Dzień wilgotny. Spłukuje zimę z
nawierzchni i wypełnia płuca powietrzem, które pachnie. Po nocy wygrzanej
kaloryferami, suchy nos rozpływa się w zachwytach nad mocą powietrza
posiadającego głębię wody i niosący niekoniecznie piękne aromaty. Ale jednak
niosący. Odwilż zdarła wierzchnią warstwę śniegu, a tę pod spodem zestaliła do
lodu, który nagle stracił szacunek do tarcia i niemal doskonale je ignoruje.
Przeszłość powtórzona, powielona codziennością kruchą podrzuca znajome sylwetki
i rytuały. Mam w nich własne miejsce. Widzę, że swoją obecnością potwierdzam
zasadność podejrzeń, że dzień jest typowym i nie stało się nic złego. Kalka z
zeszłego poniedziałku, czy może czwartku odkłada się na rzeczywistości warstwą,
jak kurz, którego nikt nie sprząta. Aż dziw, że na własnych ścieżkach nie
wyżłobiłem kolein. I nie tylko ja. Uśmiecham się i wcale mi nie żal. Niczego. Stan
beztroski, tymczasowości nie trawionej lękiem o ciąg dalszy. Dziś mógłbym być
osiedlowym kosem, ukryć się w jakimś zakamarku i świergolić do skutku, aż
pojawi się samiczka równie emocjonalna, względnie chętna do wspólnego brykania
w mrokach przedświtu. Albo sroką bezwstydnie zaglądającą w intymności rozgorączkowanej
pośpiechem kuchni, by nabijać się z tych, co zaspali i rechotać ochrypłym
głosem nie do końca wiedząc, czy faktycznie zasłużyli.
Mantra na dziś?
Dziewięć
zdziwionych dziewcząt – dźwięczne, wdzięczne zdziwiątka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz