środa, 21 stycznia 2026

Pokolenie pokalanych leni po kolana w pokalach.

 

Jak zapewne powiedziałby Pratchett, gdyby los nie zmiótł go z planszy – cierpliwość, to cecha, którą sobie wielce cenię – u innych. Wieczorową (czyli jeszcze wczoraj) porą było tak:


W wiśniowej sukience szła pani, której czarne rajtuzy nie zdołały wyszczuplić i całe szczęście, bo bez zbędnej chudości, wyglądała znakomicie. Międzyosiedlowa kuweta zaczyna nabierać kształtów. Zapewne nieco pozazdrościłem psom i może nawet pójdę tam zadrzeć nogę pod jakąś mimozą. Na ulicach przeważają panie cieleśnie przygotowane do zimy, od niechcenia stanowiąc oazy ciepła i miękkości, łagodzące zmysły. Rudobrody z zaciętą twarzą śni trudne sny i lepiej nie prowokować chłopa ubranego w rozpiętą kurtkę Nord Face, bo to przesłanie doskonale pasuje do twarzy utkwionej powyżej brody. Siedzący naprzeciw gość o bladej skórze głowy zerka raz i drugi, jednak nie atakuje, najwyraźniej instynkt przetrwania odradza mu napoczęcie interakcji. W autobusie widać już, że globalne ocieplenie stało się faktem. Jeżdżą istoty o karnacji, jakiej naście lat temu nie dało się uświadczyć. Chodnikiem jedzie starszy gość na dwóch rowerach, a swoboda z jaką manewruje w obliczu nieprzychylnych świateł sugeruje wirtuozerię ćwiczoną przez lata. Azjatka z piękną buzią jeszcze piękniejszą polszczyzną gawędzi przez telefon, a nieśmiałe miłości szukają schronienia w raczej drogich, rynkowych zaciszach.


Krążę deptakami, czego od dawna nie robiłem, więc zachwycam się zmianami, jakbym w ogóle nie znał Miasta. Jakiś Kozak, który po trzech latach żebrania w Krakowie zmienił miasto i zna już pięć słów po polsku, usiłuje naciągnąć mnie na darowiznę słowotokując po angielsku – bezskutecznie, więc ponawia napaść słowną w innym fragmencie popołudnia. Nabyta odporność pozwala mi nie ulec, więc oddala się polować na łatwiejsze (uleglejsze) obiekty. Młodziutkie dziewczę dłońmi sprząta twarz chłopca, który udaje, że broni się przed pieszczotą, jednak nie dość gorliwie, bo gotowa zrezygnować z ciągu dalszego.


Dziś było już zupełnie inaczej.


Malutki piesek udzielał się wokalnie tak zaciekle, że aż ochrypł, co nie skłoniło go do ochłonięcia z emocji. Przydałyby mu się tabletki na kaszel, jaki niechybnie osiądzie na nim lada moment. Pięciokrotna gwiazda, jaką obserwowałem nad osiedlem przesiadła się na inny kawałek cywilizacji. Może to niebo się przesunęło odrobinę? Ponoć dwie noce wstecz nad osiedlem pojawiła się „zorza polarna”. Zachwyceni tubylcy robili fotki i wrzucali na własne profile niebiańskie widoki, w których ciemność rozdarta była barwami typowymi dla turmalinu arbuzowego o dużej intensywności kolorów. Dziwne, bo Osiedlu daleko do koła podbiegunowego, a i o polarnych mrozach mowy nie ma absolutnie. Monitor pokładowy w autobusie prognozował na dziś słońce w temperaturze minus cztery i bezchmurność otoczenia – nie dziwota, wilgotne z natury chmury gotowe zamarznąć, choć minus cztery, to jeszcze nie dramat. Pani w kurtce z kapturem o barwie jadowicie niebieskiej w wątłym oświetleniu zdawała się mieć na głowie reklamówkę. Gdy wysiadła, sodowe, uliczne światło oświeciło mnie – ani reklamówka, ani kobieta. Ech, czas okulistów się zbliża.


W cieple autobusu dopadła mnie pierwsza dziś mantra – pierwsza, bo druga pojawi się pod wpływem rozgrzewki po przesiadce na dobrze ostudzony tramwaj. Brzmiało to z grubsza tak:


I jeszcze kleszczowi w deszcz wywieszczy mlaszczący leszcz, że się wreszcie wylaszczy szczudlata jaszczurka dla szczurów tłuszczy z paszczą w leszczynowych chaszczach.



Na przystanku znów dostrzegam rozmachaną słownie kobietę, która instruuje siedzącego gościa przekonując o słuszności własnych racji i karci przed faktem każdą próbę wyrażenia zdania odrębnego. Wysiadając z tramwaju byłem nieco zgrabiały, więc wyciągałem nogi, sadząc kroki większe niż zwykle i nieco szybciej, pierwsza mantra nie nadawała się do forsownego marszu, więc spontanicznie popełniłem drugą, zdecydowanie bardziej marszową:


- Kula w kuluarach, buda w buduarach, Jaga w jaguarach, Renia w Renoirach.


I nawet kopcący papieroska Nóżka trafiony zaledwie pięćdziesiąt par-kroków za daleko nie potrafił mnie wytrącić z rytmu.


Wracam, więc nowe zdumienia czają się by mnie oszołomić swoją przez domniemanie urodą. Na początek Czarna Czapla – młodziutka, nie do końca chyba opierzona Brodzi chodnikiem w jedynie słusznej czerni i są to rajstopy, a nie leginsy. Do tego ma na sobie coś, co nieśmiało zakwalifikowałem jako spódniczkę, jeśli spódniczką można nazwać rzecz osłaniająca pępek zamiast pupy. Przechodniom się podobało, więc trudno się czepiać – widocznie nie znam się, marudzę i jestem stary piernik. Może chciała-pochwa-się-lić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz