poniedziałek, 26 stycznia 2026

Wróż służy podróży.

 

Dzień wilgotny. Spłukuje zimę z nawierzchni i wypełnia płuca powietrzem, które pachnie. Po nocy wygrzanej kaloryferami, suchy nos rozpływa się w zachwytach nad mocą powietrza posiadającego głębię wody i niosący niekoniecznie piękne aromaty. Ale jednak niosący. Odwilż zdarła wierzchnią warstwę śniegu, a tę pod spodem zestaliła do lodu, który nagle stracił szacunek do tarcia i niemal doskonale je ignoruje. Przeszłość powtórzona, powielona codziennością kruchą podrzuca znajome sylwetki i rytuały. Mam w nich własne miejsce. Widzę, że swoją obecnością potwierdzam zasadność podejrzeń, że dzień jest typowym i nie stało się nic złego. Kalka z zeszłego poniedziałku, czy może czwartku odkłada się na rzeczywistości warstwą, jak kurz, którego nikt nie sprząta. Aż dziw, że na własnych ścieżkach nie wyżłobiłem kolein. I nie tylko ja. Uśmiecham się i wcale mi nie żal. Niczego. Stan beztroski, tymczasowości nie trawionej lękiem o ciąg dalszy. Dziś mógłbym być osiedlowym kosem, ukryć się w jakimś zakamarku i świergolić do skutku, aż pojawi się samiczka równie emocjonalna, względnie chętna do wspólnego brykania w mrokach przedświtu. Albo sroką bezwstydnie zaglądającą w intymności rozgorączkowanej pośpiechem kuchni, by nabijać się z tych, co zaspali i rechotać ochrypłym głosem nie do końca wiedząc, czy faktycznie zasłużyli.

 

Mantra na dziś?

Dziewięć zdziwionych dziewcząt – dźwięczne, wdzięczne zdziwiątka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz