą faktycznie była głowa, choć do ludzkiej było jej daleko. Za to domniemane piersi okazały się kolejnymi głowami, a każda brzydsza od poprzedniej. Początkowy opór materii słabł, więc proces rozbierania szedł coraz szybciej. Niczym nie skrępowane szmaty spadły w końcu z bioder i ułożyły się na podłodze. Mimo okropnego położenia nie mogłem oderwać wzroku od tej inscenizacji. Istota miała sześć nóg, a między nimi… Nogi nie wytrzymały i usiadłem. Przełknąłem ślinę, bo zaschło mi w gardle.


    Istota, już kompletnie naga wydawała się być zmutowaną ośmiornicą. Podeszła do mnie bezszelestnie, nogami otoczyła moją postać i ugięła je w kolanach. Tam, w środku był otwór. Zdawał się wywijać na zewnątrz, a jego lepkie ściany pełne były ostrych igieł. Pochylała się sześcioma nogami naraz, a otwór zbliżał się do mojej głowy. Cuchnęło, jakby się nigdy nie myła. Ciekło jej, jak wściekłemu psu z gęby. A potem otwór zamknął się miażdżąc mi głowę.

sobota, 22 listopada 2025

Czekolada bez nadzienia jest beznadziejna?

 

    Pole kukurydzy wysprzątane po żniwach odsłania kryjące się w chwastach ule. Jabłoń w przydomowym sadzie pilnuje dzieci, choć nie uchował się ani jeden liść. Za to żółciutkie jabłuszka kurczowo trzymają się gałązek, żeby nie stłuc brzuszków o zmarzniętą ziemię. Podziwiam kolejny z miejskich absurdów. Na poczet inwestycji której rozmach widać dopiero z lotu ptaka (z ziemi widać jedynie chaos) remontowany był z mozołem wiadukt kolejowy nad drogą. A kiedy się skończył, reaktywowano pociąg w relacji bardzo turystycznej i okazało się, że ten pociąg nie mieści się na wiadukcie i jedzie obok niego! Rogatki zacinają się częściej od innych, co destabilizuje tę ptasią inwestycję kompletnie, doprowadzając mieszkańców do furii.


    Kobieta siedząca za kierownicą SUVa na światłach ćwiczy całuski i sprawdza w lusterku, jak wygląda z dzióbkiem. Młoda „alternatywka” z fioletową grzywką ciętą od linijki i brwiami wyostrzonymi lepiej niż księżyc w noc przed nowiem uda okryła koronkami, skwapliwie pilnując by spódnica i płaszcz nie władowały się koronkom na kolana. Blada była przy tym, jakby jechała na ścięcie, a przecież wysiadła przy galerii handlowej, wybranej ongiś na miejsce spotkań nieoczywistych piękności. Ja przysiadłem się do pani, która wiekiem nie odbiegała ode mnie, a nogi miała takie, że gdybym chodził na podobnych poważnie zastanowiłbym się nad miniówką. Pani nie musiałem nic podpowiadać – mała czarna, stylowa, klasyczna i nieśmiertelna.


    I kolejne wieści o „długich rękach Kremla”, a raczej długich pieniądzach, bo ręce całkiem kozackie dopuszczają się koszmarnych czynów – przynajmniej tak głoszą oficjalne wieści. Nie ma tygodnia, by w Polsce nie płonęły zakłady, magazyny, hale. Kiedy zobaczyłem tłusty dym nad Miastem pomyślałem, że to kolejny drań bawił się zapałkami.

piątek, 21 listopada 2025

Heroiczny heroinista-hedonista.

 

    Postanawiam napocząć dzień nieco wcześniej. Niby tylko o chwilę, ale autobus pełen obcych. Tylko sąsiadka uposażona dostatnio cieleśnie i z mnóstwem włosów rozcieńcza sobą tę oazę obcości. Co dziwne, to fakt, że w autobusie przeważają mężczyźni, gdy ten, którym uporczywie przemieszczam się co dnia wykazuje się przytłaczającą przewagą kobiet.


    Nastrój chyba mam frywolny, bo czytając reklamę „bądź o krok przed cyberprzestępcami” dopowiadam ciąg dalszy – i sam wydaj swoją wirtualną gotówkę. A potem wsiada młoda pani z wielkim pluszowym misiem i reklama traci na wartości – też przed cyberoszustami.


    Azjatka w bieli na tle mrocznego Miasta wygląda bardziej jak zjawa, niż zjawisko. Duża pani o malutkich stopach sadzi wielkie susy pożerając przestrzeń błyskawicznie. Ignoruję tramwaj i pozwalam się uwieść labiryntom wąskich uliczek, Rzece, dziedzińcowi najpiękniejszemu na świecie, teraz odpoczywającemu od zachwytów za dębową furtą pyszniącą się herbami – pewnie Ossolińskich. Zerkam na drzewa ciężko oplecione bluszczami, most wreszcie po remoncie, niemal pustą marinę zerkającą smętnie na pachołki w czapkach świateł wyznaczających tor wodny. Czytam napis na murze – Powietrze pachnie rozkładem i słucham rechotu pełnobrzuchych kaczek kołyszących się w nurcie niczym amfibie o wygasłych silnikach. Śmieją się, bo w hotelowej jadłodajni dopiero pożerają się pierwsze śniadania.


    Jeszcze tylko chodniki szkliste od zamarzniętych mgieł i tekstylnie okwiecone dziewczę tracące resztki wzroku na lekturze monitora w mętnym świetle poranka i jestem na miejscu. Frywolność mnie nie opuszcza, więc opracowuję w przelocie definicję Płodologa – pediatrę od pasożytów wiodących życie utajone.


    Kolarza dopadło pragnienie, więc solidnie popił i w trosce o kartę rowerową wsiadł do autobusu i przeczekiwał upojne chwile śpiąc z nogą na ramie roweru, żeby nikt go nie okradł. Jedziemy. Przez okno widzę młodą damę w białym biustonoszu i długim, lecz rozpiętym futrze. Czesze włosy ręką i czeka na taksówkę, a swoim wyglądem spiętrza ruch kołowy na wąskiej ulicy na tyłach dworca. Od samego patrzenia robi się albo zimno, albo gorąco – jak w czasie febry. Potem widzę czarnoskóre plemię w wełnianych czapkach. Chyba wracają do domów po pracy. Wewnątrz młoda mama usiłuje przyłożyć telefon do ucha i dopiero wtedy orientuje się, że ma na sobie wielkie słuchawki.