Archeopan patrzył z lekkim obrzydzeniem na bawiące się wokół mamy rozchichotane maluszki. Najwyraźniej nieprzyzwyczajony do artefaktów charakteryzujących się witalnością. Dzieci podskakiwały, tańczyły, przepychały się, śmiały bez powodu – ot, zwyczajne, beztroskie życie nieskalane dorosłością. Nie jakieś tam sparciałe piszczele tygrysa szablozębnego, czy nie rozwiązana łamigłówka z algebry z szóstego wieku przed Chrystusem, względnie oszałamiająco piękny, pęknięty sagan, który zapomniał już, jak się wino dźwiga.
Jadę autobusem o szybach zmatowiałych od brudu. Na zewnątrz, jeśli w ogóle jest jakieś zewnątrz, dostrzegam kontrastujące z mrokiem reklamy banków reprezentujących wszelkie możliwe barwy. O ludzkich ścieżkach mogę tylko gdybać, ledwie dostrzegając kontury. Przesiadam się na tramwaj. Przede mną siedzi wielki byk, którego nie sposób nazwać kompaktowym. Posila się wydzielinami z nosa i gardła, popijając rzecz paliwem energetycznym z puszki. Taki wielki organizm do funkcjonowania potrzebuje każdego kwantu energii, jaki znajdzie się w zasięgu pochłaniacza. Inaczej, gotów spłynąć na ziemię, jak niezbyt gęsty kisiel.
Na przystanku stoi pani z pięknie wyeksponowanymi przeprostami kolanowymi. Spod żółtej czapeczki uśmiecha się błogo do monitora. W tramwaju podobnie - nieobecna większość niemal wkleja twarze w monitory przedkładając wirtualne towarzystwo nad fizyczną obecność. Matrix. Dwie rozmawiające (paszczą) kobiety wprowadzają pierwiastek życia. Aż się uśmiecham, choć słów nie wyłuskuję z sopranowego dialogu.
Nieznajoma, którą dostrzegam ostatnio na początkowym przystanku mojej codziennej odysei wysiada na placu i idzie otulona sodowym światłem sprawiającym że błękity i fiolety jej stroju stają się żywsze. Ona także zdaje się być pełna życia i zadowolona – może dlatego, że tę kobietę konsekwentnie na przystanek odprowadza mężczyzna, choć sam nie wsiada do autobusu. Drobne karesy na start w codzienność na pewno robią dobrze – znam z autopsji, bo też byłem odprowadzaczem ze skłonnością do pieszczot.
Na skarpie fosy dostrzegam cichutko siedzącą czaplę z głową wtulona w ramiona (znaczy skrzydła) jakoś tak z metr od wody. A kolejny metr wyżej siedział kormoran i rozglądał się jakoś tak, jakby tamtędy przebiegał szlak spacerowy ryb, albo ich ścieżka do galerii handlowej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz