Kiedyś…
W tajemnicy karmił zwierzęta. Nie byle jakie burki bezpańskie, czy egzotyczne zwierzaki w niewoli ZOO. Karmił prawdziwie dzikie bestie z przeszłości. Zajęcie absorbowało go tak, że na nic więcej nie starczało czasu. Kiedyś…
Wcześniej był zwyczajnym człowiekiem. Szarakiem bez znaczenia. Wstawał do pracy i wracał po dziesięciu godzinach, by zjeść i bawiąc się pilotem dotrwać nocy poszarpanej melodią niewyszukanej miłości zza ściany i przekleństwami tęgiej sąsiadki, besztającej wiecznie pijanego męża. Na weekendy uciekał z domu, żeby choć te dwa dni nie powielać jałowej codzienności. Nie powodziło mu się jakoś szczególnie, ale miał starego Poloneza, który (na szczęście) nie psuł się i tylko od czasu do czasu upominał o solidną porcję oleju. W bagażniku woził sprzęt – nie jakiś zaawansowany – kilof, łopatę, parę domowym sposobem wykonanych sit, śpiwór i materac. Gumofilców, latarek, sprzętu biwakowego nie wypakowywał nigdy, chyba, że czas nastał, by wymienić, co czynił bez zwłoki i od razu wrzucał do bagażnika następcę zużytego ekwipunku, żeby nie zapomnieć.
W najbliższej okolicy, jeśli tak można powiedzieć o dwustukilometrowym okręgu zwiedził wszystkie możliwe kamieniołomy, zarówno czynne, jak i dawno zamknięte, zarośnięte samosiejkami i cierpliwie ukrywającymi skarby. Wiele z nich odwiedzał regularnie, gdy trafił na żyłę, czy okazy, które znajdowały nabywców. Poszukiwał złota na zboczu Kopacza, czy babrząc się w nurcie Płóczki, Wałęsał się pod Olkuszem, w nadziei na srebrne dendryty. Penetrował Kotlinę Kłodzką, jeleniogórskie bezdroża, Strzegom, masyw Ślęzy, czy Śnieżnika – bez różnicy. Jakby był potomkiem Walonów. Każdy rok przynosił co najmniej trzydzieści weekendów, pozwalających na eksplorację. Nie chwalił się, jednak złota i srebra trochę wydobył, a bardziej pospolite znaleziska, jak pegmatyty strzegomskie zawierające niemal wszystko, czym natura mogła obdarować, agaty i jaspisy, mleczne i miodowe opale, nefryt i fluoryty, chryzoprazy i przypominające różowe chmurki ich martwice, kwarce w każdym możliwym kolorze, turmaliny, piryt, czy nacieki wapienne zbywał tym, co sprzedawali je później na giełdach minerałów coraz bardziej popularnych, od kiedy ludzie zaczęli miewać wolną gotówkę i apetyt na coś niepowtarzalnego. Czasami, w trakcie wycieczek, gdy połów był obfity, zostawiał samochód i wstępował do wiejskiej knajpy, wypić kieliszek czegoś mocniejszego i parę piw. Nie po to, by się urżnąć na wesoło, lecz by posłuchać plotek, które czasami przynosiły niespodziewane odkrycia. Dla takich, gotów był urżnąć i siebie i wszystkich bywalców. Tak znalazł kilka opuszczonych żwirowni, czy miejsc wydobycia marmuru, wapna i gipsu, które mógł bezkarnie eksploatować.
Do czasu, aż idąc za takim właśnie podszeptem z zapadłej dziury trafił na wyrobisko pełne porfirowej zwietrzeliny, gdzie ugrzęzł wśród okazów kwarcu pokrytego hematytem, geod zawierających ametystowe zęby, drobnych agatów o niezwykle interesującym rysunku. Zwiedzał ów zapodziany w dawnych historiach kamieniołom wielokrotnie, śpiąc tam i jedząc w każdy wolny od pracy dzień. Przełom dokonał się niespodziewanie – wykuwając ze ściany drobnicę, uderzył młotkiem, a dłuto przebiło ścianę i ze stłumionym brzęknięciem upadło za ścianą. Zaskoczony uderzył kilka razy młotkiem, powiększając dziurę. Ściana osunęła się na metr wysoko, a wewnątrz… Kurz opadał jeszcze, gdy już świecił do wnętrza latarką. Taka pustka mogła zwiastować Eldorado. Kurz niechętnie przepuszczał światło i skazał go na odpoczynek. Prawdziwa szkoła cierpliwości.
Wszedł do wnętrza po jakiejś godzinie, wcześniej jedząc obiad – wiedział, że po wejściu nie tknie już nic. Wewnątrz ściany były rozczarowująco puste. Żadnych kryształów żył kwarcu, czy czegokolwiek. Po prostu skalny rumosz pełen niczego. Za to na podłodze… Leżały kule, a raczej jaja. Piegowate, nieludzko zakurzone, jednak kremowa skorupa pełna plam różnej wielkości i barwy powtarzała się w bodajże siedemnastu sztukach. Prehistoryczne gniazdo. Nim zapadł zmierzch, zdążył sporządzić dokumentację fotograficzną, wydostać jaja i złożyć je na brezencie obok Poloneza. Wieczór spędził na studiowaniu możliwości, jakie dało znalezisko. Archeolog? Odpada, zagarnie znalezisko i jeszcze opieprzy za nieostrożność. Sprzedać pokątnie na jakiejś internetowej aukcji? Znaleźć kupca gdzieś na Zachodzie? Wszystkie pomysły zdawały się być mrzonką. Nie wiedział, co sprzedaje i pojęcia nie miał, o jakich kwotach chce rozmawiać. Trzeba było dalej wertować internet. Wybrał jedną z fotografii i poprosił o wsparcie google. Wyszukiwarka nie miała innych pomysłów, jak gniazdo nilowego krokodyla, albo (jeszcze bardziej odlotowo) kompsognata – drapieżnego dinozaura…
To był koniec rozsądku. Przy takich wynikach można jedynie się upić, albo iść spać. Jaja zdawały się być bezpieczne, więc postanowił zrealizować obie podpowiedzi – pójść do wsi i się upić, a potem odespać. O kopaniu nazajutrz mowy i tak być nie mogło.
Udało się doskonale. Wracał śmiejąc się księżycowi w twarz. Zataczając się dobrnął do samochodu i zwinął na tylnej kanapie. Spał niemal do południa. Gdy już wygrzebał się z wnętrza blaszanka była tak nagrzana, że był mokry od potu. Opłukał się w strumieniu, a to wymaga mnóstwa samozaparcia. Górskie strumienie ciepłe nie są nigdy, jednak sauna samochodowa dostarczyła motywacji i udało się. Wreszcie poszedł zerknąć na jaja. Grzały się w lipcowym słońcu i chyba było im dobrze. Na pewno lepiej, niż w kamiennej geodzie. Zaparzył kawę, gryząc kiełbasę trzymaną w ręku. Musiało wystarczyć. Ciężko myśleć po wieczornej bibce, ale jaja nie spieszyły się, on też uznał, że nie musi. Słońce powoli odmierzało godziny, Polonez, jaja i ich znalazca grzali się w gorącej rozpuście.
Wtedy natura powiedziała dość. Jedno z jaj zaczęło się wiercić. Potem drugie. Nim słońce spurpurowiało zachodząc, wszystkie jaja wykazywały oznaki życia. Krokodyl nilowy? Kompsognat? Przecież to nie może być prawda. Nim zapadł zmrok wysłał sms do pracy, że źle się czuje i dwa dni wolnego potrzebne mu bardziej od wypłaty. Krótkie ok z drugiej strony załatwiło temat. Mógł podglądać jaja aż do wtorku wieczór. Mógł, jednak poniedziałek był ostatnim dniem czekania. Jaja jedno po drugim pękały i ze środka wydostawały się niewielkie stwory, głodne jak diabli. Mleka nie miał, nic nie miał poza wodą ze strumienia, kawą i pętem kiełbasy. Okazało się, że kiełbasa obleci na początek, szkoda, że tak mało. Dokupił w GS-ie wszystko, co choć trochę przypominało mięso. Siedemnaście młodych głodomorów pożerało każdy kęs, jakby w życiu nie jadło. Nie wiedział, kiedy minął wtorek, a młode zaczynały się rozglądać. Dzwonić po kolejne ok? Musiał, ale tym razem sms nie wystarczył. Musiał dobrze nakłamać, żeby dostać wolne do końca tygodnia.
W niedzielę postanowił zostawić maluchy same i pojechał do domu. Potrzebował więcej gotówki, żarcia dla siebie i tych zuchów. No i w poniedziałek musiał poważnie porozmawiać z szefem. Szef wzruszył ramionami i dał mu czystą kartkę, więc napisał wypowiedzenie, pożegnali się usuwając numery telefonów z listy znajomych. Obaj sądzili, że ten drugi do końca normalny nie jest. Wrócił na swoje odludzie z bagażnikiem pełnym jatki. To, co zastał na miejscu przeraziło go. Małe łobuzy siedziały na zwłokach jakiegoś tłustego dzieciaka i pasły się tym truchłem, które twarzy już nie miało. Nie wiedział, czy wyładować mięso, czy pozwolić zwierzętom na ich ucztę. Rzucił im jakiś ochłap ze sklepu, jednak malce zignorowały prezent. Wolały własnoręcznie upolowaną zdobycz.
Szczerze mówiąc nie miał odwagi pójść spać obok tych bezwzględnych młokosów. Trzasnął drzwiami i odjechał. Wrócił po trzech dniach, z siedzenia kierowcy obserwując otoczenie gniazda. Sam nie wiedział kiedy kamieniołom zmienił nazwę na gniazdo. Z chłopca został już tylko doskonale ogryziony szkielet, a niektórych kości też brakowało. Maluchy, wyraźnie podrośnięte przyszły się przywitać. Przyjaźnie ocierały się o Poloneza, aż miejscami zszedł lakier. Kiedy wysiadł obwąchały go i tuliły się jak jakieś rozkoszne króliczki. Króliczki z paszczami pełnymi ostrych jak brzytwa zębów. Chyba został ich mamą. Choć strach niemal go paraliżował, został w gnieździe na noc. Rankiem, jeden z większych maluchów przyniósł mu w pysku coś, co jeszcze drżało w agonii – podwórzowy burek z pobliskiej wioski, wciąż z kawałkiem łańcucha.
Gdyby wieść się rozeszła, byłby to ich koniec. Nie mogły żreć, polując obok gniazda. Musiały szukać dalej. Dużo dalej. Zaryzykował – zabrał dwa na wycieczkę samochodem. Pojechali z osiemdziesiąt kilometrów dalej. Dwa zuchy upolowały młodą babkę, która na sam ich widok doznała chyba zawału, więc poszło łatwo. Zabrali mięso do bagażnika. Znów dwa-trzy dni spokoju. Nim osiągnęły pełen wzrost woził je na łowy, ale w końcu przestały się mieścić w aucie, choć kanapę z tyłu zdemontował już po pierwszej wycieczce. Nie było wyjścia, albo nauczą się same polować daleko od domu i wracać, albo on będzie skazany na dostarczanie pożywienia.
Pierwszy raz był trudny. Nie wiedział, jak się zabrać do dzieła. Upić kogoś, związać i przywieźć, żeby go żywcem rozszarpały, było ponad jego siły. Ale malcy musieli nauczyć się polowania. Padlinę jedli w ostateczności. Odwiedzał wciąż nowe knajpy, opowiadał o minerałach, o odkryciach, wabił ciekawskich, a kiedy zdecydowali się wsiąść do samochodu, byli straceni. Wiózł ich na miejsce. Maluchy już czekały w ukryciu. Wystarczyło wysiąść, by zaczęło się polowanie. Krótkie, brutalne. Żadnej zabawy. Skok, skręcenie karku, czy śmiertelny uścisk szczęki na gardle.
Telewizja nie ustawała w snuciu hipotez, bo ilość zaginięć wzrosła dramatycznie. Coraz trudniej było zdobyć żarcie dla młodzieży. Jedna z samiczek niepostrzeżenie dojrzała, bo wyglądała na brzemienną i szukała miejsca na nowe gniazdo. Zawiozłem ją do nieczynnej żwirowni z pięćdziesiąt kilometrów dalej i zostawiłem tam z niedojedzoną ostatnią ofiarą. Niech spełniają się instynkty. Niech ukryje potomstwo przed wzrokiem. Wolałem nie znać szczegółów, żeby się nie zdradzić. Gdy wróciłem do gniazda okazało się, że z mojej pierwotnej gromadki siedemnastu sztuk zostało dziewięć. Jedną odwiozłem daleko, siedem wybrało wolność – poszły w stronę wygasłych wulkanów. Reszta patrzyła na mnie z nadzieją i niemym pytaniem.
- A radźcie sobie same! – zezłościłem się na nie pierwszy raz w życiu.
Chyba zrozumiały, bo powoli zaczęły się rozchodzić. Przed zmierzchem ostatni oblizał mi twarz i przedzierając się przez krzaki poszedł gdzieś. Teraz będą polować niezależnie. Każdy dla siebie. I nikt nie będzie bezpieczny. Nikt prócz mnie. Właśnie miałem trzasnąć drzwiami i odjechać tym, co zostało z Poloneza, kiedy podeszła do mnie młoda kobieta.
- Nie widział pan przypadkiem – zaczęła – mąż mi się gdzieś zapodział, a on nigdy…
- Nie! – twardo przerwałem, trzasnąłem drzwiami i odjeżdżając przez otwarte okno krzyknąłem – Lepiej wracaj do domu kobieto, co ma być, to będzie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz