Chłopina uzbrojony był w banana. Owoc prawdopodobnie był odbezpieczony, bo gość trzymał go, jakby zamierzał z niego strzelać w chwili zagrożenia. W drugiej dłoni trzymał kubek termiczny, gdyby niósł w nim brylanty, ostrożność byłaby jak najbardziej uzasadniona.
W autobusie zerkam na faceta, którego bezwstydnie podglądam od kilku dni – wsiada i stoi jadąc (taka zabawka – logistyczne rozdarcie, wsiada ale stoi, stoi ale jedzie, jedzie, choć może siedzieć) a na wolne siedzenie kładzie torbę nie wyglądającą na ciężką. Postrzelony w udo emerytowany ochroniarz stanął nad Już-Nie-Rudą Kobrą i własną piersią zasłania przed spontanicznym atakiem Melancholijnego Karampuka, który dyskretnie przeobraził się w delikatną i piękną kobietę. Kobra nie wyglądała na jadowitą, ale ochroniarz musiał mniemać inaczej, a może do walecznych czynów sprowokował go szalik, jakim chwalił się od niechcenia. Barwy miejscowego, upadłego na ligę niżej klubu, od lat targanego kłopotami własnościowymi.
Podsiada mnie pani w grubej czapie koloru zleżałej na słońcu mandarynki. Uśmiecham się lekko, więc zamyka oczy, składa dłonie i chyba się modli. Prócz jęku zziębniętego metalu autobus wypełniają głośne, kozacze gawędy. Za oknem, na przystanku jakiś wychudły typek drobi po kilka kroków w jedną, to drugą stronę i wygląda, jakby w trakcie tego marszu ruch w nim krzepł i zamarzał. Kloszard przepycha inwalidzki wózek z osiadłym na pokładzie kumplem i wspólnie podążają do wiaty, którą przerobili na klub towarzyski otwarty 24/7. Obaj wyglądają na takich co dawno już zjedli po beczce soli i to niejednej. Przebiega nam drogę dama w kożuszku, ale podwózką gardzi, więc nie wiem, czy to dobrze wróży podróży.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz