czwartek, 10 października 2024

Wyśnię śnieg. Byle nie wielkie G.

 

    Wiatr bezwstydnie przeliczał warstwy sukienki kobiety zajętej nawadnianiem organizmu wodą z butelki. Pulchne dziewczę z obnażonym ramieniem usiłowało uwieść sporo starszego (choć absolutnie nie starego) brodacza, jednak ten niewzruszenie wysiadł obojętny na słabo opalone wdzięki. Zawzięty gość z dokurzarzem zdmuchiwał z chodników wczorajszy deszcz, jazgocząc przy tym niemiłosiernie. Cieleśnie skromna niewiastę ciągnął ubogi psi zaprzęg, składający się z dwóch zaledwie, choć nieźle umięśnionych husky.

środa, 9 października 2024

Racjonalna migracja migreny.

 

    Chyba zahipnotyzowałem panią o włosach wyglądających, jak zardzewiały hełm. Patrzyła na mnie martwo przez kilka kolejnych przystanków, aż wysiadła, nie doczekawszy się reakcji komunikacyjnej. Prześliczna Golemica dziś podróżowała samotnie, więc wczorajsze czułości musiały być pożegnaniem Golema. Delegacja, albo inne saksy. Spękane niebo nie może się zdecydować, czy dopuścić światło do Ziemi. Chmury skisły, zwarzyły się i rozpadały, a przez szczeliny wdzierał się dzień. Noc gęsta od ciemności pozwalała już zaistnieć konturom architektury, tej zuchwalszej, wspinającej się odważnie ku gwiazdom. Na wieżach oświetlonych lokalizacyjnie czerwone lampki imitowały życie. Parę pań zbudowanych z rozmachem, najwyraźniej od projektanta z manią wielkości i wykonawcy skrupulatnie pilnującego, by detal nie stał się filigranem, a masą poważną i nieignorowalną, wnosiło niebanalny wkład w ogrzewanie wnętrza pojazdu, fakty, spłoszone własną śmiałością zamilkły i tylko silnik pomrukiwał niezrozumiale, pozwalając na każdą, nawet grzeszną interpretację słowotoku.

wtorek, 8 października 2024

Rzeczony rzecznik rzecze rzece o porzeczce.

 


    I wymów to człowieku głośno i bezbłędnie!


    W takiej mgle, choć widzenie miałem ograniczone, sporo ludzi postanowiło się wytaplać, nie zważając, że świt dopiero miał nadejść. Tymczasem mgła spacyfikowała liście na drzewach i jednoczyła w kolektyw, który spadał na ziemię w postaci kropli tłustych od wody i mających skłonności samobójcze. W autobusie para Golemów, trzymając się za ręce, niczym nastolatki (ludzkie, nie golemie) niewinnie wymieniali czułości, ignorując sporawy już tłumek, choć autobus dopiero rozpoczął żniwować. Młody gość, obcięty „na szlachcica” usiłował poskromić kasownik elektroniczny całym wachlarzem kart płatniczych schludnie rozlokowanych po całym portfelu. Całość podparł jeszcze telefonem, aż w końcu, ku własnemu i mojemu zdumieniu – udało się nabyć bilet. Młoda kobieta pod płaszczem nosiła sweterek… powiedzmy… rzecz tak dziwaczna, że oddaję się zdumieniu bez reszty za każdym razem. Gdy widzę alogiczne części garderoby wciąż usiłuję dociec, czemu to ma służyć. Sweterek nie miał przodu tam, gdzie ludzie mają brzuchy. Czyli co? Było tak zimno, że potrzebny był sweter, a jednocześnie tak ciepło, że lepiej go nie mieć na sobie? Podobnie reaguję na swetry z krótkim rękawem, albo kozaki z wystającymi palcami. Gołębie, zdając się na zbiorową mądrość, fruwają zwartymi oddziałami, dopiero później zasiedlą cień pod rajskimi jabłoniami, wypełniony do cna przez maleńkie muszki. Szpaki, których również przybywa w postępie geometrycznym pogwizdują na brzozach pełne emocji – znak, że na winobluszczach osiedlowych dojrzewają jagody. Blondynka kichnęła soczyście we wnętrze dłoni, by następnie układać nią włosy – wiadomo, na mokro łatwiej okiełznać niesforne kosmyki. Ubrana była w fioletowy płaszcz, z materiału (jak mi się wydaje) w sam raz na obicie kanapy.

poniedziałek, 7 października 2024

Sensacja.

 

    Podczas światowego sympozjum, debatując nad prognozami zrównoważonego rozwoju, ze szczególnym uwzględnieniem palącego problemu wyżywienia stale rosnącej populacji, przy jeszcze szybciej rosnących kosztach jednostkowych, oświadczenie amerykańskich naukowców o dokonaniu przełomowego odkrycia w owej niezwykle delikatnej materii spotkało się z burzliwym przyjęciem, prowadząc niemal do zamieszek wśród światowej sławy autorytetów.


    Jeżeli faktem jest prawdziwość tezy o odkryciu gatunku potrafiącego odżywiać się tworzywami sztucznymi, dzięki niezwykle silnej woli przetrwania, dużym, populacyjnym wręcz aspiracjom prokreacyjnym, tudzież ogromnym apetycie, należy bezwzględnie rozważyć systemową hodowlę gatunku, jako podstawy żywienia cywilizacji, co jednocześnie rozwiąże globalny problem odpadów.


    Delegacja amerykańska zdradziła, że plastikożerny gatunek zarejestrowano roboczo jako „człowieka”.

piątek, 4 października 2024

Policzek – rachmistrz bankowy.

 

    Kobieta solidna drobiła kroczki jak sarenka doganiając autobus, a kiedy się udało, okazało się, że jej towarzystwo nie odpowiada Śpiącej Królewnie, która alternatywnie przymierzyła się do Melancholijnego Karampuka i ostatecznie utknęła z jakąś bezimienną szatynką. Parka Golemów (Golemica przecudnej urody) pochrząkiwała do siebie wymieniając serdeczności i ploteczki aksamitnym basem. Tańczący Z Mięsem hipnotyzował tył głowy Blondyny, a Rumcajs dokształcał się wirtualnie, by przetrwać w miejskiej dżungli, gdzie drzewa nie stanowią lasu. Krągła pani, monitorowała zachowanie społeczeństwa w wątłej przestrzeni chłodzonej przez kierowcę postojami mającymi nie tylko upuścić nadmiar ciepła, ale zmarnotrawić sekundy pozyskane brawurową jazdą na wprost.


    Długonoga niewiasta szła jakoś tak dziwnie, jakby miała lęk wysokości i starała się trzymać pupę bliżej ziemi. Kawał chłopa truchtało do autobusu kroczkami tak niepozornie zdobywającymi przestrzeń, jakby chciało ustanowić rekord świata w liczbie kroków na metr pokonanej przestrzeni. Graffiti bez polotu szpeci elewacje daremnie. Jedynie napis VINKO wyglądał na ich tle jakoś. Jeden z kominów elektrociepłowni wysyłał w niebo sygnały dymne, a drugi świetlne. Miasto podstawia wielkie kontenery na bioodpady, w których zbiera niewykorzystane wory z piaskiem. Ciekawe, czy zbudują z nich jakąś piramidę, albo Kopiec Kościuszki?


    Wiecznie niedogolony chłop z psem równie niechlujnie wyglądającym, których (w pakiecie) darzę niemiłością od pierwszego wejrzenia, wąchali gówna na trawniku przylegającym do Rzeki, czym zakłócili spokój, jaki mieszkał we mnie. Radio oferuje jakieś produkty, ostrzegając, że nie jest to oferta handlowa, co budzi moje zdumienie – skoro nią nie jest, to czym? Kłamstwem? Na trawnikach rosną kanie, jednak rosną tam, gdzie psów jest więcej, niż źdźbeł trawy. Siwowłosa pani z odbezpieczonym papieroskiem biagła ulicą, jakby właśnie uciekał jej pociąg do raju. Rzadko kiedy można zobaczyć tak dystyngowany bieg. Może dzisiaj był dzień biegacza? W kolejnym autobusie natykam hrabiankę wracającą z tournée po sklepach, z trzema, a może czterema siatami. Pani usiłowała zajmować dwa miejsca, co udawało się dopóki miejscem interesowały się nastolatki. Aż nadszedł on i nie odpuścił – Pan Od Archeo, tak napompowany wiedzą, że jedno krzesełko wystarczało mu zaledwie, żeby usiąść (oględnie mówiąc) półgębkiem. Hrabianka wtłoczona całym dostępnym majestatem w panoramiczne okno uszy miała czerwone przez całą drogę, a może i dłużej. Cóż. Plotka osiedlowa głosi, że Pan Od Archeo uwielbia starocie, a wyjątek czyni jedynie dla płci pięknej, u której uwielbia walor pochopnej młodości.

Marabuty – demoniczne obuwie.


    Młody facet chronił głowicę czapką z daszkiem i dwoma niezależnymi kapturami wysokiej gęstości. Nie bardzo wiadomo było, czy obawiał się schłodzenia myśli, takowego spojrzenia, czy parowania co zacniejszych pomysłów. Młoda kobieta siedząca przede mną miała włosy w kolorze świeżo upadłego kasztana i równie lśniące, jak on. Aż zerknąłem na włosy pozostałych ludzi w autobusie – nikomu więcej nie skrzyły się tak, jak jej. Durny chłop pomyślał, że to naturalne, ale skoro tak, to co z włosami wyrabiają inni?


    Balustrady i poręcze obsiadły od dołu krople deszczu gęściej niż jaskółki druty sieci energetycznej. Przejeżdżając obok jednego z uniwersyteckich budynków dostrzegłem na czerwonym tle informację, że to siedziba neolingwistyki. Oczywiście nie wiem o co chodzi, ale wymyśliłem sobie, że tam można uzyskać magisterium z nowomowy, albo doktoryzować się w rozmaitych slangach. Starsza pani zadając kłam oficjalnie występującej pogodzie stanęła w bramie na papieroska w halce i niespiesznie zadymiała otoczenie.


czwartek, 3 października 2024

Gryzak – ograny lizak.

 

    Kobieta, gdy się jej nieco przyjrzeć, nie jest absolutnie gruba. Jest po prostu duża. Solidna, jak żeliwny kociołek. Blondyna – to słowo oddaje chyba owa monumentalność. Przystanek, a może dwa później, do autobusu wsiadła młodsza wersja blondyny, zaledwie odrobinę mniej solidna. Ale – sprawy z wiekiem dopiero stają się szlachetne. Być może młodsza dopiero uczy się od starszej koleżanki, może mamy, która zwiała w chwilę po porodzie.


    Wspomniana szlachetność jakoś tak podryfowała widzeniem do wczoraj, kiedy w autobusie nie umiałem się opanować, żeby nie zerkać ku młodej kobiecie kompletnie pozbawionej ozdób na ciele, a przynajmniej tych kawałkach, które mogłem dostrzec jesienią w autobusie. Zachwyciła mnie. Nie wiem, czy obiektywnie była piękna, lecz pośród innych stawała się okruchem przyciągającym wzrok, jak ziarnko bursztynu w ławicy otoczaków.


    Zerkam na dziewczynę, która mimo chłodu, pod rozpiętym płaszczykiem usiłuje chwalić się głębokim pępkiem na wyżynie brzucha. Nie powiedziałem jej, że spodnie wspięły się za wysoko i z widzenia nici, choć bluzeczka robiła co mogła, żeby nic nie skrywać. Śpiący dość głośno królewicz spłoszył śpiącą obok Śpiącą Królewnę, bo z wyraźną dezaprobatą przeniosła się na inne posłanie.

środa, 2 października 2024

Weszła wesz w poszewki szew.

 

    Ciepło zakwita stygnącym obłoczkiem osobiście wyprodukowanej mgły. Jakiś kolarz doszedł do wniosku, że zbyt wiele nałykał się świeżego powietrza i w obawie przed hiperwentylacją, jako osłonę przed stresem oksydacyjnym zafundował sobie papieroska, nie przestając kręcić pedałami. W autobusie kolorowe kurtki ożywiają zbiorową senność podróżną. Siedząca przede mną para ludzi o cuchnących oddechach wysiadła (na szczęście) przy dworcu kolejowym, więc zapewne będzie uszczęśliwiać innych pasażerów swoim niewątpliwie trudnym do zignorowania towarzystwem. Przed głównym wejściem świecą latarnie wykorzystując światło odbite od matowych zwierciadeł, co sprawia, że jasność nie oślepia i miękko kładzie się na chodnikach. Na widok baru mlecznego, gdzie (oczywiście) zjeść można krokieta, albo schabowego wpadam na pomysł, aby wśród młodzieży, propagować niezwykle nowocześnie pulpety reklamując je jako poolpeth – żeby brzmiało mniej „dziadersko” i można było bez wstydu zamawiać. Big-ghost był już tylko naturalną konsekwencją. Temat rozwojowy, lecz może nie warto go ruszać.


    Nad Rzeką, już spokojną, zostało spatynowane pranie, lecz krasnal walczący z brudem – zniknął. Zapewne zasili lokalne statystyki.

wtorek, 1 października 2024

Ekstrakt o bezwzględnej empatii.

 

    Kochała zwierzęta, nie ludzi. Dlatego też była zakamieniałą wegetarianką, aktywnie siejącą postrach, dowodząc szturmowym oddziałem wolontariuszy ratującym faunę z opresji. Fanatyzm kazał jej wzywać policję do maltretowanego prosiaczka, ilekroć słyszała, jak sąsiedzi tłuką schab na kotlety.

Żyła, aż się jej żyła zużyła.

 

    Parka kosów, korzystając z chudego księżyca bawi się w chowanego na osiedlu, podśpiewując, podśmiechując i ignorując ludzi, zmierzających ku codzienności. W autobusie dwie bezmyślne krowy o czarnych zadkach zajęły cztery siedzenia i tępo gapiły się na stojących ludzi. Kolarz w minispódniczce i kozakach postraszył przechodniów na chodnikach. Narodowe flagi nad dworcem zwiędły we flaucie i ani w głowie im trzepotanie. Z opadającej Rzeki wynurzają się całe drzewa, muł i śmieci naniesione przez ostatnie dramaty. Aż dziw, że jeszcze nie ma wędkarzy, chcących sprawdzić, co nowego w rzecznym menu.