wtorek, 20 stycznia 2026

Prze dwór przez podwórzec dworując.

 

    Na początek drze na mnie mordę kos – ponoć niemalże go zdeptałem, gdy tak wysiadywał sobie ciemność milcząc niczym kałuża wypełniona czernią. Ślepy jestem, czy co? Brak mojej reakcji nieco rozjuszył jego urażoną potrzebę ekspresji, bo przysiadł się do drugiego kosa pomieszkującego w koronie młodej śliwy wiśniowej i trącał go brzuszkiem, żeby się wypowiedział i dołączył do chóru niezadowolonych.


    Na przystanku stado zakapturzonych ludzi, odwróconych w stronę, skąd ma nadjechać autobus. Dołączam, niemal w głos się śmiejąc, bo wyglądamy jak kolonia pingwinów wypatrujących wiosny. Wsiadam w nie swój autobus z ostrożności. Wolę pojechać okrężną drogą niż stać po kolana w gasnących nadziejach. Niepotrzebnie, jak się okazało po czasie. Autobus nie za pełny, ciepły, w sam raz na poranne wycieczki. Przesiadam się na tramwaj i przeskok w chłód jego wnętrza zda się być wstępnym przygotowaniem do morsowania. Wewnątrz podróżni pielęgnujący resztki ciepła w sobie, skuleni, może nawet w letargu. Tylko wzrokiem sprawdzają przebieg trasy, wypatrując przystanku, na którym zamierzają opuścić zgromadzenie. I słusznie! Bo za chwilę okaże się, że prowadzący konwój także zamarzł i na krzyżówce jedzie nie tam, gdzie trzeba, czym wywołuje kataklizm. Wysiadają wszyscy i pieszo gnają na właściwy przystanek, by dokończyć podróż – powiem tylko, że było warto. Ciepło przyjemnie penetrowało nie tylko członki, ale i tę piękniejszą połowę cielesności.


    Tak rozpoczęty dzień sprawia, że otwieram oczy szerzej – z ciekawości, co jeszcze zdarzyć się może.


    Ach – zapomniałbym – autobus pachniał mielonką. Gdy wracałem trafił mi się koperek, więc węchowo dzień był wybitny. Mogłem trafić gorzej. Z tego wszystkiego dostrzegam panią w wełnianej czapce z napisem – ŁADNIE, dookoła głowy, a ja odcyfrowuję ów napis jako NIEŁAD.


    I zastanawiam się, czy można usynowić córkę, czy trzeba ją ucórczyć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz