środa, 28 stycznia 2026

Majówka.

 

Znowu powiesili mnie obok tej małej piczki, która ocieka sokami ilekroć księżyc zbliża się ku pełni i krwawi z regularnością metronomu. Dzikuska. Jedno jej w głowie. Wystarczy, że zamkną sale przed zwiedzającymi i już czyni mi awanse. Gdy księżyc wypełni się i zasuwa niebem jak tłusty naleśnik traci resztkę manier, unosi kieckę i wypina się, żebrząc, bym ją wziął. I jeszcze raz, bo świt wciąż odległy. Korzystałem, nie powiem. Od czasu do czasu trzeba przewietrzyć magazyny i wymienić amunicję na świeżą, a z nią było to więcej niż proste. Byle nie zaciążyła, bo się w ramach nie zmieści.


Ileż to tak wisimy? Dwieście lat? Więcej? Ostatni raz udało się na dłużej rozstać z suczką jakieś siedemdziesiąt temu. Zawierucha światowa sprawiła, że ją capnął jakiś niewyżyty żołdak i onanizował się w ukryciu przez lata, a ja trafiłem w łapska spoconego kustosza, który ukrył mnie pod długim stołem, bym nasłuchał się bzdur i strategii wojennych polityków niższego kalibru. Nim nas odnaleziono i (oczywiście!) skoligacono nie pytając o zgodę, suczka już była mokra i pachnąca tak mocno, że powinni porządnie wyszorować jej cipkę, zanim powiesili na ścianie, a dzieciom zakazać wstępu na to piętro. Oczywiście wzdychała do zamknięcia i rozstała się z niewymownymi, ledwie klucz w drzwiach się przekręcił na odchodne. Zerżnąłem jak swą, niemal po starej znajomości, więc bez specjalnych uniesień.


Parę lat machinalnego seksu, dla towarzystwa, z nudów, dla podtrzymania świadomości lędźwi. Wisieliśmy, jakby nasze ramy miały wspólny korzeń. Głupia była, nieuk kompletny, bez zainteresowań, ogłady, czy cienia dobrego smaku. Jakby była gumową lalą z mocno wyszczuplonym programem wokalnym. Trzeba przyznać, że puszczała się z talentem, jedynym jej dostępnym zresztą. Dzięki temu tolerowałem jej awanse. Młodość zagwarantowali nam nasi twórcy i chyba mieli komplety farb z odrębnym DNA, bo nie łączyło nas nic, poza rozmiarem płótna i licho ozłoconymi ramami.


Rozstawaliśmy się od czasu do czasu, w ramach międzymuzealnej wymiany i były to zwykle prawdziwe wakacje. Czas koneserów. Spotykałem istoty, z którymi warto było porozmawiać, posłuchać ich historii i niechby wspólnie ponarzekać. Niektórych twórcy wyposażyli w suto zastawione stoły, więc wczasy all inclusive gwarantowane. Co porabiała suczka w tym czasie? Wolałem nie pytać i raczej współczułem skazanym na jej towarzystwo. Nie każdy jest równie odporny. Grunt, że wracała nie wypychając ram na zewnątrz, a między udami nie kwitły jej siedliska zgorzeli.


Któregoś razu, na wiosnę, zapakowali suczkę w takim tempie, że nie zdążyła nawet obiecać, że wracając uczyni mnie szczęśliwym przez długie noce. Wisiałem sam z tydzień, medytując, nabierając dystansu do słowotoku wdzięcznego pyszczka suczki. I wtedy – grom z jasnego nieba! W puste miejsce powiesili JĄ! Kobietę starszą, dystyngowaną, prawdziwą damę. Ona, być może dałaby radę okiełznać maniery suczki i pokierować jej życiem szlachetniejszym torem, jednak to ja dostąpiłem zaszczytu.


Szaleństwa odsypiałem we dnie, bo noce stawały się za krótkie na dyskusje gorące jak serce wulkanu. Kobieta subtelnie pochrząkiwała ilekroć traciłem maniery, lecz przecież krew nie woda. Zdając sobie sprawę, że nic nie trwa wiecznie wyznałem, że pragnę, że jest objawieniem, marzeniem i wszystkim, czego mężczyzna mógłby oczekiwać od świata. Śmiała się serdecznie, dyskretnie tłumiąc satysfakcję z uczynionego wrażenia. Nie była z kamienia, więc rumieniec wybarwił jej policzki niemal trwale. Szeptałem i błagałem, aż zgodziła się na bliskość. Drżały mi ręce, kiedy delikatnie przedzierałem się przez zasieki wielowarstwowego stroju, żeby ją wyłuskać bez uszczerbku. Nie nawykła do męskich dłoni, a może już o nich zapomniała, bo jej ciało reagowało. Śpiewaliśmy w noc uniesienie, aż dziw, że krzykiem nie postrącaliśmy śpiących na gzymsach gołębi.


Obłęd. Zakochanie i szaleństwo musiały mieć wspólnych rodziców. Niewiele brakowało, bym w ciągu dnia nie zeskoczył z ram i nie wspiął się do niej, kryjąc się pod szeregiem spódnic, by w ich zaciszu dokazywać bez końca, ignorując zwiedzających ludzi. Chyba zaraziłem ją uczuciami, bo jej też zdawało się dziwnym, jak długo musimy udawać kolorowe plamy. Którejś nocy, gdy jej delikatne szmatki zwisały z ram, a my, nadzy, gdy tylko wytańczyliśmy tango w rytm śpiewany wysokim głosem zakochanej kobiety, usiedliśmy na sofie, by chwilę nacieszyć się bliskością i zasnęliśmy zmęczeni spełnieniem… Obudziło nas pobrzękiwanie kluczy i trzaskanie okien otwieranych gdzieś niżej, by wywietrzyć. Ledwieśmy zdążyli wrócić do siebie, a pierwszy gość przypatrywał się mojej ukochanej, która ze wstydu chciała się pod ziemię zapaść – jej bielizna wciąż zwisała z ramy, dając świadectwo nocnej rozpuście. Pochrząkiwałem, żeby odwrócić uwagę ciekawskiego gościa, ale ten jak zaczarowany zerkał na figi i twarz mojej pani. Nie zdzierżyłem. Mimo dnia zeskoczyłem z ram i przylałem mu pięścią. Nie wiedziałem, że aż tyle mam siły. Padł. Wspinałem się wracając, gdy moja pani już wciągała majtki, szepcząc „dziękuję” z twarzą czerwoną jak nigdy.


Chłopa zabrało pogotowie, ale nic mu nie było. Przyszedł następnego dnia z bandażem na głowie i coś mi tam złorzeczył, ręką sięgając ku ramie, w której kwitła moja piękność. Fetyszysta? Świntuch na pewno! Już miałem zeskoczyć, gdyż jego łapsko sięgało łydki mojej pani, ale ona była szybsza. Kopnęła instynktownie, niezbyt mocno, jednak trafiła między oczy czubkiem bucika. Znów poległ i znów pogotowie zabrało go na obserwację. My? No właśnie. Władze muzeum, dla uniknięcia kolejnych ekscesów nieobliczalnego idioty postanowiło nas rozdzielić i wysłać do różnych muzeów.


Świnia! Zapaćkał nam papiery i odtąd mieliśmy już nigdy się nie zobaczyć. Sam słyszałem, jak dwóch kustoszy debatowało szyderczo, że dopóki wisiałem obok suczki nie działo się nic złego, więc pewnie dołączę do niej… Znów lata z bezmózgim stworzeniem, które potrafi tylko kieckę zadrzeć i czekać, aż męskość wypełni ją bez reszty.


Nie bacząc na ludzi krzyknąłem, że będę jej do końca świata, niech czeka na mnie, choćby do kolejnej wojny. Zdumienie ludzi było niczym, a miało dopiero eskalować, Moja piękna zeskoczyła z ramy, otrzepała spódnicę, popatrzyła na obraz z odrazą, którą dzieło chyba zrozumiało, bo pustkę po kobiecie wypełniło martwą naturą nie ponaglane przez nikogo i nie inspirowane niczym, poza intuicją farb. A do mnie powiedziała:


- Głuptasie, na co chcesz czekać. Skacz i uciekamy stąd, choćby żyć przyszło pod mostem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz