czwartek, 15 grudnia 2022

Z uśmiechem w dzień.

 

Noc zakonserwowała ślady wydeptane w śniegu i pozwoliła cofnąć się do minionej codzienności. Gdyby ktoś się uparł – mógłby wczorajszym szlakiem pójść do sklepu i (zupełnie tak samo) uśmiechnąć się do Małej Mi, która złagodniała przy kasie i potrafi dobrym humorem zgasić złorzeczenia stojących w ogonku.

        Idąc dostrzegam istotę, której czas się nie trzymał, więc nie rozpoznałem, czy to dziewczynka kończąca podstawówkę, czy jej mamusia. I wcale nie byłem rozczarowany własną ignorancją. Wąchałem śnieg – jak wczoraj. Kiedy zrobi to słońce – natychmiast przestaje pachnieć. Trzeba to robić nim brzask wyzłoci widnokrąg.

środa, 14 grudnia 2022

Ekonomia socjo-logiczna.

 

Nieistniejące satelity szpiegowskie, bezpiecznym, kodowanym kanałem łączności, przekazały kamerom telewizji przemysłowej polecenie zbadania aktywności mieszkańców w sypialniach, ze szczególnym uwzględnieniem wielkopłytowych osiedli mieszkaniowych. Już miesiąc później wstępna analiza zachowań społecznych, pozwoliła wyciągnąć daleko idące wnioski, mające posłużyć opracowaniu rewolucyjnej koncepcji gospodarowania energią cieplną. W konsekwencji zebranych danych spodziewać się należy drastycznej redukcji poziomu ogrzewania mieszkań, wymuszając na mieszkańcach wzmożoną aktywność seksualną, tak pożądaną z punktu widzenia gasnącej populacji gnuśniejącej w cieple dobrobytu. Podniesienie poziomu dzietności w myśl dalekowzrocznej hipotezy pozwoli uniknąć ubóstwa wpływów do państwowej kasy i pozwoli już dzisiaj skorygować budżet umożliwiając zaciągnięcie kolejnych kredytów a konto nienarodzonego pokolenia.

poniedziałek, 12 grudnia 2022

Przestroga.

 

Niektórzy starają się sprawić frajdę najbliższym, w trakcie każdego z ciągnących się niczym guma miesięcy i zakładają eleganckie kapelusze na fryzury kunsztownie ułożone w salonie, by uwieść ich estetyczne zmysły artystyczną fotką, z czułą dedykacją dla każdego z osobna. Inni silą się na coś więcej. Można powiedzieć że eskalują na osi czasu. Bo czymże jest papierowe życie w obliczu granitu wycyzelowanego dłutem mistrza?

 

I tak właśnie zaproszony zostałem w ekskluzywne kazamaty nowobogackiego boga (nowoboga?) celem sporządzenia odpowiednio rozwłóczonej w czasie postury z materiału tak szlachetnego, że nawet kruszył się przez „ę” i „ą”, wymieniając zdawkowe ukłony w kierunku co szlachetniej urodzonych (takich, co nigdy nie sypiali na kamieniu). Pospólstwu materiał zapewne zaserwowałby uśmieszek cyniczny, spatynowany nieco pogardą i niedowierzaniem, że świnie patrzą w gwiazdy tak bezkarnie.

 

Pokłoniłem się po dwakroć – pierworysowi i bryle. Pierworys chrząknął pod nosem jakieś Q z przylepioną sylabą, jednak niezbyt jawnie, żeby grymasem nie pokalać dzieła. Cierpliwość wzorca absolutnie wzorową nie była. Zanim badawczo wypieściłem bryłę dłońmi – już oryginał miał serdecznie dość i pozostawił rynsztunek, samemu ulatniając się jak sen jaki złoty. Ostatecznie – wirtuoz poradzi sobie z dziełem, kiedy ma choć marne zręby. Wszak i potężne dinozaury naukowcy odtwarzają z malutkiej kostki, żeby nie powiedzieć z dziurawego zęba.

 

Zbroja ceremonialna była zdecydowanie cierpliwsza i nie gdakała niekończącego się Q-Q-Q-rykania, co zdecydowanie uprzyjemniało pracę i pozwalało wenie skupić się na detalach. Bóg tymczasem obdarzał łaską własnego towarzystwa odległe kontynenty, a może galaktyki – kto go tam wie. Ucichł, ale chyba nie umarł przed uiszczeniem należności za wiekopomne dzieło? Przynajmniej taką miałem nadzieję zdzierając zewnętrzne warstwy kamienia, który wystarczyłby, żeby wyrzeźbić boga bogatszego o pół tony sadła.

 

Przy boskich zajęciach cud nie jest kwestią przypadku, lecz niejako staje się wartością oczekiwaną. I takoż właśnie było w bieżącym przypadku. Pacholę płci najpiękniejszej, bosymi stópkami polerowało lśniące marmury i boazerię misternie ułożoną z gatunków drzew chronionych i wymarłych na długo przed tą opowieścią. Nawet w labiryntach siedemnastu zbędnych łazienek, sześciu kuchniach całorocznych i dwóch sezonowych, w zawiłościach korytarzy kuszących niedopowiedzianymi szeregami sypialni, bawialni, pokoi na każdą, nawet najbardziej ekstrawagancką okazję, sal kominkowych, bilardowych, czytelni, hal sportowych z prywatnym klimatem zaprogramowanym na wynik – musiało się zdarzyć że…

 

Przybiegła… a ja straciłem głos. Jak dziecko. Jak ryba. Ruszałem ustami, a pacholę podglądało, kto dłużej wytrzyma w beztlenowej atmosferze – ja, czy granit. Granit wygrał. Ja zacząłem się jąkać. I rumienić. Dziewczę (jak sądzę) pochodzenia boskiego, urodą wykraczało poza znane pojęcia i słowa z dowolnego słownika. I uśmiechało się zaledwie nieco złośliwie, patrząc to na zbroję, to na granit.

 

- Tatko znowu coś głupiego wymyślił? – zapytała wprost – Będziesz rzeźbił staruszka?

 

- Taaa, a ttta…

 

Nie ośmieliłbym się nazwać go staruszkiem nawet w myślach, jednak postawiony zostałem przed faktem dokonanym i ujawniło się, jak nędznym jestem dyplomatą. Dziewczę tymczasem okrążyło porzuconą na pastwę moich talentów zbroję i bryłę, ponowiło cykl jeszcze kilkakrotnie, aż wsunęło koniuszek paluszka w usta i prychając niczym źrebię odbiegło poza zasięg moich zmysłów. Nie poradzę, że zmiękłem cały i nawet granitowy obelisk zdał mi się plasteliną. Rzuciłem się na materiał chcąc uzewnętrznić głębię uczuć drzemiącą od-już we mnie. Materiał poddał się mojej woli, a ja rzeźbiłem własne chucie, tak łaskawie potraktowane przez młodziutką boginię. Łatwo rzeźbić idealne kształty bogów wszelakich. A tym bardziej ich młodziutkich córek nie pachnących jeszcze piżmem spełnienia. Dłonie w zapale odtwarzały zapamiętany obraz i zanim zaskoczona świadomość zorientowała się w czym rzecz – bryła miast do ojca, zaczęła upodabniać się do córki. I najwyraźniej - dobrze się z tym czuła.

 

Za to ja nie czułem upływającego czasu. W twórczym szale nie dostrzegałem w przestrzeni  rzeczywistości żadnego z jej banalnych wymiarów. Ze wzrokiem wbitym w kamień doprecyzowywałem każdy łuk. Pieczołowicie ścierałem nadmiarowe linie, sięgając jeśli nie wiernego wizerunku, to przynajmniej rozbudzonego pragnienia. Czas nie czuł się komfortowo w moim towarzystwie i zniknął na chwilę wystarczającą, abym dokończył dzieła.

 

Dziewczę przyglądało mi się z tymczasowego postumentu i wyglądało, jakby zamierzało zeskoczyć i rzucić mi się na szyję, kiedy pojawił się nadworny lokaj w asyście pomniejszej służby. Chrząknął dla orientacji i kiedy właśnie odwracałem się w jego stronę powiedział:

 

- Wasza Wysokość… Pora na podwieczorek. Czy życzy sobie Panienka zjeść z rzemieślnikiem? – ukłony jednoznacznie skierowane były w stronę MOJEJ RZEŹBY!

 

- Nie! – wtrącił się boski głos najwyraźniej niezadowolony – Nie twojej. Rzeźba jest moja. A ty na dodatek zapłacisz za zużyty materiał. Nie powiem „zepsuty”, bo materiał wykorzystałeś rzetelnie. I jeśli coś jest zepsute, to wyłącznie ty. A skoro tak doskonale zmieniasz model w trakcie pracy, odpracujesz tę arogancję, rzeźbiąc całą rodzinę. I nie opuścisz rezydencji dopóki nie skończysz.

 

- Tatku! – pisnęła prześliczna Ich Wysokość nadbiegając bóg-wie-skąd – Ale nasza rodzina ciągle się powiększa!

 

- I dobrze dziecko! Zapamiętaj sobie, jak przyjdzie bieda, to tylko rodzina ci pomoże. Dobrze jest mieć do kogo się zwrócić. A ja… hmmm… robię co mogę, żebyś nie czuła się osamotniona!

Dedukcja.

 

Na przystanku, bez niepokoju, udeptywała śnieg pani w okularach i z gałązką jemioły w ręku. Nie wyglądała na jemiołuszkę. Za to w tramwaju naprzeciw mnie siedziała pani wyglądająca jak kasjerka z marketu, a wokół kłębili się starannie spatynowani znajomi z lat szkolnych. Kiedy wysiadła kasjerka, jej miejsce zajął Karampuk. Ponieważ od zewnętrza dzieliła mnie szyba z naklejką złośliwie przyklejoną na wysokości wzroku – skazany byłem na prowadzenie obserwacji wewnątrz pojazdu. Praca detektywa nie jest proste, jeśli nie zamierza zdradzić zainteresowania śledzonym „obiektem”. Karampuk miał brwi nietknięte pęsetą – więc może kobieta? Ale przecież nakazu nie ma, a współcześni faceci poświęcają mnóstwo uwagi wizerunkowi. Plecaczek wydawał się zbyt zadbany nawet na współczesnego mężczyznę, za to martensy z jaskrawo zielonymi sznurowadłami nie wnosiły do sprawy nic. Pikowany płaszczyk okrywający coś więcej jak nerki mógł nosić przedstawiciel dowolnej płci, jednak cała sylwetka w czerni uświadomiła mi, że szanse na jej płeć piękną do obłędu jednak przechylają szalę niepewności. Zanim popadłem w szaleństwo i piekło „gdybań” – karampuk wysiadł i atmosfera zelżała.

 

Śnieg ma cudowną właściwość – świat cichnie w jego otulinie. Brakowało mi takiej ciszy.

piątek, 9 grudnia 2022

Wystrój wnętrz.

 

Lubię rzeczy piękne – powiedziała patrząc na mnie i oblizując się nieco tylko demonstracyjnie. – Rozbierz się, niech się tobą nacieszę! Szybko!

 

Głos w okamgnieniu stał się metaliczny i można było nim ciąć szkło. Drżały mi ręce, kiedy w pośpiechu ściągałem koszulę, a przy spodniach przewróciłem się beznadziejnie. Krew poszła mi z nosa i dorobiłem się kilku siniaków, chcących natychmiast pochwalić się kolorem. Rzuciłem okiem, ale najwyraźniej nie zmieniła zdania i wciąż życzyła sobie obejrzeć mnie dokładniej.

 

- Cóż - wycedziła, kiedy w końcu spadły ze mnie ostatnie szmatki – Zręcznością nie grzeszysz, ale ciała nie sposób ci odmówić. Postawię cię w gościnnym!

Normalka.

 

Księżyc rozpycha się na nocnym niebie, choć chmury pienią się nisko nad domniemanym widnokręgiem. Latarnie drżącym światłem odprowadzają drogę ku Miastu. Tym, co ośmielą się odwrócić, nieśmiało wskazują manowce, wiodące gdzieś, gdzie nikt-nigdy-nic. Samoloty zaskoczone brakiem gwiazd mrugają kolorowymi światłami, lecz z ich alfabetu nie umiem odczytać przyszłości. Lewiatan miejskiej komunikacji suto nakarmił się, do czysta wylizując misę przystankowej wiaty. Kruche niewiasty i nieliczne, żylaste męskie rodzynki sennie kołyszą się już gdzie indziej. Nie tu. W pustych od braku liści koronach drzew nie ćwierka radośnie żaden ptak. Tylko gołębie grzeją nóżki, oblegając sterczące bezwstydnie kominy. Dziwnie jest myśleć "codzienność", kiedy widoki są tylko aluzją. "Conocność" brzmi jeszcze gorzej. "Poranność" zwykła-niezwykła?

czwartek, 8 grudnia 2022

Wielkie łowy.

         Poszedłem do sklepu. Ktoś musiał, choć pogoda nie zachęcała, aby wynurzać się z domowych pieleszy. Pielesze to taki ciepły smrodek hodowany własnoręcznie i to nie tylko ręcznie, ale zgoła całocieleśnie z pełną mocą wszystkich dostępnych ciał. Jak kto zawzięty – może hodować równie wytrwale, jak zakwas na chleb. Raz na całe życie.

 

Jednak dziś moje stado uznało, że pora odświeżyć zapas paszy, bo stan magazynowo-lodówkowy już nie ostrzegał, a darł się w niebogłosy, że bieda i tylko patrzeć, jak zdechniemy na suchoty żołądka. Lodówka co prawda nauczyła się karmić światłem, jednak nie zamierzała zdradzić sekretu, chociaż (widziałem wyraźnie) była poddana presji, kuchennym szantażom i innym nie do końca legalnym naciskom. Okryła się szronem ozięble i milczała skuta lodem, wyniosła i niedostępna niczym Arktyka zimą.

 

Wydawać by się mogło, że szef sam nie łazi na posyłki, jednak w przypadku mięsa – musiał iść osobiście. Sprawy wielkiej wagi nie mogły być scedowane na personel niższy, niewolników, czy dzieciątka przed postrzyżynami. Od czasów pierwszych cywilizacji łowiecko-zbierackich Głównym Łowczym był największy zakapior i najbardziej zawzięty. Gdybym dysponował teściową – wysłałbym ją bez wahania. Albo zdobyłaby w krwawym boju najlepsze ochłapy, albo sama poległaby na polu chwały - tak, czy owak – korzyść byłaby bezapelacyjna. Nie dysponowałem. Było zgoła odwrotnie. Teściowa dysponowała mną, a jadowita była tak, że nawet myślą omijałem niewiastę i wbiłem się buciory zawodowca od spraw zewnętrznych wymagających być może zwłoki… zwłoków… ech! Aby nie włóczęgostwa.

 

Tereny łowieckie zaczynały się za przejściem dla pieszych. Dyskont nazywał się mało zachęcająco, jednak w jego trzewiach można było znaleźć coś, czego okoliczne lasy i wądoły nie pamiętają od stuleci. Niosło mnie w sektory o wysokim stężeniu białek na metr kwadratowy. Wszystko zmarznięte jakieś i blade. Nieźle! Musi jatka się już odbyła i wystarczyło pobrać łupy. Krew wychłeptali pierwsi. Reszta musi bladym mięskiem walczyć z anemią.

 

Dziwne. Ryby w akwariach pływały parkami, jakby zamierzały się mnożyć, jednak żadna nie wyglądała na polarną, więc o rozmnażaniu w temperaturach bliskich zeru – mowy absolutnie być nie mogło. Nie dziwię się – w zimnej wodzie ptaszek się kurczy i o kopulacji to tylko poplotkować można, jeśli trafi się erotomana gawędziarza. Życie najwyraźniej było tam pozorne. Obok siłowały się dwie ośmiornice. Sine z zimna, aż fioletowe. Potyczka dobrze im robiła, jednak złośliwie zdzieliłem bydlątka w łeb… znaczy w brzuch… No! Zdzieliłem je w to pękate takie, skąd im się te wszystkie witki rozchodzą. Od razu puściły i przystawki im sflaczały zdychając ostatecznie.

 

W sąsiednim akwenie kruszały nagie kurczaki. Nie wyglądały dobrze. Pożółkły ze wstydu chyba. Chude toto i trzeba desperata, żeby coś takiego do gęby pchać. Szukałem czegoś solidniejszego. Kawał krowy, albo świni. Króliki i te wszystkie pierzaste pterodaktyle niech się na swoich drzewach pochowają czekając na gorsze czasy. Taka rybitwa – niby ptak, a kiedy zeżresz, to się rybą odbija. Nieludzkie.

 

Krowy były pokrojone w kostkę. Może z przyczyn logistycznych, a może z estetycznych. Nie wiem. Nie wnikałem. Gdzieniegdzie w paczkach leżały już nawet przeżute ochłapy – chyba dla tych, którym życie zęby zabrało. Skromnie na uboczu stała też wanna z kośćmi. Tu wyraźnie było widać, że na głodnego nie trafiło, bo ogryzione były tylko pobieżnie, a szpik ciekł z nich bezwstydnie.

 

Wygodnie polować, kiedy nie trzeba za zwierzem kłusować przez dzikie chaszcze i narażać się na cios kopytem, czy porożem. Złowiłem worek tłustych kości i parę kilo czegoś przerośniętego skromnie słoniną. Boczek pocięty w przeźroczystą nicość kpił z mojego apetytu przesiadując na półkach. Tak cienko to się kroi tylko węgiel na grafen i absolutnie nic więcej. Z czterech plasterków dopiero można byłoby zrekonstruować błonę dziewiczą. Uznałem, że sam zapach mi nie wystarczy – nie tknąłem muślinowych nieistotności w plasterkach oszukujących rozum.

 

Zanim dyskont mnie uzewnętrznił musiałem już tylko przetrwać upokarzającą scenę kontroli zdobyczy. Przy kasie siedziała istota kobietopodobna… pół człowiek, pół troll i sprawdzała każdemu z myśliwych zawartość siat i walizek na kołach. Kiedy przyszła moja kolej czułem się już nędznikiem i gotów  byłem oddać łupy, byle nie trwać w tym łańcuszku pokory i poniżenia. Stwór z pogardą unosił każdą ze zdobyczy i chlastał nią na metalowy kontuar.

 

Wreszcie mogłem wciągnąć w płuca powietrze pozbawione kątów prostych i kwadratury architektonicznej. Nie wracam na pusto! Może nawet seks dzisiaj będzie! Po uczcie! Odzyskiwałem humor wracając z trofeami, kiedy przypomniałem sobie o gniazdującej w domu teściowej. Znowu mnie skuliło – jak w dyskoncie pod czujnym okiem półtrollicy i niemal usłyszałem to złośliwe”

 

- Zapomnij!

Rozdanie.

 

Wytasowałem sobie dzisiaj byt blotki. Okruchu mizerii w gęstwinie drobnicy. Anonimowego plemnika pośród miliardów czekających spełnienia. Niedostrzegalną gramaturą ławicy pakowaną w puszki całymi kohortami i topioną w oliwie aby KOMUŚ SPRAWIĆ PRZYJEMNOŚĆ. Mięsem armatnim batalii toczonej przez Wielkich Strategów.

Musiałem błyskawicznie nauczyć się żyć w cieniu Tuzów otoczonych wasalnymi Honorami. Stadem tłustych Dam i Królewiczów z Bożej łaski. Waletujących młodzieńców, podłych i czyhających śmierci mentorów. Opuchłych nadzieniem dziewiątek. W sztywnej symetrii czwórek.

Da się żyć w tłoku. W kupie cieplej i nikt nie wymusza podejmowania strategicznych decyzji. Nikt nie oczekuje bohaterstwa, a każda inicjatywa wydaje się wielką, kiedy się powiedzie.

Motywacja.

 

To nie było rozsądne, ale fascynowały mnie mosty. Szczególnie te, których drugi koniec zatknięty był poza zasięgiem postrzegania. Być może to wpływ genów po babce, mającej niepohamowaną słabość do cygańskiej urody… Nikt w rodzinie nie mówił tego głośno, jednak dziadka szlag trafiał za każdym razem, kiedy tabory ciągnęły przez wieś. Nawet objazdowy cyrk jawił mu się gniazdem żmij i wszelkiej niegodziwości. Nikt nie mówił, ale na mojego tatę wszyscy patrzyli jak na dopiero co odkrytego chrabąszcza z dziewiczych dżungli i przywiezionego w pluszowej gablotce nanizanego na szpilkę niczym szaszłyk. Po ojcu (bo przecież nie oskarżę babkowych tęsknot) miałem włosy niemal czarne i oczy takież, a karnację wystarczyło trzy razy zarazić słowem „słońce” żeby okryła się bursztynowym mchem.

 

Od zawsze ciągnęło mnie za kres widnokręgu. Później wracałem, bo każdy podróżnik wraca. Inaczej zamiast podróżnikiem byłby trupem zalegającym dno szuflad pamięci najbliższych mu ludzi. A tak – wracałem żeby opowiadać. Gadanie weszło mi w nawyk. Kiedy przedzierałem się samotnie przez dzicz zdumioną moim towarzystwem i podczas podróży metrem do marketu na krańcu linii, w tłoku tak gęstym, że oddechy pasażerów tworzyły specyficzny klimat zupełnie obcy panującemu na mijanych stacjach. Gadałem prywatnie i publicznie. Nawet we śnie nie umiałem się powstrzymać i kontynuowałem monolog donikąd. Aż dziw, że język mi nie zesztywniał z wysiłku.

 

A dzisiaj spotkałem człowieka tak zniszczonego życiem, że nie ośmieliłem się nawet dywagować w kwestii jego wieku. Może chodził na randki z Afrodytą, albo ujeżdżał dinozaury? Siedział wpatrzony w monitor komputera wyświetlającym właśnie kolekcję niezwykłych pejzaży. Kilkadziesiąt przytulonych do siebie obrazków kusiło wyobraźnię. Bezładnie powtykane w ekran, ignorowały geografię i polityczne ustroje. Góry przytulały się do oceanów, a te flirtowały z pustyniami i lasami jednocześnie. I żaden z widoków nie był skażony ludzką zachłannością i prymitywną symetrią architektoniczną.

 

Pochyliłem się w zachwycie i już zaczynałem ględzić o własnych wyprawach, kiedy mnie uciszył pokazując otwartą dłoń pełną blizn i narośli.

 

- Zapewne chciałbyś? – chrypiał, mówiąc w nieco spowolnionym tempie, jakby słowa wrośnięte były w gardło i musiały wyrywać się z tkanki zanim wyfruną ustami. - Ale czy chcesz? Bo to kompletnie różne sprawy.

 

Kiwnąłem głową, jednak nie wiem, czy zauważył. Kontynuował przemowę wciąż wlepiając wzrok w monitor.

 

- „Chciałbym” tylko czeka na „ale” wykluczające z niego „chcę”. Więc jest jego zaprzeczeniem rozłożonym w czasie. „Chcę” wątpliwości nie dopuszcza i każe realizować. Im szybciej, tym lepiej. Jednak zanim odpowiesz, muszę cię uprzedzić. Możesz wskazać obrazek mówiąc „chcę” i zanim skończysz mówić, już tam będziesz.

 

Nie widziałem problemu i już wyciągałem palec w stronę monitora. Żeby się nie pomylił, chciałem pokazać dokładnie, który pejzaż wiódł mnie na manowce. Chwycił moją dłoń i trzymał mocniej, niżbym go podejrzewał.

 

- Zaczekaj gorąca głowo! – syknął – Pozwól mi skończyć. To niebezpieczne. Obrazki nie są równe. Z niektórych podróży można wrócić w krótkim czasie, inne przytrzymają cię latami. Mało tego, są i takie, które wymogą na tobie kontynuację. Będziesz jeździł z miejsca na miejsce niemal bez końca, aż znajdziesz zmiennika. Jak ja ciebie znalazłem…

 

Ręka ani mu zadrżała, kiedy puszczał mój paluch i dopiero się obejrzał. Twarz miał obsypaną detalami tak bardzo, że starczyłoby ich na dziesięć mocno wysłużonych fizjonomii, a on nosił cały asortyment sam.

 

- Teraz jest uczciwie – szepnął – Wiesz czym grozi wybór i możesz iść, zapominając o mnie. Albo zostać i zaryzykować. Jeśli wybierzesz… Będę czekał trzy tygodnie. To czas, żebyś miał szansę się rozmyślić. Oczywiście, jeśli w ogóle zdołasz wrócić w te dwadzieścia jeden dni. Jeśli nie, staniesz się nosicielem pejzaży. Wiecznym wędrowcem, któremu przyjdzie zwiedzić wszystkie zakamarki wszystkich światów. A ja wreszcie odpocznę. Decyduj. Czasu niewiele, bo lada moment czas zacząć kolejną wyprawę. Albo ty, albo ja, za dosłownie moment pomkniemy do TAM.

 

Wyciągnąłem palec w kierunku dziewiczej dżungli, w którą wiódł solidnie wyglądający wiszący most z lian.

 

- Dziękuję – usłyszałem jeszcze – Naprawdę jestem już zmęczony.

 

- Chcę! – słowa znikały w znikającej właśnie rzeczywistości.

 

Wiał miękki wiatr. Pachniało wilgocią i gnijącymi liśćmi. Gdzieś w gąszczu podśmiewywały się małpy, a ptaki przedrzeźniały drzemiące wysoko w koronach drzew pumy. Niebo wyglądało tak, jakby pochodziło sprzed rewolucji przemysłowej wieku pary. Tylko most lekko kołysał się pod stopami sugerując, że nie jestem pionierem. Postawiłem krok. Nie zapadłem się w senne mrzonki, więc to nie iluzja. Liany zajęczały niegroźnie i kusiły zwężającą się perspektywą. Powrotnej drogi nie było widać. W tym miejscu zaczynał się obrazek, a ja miałem znaleźć wyjście na jego końcu. Po drugiej stronie mostu.

 

Musiałem, żeby wrócić. I opowiadać. Inaczej, będę trupem już dziś.

Strach.

 

Nie moja. Obca. Słyszę, jak stuka obcasami, którymi śmiało mogłaby zadeptać populację karaczanów, gdyby akurat nierozsądnie przebiegały nieopodal.

 

Nie moja… Nigdy nie miałem kobiety, o której mógłbym powiedzieć MOJA. To się w jakiś niewytłumaczalny sposób wiązało ze stanem posiadania mojej rodziny. A dokładniej – z brakiem posiadania. Już w szkole podstawowej niektórzy kupowali sobie kobietę… znaczy… przyszłą kobietę. Wtedy nie miała jeszcze piersi i nie potrafiła powiedzieć „no wiesz?” , ani „w ogóle”… Wtedy miały strupy na kolanach zupełnie takie same, jak chłopcy wracający z WF-u. I lizały takie okrągłe lizaki, nazywane „kojakami”. Te, które były już czyjeś, częściej żuły gumy „Donald” zagraniczne tak bardzo, że od samego patrzenia na etykietkę człowiek się ślinił. Więc – nie miałem kobiety i nie zanosiło się, żebym kiedykolwiek…

 

Oczywiście, GDYBYM umiał śnić, wtedy przynajmniej nocami… A tak, to noc trwała jedynie tyle, ile trzeba, żeby otworzyć oczy po ich zamknięciu. Czas najwyraźniej nie znosił lekceważenia i skoro NIE UMIAŁEM ŚNIĆ, nie przysługiwało mi więcej, jak okamgnienie. Słusznie. Może zamęczyłbym się pośród sennej pustki bez końca, czy chociaż wstępu?

 

Kiedy szkoła wypluła mnie, lekko już przykurzonego stereotypami i pewnego, że rzeczy dobre zdarzą się innym, a ja co najwyżej mogę się im z zazdrością przyglądać – zacząłem rozglądać się za MĘSKĄ szkołą. Czyli taką, do której kobiet nie tyle nie wpuszczali, co nie spodziewali się. I znów zawód. Przyszły ze trzy, maskując płeć pod wieloma warstwami zbyt-dużych-ubrań. Matematyk, stary i na wpół ślepy kruk, kiedy sądził, że nikt go nie słyszy, klął na nie, że takie wyrachowane zapewne po matce, a do szkoły przyszły chcąc wyłuskać materiał na męża nim życie go zdegeneruje. Na całe życie, a może tylko dla nazwiska? Chodziło chyba o wstępne oswojenie samca tak, żeby już za młodu nie popadł w nałogi i zgubne przyzwyczajenia. Najdziwniejsze było w tym wszystkim to, że im bardziej egzemplarz był rozbrykany i niesforny, tym większą cieszył się estymą mniejszości. I jego nazwisko w rankingu kandydatów szybowało na szczyt listy marzeń. Przynajmniej na czas pomiędzy piątkową dyskoteką, a sobotnim porankiem.

 

Nazwiska też nie miałem. Przykro było się z tym godzić, ale wyrachowane przyszłe żony, zostały otoczone takim wiankiem porannych wzwodów, że nawet nie siliłem się dopchać do pierwszego szeregu. Odpuściłem nawet przyglądanie się. Wystarczyła mi lektura aktualizowanego w trakcie przerw dziennika Klubu Młodego Onanisty publikowanego na wewnętrznej stronie drzwi w męskiej toalecie, niemal oficjalnie nazywanej palarnią.

 

Jako zwierzę (ponoć) inteligentne szukałem zastępczych bodźców. Trochę sportu (bo lepiej być przygotowanym, gdyby jednak los na chwilę przymknął oko i w roztargnieniu nie zauważył, że ślepej kurze… kogucikowi… mi…), nieco lektury (wtedy wierzyłem, że ujarzmienie instrumentu muzycznego plus nieco nie-mojej poezji wyzwoli mnie z pęt dziewictwa), odrobina szaleństwa połączonego z kompletną ignorancją (łaziłem po górach do czasu, aż wyczytałem ze statystyk, że księżniczki łatwiej spotkać w hipermarkecie, niż na gołoborzu, miliard kilometrów od pięciogwiazdkowego baru) stworzy mnie, wykuje na kształt i podobieństwo. Wtedy nie wiedziałem czyje i było mi obojętne. Grunt, że nie moje. Moje dyskwalifikowało mnie w oczach nie tylko tych wyrachowanych, ale nawet zdeterminowanych zegarem biologicznym. Młodość – to był wszystko co mogłem rzucić na szalę, ale wonczas każdy wokół dysponował podobnym argumentem. A ja raczej nie byłem gotów rzucić wszystkiego. Hazard nie potrafił przykleić się do mnie wystarczająco dosadnie.

 

Nim się obejrzałem, wypluła mnie kolejna szkoła i zadając ostateczny kopniak poświadczyła, że dojrzałem w jej murach. Podejrzewałem, że prędzej nasiąkłem i zjełczałem niż dojrzałem, ale nie miałem nic na potwierdzenie własnej wersji zdarzeń, za to oficjalną tezę poświadczał czerwony orzeł na pieczęci i parę nieczytelnych podpisów – żadna z nauczycielek nie zostawiła tam jednak numeru telefonu do siebie z dwuznaczną sugestią: zadzwoń, kiedy będziesz w okolicy…

 

Nie potrafiłem nic, choć świadectwo było przekonane, że nadaję się do wyrobniczej pracy. Na wszelki wypadek postanowiłem odwlec w czasie ów moment, kiedy wpadnę w dożywotni kierat niższych szczebli kariery i znalazłem następną szkołę. W niej… wyrachowanych powinno być jeszcze mniej, jednak moda na męża z górnej półki sięgnęła społecznej histerii i na początkach naukowej ścieżki stawiło się niemal tyle samo piękna, co uciekinierów od wojennych kamaszy.

 

Żarna czasu mełły nieustannie. Niektórym wystarczyło pokuty na dystansie jednego semestru. Inni mądrzeli po trzech. Tylko zatwardziali zostawali dłużej. I tacy jak ja, co nie widzieli innej szansy. Jednak nawet najbardziej wytrwałych udawało się wypluć dzięki przepisom, które uniemożliwiały dekowanie się w nieskończoność.

 

Piękni i młodzi dramatycznie siwieli, nabierali dystyngowanej masy, okrywali się zmarszczkami doświadczeń, albo tonęli bezpowrotnie w morzu luksusowych alkoholi. Wyrachowane dawno przesiadły się na bardziej rącze rumaki, albo zgoła zmieniły stajnie. Te więcej subtelne dostrzegły zalety kobiecości zatracając się we wzajemnościach i negując rozrzutność płciową świata. Pod tęczowym sztandarem zjednoczone, z pogardą mówiły o męskiej dominacji, a ja kuliłem się w sobie coraz mocniej, osaczony epitetami o domowej przemocy, o szowinistycznych zapędach, o stereotypach którymi krzywdzę-nie-znając-faktów.

 

Nauczyłem się milczeć i chyłkiem przemykać popod ścianami tą stroną ulicy, gdzie cienia zdarzało się więcej, a okazji do ataku mniej. Wzrokiem zliczałem połamane płyty i wstydziłem się za wszystkich mężów świata. Nawet teraz… Siedzę w pokoju, a girlandy pluszowej nocy smętnie ciekną po ścianach i wiją się na suficie. Nade mną słyszę nerwowy krok nie-mojej kobiety. Chyba tymi krokami powtarza jakieś zaklęcie. Albo szykuje się na kolejną batalię z chamstwem. Nie podnoszę wzroku, żeby nawet przez sufit nie zerknąć jej pod spódniczkę. Jeszcze tego brakowało, żeby ogłosiła mobilizację wszystkich saren i lwic i ukamienowała mnie za bezczelność. Zaciskam powieki i rumienię się od myśli myślanych najciszej, jak tylko się da. Gdyby była moja… myślałbym nieco odważniej. Ale nie jest. Mnie też nie ma, bo istnienie, to coś mniej niż obecność, a ja nie mam odwagi być. Mogę tylko trwać i bać się, że poszarpany oddech, to już rozpusta.

 

Nade mną wciąż słychać obcasy nie-mojej kobiety. Czeka na kogoś?  Szykuje się?