Jak wszystkie „dziwne” historie, początek był standardowo banalny. Czemu niby miał być inny? Jakaś spontanicznie wymyślona wycieczka w góry, potem nagły deszcz powodujący, że grupa rozbiła się na fragmenty, i wreszcie szczęściarze lądują w schronisku na piwku, romantyczne dziewczęta toną w ramionach wybawicieli, a pechowcy, czyli ja, trafiają do innego świata. Przyznam się, że należę do szczęśliwych pechowców, bo ci bardziej pechowi nie potrafią się z pecha wykaraskać i zanim ugruntują swoją pozycję pechowca stają się nieodwołalną przeszłością. Ja, z dumą mogę oświadczyć, że obrosłem grubym kożuchem mniejszych i większych peszków, jednak z każdej opresji wychodziłem na tyle zwycięsko, że mogłem się poskarżyć post factum. Wróćmy zatem do historii tak niewyszukanie zaczętej.
Deszcz, to doskonałe tło dla pechowca. Mokre ciuchy, trochę wiatru, atak natury na wątłe zdrowie mieszczucha – czegóż więcej trzeba, by wpaść w panikę, albo rezygnację? Ja? Jako szanujący się pechowiec, ja wpadłem w dziurę, która, co okazało się jeszcze później miała więcej wymiarów niż Euklides był uprzejmy zdefiniować. Jednocześnie (rzeczy uwielbiają dziać się stadami, nie tylko parami, jak chciałoby pewne powiedzenie wymyślone przez niepoprawnych optymistów, miałem w pechu szczęście – wpadając nie połamałem się, a i dziura na początkowym odcinku nie była szczególnie głęboka, więc poza siniakami ozdobionymi wiązanką przekleństw nic mi nie dolegało.
Stary traper zapewne wziąłby się do dzieła natychmiast, zamiast przechwalać się wobec nieistniejącej, choć możliwej publiki. Ja zmitrężyłem czas na obelgi siedząc na obolałym tyłku w norze. Dziura zdawała się być nie eksploatowana przez dziczyznę, co powinno zastanawiać, bo zwierzaki korzystają z pustostanów niemal instynktownie. Tu było pusto. Środkiem dna ciurkała woda płynąc gdzieś głębiej, poza zasięg widzenia. Wyzwanie! Któż im się oprze. I tu zaczyna się PRAWDZIWA PRZYGODA.
Ciekawość drążyła we mnie pragnienie eksploracji owej dziury. Skoro woda weszła tam bez problemu, czemu nie ja? Wydostałem się z dołu i nazbierałem patyków, plus jedną grubszą żerdź, z której zamierzałem sporządzić pochodnię. Drewno, mimo że z wierzchu mokre dobrze obeschło stercząc w górę na wiatrołomie. Wrzuciłem do dziury i wlazłem sam. Ogień po krótkiej szamotaninie zapłonął, puszczając dymne sygnały do Wielkiego Manitou. Siedziałem taktownie puszczając dym bokiem i pozwalałem ciuchom schnąć na mnie. Drąg na pochodnię czekał na swoją kolej. Już ten punktowy ogień sprawił, że wzrok wślizgiwał się głębiej, odsłaniając możliwość, że jaskinia, choć niewysoka, jest długa. Wetknąłem koniec badyla w ogień, gdy coś zakłóciło szept płomieni. Z mroku jaskini… coś wyłaziło! Czyli jednak nie była bezludna… bezzwierzęca, czy jakaś tam. Była zasiedlona i władowałem się do cudzego domu, bezczelnie rozpalając ogień na progu. Wstyd. Kto wie, czy to nie koniec szczęścia w pechu. Podnosiłem tyłek i otrzepywałem ręce zamierzając taktownie opuścić domostwo nieznanego, gdy coś schwytało mnie za nogę w kostce.
- Zaczekaj choć chwilę – usłyszałem chrapliwy głos – dawno nie miałem gości, a już takich, co przychodzą z płomieniem domowego ogniska, to już wcale nie pamiętam. Wybacz sklerozę, ale rzadko trafiam okazję na pogawędki, a wspominanie do pustych ścian jakoś mi nie służy. Siadaj, zaraz coś na ruszt naszykuję, żeby tak o pustym pysku nie siedzieć.
- A gdzież moje maniery – ryknął znienacka – Wacek jestem, Wacuchna dla znajomych, a ty?
- Jędrek – wydukałem, bo okazało się, że mój gospodarz wyciągający łapę w moją stronę jest sporym gadem… no… smokiem. Prawdziwym. I zachwyca się ogniem, jakby ziać nie potrafił.
- Lubisz baraninę Jędrula? – mój gospodarz spoufalił się natychmiast – raz dwa się uwinę. Dawno już nie polowałem, wolisz czarną, czy białą owieczkę? A może kozina bardziej ci służy? Wiem gdzie serwują. Koń, czy krowa nie pasuje chyba na świąteczny obiad?
- Niech będzie – mało inteligentnie zgodziłem się na wszystko i już go nie było. Jak zmieścił się w tej dziurze, też nie wiem, ale magicznym stworzeniom lepiej nie przyglądać się przez pryzmat rozsądku. Grunt, że uwinął się w okamgnieniu i już targał w pysku świeżutką, jagnięcinę. Parę patyków i rożen zaczął skwierczeć. Smok był znakomitym gospodarzem. Z czeluści wyjął butelczynę czegoś wiekowego, nawet zastawę udało się jeśli nie skompletować, to zorganizować. Jagnię piec umiał, jak nikt na świecie, nie dziwne więc, że pieczyste było wspaniałe. Smoka interesował świat współczesny, słuchał z żywym zainteresowaniem i pytał o szczegóły, co rusz dopełniając kielich zacnym winem. Wieczór pięknie rozkwitał, nad dziurskiem zaczęły połyskiwać gwiazdy, czyste, wypłukane deszczem puszczały oko do mnie i do smoka, gdy pech się objawił.
- Andrzej, Jędrek, gdzie jesteś chłopie? Odezwij się! Uuuu! Brachu, nie wygłupiaj się, bo zaczynamy się martwić!
Smok zastrzygł uszami, zerknął na mnie pytająco, czy może wroga ogniem piekielnym pognać, ale gdy zaprzeczyłem, przydusił ogień łapą, sapnął i powiedział:
- Cóż, dobre się kończy szybko. Jak będziesz w okolicy to wpadnij na gawędę. Ale tym tam, to lepiej nic nie mów, bo znów zaczną się polowania i te sztuczki z baraniną futrowaną siarką. Trzymaj się!
Zanim odpowiedziałem, już szurał w ciemnościach zmierzając w głąb pieczary.
- Trzymaj się Wacuchna – szepnąłem.
Wygramoliłem się z dziury w sam raz, by reszta grupy schwytała mnie w światła latarek i otoczyła troską, śmiejąc się, że po raz nie wiadomo który muszą ratować pechowca.
Ano właśnie, co dobre i dla kogo i do tego w ktorym momencie...oto jest pytanie. Do takiej dziury wolalabym wpaść po posilku...mimo goscinnosci :-)
OdpowiedzUsuńrozumiem, ze nie gustujesz w baraninie? może gospodarz coś by wykuglował dla Ciebie?
UsuńSkoro pieczyste jest na tapecie, to pieczywko pieczone- byc moze...
Usuńniech idzie na zdrowie
UsuńOoo wchodzi mi ten tekst pod skórę. Wiesz, że lubię ten rodzaj opowieści, gdzie pech jest tylko kostiumem, a naprawdę chodzi o spotkanie z czymś, co wymyka się codziennej logice: gościnność w najmniej spodziewanym miejscu, rozmowę zamiast heroizmu, ciepło zamiast sensacji. I jeszcze ten dyskretny pakt milczenia, że nie wszystko, co się zdarza, musi być opowiedziane światu, bo świat natychmiast by to zepsuł. Gdyby nie opóźnienie, nie deszcz, nie potknięcie, nie byłoby wieczoru, wina, ani tej dziwnej normalności w nienormalnych okolicznościach. Może więc niefart bywa czasem jedynym sposobem, żeby trafić tam, gdzie rzeczywiście coś się wydarza, poza grupą, planem i poza latarkami.
OdpowiedzUsuńoby tylko tam nie zaropiał, bo będę miał Cię na sumieniu. gangrena to paskudna sprawa...
UsuńRelaks 🤣 margo niezalogowana
Usuńrelaks ważna rzecz. uśmiech też. - niech się uda jedno i drugie.
UsuńAch, ci pechowcy. Czasem ten niefart prowadzi nas dokładnie tam, gdzie powinniśmy się znaleźć. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńa może to szczęściarze? na pewno pechem jest spotkać na drodze kogoś, kto poczęstuje pieczystym z kapka zacnego wina?
UsuńJutro przeczytam ze zrozumieniem, bo dziś miałem dysonans, czy dyskomfort..., ale ten stwór smokiem zwany był bez jaj? Smok z jajami jest w opowieściach agresywny, zionie ogniem i takie tam fanaberie. Smoki i smoczyce zawsze są z jajami, albo je pokazują, albo je chronią, nawet za cenę własnego jestestwa. Jutro doczytam... Smok też musi mieć jaja?
OdpowiedzUsuńG.
nie wiem, czy musi - zapytaj smoka. czemu to ja mam być odpowiedzialny za jej/jego zachowanie
Usuń