Zaczęło się niewinnie, bo przecież wszystko zaczyna się tak, że sam Bóg nie wymyśliłby ciągu dalszego w podobnej wersji, więc powołał do życia piekło, by go wsparło w co bardziej pikantnych i drastycznych możliwościach, ku jakim gotowe pokierować życie bez granic. A kiedy już wszystko stało się jasne, powracam do owej niewinnej możliwości. Stanąłem w oknie i wypchnąłem wzrok na zewnątrz. Tam, to co zwykle, nędzny żywopłot, parę wyczesanych starannie drzew, kilka metalowych zabawek dla dzieciarni i powierzchnia chodnika gładka, bo nietknięta jeszcze remontem. I cóż w tym widoku podziwiać? Bez życia, bez ruchu, jaki dałoby się obserwować w napięciu, czy nadziei, bo wzrost natury przebiega w trybie tak spowolnionym, że praktycznie niedostrzegalnym.
Miałem opuścić posterunek, tę ambonę myśliwską na skraju cywilizacji i obejść się smakiem, gdy w końcu pojawiło się widzenie! Beztroska nastoletnia dreptała żwawo chodnikiem, dysponując różową sierścią na łbie! O rany! Spodobało mi się i to jak! Apetyt na słodycze, to coś, czego trudno się wyprzeć. Zobaczyłem i zapragnąłem. Otuliłem ciało skromnością tekstylną i pognałem na łeb na szyję, by widzenie dogonić nim zniknie w jednej z licznych klatek schodowych. Udało się!
Wdziękiem osobistym, manewrami słownymi i obietnicami bez pokrycia zwabiłem dziewczę ku sobie. Poszła, fałszywie lokalizując mojej apetyty, lecz nie wyprowadzałem jej z błędu i już wkrótce młodziutka pani zademonstrowała mi się w całej okazałości, oczekując należnego zachwytu, więc oczywiście – okazałem, nie zdradzając, że szczególnie interesowała mnie ta sierść ekstrawagancka. Poza zwieńczeniem głowy sierść nie występowała absolutnie nigdzie, co mnie nieco rozczarowało. Liczyłem, że choć w pięćdziesięciu procentach będzie porośnięta urokliwym futerkiem. Trudno.
Odebrałem pani rozum, po czym oskalpowałem. Pozbawioną sierści samiczkę porzuciłem na jednej z ławeczek, szczęśliwie pustych, bo właśnie zaczęło zmierzchać. Sierść oczyściłem z kurzu i ostrzygłem, aby uzyskać jednolitej wysokości trawniczek. Mizerota. Maleństwo. Jednak sprawiające, że zalęgła się we mnie chęć stworzenia unikalnej kolekcji. Rozpasanej do granic ludzkiego pojęcia. Z jednej ze ścian największego pokoju usunąłem wszystko, co zajmowało miejsce i powiesiłem zalążek kolekcji w centralnym miejscu, obracając fotel, bym z jego głębin, jak z kapitańskiego mostka mógł podziwiać dzieło. Dzieło i rozległość miejsca na kolejne okazy.
Teraz pasja toczyła moje zmysły, dlatego zacząłem częściej opuszczać mieszkanie, poszukując eksponatów. Miasto pełne było możliwości, więc błyskawicznie nauczyłem się lokalizować skupiska młodych samic o bardzo ekstrawaganckich futrach. Zielone, błękitne, żółte, czerwone, rude, srebrne, czy całkiem białe. Zdarzały się nawet tęczowe futra. Nabrałem wprawy w przełamywaniu niewieścich oporów i niekończące się pasmo sukcesów powoli pokrywało ścianę pięknymi skalpami. Zachwycony byłem spostrzeżeniem, że w barwnych futerkach gustowały przede wszystkim młode samiczki, dzięki czemu jakość skalpów, jak i sierści była znakomita.
Przy pewnej szczególnej okazji wyszło, że u zbiegu ud samiczka miała pięknie wystrzyżoną fryzurkę w czerni tak intensywnej, że niemal znikała z pola widzenia. Oczywiście wykroiłem i ją, umieszczając na wprost fotela jako memento, bym nie zaniedbał przepatrywania mniej oczywistych lokalizacji występowania futerek.
Siedząc w jakiejś „modnej” knajpie w nadziei na pojawienie się kolejnych trofeów rzuciłem okiem na włączony odbiornik telewizyjny. Okazało się, że moja pasja stała się przedmiotem zainteresowania panów (i pań) w błękicie, któremu daleko do urody barwy z pozyskanej sierści. Pani, która miała na imię Rzeczniczka KWP ostrzegała przed Nieznanym Sprawcą, samotnym, niezrównoważonym psychicznie i w sposób oczywisty niebezpiecznym dla otoczenia, a ja podziwiałem jej warkocz wystający spod służbowej czapki. Był żółciuteńki, jak snopek doskonale wysuszonego zboża. Warkoczy na mojej ścianie nie miałem… jeszcze. Może by tak wzbogacić zbiory i rozszerzyć hobby? Jeśli tak, to pani Rzeczniczka po prostu musi zainaugurować nowy dział w kolekcji!
Podchody trwały z tydzień. Odporna była na płeć męską, choć starannie ukrywała zainteresowanie płcią piękniejszą. Wreszcie uległa, jednak stawiając twarde warunki. Od razu widać sznyt służbowy. Jeśli ja cokolwiek, to tylko u mnie, bo inaczej, to nic, nigdy, absolutnie. Bo ona ma zasady i musi zobaczyć, czy w moich pieleszach nie zalęgła się inna, czy nie mieszkam z mamusią, albo babcią, co mi skarpety pierze i kanapki robi, żebym nie zmizerniał. Zgodziłem się, pierwszy raz czując, że trafiłem na godnego przeciwnika.
- Och! – westchnęła tylko, gdy zamknąłem za nami drzwi i stanęła na wprost ściany, na której coraz trudniej było zauważyć kolor podłoża, bo trofea rozrosły się jak patchworkowa kołdra. – To ty…
- Tak – wzruszyłem ramionami, bo w obliczu faktów trudno byłoby tę logicznie myślącą istotę zwodzić.
- I zwabiłeś mnie, żeby oskalpować? – wolała się upewnić z jakąś masochistyczną satysfakcją.
- Nie do końca – odparłem i wskazałem ręką na przeciwległą ścianę – widzisz?
Obróciła się. Podziwiała. Ściana, jak ściana, wolna od obrazków, doniczek. Świeżo pomalowana na w miarę neutralny, kremowy kolor.
- I co? – ciekawość najwyraźniej wzięła górę nad niepewną przyszłością
- Ta ściana, to dla ciebie. Będziesz pierwsza. Twój warkocz tu zawiśnie, a potem będziemy szukać kolejnych. Piszesz się?
Długo krążyła po pokoju. Najpierw jej dłoń głaskała machinalnie różnobarwne futerka, potem przeniosła się na drugą stronę czekającą na trofea. Zastanawiała się dość długo, ale nie poganiałem. Jej warkocz wart był czekania, a choć los był już przesądzony, to było coś podniecającego w czekaniu na decyzję i dobrowolną ofiarę. Westchnęła i kiwnęła głową, a ja sądziłem, że to na zgodę. Uważałem, że zaimponowało jej, iż będzie zalążkiem nowej kolekcji. Może nawet podrzuci kilka kolejnych trofeów? W końcu obraca się w środowisku…
Tymczasem Rzeczniczka pogłaskała ścianę, niejako wybierając miejsce spoczynku warkocza i zerknęła na mnie z przekorą.
- Zgoda, ale nic za darmo!
- Słucham – przygotowany byłem na bezwarunkową kapitulację, nie na negocjacje, więc starałem się przeczekać, dając sobie szansę na analizę sytuacji.
- Największą ścianę zajmują skalpy, na tej chcesz powiesić mój warkocz. A ja nie znoszę konkurencji. Jeśli chcesz mój warkocz, musi mieć swoją ścianę. Więc mój zawiśnie między oknami i nic więcej tam się nie pojawi bez mojej zgody. A tę ścianę, którą przygotowałeś dla mnie, oddasz mi na wyłączność i nie będziesz się wtrącał Zgoda?
Ttak – lekko się zawahałem, ale propozycja zdawała się być bardzo interesująca. Wspólniczka do wystawy? Czemu nie. W towarzystwie łatwiej cieszyć się kolekcją.
- To świetnie – podbiegła do mnie i pocałowała w usta aż straciłem się dla świata. A kiedy odzyskałem przytomność moja wspólniczka, już bez warkocza, który wisiał dumnie między oknami wbijała w ścianę gwóźdź z pierwszym okazem swojego zbioru.
- Co tam wieszasz? – ciekawość nie pozwoliła mi udawać, że wciąż leżę bez przytomności
- Moją kolekcję – odparła odwracając się ku mnie – Kiedy spałeś stałeś się darczyńcą pierwszego eksponatu na wystawę!
- Stałem się? A co zbierasz – nieco się zaniepokoiłem i zacząłem nerwowo sprawdzać, czy mam sierść na łbie.
- Nie, nie – zaśmiała się beztrosko – sierść mnie nie interesuje. Jak widzisz ja słowa dotrzymałam i mój warkocz już zdobi twoją kolekcję. A ja, jako Rzeczniczka Policji nie pomogę specjalnie się afiszować, więc postanowiłam działać mniej spektakularnie i kolekcjonować męskie jądra. Po jednym od ofiarodawcy, więc jakoś szczególnie nie zbiedniałeś. Jak chcesz to możemy cię wypróbować. Co?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz