czwartek, 22 stycznia 2026

Oddolny wniosek.

 

Skoro po brutalnej, długofalowej i zmasowanej walce między poprawnością polityczną, a poprawnością językową, staraniem ortodoksyjnego marginesu do tradycyjnej definicji małżeństwa dołączono związki jednopłciowe, niewiele mające wspólnego z ideą podstawowej jednostki społecznej, już nic chyba nie stoi na przeszkodzie, żeby prąc za ciosem dokooptować do spuchniętej definicji również związki poligamiczne, nie precyzując szczegółowo płciowej reprezentacji w procentach/sztukach/tabunach.


Wszak szanujący się polityk, w trosce o głosy wyborcze, powinien postarać się wywalczyć dla swoich zwolenników DYWERSYFIKACJĘ ROZKOSZY, co niewątpliwie zwiększy trwałość związków. Poddanym wręcz należy się jak najszerszy dostęp do konsumpcji uczuć wzajemnych i możliwość realizacji niezbywalnych potrzeb, ze szczególnym uwzględnieniem tych pierwotnych.

6 komentarzy:

  1. zostawiając na chwilę na boku kwestię ilopłciowy i iloosobowy jest ten, czy inny związek, to należy sobie uzmysłowić, że trwałość związku jest jedynie skutkiem, a nie celem... niestety z nieznanych do końca powodów większość nagich małp ubzdurała sobie, iż trwałość ma być właśnie celem i startując z takiego założenia buduje na nim przeróżne konstrukcje prawne, moralne, psychosocjologiczne, czy też ogólniej mówiąc światopoglądowe... efektem tego jest całe mnóstwo związków, które wciąż istnieją, mimo że to istnienie nie ma żadnego sensu, oraz całe mnóstwo ludzi, którzy tkwiąc w związkach doświadczają rożnych rzeczy, ale na pewno jest to bardzo dalekie od szczęścia, zaś o jakichś tam rozkoszach to już wtedy w ogóle mowy nie ma...
    tak więc jest kompletnie bez znaczenia, jaki rodzaj związków /rodzaj ze względu na ilość osób oraz płci/ upcha się w definicji małżeństwa, skoro wszystko to są jałowe harce wewnątrz jednego paradygmatu. który można streścić zdaniem: "nie jest ważne, czy jest szczęśliwie, czy nie, bo chodzi o to, by było trwale"... tymczasem zacząć trzeba od zmiany samego paradygmatu...
    to jest trochę tak, jak z małym, ciasnym mieszkankiem, które ktoś wciąż przemeblowuje, bo wciąż mu się w nim marnie mieszka, ale nikt nie wpadnie na pomysł, żeby otworzyć okno i to mieszkanie przewietrzyć... co prawa przestrzeni od tego nie przybędzie, ale przecież nie chodzi o przestrzeń jako taką, tylko o komfort samego mieszkania, zaś on się zmieni na lepszy... rzecz jasna chytre(?) pytania o ewentualną pogodę za tym oknem, o różnice temperatur zostawiamy trollom, którym nigdy nie chodzi o znalezienie rozwiązania jakiejś kwestii, tylko o narobienie zamieszania w dyskusji...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. p.s. pewnym przykładem efektu częściowej zmiany paradygmatu może być uproszczenie procedur rozwodowych... obecny paradygmat wartościuje rozwód jako "zły"... ta ocena jest z gruntu oparta na fałszywych przesłankach, gdyż ludzie rozwodzą się po to, aby zmienić sytuację na lepszą...
      można się jeszcze zastanowić na sensem istnienia samej instytucji małżeństwa... otóż propaganda konserwatystów, aby zachęcić ludzi do rejestracji swoich związków próbuje jako narzędzia manipulacji używać kłamstwa, jakoby związek nierejestrowany /czyli "bez ślubu"/ świadczył o nieodpowiedzialności osób go tworzących... kłamstwa, gdyż jest zgoła inaczej: taki związek wymaga większej odpowiedzialności od obojga, niż małżeństwo... mimo wszystko jednak nie spieszyłbym się z likwidacją instytucji małżeństwa... całe mnóstwo nagich małp jest po prostu nieodpowiedzialnych lub mało odpowiedzialnych... zawarcie formalnego związku małżeńskiego przeważnie ten stan rzeczy u nich utrwala, ale u niektórych, paradoksalnie, czasem powoduje ono wzrost owej odpowiedzialności... więc niech sobie te całe śluby zostaną, chociażby dla nich, skoro mogą im one pomóc...

      Usuń
  2. oczywiście, że masz rację. to taka mała prowokacja, jedna z wielu. kompletnie nie rozumiem wysiłków zmierzających do zmiany pojemności słowa rodzina. jakby inne słowo było upokarzające. tak samo nie rozumiem pasztetu z selera, czy beztłuszczowego mleka. podobnych wybryków powstaje coraz więcej i człowiek ginie - słyszę pasztet - myślę mięso, a nie seler. słysząc rodzina, spodziewam się związku mężczyzny z kobietą i to najlepiej z przychówkiem.
    wciąż powtarzam po znajomych - to nie słowa kaleczą, ale intencje - można powiedzieć o kimś Mistrz w taki sposób, żeby obrazić. dlaczego czarny jest obraźliwe, a Biały nie? bo intencja jest inna - tu pogarda, a tam duma. i tylko to różni jakość słów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja akurat przez słowo "rodzina" rozumiem grupę osób sobie bliskich połączonych pewnymi więzami emocjonalnymi, przy czym chodzi tu o pozytywne emocje, które wzajemnie się wspierają i siłą rzeczy lepiej się traktują w wielu sytuacjach, zaś kwestia płci partycypantek/ów oraz ewentualna obecność dzieci jest tu bez znaczenia... aczkolwiek rozumiem konieczność w pewnych sytuacjach ograniczenia tej definicji, wtedy to jest właśnie jedna lub dwie osoby w związku /płeć bez znaczenia/ plus ewentualne dziecko, którymi owa dorosła część się opiekuje, odpowiada za nią, przygotowuje do dalszego, dorosłego życia, rzecz jasna na bazie pozytywnych emocji, a nie z racji jakiejś innej umowy /np. opiekunka w przedszkolu/... aby to odróżnić pomocne bywa czasem określenie "rodzina nuklearna", podobno dość młode, ale wydaje mi się trafionym pomysłem...
      pasztet?... zważywszy na to, że słowo kojarzy mi się z konsystencją i techniką wykonania, a nie ze składnikami, to nie mam problemu z pasztetem wykonanym z rybiny (mięsa rybiego) albo tylko z samych roślin...
      z mlekiem mam już trochę inaczej... mleko bezprzymiotnikowe kojarzy mi się faktycznie z mlekiem centralnie (od)krowim, zaś do innych mlek potrzebuję już uzupełnienia, np. mleko kozie, sojowe, owcze, kokosowe, etc...
      tu ciekawostka: w języku badaczy fauny morskiej (a także myśliwych - wielorybników) małe wielorybiątko to po prostu cielę... aczkolwiek na małe orczątko lub delfiniątko powiedziałbym raczej kociak lub szczeniak :)
      z ostatnim akapitem jak najbardziej się zgadzam... szalenie łatwo jest choćby samą intonacją głosu z okazania uznania, szacunku lub miłości zrobić obelgę, i rzecz jasna na odwrót... dlatego też moim zdaniem kontekst jest tu szalenie ważny, także kontekst sytuacyjny, bo bardzo łatwo o nieporozumienia... tu przychodzi na myśl taka dość znana sytuacja, gdy czasem panowie w swoim gronie mówią o jakiejś kobiecie "fajna suka"... wbrew pozorom jest to z ich strony wyraz uznania i podziwu dla jej urody, czy innych walorów... ale ta pani słysząc to zwykle poczułaby się mocno obrażana...

      Usuń
  3. coś się chyba dzieje z blogiem, bo nijak odpowiedzieć. pcha mi komentarze, gdzie zechce. ale nieważne.
    mi pasuje - komu potrzebny ślub ( z dowolnych pobudek) niech go ma, a kto nie potrzebuje, niech sobie żyje swoim szczęściem bo o to w związku chodzi - żeby chcieć budzić się obok wybranej osoby i spędzać z nią każdy dzień. jeśli się udało, nazwa związku jest drugorzędna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blogspot trochę dziś wariuje, zwłaszcza w temacie odświeżania się stron... sam miałem dziś kłopoty z wstawieniem odpowiedzi na jeden z komentarzy u siebie we właściwe miejsce... musiałem użyć paru różnych chwytów, włącznie z chamskim zresetowaniem routera, aby wreszcie dopiąć swego...
      moje dywagacje o instytucji małżeństwa były bardziej żartobliwe, niż na poważnie...
      aczkolwiek już mniej żartobliwy jest fakt, że całe mnóstwo ludzi wchodzi w związki nie dlatego, aby być z tą drugą osobą, lecz po to, aby być w związku... to wymaga pewnego rozwinięcia i omówienia, ale nie wątpię, że rozumiesz, o co mi chodzi...

      Usuń