środa, 7 grudnia 2022

Duch opiekuńczy.

 

Szła tak szybko…

Sztalugi trzęsły się, kiedy usiłowałem nadążyć z wygładzaniem jej drogi. Gorączkowo kreśliłem elewacje i z braku czasu porzucałem szkice, żeby rozpadły się, ledwie je minie. Perspektywa deptaka biegnącego aż po horyzont była zbyt wątła dla jej silnych nóg. Niemal biegła, ignorując wykwintne witryny, lustra zatopione w oknach, nieliczne drzewa, jakie zdążyłem wtrącić w miejski pejzaż. Zignorowała nawet sygnalizację uliczną i przebiegła na skos skrzyżowanie, choć zwalista ciężarówka do przewozu mebli była tuż-tuż. Z rozpaczy usiłowałem spowolnić ją robotami drogowymi, jednak minęła je ledwie zauważając niedogodność.

„Namaluj chłopca, dla którego będzie chciała się zatrzymać” podpowiedział ktoś zza pleców.

wtorek, 6 grudnia 2022

Reakcja łańcuchowa.

 

Postanowiłem zbudować Mocarstwo. Zacząłem od abordażu na pagórek. Na szczęście był bezludny, więc abordaż zakończył się pełnym sukcesem. Zanim zaskoczony pagórek zareagował – otoczyłem go palisadą. Promocja była w markecie, to nawet niedrogo wyszło. Teraz przyszło zbudować twierdzę, którą po inwazji na zewnętrze przemianuję na skarbiec. Na pustaki promocji nie było. Szczęściem całkiem niedaleczko znajdowało się niedokończone osiedle mieszkaniowe. Deweloper splajtował, czy coś podobnego. Skoro i tak miałem spaść znienacka na okolicę jak zardzewiałe kowadło i zmiażdżyć ją ciężkim buciorem (czarny weekend w CCC) uznałem, że mogę od razu rozpocząć okupację i podjąć kontrybucję. Oczywiście, że siłą. Bezsilny tyran długo by nie pociągnął. Samowolka rosła radośnie na chwałę pana (czyli mnie), tereny podbite czuły się podbite i wszystko było ok.

 

Trochę niepokoił mnie brak poddanych, zauszników, branek i całego tego materiału ludzkiego niezbędnego do przeprowadzenia zmasowanego ataku. Z ogłoszenia znalazłem doświadczonego (ponoć) specjalistę od HR – czym prędzej go zniewoliłem (płakał bidulek i mówił, że to pierwszy raz) i wymusiłem na nim wiernopoddańczą przysięgę. Żeby nie czuł się pokrzywdzony ofiarowałem mu pół królestwa i własną rękę (z braku innych), ale wyraźnie nie był zainteresowany, bo nieco się krzywił. Dopiero, kiedy w pysk dostał, że taki grymaśny, to spokorniał i wziął się do roboty. Personel pozyskiwał pośród bezdomnych - dla oszczędności i z powodów ideologicznych. W biedocie łatwiej wzniecić rewolucyjny płomień. Żołnierze nieco cuchnęli i domagali się zaliczki w płynnej walucie, jednak dali się przekonać do nocnej napaści na sąsiadujące z zalążkiem Mocarstwa kartoflisko i złupili je doszczętnie. A pędzić, to już umieli jak mało kto. Nakręceni bimbrem i pierwszą jakże udaną szarżą ruszyli na podbój sklepiku wiejskiego. Wzięli go bez jednego strzału, bo pani Krysia poddała się z wielką ochotą i nadzieją na rozmnożenie szeregu walecznych. Karczma zlokalizowana naprzeciw kościoła równie spontanicznie zmieniła sztandary i nim świt nastał żaden kur we wsi nie śmiał już zapiać bez zgody nocnej kawalerii.

 

Taaa. Potencjał rósł. Aspiracje również. Musiałem jednak poczekać, bo wojsko po całonocnej batalii spało po wszystkich rowach w okolicy i nawet doświadczony HR-owiec nie był w stanie nakłonić nikogo do kontynuacji natarcia. Chyba nadszedł czas zatrudnić kaprali i sierżantów!

Partyjka.

 

Stawiam lustro naprzeciw i proponuję grę. We dwoje. Bez oszukiwania i kokieterii. Na czczo. Lustro przypatruje mi się chłodno i chyba nie do końca mi wierzy, ale ostatecznie się zgadza na rozbieranego pokera. Okrywam się lekkim pąsem (tak się onegdaj mówiło, a ja o poranku uwielbiam być staroświecka, jak ramy mojego lusterka), choć wstydzę się raczej swoich myśli, niż nagości. Wiem, że oboje uwielbiamy moją nagość. I to miejsce, w którym mogłyby wyrosnąć mi piersi. Może nawet wyrosną, kiedy przestanę być naiwnym dzieciakiem. Dzisiaj lustro grzeje nogi na zmiętolonym niemożliwie prześcieradle i przygląda mi się złośliwie. Ono już jest nagie i nie podejrzewam nawet co zdejmie, kiedy przegra rozdanie. Za to ja mam na sobie jedynie nocną koszulę z rozwiązaną tasiemką i przez rozchełstany dekolt można dojrzeć pępek, kiedy pochylam się, rozdając karty upaćkane keczupem, albo dżemem (wiśniowym koniecznie, z tych pierwszych, na wpół przeźroczystych wiśni).

 

Nigdy nie wygrywam z lustrem i dlatego zrobiło się tak zuchwałe. Kładzie się w ciepłej pościeli i bezwstydnie mnie podgląda. Parskam śmiechem i poddaję się. Zrzucam materiał i ozdabiam fałszywym jedwabiem dywan, ale karty rozdaję do końca. Dwa króle na początek, to znak, że przegrana będzie gruba. A może… Może wreszcie się uda? Lustro wymienia trzy karty i traci tę swoją niewzruszoną pewność.

 

- Mam cię! – aż podskakuję z radości – do moich TRZECH króli dobieram z talii CZWARTEGO! – Dziś będzie mój dzień!

 

Odkrywam własne karty pospiesznie, nie mogąc doczekać się co zrobi lustro. Sięgam po jego karty. Raptem para dziewiątek… Wygrałam! Pierwszy raz w życiu! I co dalej? Patrzę na lustro leżące przede mną i już nie takie zarozumiałe. Coś kombinuje, więc przypominam mu, że miało grać uczciwie.

 

Lustro wyglądało na strapione. Leżało zasnute pijaną mgłą pełną tajemnic. Tylko patrzeć jak zacznie wzdychać. Ale nie. Zebrało się w sobie i zaczęło odtwarzać obrazy z przeszłości.

 

Patrzyłam jak urzeczona na taflę lusterka, przedstawiającą kogoś bardzo podobnego do mnie i długo trwało, zanim zorientowałam się, że to moja mama. Siedziała naga przed lusterkiem tak jak ja teraz i śmiała się całkiem tak samo. Obrazek zapadł się w głębinach lustra i pojawił następny. A potem jeszcze kilka. Na każdym widziałam nagą dziewczynę uśmiechniętą pełnią szczęścia.

 

- Babcia? – pytałam szeptem – To moja babcia? A ta następna… Z nimi wszystkimi grałoś w rozbieranki? Z każdą kobietą w rodzinie? Ty zbóju! I co teraz? Mnie zapewne też już masz w pamięci? Tak? Od dzisiaj koniec gierek. Wędrujesz na kredens. I szykuj się na długą pokutę. Sama nie wiem, czy kiedykolwiek ofiaruję cię córce. Jeśli w ogóle będę ją miała.

W trosce o czystość krwi.

 

Tej jednej sprawy nie mogłem powierzyć absolutnie nikomu. Temat był zbyt poważny i mający niebagatelny wpływ na ewentualne ciągi dalsze. Moje, więc nie. Zdecydowałem zająć się tym osobiście i pieczołowicie doprowadzić sprawę do szczęśliwego końca.

Bolało jak cholera. Nikt nie uprzedzał, że będzie aż tak źle. Płakałem i bluźniłem. Wytykałem sobie, że powinienem być mądrzejszym. Że mogłem wynająć kaskadera. Suto opłaconego czeladnika, który poświęciłby się dla mnie i uwolnił od rozdzierającego bólu.

Jednak nawet w tak trudnej chwili brzydziłem się półśrodkami i brakiem profesjonalizmu. Może dlatego, że na prawdziwego fachowca nie było mnie stać? Dlatego cierpiałem.

Musiałem urodzić się sam.

poniedziałek, 5 grudnia 2022

Rodzinna współpraca.

 

- Wszystko jest kwestią skali – powiedział i dalej gmerał przy czymś wielkości piłki do golfa – Jest tylko jeden problem. Im mniejsza skala, tym trudniej zajrzeć do wnętrza.

 

- A po co zaglądać? – spytałem zaciekawiony – Zepsuło się coś? To może wywalić i wziąć nowe? Lepsze?

 

- Eeee – mruknął, machając ręką – Wy, młodzi, to tylko byście wyrzucali. Napracowałem się i nie chcę wyrzucać. To całkiem udany model, tylko spracowany nieco. A może ONI nagmerali tam coś i stąd kłopoty?

 

- Jacy ONI? Kto nagmerał i przy czym? – teraz moje zaciekawienie sięgnęło zenitu, więc wyciągnąłem rękę - Pokaż, mam młodsze oczy.

 

- Gdyby to dało się zobaczyć – niechętnie podał mi piłkę – Ale próbuj. I tak zamierzałem poprosić cię o pomoc.

 

- Tak? – Obracałem w dłoniach ciepłą kulę i nie widziałem nic, czemu warto byłoby poświęcać uwagę. – Zaraz, zaraz. Tam coś jest!

 

Przytknąłem oko niemal do powierzchni, kiedy złapał mnie za ramię i stanowczym tonem powiedział:

 

- Nie tak! Nie ryzykuj. To może być niebezpieczne. Oni tam bawią się w sprawy zakazane. Kto wie, co im do łba strzeli.

 

- Ale – zająknąłem się odsuwając twarz od piłki – Mówiłeś, że mam ci pomóc.

 

- No tak. Ale nie w ten sposób. Jeszcze oko stracisz. Szkoda byłoby. Moim zdaniem najprościej byłoby, żebyś tam pojechał i się rozejrzał.

 

- Gdzie pojechał? Do tej piłki? A niby jak miałbym się rozglądać, skoro okiem niebezpiecznie? – Wątpliwości mnożyły się we mnie jak mrówki wokół dziurawego worka z cukrem.

 

- Właśnie tam! – satysfakcja na obliczu była namacalna. Można było ją kroić i pakować po piętnaście deko, jak ser na drugie śniadanie – Pojechać i zorientować się co się dzieje. IN-COG-NI-TO!

 

- Ale – wątpliwości nie gasły mimo entuzjazmu – Jak mam pojechać do czegoś tak małego?

 

- Tak jak mówiłem, to kwestia skali. Przygotuj się, zaopatrz w co trzeba, a ja cię zminiaturyzuję. I pojedziesz. Umiesz pływać?

 

- Zminia… Pływać? A czemu?

 

- Bo tam jest więcej wody, jak lądu. I najłatwiej popłynąć na kropli wody. Zabierzesz jakieś ciuchy na zmianę. To jak? Pojedziesz?

 

- Zaraz, zaraz. Spokojnie. Nie jestem rybą. Pływam, ale nie aż tak dobrze. Może mnie zminiaturyzujesz razem z łodzią?

 

- I co jeszcze? Domek z ogródkiem? Karawana z drogocennymi jedwabiami? NAS W OGÓLE TAM NIE POWINNO BYĆ! A ty mi tu z łodzią wyjeżdżasz. Kółko se weź. Albo deskę do pływania. Podepchnę cię do brzegu. Nie musisz tak drżeć o całość skóry. Ile to może potrwać?

 

- Tydzień? – raczej zapytałem niż stwierdziłem – Miesiąc? Na dłużej nie jadę, bo mam umówione parę dobrze zapowiadających się randek. Sam mówiłeś że czas się ustatkować.

 

- Szczerze mówiąc myślałem o kilku latach… Pięć, może osiem – zafrasował się. - Z wracaniem nie będzie kłopotu. Po prostu urośniesz i zeskoczysz z kulki. W tamtą stronę to głębsza filozofia. I postaraj się być tam przeźroczysty. Żadnych bójek, zamiany wody w wino i innych sentymentalnych akcji w lupanarach.

 

- Oooo! – zdumiał mnie – są tam lupanary?

 

- Całe dzielnice! Ale…

 

- Czekaj, czekaj… Nie mówiłeś mi nic. Skąd wiesz? Byłeś już tam?

 

- Noooo… - niechętnie kiwnął głową – Dawno temu. Od tamtej pory wiesz… Twoja matka nadal się gniewa… I lepiej, żeby nie wiedziała, że się tam wybierasz.

 

- Przykryjesz jakoś moją nieobecność. - wiedziałem, że można mu zaufać - Powiesz, że pojechałem w gości, do tej ślicznotki z Andromedy, albo coś w tym guście.

 

- No wiesz? – oburzył się – Matkę kłamać? Powiem, że w gościach, ale ani słowa o Andromedzie. Jeszcze zechce pojechać i poznać twoją teściową? Dam radę, a ty już zasuwaj, bo tam coś wrze. Nie wiem, czy jakiego atomu nie odpalili szaleńcy. A wtedy, to już misja nie do uratowania i faktycznie nową kulkę będę musiał ulepić. I pamiętaj. Nie znasz mnie! I nie wiesz jak z krzyża zlazłem! Wracając przywieź coś ładnego. Coś eko, ale nie bio. Nic żywego, ani zmarłego w moje imię. A matce weź może jaki ładny kamyk, czy nalewkę z opuncji.

Zagraniczne widzenie.

 

Z daleka widzę człowieka i natychmiast podejrzewam, że to emerytowany Rumcajs o ciele zniszczonym długoletnią eksploatacją pośród żacholeckich lasów i jaskiń. Wsiadał właśnie do samochodu ze słowackimi tablicami… to już nie wiem… może po podziale Czechosłowacji przeniósł się? Lasy wokół Jiczina wycięto i pognał w Tatry Słowackie? Równie zdumiona jak ja była piękna pani z ciemną jak noc grzywką plączącą się jej po oczach, gdy usiłowała otworzyć drzwi auta stojącego obok rumcajsowego.

Chłodno (co nie znaczy rozsądnie).

 

Na przystanku młode kobiety splatały nogi w iksy – to znak, że założenie czapki było jak najbardziej zasadne. Dziewczę o twarzy wyraźnie kościstej, w czapeczce pozwalającej końskiemu ogonowi na harce, brykało wzdłuż osiedla, usiłując zrzucić coś, czym nie dysponowało. Inna, przezornie zgromadziła znaczące zapasy, rozkładając je wyłącznie wokół bioder, a okrąglutka buzia zdawała się pozostawać w tyle o wiele lat, pretendując z grubsza do poziomu podstawówki. Dziewczę w przeźroczystej, jedwabnej bluzeczce ze skromną kamizelką wytrąciło mnie z równowagi. Wyrzucili ją z domu nie dając się ubrać? Wrony penetrowały uliczne kubełki i pracowicie wydłubywały z nich rarytasy porzucone przez ludzkość minionej nocy. Każdym sukcesem chwaliły się głośno, niemal wulgarnie. Psy patrzyły na mnie pobłażliwie, a w ich wzroku czaiło się coś na kształt „ ciebie też wygnali na mróz?”

Ekstrakty cz.89

 

Iloraz.

Była tak dzielna, że postawiła kreskę i bez wahania stanęła na niej. Siłą rzeczy zająłem miejsce poniżej, choć obciążona krecha gniotła barki ciężarem odpowiedzialności. Dopiero wtedy zrozumiałem, że naprawdę potrafimy się dzielić.

 

Iloczyn.

Dyskretnie wsunęła między nas niewielką kropkę i patrzyła wzrokiem pełnym macierzyńskiej czułości, lecz ja wytoczyłem ciężki od niepewności znak zapytania. Mimo to bez słów przyciągnęła mnie do siebie i stało się! Rozmnożyliśmy drobiazg do wielokropka.

 

Różnica.

Wisiał obok, rozkołysany tym samym podmuchem wiatru. Czy naprawdę dla wyniku istotne było, że najpierw bestialsko powiesił mnie, a dopiero potem sam rzucił się w objęcia mroku? Ostatecznie efekt nie obciążony interpretacją historyczną wyglądał tożsamo.

 

Suma.

Kiedy zabrakło mu sił, aby przesunąć szafę, poprosił o pomoc kolegów i zbiorowym wysiłkiem udało się! Zachwycony sukcesem, podobną metodą zamierzał rozwiązać problemy społeczne. Zatrudnił sztab przypadkowych ludzi, nie dając się przekonać, że rój półgłówków, to dużo mniej, niż jedna mądra głowa.

 

Algebra.

Może matematycznym orłem nie był, jednak idea wypełniała jego umysł nie pozostawiając miejsca na wątpliwości – jeden nabój, jeden wróg. Nie brakowało zarówno jednych jak i drugich, więc z pasją oddawał się pogłębianiu wiedzy z zakresu teorii zbiorów.

sobota, 3 grudnia 2022

Zapewne się czepiam.

 

Nie nadążam za damską logiką. Wełniana czapka i szal adekwatny do siarczystej zimy a kostki gołe. Naprawdę drobny tatuaż jest aż tak ważny, żeby się nim chwalić cierpiąc? Niewiele później druga. Szalikiem mogłaby okryć się cała po dwakroć, ale na nogach miała żółciuteńkie crocksy. W tramwaju po raz kolejny spotykam kaznodzieję nauczającego przezorności i ostrzegającego przed nuklearnym konfliktem. Nie speszyła go nawet prośba jednego z wiernych, żeby słowa kierował nieco powyżej nosa słuchacza, gdyż z ust mówcy dobywa się smród zgnilizny. W zajezdni trwa wietrzenie eksponatów. Zajezdnia zresztą również zabytkowa, nie jest sprzątana co tydzień, więc zapewne to przedświąteczne porządki. Względnie inwentaryzacja taboru.

czwartek, 1 grudnia 2022

Na styku człowiek-zwierzę.

 

Podobno pies upodabnia się do właściciela… A może to miało być odwrotnie? Nieistotne. Grunt, że pies był piękny, a na drugim końcu smyczy wiódł kobietę, której na pewno się nie wstydził. Pani wystawał spod kaptura uśmiech świadczący niechybnie o tym, że noc nie minęła nadaremnie i dzień także będzie dobrym. Pies sprawdzał jakość zimy na jednym z osiedlowych trawników. I wyraźnie był usatysfakcjonowany, że mocz nie zamarza w locie. Parę kroków później spotykam dwupak psi – różnych ras, jednak dopasowany kubaturą. Na wspólnej smyczy ciągnęły w zaprzęgu starszą niewiastę niosącą dwie butelki wódeczki. Dwa psy-dwie flaszki… Aż tak dbała o pieski, żeby fundować im rozpustę? Urodziny mają, czy coś w tym stylu? Dobrze, że pani była myśląca i nie pozwoli im na libację na czczo. W torbie miała też dużą paczkę karmy.