poniedziałek, 19 stycznia 2026

Oficer z oficyny ofiarnie ściga po półkach pułkownika.

 

    Pani wyglądała, jak nieco zabiedzony błękitek – rybka taka, którą tylko PRL pamięta. Szła od stóp po czapkę wełnianą w niebieskość spowita, przez przystanek w stronę Biedronki, którą otworzą dopiero za parę minut, więc może się tam odkarmi. A ja przetrawiam prasówkę – dramat na polu, w drugiej połowie stycznia zamarzła na nim kapusta! Tragedia. Kwiaty balkonowe już w październiku przepytywałem, czy nie lepiej im będzie w domu, albo lidlowym foliaku. Ale może warzywa warto przechowywać w miejscu powstania. Dziadek brukselkę i jarmuż zostawiał na grządkach, a kiedy potrzebował, otrząsał ze śniegu i brał do domu tyle, ile zamierzał zjeść.


    Wyjątkowo wybrałem się na wcześniejszy autobus, więc w środku nie znałem nikogo, a i tłok jakoś mniejszy. Z monitora wewnątrz dowiaduję się, że trwają nabory w MPK i można zostać motorniczą, albo kierowczynią, co nijak nie kaleczy kruchej wrażliwości kobiecej i wreszcie od tych szowinistycznych świń je wyróżnia nie piętnując i nie sprowadzając do roli babo-chłopów. Szczerze mówiąc, ja poszedłbym dalej i „oddał” kobietom słowo kierowca, wymuszając na męskiej części zawodowców stosowanie słowa „kierowiec” – albo jakoś tak, może profesor Miodek, albo konsultacje społeczne wymyśliłyby bardziejsze słowo. Zdumiewające, że mój Tezaurus zna słowo kierowczyni, a nie zna motorniczej i podkreśla mi jako błąd – Tezaurus – ty świnio! Zachowuj się dojrzalej i uwspółcześnij język!


    Lekka czasowa górka skłania mnie do spaceru na okrętkę. Podziwiam, bo ilekroć tamtędy idę, to podziwiam: budynek Ossolineum, wraz z przyległościami, piękne gmaszysko Uniwersytetu, cegły przedwojennego aresztu śledczego. Ktoś wymiotuje z animuszem w podcieniach baru mlecznego, nieczynnego jeszcze, lecz poza tym Miasto wymarłe – za późno by wracać, za wcześnie by iść. Mogę wykrajać z Miasta plasterki na wyłączność i tylko czasem zerka mi w ślepia reflektor osobówki. Kontempluję przebudowę skrzyżowania, sławną z tego, że przystanek tramwajowy miał około pół metra szerokości i aż dziw, że ofiar śmiertelnych na nim nie było. Mewy wygrzewają cienki lód na Rzece, ale bez rezultatu. Tylko główny nurt jakoś podąża ku morzu, reszta leży odłogiem. W ciemnościach popiskują psy, uświadamiając trzymaczom smyczy, że to już, po wszystkim, można wracać ku ciepłocie.


    Zachwycam się mnogością kobiet o szczupłych nogach, za to mocno rozbudowanych w przestrzeni okołobiodrowej. Mróz chyba jest dotkliwy – sądzę po pani, której spodnie z zimna tak się skurczyły, że starczają ledwie do połowy łydek, a poniżej już tylko blada skóra zaróżowione lekko tam, gdzie ziąb kąsa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz