niedziela, 25 stycznia 2026

Bohater poranka.

 

    I przyszło mi pożar ugasić, co się zalągł w domowych pieleszach, a konkretnie to pod pierzyną pamiętającą takie rzeczy, że poszwa do dziś różowiutka jak świeżo umyte prosię. Dzień nie nastrajał. Było nawet nie co gorej, ale kiedy ryzyko pogorzeliska życiowego na firmamencie tylko czeka, by zająć moje miejsce u boku – wyjścia nie było absolutnie. Spod rzeczonej pościeli dobiegła mnie skarga, jakoby zabrakło, a choć oferowałem usługi własne ze szczególnym uwzględnieniem cielesnych, to jednak się okazało, iż chodzi o dwunastą muzę – kulinarną.


    Po nocy niezbyt upojnej, ledwie niskoprocentowej, lecz energochłonnej, jak samo piekło podczas erupcji, w coraz dojrzalsze chrapanie uroczej mej Małżowinki wdarło się pragnienie. Pragnienia gasić, to rzecz męska, wymagająca niezbyt ciężkiej pracy i można rzec, że wręcz szkolna – aż dziw, że na zajęciach praktyczno-technicznych w szkołach pierwszego stopnia nie kształci się p.o. mężczyzn w tej użytecznej umiejętności. Rozumie się samo przez się, że poradziłem sobie doskonale z gaszeniem (pomimo braku nauk pierwotnych), choć aspekt fizyczny kusił niegasnącą urodą ciała Małżowinki, która całkiem dobrze zapowiadające się manewry związane z atakiem na żar jej namiętności zatrzymała dłonią, jak jakiś Kopernik, a potem, leżąc wykonała piruet – półtora Aksla, czy Aspergega, może nawet Asparagusa z lądowaniem w punkt i okazała zainteresowanie ujemne, jak zawsze pięknym kuperkiem. Wtedy też zachwycająco naga prawda wyraziła wokalne zainteresowanie paszą treściwą w wersji – nie musi być niedobre, wymyśl coś!


    I to już był ów moment, kiedy doświadczony saper grodzi teren, stawiając możliwe gęsto tyczki, omotane drutem kolczastym i tabliczkami „UWAGA - ROBIĘ MINY”, z nadzieją, że nie po raz ostatni. Nieco zdeprymowany pełnym zaufaniem Małżowinki, już oddalającej się mentalnie w nieznaną mi bliżej arię trzech tenorów zająłem strategiczną pozycję u wrót lodówki, by ją skolonizować, ograbić i nałożyć niezwykle dotkliwą kontrybucję.


    -Jajka? Prymitywne, pierwotne i niewyszukane, za to syte i dostępne w czasie krótszym niż cierpliwość na wpół zagłodzonej długą, zimową nocą Istoty.


    - Kiełbasa z wody. Gotowość konsumpcyjną osiągała równie szybko i pozwalała osiągnąć spektakularne sukcesy w walce z głodem w każdym zakątku świata.


    - Resztki wczorajszego obiadu oczywiście odpadły w przedbiegach, jednak jako propozycja śniadaniowa numer trzy przez chwilę zaprzątała mój umysł, ponaglany barytonem chrapnięć, nie wiem już którego z tenorów i z rozpaczy gotów byłem poddać pod głosowanie ów wybór ostatniej szansy.


    - Kanapki! Genialne! Tu można się było wykazać, nie narażając się zbytnio. Wystarczyło zrobić ich ze dwieście, każda inna i na pewno gdzieś się trafi w gust świeżo wybudzony po nocnych ekscesach.


    Przegląd zniewolonej lodówki wypadł całkiem całkiem – masełko, wędliny, sery w dość pokaźnej rozmaitości, jajka zerkające z górnej półeczki z nadzieją na kąpiel w gorącej wodzie ciut więcej jak 3,15, żeby nabrały jędrności. Warzywa także okazały się czekać na swój wielki dzień, by zaprezentować się przed kapryśną publiką. Szkoda wymieniać – kłębiły się tam, jak na miejskim bazarku. I te zioła, czy kiełki prężące czułki, zielone pajęczyce, brrrr… W każdej misternej strategii pojawić się musi ale, czyli gwóźdź programu. Pieczywo nie zagrało. W sekcji pieczywo kuchnię zamieszkiwały jedynie okruszki na dnie chlebaka. Misterium właśnie trafiał szlag, a Trzej Tenorzy z sypialni wydawali się coraz bardziej zmęczeni występami.


    Kierpce na nogi, czapa na uszy i już kłusowałem, węchem lokalizując piekarnię. Była tam. Od zawsze. Ale właśnie dziś udawała niedostępną. Ech! To tylko wiatr wiejący w niewłaściwą stronę. Pod wpływem emocji łatwo się zagotować, a nawet przypiec na rożnach lęków. Piekarnia była, nawet otwarta i dysponowała bułeczkami na każdą okazję, co nagle okazało się odstraszające. Taki wybór spadł na człowieka nie przygotowanego na zmasowany atak rozmaitości. Z rozpaczy wziąłem wszystkie po dwie, łącznie z rogalami i wielką bagietką, która w średniowieczu służyłaby za kopię na rycerskich turniejach. Wszystko razem kosztowało jakiś milion, nie mieściło się w torbie, ale pachniało tak, że sam Bóg by zgrzeszył, to może i dobrze, ze wziąłem więcej?


    Drzwi zamknąłem najciszej jak się dało i na paluszkach do kuchni. Przekroiłem pierwsze lepsze na pół i pozwoliłem masłu zakleić pory parującego pieczywa. Zalewałem właśnie kawę, gdy poziom piękna w kuchni przekroczył stany alarmowe – w stroju Ewy wmaszerowała do kuchni sprawczyni zajścia i niewinnie zagaiła:


    - Ojej! To wszystko dla mnie? Będę gruba i przestaniesz mnie kochać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz