piątek, 23 stycznia 2026

Wszystko jedno, bo wszystko sprowadza się do jednego.

 

Znów zdjęli nam po tysiąc gigabajtów pamięci. Okropne. Zdecydowanie za często pojawiał się impuls, po którym wszyscy zdawali się być na mega-kacu. Kompletnie nie miało znaczenia, gdzie dopadł cię impuls. Mogłeś spać, albo kochać się, robić zakupy w internetowym sklepie, albo prowadzić wielopoziomowy romans na platformie erotycznej. Bach i po wszystkim. Impuls nie dyskutował, nie grymasił. Brał pierwszego tysiaka z wierzchu. Jak ktoś nie umiał pakować stosu, to nagle miał Alzheimera cyfrowego i nie umiał wrócić do domu, a jeśli się udało jakimś cudem, to nie poznawał żony i dzieci. Mozolnie musiał się uczyć, a impuls powtarzał cykliczne czyszczenie pamięci i znów to samo. Niektórzy nosili przy sobie analogowe ściągi, żeby po strzale jakoś powrócić do normalności, jeśli normalnością da się nazwać mieszkanie z obcą babą i jej dziećmi, które też nie wiedziały, kim jest i kim są one.


Nieliczni pamiętali, że kiedyś… impuls pojawiał się raz na rok i na dodatek jego nadejście zwiastowały media, prowadząc precyzyjne odliczanie, a eksperci prowadzili wykłady, jak chronić newralgiczne fragmenty pamięci. Wtedy wszystko wydawało się zabawne, albo korzystne. Bo można było spakować cały wewnętrzny chlew i niech go szlag (znaczy impuls) trafi. Wyrzuty sumienia, pamięć świństw uczynionych bez powodu, nieudane związki – wszystkiego można było się pozbyć, jeśli się dobrze ułożyło stosy pamięci. Wystarczyło skrupulatnie pilnować i przed impulsem nie pozwalać sobie na żadne życiowe wyczyny. Impuls czyścił i znikał na rok. Wtedy w naród wstępowała furia. Hiperaktywność. Śluby, rozwody, porody, błyskawiczne kariery, Im bliżej kolejnego impulsu, tym bardziej zachowania zmierzały w stronę bezprecedensowego hazardu i ryzykownych rozstrzygnięć. Wiadomo – na wierzch stosu powędrują nieudane inwestycje, czy randki, więc niech świat płonie, a piekło i tak zostanie wymazane do czysta. A jeśli się uda, wtedy staranne pakowanie stosu, żeby nie uronić zapewni dobrobyt na kolejny okres między impulsami.


No właśnie. Teraz było o wiele trudniej, bo nikt nie zapowiadał nadejścia impulsu. I nikt już nie szkolił ludzi, jak powinni się zachować, by zamiast strat, liczyć na likwidację chlewu umysłowego i tego, co przeszkadza w spokojnym śnie. Impuls przychodził jak złodziej, znienacka atakował i potrzebne były bardzo specyficzne umiejętności, żeby jakoś trwać i nie rozpaczać po stratach – to oczywiście ponury żart, nikt nie rozpacza tracąc coś, o czym jego pamięć nie dowie się, chyba, że z archiwalnej prasy, której na wszelki wypadek nikt nie czyta. Biblioteki i portale jak się zdaje taktownie stosowały strategię spalonej ziemi. Nie oglądały się na wczoraj i każdy dzień uznawały za dzień pierwszy, a wydarzenia minione uznawały za fejk mający podważyć wiarygodność dzisiejszych niusów. Ludzie przywykli błyskawicznie do tej niepewności i tymczasowości, nie podejrzewając nawet, że KTOŚ ZA TYM WSZYSTKIM STOI. Impuls, to nie bezpański burek, który wraca na hotelowy śmietnik, po resztkach poznając jaki wstał dzień tygodnia. Impuls gdzieś parkował, może nawet zrzucał wielki pakiet skradzionych danych. Tak przynajmniej sądzili płaskoziemcy, osobnicy uczuleni, opanowani spiskową teorią dziejów. Nazywano ich szurami, żeby odróżnić ich od prawomyślnych (bezmyślnych, jak mówiły szury).


Nie dywagując. Aby jakoś przetrwać, trzeba było posiadać specjalne umiejętności. Wielkie kariery robiły wiedźmy z talentem do wieszczenia. Gdy takiej udawało się z wyprzedzeniem poznać datę impulsu w sobie tylko wiadomy sposób, stawały się gwiazdami sieciowymi, choćby nawet miały mocno przechodzone biusty i tyłki z ubiegłej epoki, a ostatni makijaż pochodził z epoki przedcyfrowej. Wystarczyło tydzień od jednego impulsu, żeby w sieci zaroiło się od wieszczek z niezwykłą pewnością siebie podających następną datę. Byli też jasnowidze. Osobnicy o pokaźnych brzuchach, słono liczący sobie za każde zdanie zaczynające się od jutro, albo nim nadejdzie impuls. Wśród przepowiadaczy panował tłok i brak hierarchii. Darli mordy coraz głośniej, coraz większą czcionką, korzystając z masywnych kontrastów kolorystycznych, wizualizacji w 3D, 4K, HD – ach! Wystarczyło nie śledzić cyfrowych nowinek, by w tym liczbowo-cyfrowym światku zaginąć. A wartość rzeczywista tych przepowiedni była mizerna jak obiad bezdomnego.


Ci, którym warto było zaufać, nie zajmowali się mrzonkami. Oni w cieniu milczenia dokonywali faktycznych cudów. Zwano ich magazynierami. Stop – Magazynierami. To oni posiedli prawdziwe arkana stosów i preparowania pamięci tak, by wierzchem pływały śmietki i nieistotności, zachowując stan pamięci na wysokim szczeblu użyteczności, nawet tuż po strzale impulsu. Sortowanie hierarchiczne. Małe, kompaktowe pakiety prawd kluczowych leżące u podstawy piramidy, przywalone ekonomiczną bazą, i korzeniami rodu. Potem wykształcenie, począwszy od sztuki przetrwania, ekstremalną kuchnię, ekonomię stanu wojennego. Wszystko to musiało być strzeżone do końca. Wierzchem mogły już iść układy i układziki, biznes, kultura, sztuka, polityka, telefony do kumpli z wojska, czy renomowanej szkoły. Gusta i maniery to coś, bez czego żyć się da, więc piramida posiadania dopełniała się błyskawicznie. Najlepsi z Magazynierów potrafili być niezwykle precyzyjni i zamiast bawić się w kompletowanie całego pakietu strategii, w trakcie pojedynczej sesji niczym prestidigitatorzy króliczka – wyciągali klientowi gotową paczkę 1000 GB owijali wstążeczką i podawali na tacy, jak gwiazdkowy prezent. Dla wybitnie ostrożnych, czy uprzedzonych kompletowali nawet po cztery paczki danych na ewentualne straty.


Tak, byli w społeczeństwie tacy, którzy obawiali się seryjnego impulsu, dlatego gdy było ich stać, zlecali Magazynierowi przygotowanie dziesięciu paczek pierwszego rzutu i przynajmniej wstępny sort dla kolejnej dziesiątki. Kosztowne jak cholera, mozolne w realizacji, jednak długofalowe korzyści pozwalały odetchnąć nieco głębiej, niż tym, co zignorowali zagrożenie.


Dzisiejszy impuls wypruł co musiał i zniknął. Mega-kac spadł na planetę i jak to z kacem bywa, im starszy osobnik, tym więcej czasu potrzebował na aklimatyzację i powrót do okaleczonej normalności. Zwykle to był czas, gdy po ulicach przemieszczał się zdezorientowany tłum, a masa cwaniaczków o podwyższonej odporności na strzały grabiła co mogła i gdzie popadło. Ileż cnót zostało zrabowanych pospiesznie w zaułkach, ile fortun zmieniło właścicieli w jedno popołudnie chwilę po impulsie. Dzieła sztuki wędrowały ulicami niemal zupełnie jawnie i mało kto w ogóle je rozpoznawał. Aluminiowe łyżki sprzedawane jako drogocenne precjoza, jednodniowi Mesjasze, Guru nauczający tłumy, jak żyć na czworakach z pupą nieustannie wypiętą dla swojego mistrza, by mógł prowadzić owieczki ku życiu wiecznemu wspinając się orgazmami po ich zadkach do nieba. Każda podłość trafiała na podatny grunt, nim oszołomienie strzałem minęło. Straty liczyło się później. Zyski za to były już policzone zupełnie gdzie indziej.


Najgorzej mieli ci, którzy nie bardzo mieli zasób, by położyć go na wierzch stosu. Osobnicy o niskim IQ, bez wyobraźni, osiedli w slumsach, gdzie nie działo się nic, albo tak niewiele, że impuls, gdyby był zbyt aktywny i obowiązkowy, nie miałby co skonsumować. To, co zostawało z człowieka wyczyszczonego z GB do zera, było po prostu przerażające. Zombie, żyjący w świecie zwierzęcych instynktów. Spać, pić, jeść, kopulować. Lać słabszych, uciekać przed silniejszym. Pakiet tak minimalny, że trudny do akceptacji, a i tak oczekiwana długość życia liczona była najwyżej w tygodniach. Bogatsi, w trosce o bezpieczeństwo własne, enklawy slumsów ogrodzili wysokimi murami i instalacjami pod napięciem, a policja umysłowa nie ustawała w patrolowaniu ulic i każdy przejaw bezmyślności pacyfikowali w najprostszy możliwy sposób – błyskawiczna eksmisja za mur bez biletu powrotnego.


Nic dziwnego, że w świecie tych, którzy dysponowali potencjałem istniał popyt na doznania. Im bardziej intensywne życie, tym większa szansa na zachowanie ważnych pakietów umysłowych, czyli dłuższe i dostatniejsze/bezpieczne życie. Kluby, choćby najwymyślniejsze, rozrywki z gatunku ekstremalnych, patologiczny seks, skondensowana wiedza w Mega-pakach, nieważne czego dotycząca. Odruch obronny – po ataku lektura. Gorączkowe zasysanie Bajtów. Odrobić starty i położyć na stosie tysiąc Giga dowolności. Internet, pełen barw, jazgotu, krótkich historii bez znaczenia, ale zapełniający pustkę po apetycie impulsu stał się miejscem, gdzie bywanie było koniecznością. Połykanie wiedzy nie różniło się niczym, od nasycania ciała witaminami, czy opróżniania go z resztek pokonsumpcyjnych. Im szybciej, tym większa szansa na zachowanie tymczasowej tożsamości. Skoro impuls by nieprzewidywalny, trzeba było być gotowym nieustannie.

***

Przyglądałem się ekskluzywnej grze w brydża. Przy stole zasiadła czwórka geniuszy, a ja z dużą przyjemnością obserwowałem potyczki, sposób rozwiązywania problemów i nieoczywiste dla mniejszych umysłów akcje. Impuls spadł na nas, niczym orzeł na świstaka zajętego kopulacją. Jakby ktoś przepalił kable. Mając mniej do stracenia i będąc o ponad połowę młodszy od geniuszy szybciej doszedłem do siebie. Rzuciłem okiem na graczy. Wszyscy byli oszołomieni i pozwalali sobie na niedyskrecje, które przyswajałem w takim tempie, jak nigdy dotąd.


- Uch! – sapnął pierwszy – Dzisiejszy impuls, jak mi się zdaje nie ograniczył się do tysiąca Giga.


- Mi pożarł dwie paczki, na dodatek nie wziął tych z wierzchu – zawtórował kolejny.


- Powinniśmy coś z tym zrobić – trzeci silił się na szept – Impuls zaczyna być niestabilny.


- Fakt, to drugi atak w tym miesiącu. Slumsy wciąż nie pożarły ogryzków z poprzedniego strzału. Trzeba ograniczyć ataki. Góra sześć w roku.

- A może tak... – pierwszy aż się oblizał z zachłanności – A może rzadziej, za to zwiększyć zakres czyszczenia? My sobie poradzimy.


- Destylacja umysłów może iść dowolnie szybko – zastanawiał się któryś – Tylko, czy my nadążymy z konsumpcją tego, co otrzymamy.


- Możemy spróbować – zapalił się czwarty – Zaryzykuję. Wezmę całą dzisiejszą dawkę, a wy będziecie rejestrować objawy.


- Taa – zaśmiał się trzeci – Chcesz uzyskać przewagę, nic z tego. Albo wszyscy, albo nikt.


Nie było czasu. Jeśli chciałem żyć, musiałem zwiać i to błyskawicznie. Rozmowa zaczynała się kleić, temat niemal mnie przepalił na wylot. Chciałem usłyszeć ciąg dalszy, jednak rozumiałem, jak bardzo niebezpieczne miejsce zajmuję. Wyniesienie tego dialogu z głową na karku stawało się problematyczne. Geniusze odzyskiwali rezon. Na czworakach, poza zasięgiem wzroku mędrców opuściłem salę. To naprawdę był ostatni moment. Goniły mnie odgłosy świadczące, że których z nich serwował drinki, a reszta rechotała niedobrym śmiechem.


- Klinem go!


-Na zdrowie.


    - Czas minimalizować straty.


Nie pomyślałem, ale może czas nadrobić niedopatrzenie. Wszedłem do pierwszego sklepu i sięgnąłem po flaszkę, nie przejmując się płaceniem, czy wzrokiem towarzystwa. Nieliczni ludzie wewnątrz siedzieli na ziemi i trzymali się za głowy jęcząc i klnąc. Pociągnąłem solidny łyk, choć wysokoprocentowe alkohole często wywołują we mnie torsje. Klamra na mózgu nieco się rozeszła. Poprawiłem drugim i trzecim. Faktycznie! Objaw po ekstrakcji danych zanikał. Na wszelki wypadek sprawdziłem, czy dysponuję kolejną paczką na straty. Była tam. To smutne, ale zawierała wspomnienia z dzieciństwa. Nie wszystkie, ale jednak. Żal było się pozbywać, jednak inne paczki wyglądały na trudniejsze do zbycia. Trzeba szybko jałowy obszar zapełnić dowolnym syfem. Zacząłem czytać etykiety, jak leci. Jednocześnie słuchałem TV. Ciekawe, jak mędrcy absorbują wiedzę.


- No tak – dopiero teraz posłyszane słowa pokleiłem w wiedzę – Oni nie muszą, bo prawdopodobnie domyślają się, kiedy impuls uderzy. A poza tym, mają dostęp do paczek, które impuls ukradł ludziom. Aż się prosi, żeby „bez czytania” zapakować je do łba po sam szczyt i kłopot znika. A gdyby…


Rozmarzyłem się najwyraźniej. Kombinowałem, że może faktycznie nie czytają i dałoby się zaimplementować im wirus, który pożre ich umysły? Musiałby być specyficzny, taki, co krzywdy nie zrobi ubogim, a pożre tylko te z wysokim IQ i dużą bazą danych. Da się? Na pewno, ale jeśli czytają, to na nic wysiłek, bo podczas selekcji wywalą podejrzane paczki i po temacie. Do kitu taki pomysł. Lepiej byłoby zasadzić się na sam impuls i tam nabroić. Pomysł zaczął nabierać ciała.


Widziałem, co się stało po impulsie – to byli starzy ludzie i czas powrotu do świadomości zabierał im więcej czasu niż chcieli przyznać. A z jakichś powodów nie umieli stanąć z boku podczas ataku i impuls dopadał także ich. Demokratycznie. Może największy geniusz padł już, a ci sobie nie radzą z aktualizacją systemu? A ja? Szkołę kończyłem. Niby nie najgorszą, jednak trochę wiedzy oddałem impulsowi, więc mam ciut przymało. To może znam kogoś, kto ma wystarczający potencjał? Tak! Kacper, mąż Basi. Kompletny kretyn, niemal troglodyta, ale w branży info robi za autorytet. Widać on inaczej ułożył priorytety, a że Basię kocha nad życie, to jasne, że wolał pozbyć się wszystkiego poza miłością i wiedzą zawodową bo w ten sposób zawsze utrzyma ich na powierzchni. Tak. Trzeba urobić Kacpra. Niech mnie nauczy, jak podejść impuls, Albo go zhakuje tak, żeby był niczym grzeczny jamnik na smyczy, którą dla odmiany trzymał będę ja!

***

Wyśmiał mnie! Tego nie przewidziałem. Kacper mnie wyśmiał i mało nie zmoczył portek z tej radości. Twarz mu napuchła, aż się Basia zaniepokoiła, że mu serce pęknie, ale nie. Kacpra nie zmogły zapasy full contact w Basinej sypialni, to co mu taki detaliczny śmiech. Ledwie poszła dooglądać jakąś seryjną, telewizyjną bzdurę, kiedy Kacper spoważniał.


- Debilu – szepnął – Na impuls chcesz się zasadzić? Pojęcia nie masz o programowaniu, o sprzęcie, a ta twoja pożal się boże wiedza, to o kant dupy… Zabijesz i siebie i nas kretynie.


- Ale ja muszę – usiłowałem utrzymać się na powierzchni.


- Gówno musisz. Ładuj pakiet na wierzch, a najlepiej, to razem z tymi mrzonkami, coś sobie ubzdurał. Wiesz?


- Kacper – jeśli powaga może spoważnieć, właśnie to zrobiłem – Teraz ty posłuchaj. Dzisiaj, tuż przed impulsem, byłem na brydżu…


Opowiedziałem mu wszystko, i patrzyłem, jak mu się broda wyciąga, troglodyta z twarzą muła. Okropne. Ale słuchał nie przerywając, póki nie skończyłem. Potem milczał. Wstał, poszedł do barku i wyciągnął jakieś okropieństwo w płynie.


- Koniak – powiedział krótko. Wiedziałem, że nie pije, czyli musiało go trafić. Obrócił głowę w stronę sąsiedniego pokoju i ryknął – Baśka! Cho no mie tu, ale migiem. Bierz kieliszki i coś na ząb przynieś.


Siedzieliśmy w trójkę, a Kacper lał brudną gorzałę jak automat. Lufa, kiełbacha, lufa. Baśka już po pierwszym miała mokre oczy, mnie też gryzło, kto wie, kiedy trunek bebechy przepali. Wreszcie przestał. Odsunął flachę i powiedział:


- Dość. Basieńko, połóż się skarbeńku wcześniej, bo ja z tym gamoniem wyjść muszę. Może i pół nocy nas nie będzie, ale nie czekaj. Trafię do wyra.


Poszliśmy w noc, a Kacper jakby rozumu mu kto dołożył, zaczął mi tłumaczyć:


- One stare te łajzy od impulsu co? I dostali w dupę tym dzisiejszym strzałem hę? A potem odkazili się wódeczką i co dalej to nie wiesz, ta? To ja ci powiem gamoniu. Stary człek, jak popije, to trzy dni tyłem chodzi. A dobra lufa po takim strzale, działa jak zastrzyk nasenny. Jeśli ma się udać, to tylko dzisiaj. Następnym razem, albo zapomnimy o tej hecy, albo nas strach obleci. Mamy w czubie, to ta, husaria co w duszy gra, czy co tam grywa w duszy, kiedy człowieka świerzbi, żeby się targnąć na porządek świata. Burdel. Jeśli się uda, zrobimy prawdziwy burdel. Dobrze, że Basieńka nie wie, bo dostałbym po uszach. Po cichu ci powiem, że nikogo się tak nie boję, jak dąsu Basi. Jak tupnie tą nóżką, to żyrandol sąsiadom z dołu na łeb spada. Sam widziałeś, nóżkę, to ma, że pozazdrościć. Lecimy, tylko mi się nie spietraj!


- A gdzie?


- Ty to naprawdę durny jesteś, albo impuls cię całkiem przenicował z myślenia. Gdzie byś tę francę trzymał? W schowku na dworcu kolejowym, żeby jaki kretyn ukradł? Nie, tylko w domku, bliziutko, żeby popatrzeć, pogłaskać, pokombinować, co by tu jeszcze dorobić. Mów lepiej, gdzieś w tego brydża niby-grał.


- Jeszcze kawałek – dopchałem się do głosu - Nie wiem, jak teraz się ta ulica nazywa, ale wiem, jak iść.


Stanęliśmy pod domem. Ciemno i cicho. Jak to w noc po bibce. Jednego światła nie było, a ulice wymiotło do czysta, razem ze oświetleniem ulicznym. Kacper pchnął drzwi, a kiedy Kacper pchał, pchnięte musiało ustąpić. Nawet niespecjalnie protestowały i już byliśmy w środku.


- Psów nie ma? – dopiero teraz się zatroskał.


- Dotychczas nie było.


- Doskonale.


Wstąpiłem na schody, którymi wiałem z brydża. Dopiero teraz pomyślałem, jak naiwni, albo beztroscy musieli być mędrcy, skoro obcych zapraszali do siebie, mając ukryty taki skarb. Taką władzę. Broń ostateczną. Całe piętro drżało od chrapania. Uszami zlokalizowaliśmy cztery sypialnie i wszystkie śpiewały tę samą pieśń. Poszliśmy wyżej. Na następnej kondygnacji zaczęliśmy powoli otwierać drzwi – Kacper z lewej, ja z prawej.


- Szukaj komputera. Duży, solidnie chłodzony. Plus masa kabli, bo impuls jakoś musi się ukonstytuować, żeby wyfrunąć.


Komputer znaleźliśmy migiem, za to kable…


- Stary, ale cyrk! – Kacper aż przysiadł z wrażenia. Okablowanie szło w sufit. Wspinając się po drabince równolegle do kabli wyszliśmy na poddasze, a tam – żaden pająk nie powstydziłby się tej sieci. – to musiało być to!


    Kacper wydawał się zadowolony z odkrycia i szybko siadł przy klawiaturze. Łamanie hasła zajęło mu z pół wieczności, więc wygnał mnie na schody, żebym nasłuchiwał, czy się nie budzą. Psyknął cicho, gdy minął zasieki i z zaciętą mina zaczął pisać całe wstęgi algorytmu. Nie sądziłem, że można pisać tak szybko, a on wojował nie wahając się ani na moment. Trwało to jeszcze dłużej, niż łamanie dostępu, ale w końcu położył mi dłoń na ramieniu.


- Zmykamy. Następny impuls zmieni wiele. Oby się udało!


    Przymierzał się właśnie do odłączenia zasilania, kiedy usłyszeliśmy jakiś ruch. Wstrzymaliśmy oddech. Na schody wspinał się jeden z Geniuszy. Chyba coś knuł, bo mruczał do siebie coś, co odczytałem, że chce pozbyć się kumpli i solowo przejąć biznes. Wszedł do środka i jego oczy poraził blask monitora. Zanim otworzył gębę, Kacper przywalił mu piąchą od góry. Jak młotem. Staruszek padł, a Kacper spowolnił jego przyziemienie, żeby nie hałasował podczas lądowania.


    - Przepadło – sapnął z obrzydzeniem – tyle misternej roboty i na nic!


    - Jak na nic?


    - Gamoniu! – zdenerwował się jeszcze bardziej – Przecież to oczywiste. Jak znajdą tego tu, to zaczną gmerać w bebechach komputera i zara znajdą moje dodatki. Nie ma wyjścia. Trza załadować impuls od razu. Idź po flachę, a ja przeprogramuję.


Nie protestowałem, pognałem do salonu brydżowego i zabrałem od razu cztery flaszki. Nie wiem po co tyle, chyba ze strachu. Nie chciałem tam iść drugi raz, a Kacper przejął dowodzenie bardzo zdecydowanie. No i widziałem, co zrobił dziadkowi…


    Kacper już rozgrzany nocnym programowaniem rozsiadł się, strzelił kościami palców i niczym pianista zaczął koncertować. Schody znowu zaczęły skrzypieć.


    - Ani chwili spokoju – sapnął Kacper – Trudno, dla mojej Basi wszystko!


    Z impetem nacisnął enter, a drzwi z cichutkim skrzypieniem otworzyły się.


    - Bazylu, w co ty się bawisz po nocach – usłyszeliśmy nieco schrypnięty głos, ale impuls już mknął po kablach – o dobry wieczór panom...



Gość był nienagannie wychowany i zanim się zdziwił (na co jak sądził miał czas) wolał nas przepytać.


    - Dobry – burknął Kacper – A przynajmniej będzie dobry, za chwilę jak sądzę…


- Tak? - z troską zapytał mieszkaniec domu – A kiedy?


- Już! – zaskwierczało, gdy impuls wspiął się na poddasze.


- Och! – zrozumiał gospodarz – A Bazyl?


- Śpi – Kacper machinalnie odpowiedział.


- I co teraz.


- Teraz golniemy kielicha! Za nowy, lepszy świat.


Impuls strzelił, jak żaden dotychczas. Aż nas przygięło do podłogi.


-Kacper – krzyknąłem.


-Spokojnie koleżko – chyba coś mi nie wyszło z pośpiechu, ale zobaczymy. Powinno działać, nie skrewiłem.


Fakt. Zobaczyliśmy. Najpierw po sobie, potem po obu dziadkach. Ale to już inna historia. Zdaje się, że Kacper skasował wszystko. Zostawił jedynie pierwotne instynkty i najgorętsze z idei. Wszystko to, co zakodowane w genach. Analogowego człowieka, bez krzty wirtualnego obycia.


Całą wiedzę trafiał szlag. Patrzyliśmy na komputer, coraz szybciej tracąc pojęcie co to jest i do czego służy. Póki w żyłach płynęła okowita, pojęcia teleinformatyczne niosły jeszcze jakieś szczątkowe znaczenia, które gasły, gdy trzeźwość zaczynała przegryzać się przez opary. Genialne dziadki? Straciły swoją niemal nieograniczoną mądrość, a resztki wódki w żyłach trawiły ich mrzonkę o władzy nad światem. Ale teraz byli już tylko dwoma nieco śliniącymi się staruszkami, których bezsenność zagnała na pogawędkę z nieznajomymi, bo przecież lepsze to od samotności w fotelu.


Kacprowi zachciało się jeść, a spodnie na wysokości zamka zaczęły trzeszczeć.


-Wiesz co? – nieco zawstydzony szepnął do mnie – Ja muszę, do Basi, rozumiesz mnie, co? Po coś w ogóle mnie z chałupy wyciągał, ona tam sama, a ja chlam z jakimiś starymi dziadami. Baw się dobrze i zajrzyj kiedy do nas. Basia zrobi coś pysznego do żarcia chcesz? Pewnie, że chcesz. No pa! Gonię, bo nie strzymam.


Chciałbym opowiedzieć, co się stało, ale nagle miałem już za mało słów, a te, które znałem kiedyś okazały się do niczego niepotrzebne. Zdumienie i niepewność co dalej, wobec utraty teraźniejszości w jakiej żyłem dotychczas, nie były jakoś skrajnie dotkliwe, może dlatego, że nieznane było wciąż nieznane. Nie wiedziałem, czego spodziewać się po nowym, które już nastało, ale jeszcze nie dało się we znaki. Żreć mi się chciało, jak nie przymierzając Kacprowi, a wódka dodatkowo rozbudziła apetyt. Nie tylko na żarcie.


    - Jaka szkoda, że ja takiej Basi nie mam w domu… Może warto się rozejrzeć? I to szybko, póki konkurencja nic nie kuma!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz