Gust miał wyrafinowany. Musiała przyznać, że poczuła się bardzo dobrze, gdy wybrana przez niego knajpa okazała się modnym lokalem prowadzonym na wysokim poziomie, a jak usłyszała, wyróżnienie Michellina szefowa otrzymała nie po raz pierwszy. Na dodatek ON – prawdziwy chłop. Taki, który nie wymaga od kobiety podpowiedzi, podejmowania decyzji, czy jąkający się przy zamówieniu. Pozwoliła mu wybrać danie i to był doskonały krok. Zarówno obiad, jak i deser, czy czerwone wino dobrał, jakby mieszkał już w jej duszy. A może faktycznie zaczął się tam rozglądać? Zarumieniła się pod wpływem własnych myśli. Co zrobić, tak było od samego początku…
Jeździła do pracy autobusem. Sama, rzadko kiedy z sąsiadką, wcześniej z przyjaciółką, z którą podróże urwały się, gdy poznała Holendra i wyjechała z nim do lepszego świata, by zostać szczęśliwą mamą wychowującą dzieci. Zazdrościła jej tego Holendra, choć nie był jakoś szczególnie pięknym mężczyzną. Ale zarabiał, dbał, organizował i był wart tak zaufania, jak i oddania. Ona? Oddałaby się mu, gdyby tylko skinął głową, ale był zapatrzony w Iwonę jak w obrazek. Noooo… Wstyd się przyznać, ale gdyby tylko zasugerował zainteresowanie…
Wracając do wspomnień. Jeździła do pracy w biurze bardzo regularnie i obowiązkowo, więc dzień w dzień tym samym autobusem. Z czasem zaczęła rozpoznawać współpasażerów, spotykanych popołudniami w sklepach osiedlowych, czy na spacerach w nieodległym parku. ON też jeździł sam. Równie karnie i obowiązkowo pojawiał się na przystanku ze dwie-trzy minuty przed rozkładowym odjazdem, stawał z boku i cierpliwie czekał, nie rozmawiając z nikim. Zabawne, że nie widziała ani razu, jak rozmawia przez telefon, czy bawi się sieciowymi ploteczkami. Kilka razy przysiadł się do niej, ona także czasami siadała obok. Autobus pusty nie jeździł, chyba, że w święta. Na co dzień był zatłoczony. Ot, nieistotna znajomość, bez poznawania się oficjalnego. Obojętność wystudiowana. Mijali się bez uśmiechu, bez „dzień dobry”, ale każde wiedziało, gdzie wysiada to drugie. Starzy, dobrzy nieznajomi.
Wszystko pewnie nie miałoby początku, gdyby nie Iwona. Zadzwoniła opromieniona szczęściem kolejnej ciąży i ćwierkała bez końca od bladego świtu. Kiedy skończyły rozmowę, musiała biec, by zdążyć na autobus. Dopiero wewnątrz dopadło ją. Smutek. Poczucie beznadziei. Dlaczego szczęście omija ją, a jak już się zbliży, to tuż obok ktoś je przechwyci, nim ona zdąży choć odrobinkę tego szczęścia uszczknąć dla siebie?
- Wszystko w porządku? – wtedy pierwszy raz odezwał się do niej – Wygląda pani, jakby właśnie stało się coś dramatycznego.
- Nieee… dziękuję – szepnęła nie potrafiąc ukryć smutku w głosie – jest ok.
- Na pewno? – nie ustępował.
- Trochę mi przykro, ale to minie – rzuciła, żeby się odczepił.
- Mam pomysł, proszę poczekać – rozpiął plecak i zaczął w nim grzebać, aż wyjął na otwartej dłoni i podał jej cichym głosem dodając – Jabłko, dla najpiękniejszej.
- Ale ja… - sięgała po to jabłko niepewnie – ja mam uczulenie na jabłka…
- Nie szkodzi. Położy pani na biurku i patrząc na nie, przypomni sobie pani moje słowa. Wie pani – najwyraźniej raz przerwana tama milczenia potrzebowała więcej słów – Ewa skusiła Adama jabłkiem i stracił im się raj. Więc teraz ja odkuszam się tym samym i może tym razem nas wygnają z piekła, wprost w rajskie objęcia? Robert jestem.
- Zosia – jabłko grzało jej rękę, więc schowała je do torebki – Dziękuję.
Potem – bo oczywiście jakieś potem być musiało, przysiadał się do niej, za każdym razem jednak pytał, czy mu pozwoli. Rozmawiali o jakichś nieistotnościach, nie przekraczając bariery pobieżnej znajomości. Któregoś dnia zaproponował obiad po pracy. Na mieście, w restauracji, żeby uniknąć dwuznaczności. Wahała się ledwie tydzień, nim się zgodziła. A teraz siedziała naprzeciw tego piekielnego Adama i czuła się równie piekielną Ewcią. Przypomniała sobie stary „żarcik” i podśmiewywała się w duchu – Ewa, to po hebrajsku Eva, czytana wspak brzmi ave, czyli błogosławiona. Błogosławiona na wspak… W sam raz dla niej epitet, choć była Zośką, a nie Ewcią!
Dawno już zjedli, poprawili deserem i kawą, kelner pozbawiony mimiki po raz kolejny napełnił kieliszki winem i odszedł nie zakłócając atmosfery. Potrzebowała chwili dla siebie. Każda kobieta wie, że najlepszą, najbezpieczniejszą przystanią jest toaleta. Wstała, wzięła torebkę i zamknęła się w łazience. Patrzyła na siebie w lustrze i przeganiała myśli, jak owczarek stado baranów. Chciała przejść do sedna.
- Co teraz, co dalej? Za chwilę skończą mu się pomysły i wyjdą. Rozejdą się, pojadą do domów, zamkną się na cztery spusty w pustych ścianach i znów tylko autobus i obojętne uwagi o pogodzie, czy banalne historyjki weekendowe. Wolała, kiedy to facet podejmował decyzje, jednak teraz to ona musiała zdecydować, czy chce mu na to pozwolić. Dziwne. Była pewna, że ON sobie poradzi. Od początku dawał sobie radę i nie udawał. Był zdecydowany, taktowny, ale pewny siebie. Nie czekał, aż ona znajdzie rozwiązanie, tylko sam je podsuwał. Jej wystarczyło zaakceptować propozycję, względnie powiedzieć nie, które szanował. A dziś nie wiedziała co ma mu odpowiedzieć, choć jeszcze nie zapytał. Ale zapyta. Nie! Nie zapyta, tylko spróbuje. I to ona musi wiedzieć. Wie? Patrzyła w lustro i widziała, że nie wie. Za to bardzo chciała wiedzieć i dodać tę wiedzę do tego, co już było pewne – podobała mu się taka, jaką jest. To potrafi rozpoznać każda, nawet niezbyt rozgarnięta kobieta. Patrzyła jak lustro powiela jej wstyd, który spod makijażu wyłaził na policzki, a lekko mętniejące oczy zdradziły rozwiązanie. Tak. Już wiedziała co odpowie. A może… Pierwszy raz w życiu zdobyć się na odwagę?
- Dla ciebie – szepnęła siadając do stolika – niech nas wygnają z piekła, to może zobaczymy ten raj! Razem.
Otworzyła dłoń wierzchem do góry i wyciągnęła ku niemu. Wewnątrz rozwijała płatki zgnieciona w pięści róża z bielizny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz