czwartek, 29 stycznia 2026

Sztafeta.

 

Szok. Wystarczyła chwila nieuwagi i już mi zwalili na łeb całą piramidę. Ci Egipcjanie, to żadnego umiaru nie znają. Eskalują niebezpiecznie i stosują drastyczne metody. Fakt, ja także nie byłem szczególnie łagodny, ale PIRAMIDĘ? Kupa kamieni, a każdy cięższy od sarkofagu, który, jak każdy szanujący się budowniczy wie, składa się z siedmiu warstw, pod które wpycha się truchło faraona, gdy już słońce pustyni wyssie z niego ostatnią kroplę życia. Ciężar nieznośny. I wyjść nie za łatwo, kiedy świętych kamieni mrowie leży na czło… przepraszam, na duszy. Bo duchy, to mają dusze? Chyba jakoś tak. Upiory mogą mieć coś innego, a ja miałem partę tysięcy lat, żeby wymyślić, cóż to takiego, ale mi się nie udało. Tymczasem, wiadomo – zwaloną piramidą nikt się nie zainteresuje, chyba, że piramidalny idiota zechce materiał na chałupę pozyskać, ale głupota karana jest i na ciele i umyśle i taki długo by nie pożył, jak mu chałupa zacznie odstawiać misteria, a hieroglify, niczym ogniste mrówki zaczną obłazić ściany w poszukiwaniu żeru.


Siedziałem tedy, jeśli można tak określić wykonywaną przeze mnie bezczynność pod kupą świętych kamieni, a informacje o mnie zatarto we wszystkich możliwych papirusach, jak i w kamieniu świątyń. Wiatr przyniósł plotkę, jakoby nawet mój ciemiężyciel nie mógł się pochwalić sukcesem, żeby jaka przechera nie usiłowała mnie wydostać. Tak więc – słuch zaginął, ślad także, a restrykcje cenzora sprawiły, że wkrótce byłem bardziej mitem i legendą, niż ciałem… znaczy duchem.


A przecież pamiętałem lata świetności, gdy strach wypełniał tuniki poddanych cuchnącą mazią, gdy składano mi w ofierze co bardziej cnotliwe dziewki, a ja nijak nie mogłem zrozumieć, czemu przysyłają te niedoświadczone, co na sam widok mojej nagości darły mordy, albo zgoła mdlały. Nekrofilię musiałem uprawiać, a one potem, gdy do dom wykopałem mówiły o cudzie niepokalanego poczęcia, a później, te moje łebki szwendały się po świecie zajmując się raczej czarnorynkowymi spekulacjami, piractwem i innym popłatnym rozbojem, gdy co zuchwalsi taplali się w politycznych intrygach i pałacowych zabawach, o których lepiej nie wiedzieć. Taaaa… Synkowie mi się udawali, o córkach nie wspomnę, bo trochę się nie godzi, a ich zuchwałość nawet mnie zdumiewała. Dość powiedzieć, że rzadko która doczekała pierwszych zmarszczek, bo życie wiodły upojne i pełne ekscesów.


Sam również stawałem się coraz bezczelniejszy, pożerając wątroby jeszcze życiem ociekające, wymuszając daniny i hołdy, których nigdy nie było mi dosyć. Syciłem się strachem maluczkich, a oni, w tych swoich małych główkach knuli fantasmagorie, że mnie poskromią, zniszczą, ujarzmią i wezmą na arkan. Sądzili, że zostanę wierzchowcem, którego wystarczy między udami ścisnąć, bym kręcił kółeczka merdając ogonem. Wymyślili rytuały tak zawiłe, że mało ze śmiechu nie pękłem, widząc co wyczyniają, bym przyszedł i był im powolny… A kiedy chcąc zrobić psikusa brałem udział w tych obłędnych misteriach, obserwowanie mistrzów sądzących, że mają nade mną władzę było rozrywką nie do pogardzenia. Parę co wytrawniejszych pomysłów zrealizowałem, patrząc na rosnącą dumę Magistrów Wiedzy Tajemnej, a oni puchli i stawali się coraz bardziej roszczeniowi. Wtedy opuszczałem ich, patrząc, jak Majestat wypruwa z nich flaki, a oni złorzeczą, do końca wierząc, że wrócę i pokaram Pomazańca za tę impertynencję.


Niestety. To wszystko szlag trafił, gdy na łeb mi zwalili świętość ciężarną. Żadnego umiaru, ech! Siedziałem więc, a może leżałem, przygnieciony kamulcami, z których każdy dźwigał ciężkie mantry i zaklęcia, jakich sam używałem z rzadka, żeby nie przesadzić. Ileż razy można zesłać na świat deszcz żab? Raz wystarczyło i już France nauczyły się to żreć i eksportować na cały świat, jako paryski przysmak. Krwawe rzeki? Daleko na wschodzie zupę z krwi zaczęli warzyć i raczyć się kaszanką, wmawiając pielgrzymom, że to ludowe, swojskie i najbardziejsze na świecie. Ci ludzie, to we wszystko uwierzą! Nieprawdopodobne. A kiedy głodną szarańczą cisnąłem rozlewając plagę po równo - uprawom i osadom, to w Państwie Środka natychmiast spreparowali zeń szaszłyki i inne dania łaskoczące podczas przełykania. A ja nie zamierzałem karmić świata, tylko go ujarzmić. Trudny los Bicza Bożego, czy jakiegoś tam. Dupy sobie wymyślonym panem nie zamierzałem zawracać, niech spece od mitologii kombinują, co ze mną zrobić, a ja ich jeszcze zaskoczę!


Lipa straszna. Nuda wygryzała we mnie dziurska kosmiczne, a pomysłu na czmychnięcie z niewoli ani śladu. Po odgłosach z zewnątrz poznałem, że czasy się zmieniają, że ludzie miękną, stają się słabsi, ale kamienie wciąż trzymały mocno. Wreszcie, gdy już ze mnie znudzone rzeszoto zostało, trafiła się okazja. Jedna na milion? Na trzy tysiące lat, jak się wkrótce okazało. Złodziejska szajka chciała się dobrać do ruin piramidy i podebrać ukradkiem ze skarbca złoty ząb faraona, albo bogato zdobiony pas cnoty księżniczki sprzed wieków. Durnie. Szanujące się księżniczki, jeśli już coś nosiły w obrębie bioder, to raczej noże nasączone trucizną, albo zabawki erotyczne umilające czas oczekiwania na księcia z bajki. Na ogół jedno i drugie.


Kończąc dywagacje (jakiś taki rozwlekły się stałem z wiekiem, ale to z nudów niekończącej się niewoli – przepraszam, gdy tylko się uda wyrwać nadrobię i będę tak lakoniczny, jak pejcz w drodze na plecy niewolników. I w końcu się stało. Złodzieje podkop zaczęli i okowy świętych bloków naruszyli. Zachłanni byli, dziobali ziemię jak krety, aż poczułem wiatr w nozdrzach. Jeszcze dobrze się nie osypała ziemia znacząc ścieżkę ku wolności, gdy zatopiłem zęby w sercu górnika na froncie. Był pyszny. Może nieco przesadził ze sfermentowanymi trunkami, ale po wiekach głodu nie byłem wybredny. Czknąłem, beknąłem i byłem gotów na drugie danie. I trzecie. A także na każde kolejne. Złodziei było raptem pięciu na szychcie, a organów mieli nie za wiele. Wystarczyło, żeby co większe dziury pozalepiać we mnie. Zgnuśniałem pod tym gruzem. Niewiele brakowało, a bym się tuszą własną uwięził. Ledwie wyczołgałem się z tunelu. Teraz mogłem już ucztować bez umiaru, lecz przezornie zmieniłem kontynent. Wiadomo – strzeżonego… Zaraz, zaraz, co ja tu za banialuki plotę. Czmychnąłem z ostrożności. Świat się zmienił, a ci tu, być może pamiętają moje szczytowe osiągnięcia i wciąż mają wiedzę, jak knuć, by mnie znów pogrzebać.


Postanowiłem oddalić się incognito, nie zdradzając, że się wydostałem. Jak rozpoznanie przeprowadzę, to się zastanowię, czy kraj piramid nawiedzać, czy zmienić klimat. Ku północy pognałem, ale tam zmarzły mi te… jaja. Ludziska ubrane tak grubo, że nim się przegryzłem przez te warstwy, by dobrać się do jedzenia, że się zmęczyłem. Na wschód pognałem, bo tam, gdzie wschodzi słońce powinno być cieplej, ale gdzie tam. Ale tam owej kaszanki skosztowałem. Przereklamowana nieco, choć da się żyć. Trochę za dużo kaszy, a krwi za mało i wątroba wysmażona na skwarki – za mało na porządny posiłek, ale jak dodać świeżutkiej, to obleci.


Znudziło mi się ganiać po świecie ze zmarzniętą torbą nasienną, więc zacząłem się rozglądać. Ichnie hieroglify nie miały polotu, kształtu, czy mocy, ale oblepiały wszystko. Żeby zrozumieć, musiałem mieć medium. Wybrałem niewinną księżniczkę, by od niej uzyskać wiedzę o współczesnym świecie. Skąd wiem, że księżniczka? Koronę nosiła na głowie, skrzącą się od kamieni – malutkich, ale połyskujących jak rosa na trzcinowisku. Na większe kamienie pewnie musiała poczekać. Poszedłem za nią, ukrywając się przed światem i wkroczyłem za nią do buduaru.


- Ach! – zaskoczyła, że nie sama zasiedla sypialnię – Zboczek!


Może być Zboczek – w końcu nie imię zdobi człowieka, a czyny. Zajrzałem w ten jasny, nastoletni umysł, sprzęgając z nim własne myśli, żebyśmy mieli wspólny język. Współczesność mnie oszołomiła. Była tak różna od „moich czasów”. Księżniczka była równie zdumiona, jednak nawykła do niezwykłości (skąd w tak młodym życiu tyle opanowania? Ponoć z internetu) i szybko rozpoczęła negocjacje, a może przesłuchanie. Nie poznawałem siebie – zamiast ją skarcić, zacząłem opowiadać. Ona zresztą też. Dziwny ten świat, nie wiem, czy sobie poradzę i nie wiem, czy chcę. Może lepiej było zostać pod świętym kamiennym wzgórzem?


- Pokaż mi! – zażądała – Chcę widzieć.


Wyszliśmy na spacer. Jakiś typek z prześwitami we włosach ocierał się o młódkę, gdy księżniczka pokazała go paluszkiem.


- Nie pozwól mu – aż mnie zatkało, bo to bardziej rozkaz był niż prośba – nie pozwól, ale nie zabijaj. Niech cierpi.


- Okej – już liznąłem współczesnego slangu i chciałem się pochwalić talentami lingwistycznymi. Wdarłem się typkowi pod tunikę, znaczy te… dżinsy i chwyciłem za przyrodzenie, miażdżąc je jednym ruchem. Wrzasnął rykiem rannego bawołu, nogami kopnął niebo i stracił się dla świata.


- Żyje? – zapytała zimno księżniczka – Miał żyć.


- Żyje i cierpi katusze. Jego magazynek eksplodował i nigdy już nie zazna rozkoszy z dziewką.


- Dobrze mu tak – syknęła księżniczka. Jej bezwzględność była zachwycająca. Zero skrupułów w tak młodym wieku? Nadawała się na Królową, bez dwóch zdań! Zaprosić ją na parującą potrawkę z podrygujących serc?


- Ci tam, widzisz? – znów pokazała paluszkiem wprawiając mnie w zachwyt. Istna Bogini! – Sprzedają prochy, w biały dzień. Policja ich omija, bo płacą haracz, a dzieciarnia głupieje. Załatw ich, ale już tak na fest, żeby nigdy więcej!


Nie skończyła mówić, gdy już ich dopadłem i nim się zatrzymałem skręciłem karki. Wbiłem dłonie pod mostki i szarpnięciem uniosłem klatki żeber. Pod spodem pulsowały ostatnimi drgnięciami serduszka.


- Chodź! – zaprosiłem Boginię – skosztujesz zwycięstwa.


Zaimponowała mi. Podeszła bez trwogi i wbiła ostre ząbki w bliższe serce, Ja pożarłem drugie, ocierając rękawem brodę. Popatrzyłem na nią. Mogła zostać Moją Panią. Tej bym słuchał bez gadania. Ale czasy wredne. Nie moje. Pora przejść do historii. Połączyłem nasze umysły i złożyłem jej propozycję, bo przecież starożytna wiedza nie powinna zaginąć.


- Co? Chcesz mi dać swoje supermoce? – aż podskoczyła klaszcząc w ręce – Ekstra! I będę mogła tak jak ty? Chcę, chcę, chcę!


Przelewałem w tę rozentuzjazmowaną główkę wiedzę pokoleń. Wiedzę upiora. Brała bez protestu, bez wahania. Uczyła się w tempie, jakiego nie widziałem dotychczas. A potem byłem już niepotrzebny. Nowy świat, nowe wyzwania, technologie, których zrozumienie, a tym bardziej korzystanie z nich zdawało się być skrojone na inną niż moja głowę. Bogini zaczynała rozumieć, że na świecie może istnieć tylko jeden upiór i chyba było jej przykro, bo nim zgasłem usłyszałem w umyśle:


    - Szkoda, polubiłam cię. Mogliśmy razem rządzić światem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz