piątek, 2 stycznia 2026

Bezradność.

 

    Z niewinnym uśmiechem zapytał, czy chciałabym, żeby mnie namalował. Drań! Wiedział, że będę chciała. Każda chciała, póki była młoda i piękna. Mimo nastu lat wzrok miałam dobry i widziałam ile wysiłku kosztowało mamę, żeby ojciec wciąż się nią zachwycał. Malarz pokazał dłonią drogę i już wspinałam się na schody, a on szedł za mną z tym swoim uśmieszkiem, który wtedy wydawał się emanować spokojem, może dumą, ale na pewno nie wyrachowaniem. Kiedy weszliśmy na poddasze, zamknął drzwi i bez słowa zabrał się za poszukiwanie płótna. Znalazł szybko i ułożył je na sztalugach. Dopiero wtedy zerknął na mnie i nie zmieniając uśmiechu zapytał, czemu jeszcze się nie rozbieram. Mało nie spłonęłam ze wstydu. Ja? Bez ubrania? Co on sobie myślał, o ile w ogóle myśleć potrafił! Podszedł do mnie i jednym palcem uniósł mi brodę, a potem wyjawił brutalną prawdę - każda chce, żeby ją malować, choć mało która ma pieniądze, bo obraz tani nie jest. Więc w ubraniach maluje tylko te, które sowicie zapłacą. Reszta musi się rozebrać. Reszta, czyli ja… Boże! Gdybym wiedziała wcześniej, w życiu nie wspięłabym się na te schody. A teraz?


    Pomieszczenie było spore, ale kompletnie zagracone. Wszędzie walały się farby, pędzle, palety z zaschniętą zawartością, fotel na biegunach zdawał się wyczekiwać aż ktoś zechce się pobujać, jakaś niezbyt zachęcająca kanapa okryła się niezbyt czystym kocem, kredens na którym zamiast kwiatów stała kiść pędzli w słoiku po ogórkach zdawał się być w ogóle mną niezainteresowany.


    - Nikt tu nam nie będzie przeszkadzał – szeptał rozpinając mi haftki bluzki. Kusił jak sam diabeł. Zanim zdołałam słowo wydobyć, a już trzymał w dłoniach moje piersi. Nie wiem, co z nimi zrobił, ale stały się ciężkie i szukały tych jego łapsk. Wielkich, twardych i najwyraźniej znających już jedwab młodej skóry na wylot. Brodawki pociemniały, urosły i za chwilę gotowe eksplodować, gdy bawił się nimi chwaląc ich urodę. Potem jednym ruchem rozwiązał pasek spódnicy, która nie pytając mnie o zdanie uciekła na podłogę. Zachłysnęłam się powietrzem, jak topielec, a on już wsuwał mi dłoń w bieliznę. To także robił z obłędną wprawą. Policzki mi płonęły, a raczej płonęłam caluśka, od czubków palców aż po kraniec włosów. Niemal zemdlałam pod wpływem emocji. Klapsem na gołą pupę sprowadził moje zmysły na miejsce, po czym wyjął mnie z majtek, ustawił przed sztalugą i zaczął szkicowanie.


    Długo trwało, a jego wzrok kompletnie pozbawiony chuci zdejmował z mojego ciała proporcje i przenosił je na płótno. Wstyd się przyznać, ale myślami wróciłam do chwili, kiedy mnie rozbierał. Było przyjemnie. Nigdy dotąd aż tak nie było, nawet, kiedy szłyśmy z mamą same nad staw, czy na lody. I Mikołaj z pełnym workiem prezentów nie dostarczał mi tyle radości. Piersi znów zaczęły uwierać, tężeć, a pod brzuchem rozszalało się tornado. Nie widział. Chyba. Albo widział, lecz udawał lepiej od manekina, że nie jest zainteresowany. Świnia! Myśli plątały się we mnie i żadnej logiki w nich nie dało się odnaleźć. Zaprzeczałam sama sobie, jednak pragnęłam tych łapsk i nienawidziłam ich jednocześnie. Wreszcie odłożył ołówek i podszedł do mnie. Pochylił się i podniósł z podłogi mój strój.


    - Ubierz się, nie ma sensu marznąć na darmo. Przyjdź jutro, po obiedzie, dokończymy szkic. Tylko nie zapomnij, bo jak się spóźnisz, światła będzie za mało. A chyba nie chcesz, żebym coś przegapił?


    Nie mogłam zasnąć z emocji. Pod kołdrą moje dłonie odtwarzały ścieżki, którymi podążał malarz, ale daleko im było do jego biegłości. Zwyczajnie nie potrafiłam prowadzić ręki ścieżką do euforii, jaką mi zafundował. Nie znałam własnego ciała i nie wiedziałam, jak na nim zagrać. Wpatrzona w ciemność za oknem snułam fantasmagorie, a każda stawała się coraz zuchwalsza. Świt mnie uwolnił od niespełnień. Masa roboty w obejściu pozwoliła ostygnąć ciału. Tuż po obiedzie byłam już gotowa. Ukradkiem zniknęłam z oczu rodzinie i pognałam po schodach do mansardy. Malarz uśmiechnął się na mój widok i jak wczoraj zamknął drzwi.


    - W ostatniej chwili – mruknął, stawiając mnie tak, by światło dzienne objęło mnie całą. Stanął za mną i znów pozwolił dłoniom na eksplorację mojego ciała. Piersi już na niego czekały. Zdradziły mnie i zignorowały. Wtuliły się w te ręce i nie zamierzały wyjść. Dopiero, kiedy te szorstkie łapska zaczęły zsuwać się po brzuchu zrozumiały, że muszą się podzielić z resztą ciała. Nie wiem kiedy zanurzył się w futerko intymności, ale ledwie to zrobił, a rozchyliłam uda. Sama. Zapachniało piżmem. Kiedy wyjął rękę spomiędzy ud, była lepka od moich soków.


    - Przepraszam, ja nie chciałam – szepnęłam wstydząc się za własne ciało, a on śmiał się ze mnie. Popchnął mnie na fotel. Ledwie weń wpadłam rozchylił mi nogi i zanurzył twarz. Boże! Wczoraj sądziłam że stracę rozum, ale dzisiejsze wrażenia przeszły wszystko, co nocą zdołałam wymyślić. Jego język… Krzyczałam, mocno trzymając go za włosy, żeby nie przestawał. Potem rozum wziął sobie wolne i straciłam kontakt z rzeczywistością. Niby widziałam, jak jego spodnie zsuwają się na podłogę, niby bałam się, że mnie zgniecie, kiedy kładł się na mnie, potem krótki, ostry ból, który błyskawicznie zaleczył wrzącym mleczem. Krzyczałam bez końca, choć on już siedział obok i przyglądał się mojej nagości. Przestałam być dzieckiem. Obudził we mnie kobietę. Młodziutką, piętnastoletnią, ale kobietę. Stygłam powoli i niechętnie. Zdaje się, że usiłowałam nakłonić go, by jego ręce raz jeszcze poszukały w moim ciele ekstazy, ale roześmiał się tylko i kazał wstać. W okamgnieniu poprawił szkic i zaczął mieszać farby.


    Płótno zamierzało nabrać trzeciego wymiaru, ze mną w centrum obrazu. Przynajmniej tak mówił, bo nigdy nie pozwolił mi zerknąć na powstające dzieło. Nim pozwolił mi okryć się zawsze zasłaniał obraz lnianą szmatką. Dni mijały w tym samym rytmie. Bezsenne noce, pracowite poranki, popołudnia pełne emocji zakończone pozowaniem. Nie opuściłam ani dnia, żeby nie stracił weny, a przynajmniej tak tłumaczyłam głupiutkiemu ciału, które otworzyło się na pieszczoty i wiecznie było mu mało. Malarz miał więcej rozsądku, może z racji wieku. Prace posuwały się i musiał nadejść dzień, kiedy pozwolił mi się ubrać mówiąc, że skończył. Tak bardzo chciałam zobaczyć efekt jego wysiłków, że poszłam nago, nie sięgając po szmatki z podłogi. Pełna plątaniny uczuć, zbliżałam się do sztalugi, gdy jakiś niezwykły rumor usztywnił moje mięśnie.


    Do mansardy, razem z drzwiami wpadł ojciec. Wystarczyło, że zobaczył mnie rozebraną, by ryknął, zacisnął pięści i ruszył na malarza z furią zaatakowanej lochy. Stałam na drodze, więc odepchnął mnie i upadłam, głową trafiając na glinianą donicę. Zanim krzyknęłam – życie ze mnie wyciekło. Malarz obserwował zimno, niczym marmurowy posąg greckiego boga i spokojem starał się zrównoważyć wściekłość ojca. Dostał pięścią w twarz i upadł. Nie wstając z podłogi wskazał mnie palcem, a absurdalność tego działania skłoniła ojca, by zerknąć we wskazane miejsce. Ojciec ryknął ponownie i cała energia z niego spłynęła, jakby ktoś ją wyssał jednym haustem. Szedł na kolanach w moją stronę zapominając o malarzu. Łzy lały mu się po policzkach niemal strumieniami. Pierwszy raz widziałam jak ojciec płacze. Chciałam go pocieszyć, ale nie słyszał mnie wcale.


    Potem było jeszcze gorzej. Ojciec raz obwiniał malarza, innym razem siebie. Zaczął pić i nie znał w tym umiaru. Mama przyszła do malarza raz. Jeden, jedyny. Przyszła, bez słowa okryła obraz lnem i zabrała, nie pytając czy może. Czyżby wiedziała, że obraz nagiej dziewczyny nie kosztuje ni grosza? Skąd? Malarz był w jej wieku, ale mama? Naprawdę? Warknęła na odchodne, że malarz ma zmienić plener na możliwie odległy i poszła. Niosąc mnie pod pachą. Mnie… Namalowaną, ale przecież… Nie zdążyłam obejrzeć dzieła, a teraz moje zmysły zostały uwięzione w ramach, gdy ciało po krótkiej ceremonii rodzina oddała ziemi.


    Mama ukryła obraz w skrzyni, wcześniej zawierającej jej posag, gdy wychodziła za mąż. Teraz, posagowe dobra wykorzystywała w gospodarstwie, w skrzyni trzymając pamiątki rodzinne. Nikt prócz niej nie miał prawa tam zaglądać. Schowała mnie w najbezpieczniejsze miejsce, jakie znała i zaglądała tylko wtedy, kiedy nikt nie widział. Za to ja… W skrzyni był jeszcze jeden obraz. I też ze śliczną, nagą dziewczyną, w której z niedowierzaniem rozpoznałam mamę. Więc to tak! Znała „cennik” malarza! Patrzyłam z obrazu na mamę sprzed lat i zastanawiałam się, kto jest moim ojcem. Malarz, czy tatuś? Nie potrafiłam zadać mamie tego pytania, a ona do śmierci omijała temat drugiego obrazu w skrzyni. Gdy umarła (płakałam) świat o mnie zapomniał na wiele lat. Sama nie wiem, jak bardzo. Obraz mamy nie ożył. Starzał się martwo, bez przejawów maminej energii życiowej. Ja trwałam w rozgoryczeniu, w ciemnościach zapewnionych przez szczelne wieko. Czas płynął własnym rytmem i nijak nie chciał zrobić nic, by nas uwolnić spod wieka.


    Niewole, podobnie jak życie, muszą mieć kres. Wieko drgnęło, gdy czas się wypełnił. Byłyśmy wolne. A przynajmniej ja. Mama najwyraźniej umarła ziemskim życiem. Może malarz nie tchnął w jej obraz ducha, może wtedy jeszcze się uczył i niedoskonale ją odwzorował? A może po prostu mama go nie kochała i on to czuł, więc efekt nie była równie fascynujący, co w moim przypadku? Cały sztab konserwatorów, znawców, koneserów i bóg wie kogo jeszcze debatował nad nami, rozłożonymi na stołach wyściełanych aksamitem, jak ekskluzywne dziwki, czy japońskie dziewki, z których ciał wyrafinowani goście zjadają kolację. Pędzelkami, wacikami, całą masą sprzętu pielęgnowali nas, by w końcu zakuć w dyby ram i powiesić w zimnych, klimatyzowanych salach. Ponoć w zimnym obraz mniej koroduje, za to moje ciało było wiecznie niedogrzane, aż mi sutki sterczały, co irytowało mnie niesamowicie. Przyłazili różni i oglądali, a ja, nie dość, że goła, to jeszcze ze sterczącymi brodawkami. Nie wierzyłam, że malarz mógł mnie widzieć taką, a jeśli nawet widział, to że miał kaprys podzielić się tą intymnością ze światem. Musiała to być wina klimatyzacji. Raz jeden i to przez chwilę zobaczyłam swoje odbicie w zwierciadle. Postarał się Namalował mnie najpiękniejszą, jaką być mogłam. Na pewno piękniejszą od mojej mamy, która patrzyła szklistym wzrokiem na ścianę wisząc tuż obok.


    Wisiałyśmy obie. Ona martwa, ja zmarznięta. Przychodziły obce kobiety taksujące nas wzrokiem i wiedziałam, które zazdroszczą, które zamierzają wziąć przykład i odważyć się na to, na co ja się odważyłam. Podobno dziś nie trzeba aż takich wyrzeczeń, że zamiast farb można „pstryknąć fotkę”, co zabiera mniej czasu i szansa na ujście z życiem rośnie. Ba! Podobno można tę fotkę pstryknąć samej sobie! Znikome ryzyko, a efekt jest. No właśnie – podobno. Tymczasem wisiałyśmy z mamą w kajdanach ram i nie sposób było nie zauważyć, że młodziankom sztywnieje w kroku, gdy nas oglądają. Nieliczni woleli mamę, generalnie jednak wybierali mnie. Może podświadomość wykorzystywała instynkty, które potrafiły rozpoznać tlące się życie, by na nim skupić prokreacyjne westchnienia?


    Z czasem stawałam się cyniczna, może nawet arogancka i wulgarna. Ale każdego to czeka. Nie wierzysz? Dobrze! Wolno ci! A teraz posłuchaj. Wiszę na tej ścianie od lat, niewiele krócej, niż mieszkałam w zamkniętej skrzyni. I co? Żyłam zaledwie piętnaści lat, gdy tatuś mnie zabił. Niechcący, w nerwach, ale fakt nie daje się wymazać słowami. On mnie zabił. A malarz? Uciekł, jak tchórz, gdy tylko mama zabrała mnie wprost ze sztalugi. Żaden odwagi nie miał się przyznać, że zabili mnie, bo byłam piękna. Obaj dali mi życie i obaj je odebrali. A teraz, syn nocnej portierki, pewnie klika dni młodszy niż ja-wtedy, przychodzi do mnie, bezwstydnie zsuwa spodenki i patrząc na mnie onanizuje się. Tej nocy przeszedł samego siebie – przyciągnął do ściany ławkę, wdrapał się na nią i całą spryskał mnie wrzącym nasieniem…


    - Mamo! - krzyczeć szeptem umiałam, bo każda kobieta to potrafi – a jak stanę się brzemienną – pomóż mi, mamo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz