Mniejsze przytulało Większe. Oba w kapturach i puchatych kurtkach kryjących nie tylko płeć, ale i figurę. Duże usiłowało położyć głowę na ramieniu Małego. Spod kaptura wynurzyły się siwe kosmyki, a ich siwizna sugerowała nie tyle wiek, co kunszt fryzjerski. Pomyślałem, że nietypowo dobrana parka, ale uczuciom w kubaturę zaglądać nie zamierzałem. Dopiero gdy trzymając się za ręce wysiadali okazali się pakietem jednoimiennym, a spod Dużego kaptura, prócz siwizny wynurzyła się czarna broda. Ku zachwytowi pięknie ogolonego Małego młodzianka.
Tramwaj przyjechał doskonale schłodzony, lepiej niż drink w porządnej knajpie. Może stał całą noc w lodówce. To wystarczyło by stłumić przejawy życia. Większość trwała i usiłowała przetrwać. Jak resztki lodu na Rzece kurczowo uczepione brzegu. Ktoś sprawdzał jego odporność rzucając na taflę suchą choinę. Musiał mieć krzepę, bo drzewko wylądowało dość daleko od brzegu i wciąż nie płynie ku morzu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz