- Optymizm
ze mnie bije, zupełnie jak z listopada w szczytowej formie. Pogrzebałem ideały.
Całkiem sporo ich było i w większości były już martwe, ale niektóre musiały
chwilę marznąć na katafalku, aby zdechnąć do szczętu. Piję i zamierzam pić tak długo,
aż mnie stąd wyrzucą, albo znajdę pomysł na siebie jutro, gdyby zrządzeniem
losu jakiekolwiek jutro być miało. Pomysł, który pozwoli być trzeźwym, albo
chociaż w miarę wiarygodnie udawać podobny stan przez chwilę wystarczająco
długą na dialog. Wymyśliłem sobie, że „zawsze” obejmuje to, co życiorysem potrafię
ogarnąć, a cokolwiek mniej, to peryferia, zaścianki, w których kotłują się
demony i po ciemku lepiej tam nie wchodzić.
- Wymyśliłem
sobie przeszłość naciągniętą do granic możliwości, wypełnioną wartościami,
ideami i marzeniami, które po kolei pękały, albo odfruwały ode mnie jak gołębie,
kiedy chleba w dłoni zabraknie. A ja chleba od dawna nie miałem już i tylko
wiarą własną i życzliwością trzymałem je przy sobie, chociaż słyszałem, że w
brzuszkach kipi już głód, który zetrze każdą szlachetność ze słabych istot.
Stałem z pustą ręką pośród ulatniających się złudzeń i nie przyszedł nikt, żeby
wesprzeć, żeby chociaż zaprosić na spacer, gdzieś aleją parkową, pod
kasztanowcami, czy platanami i skląć w otchłań nocy myśli i wypluć wszystkie wątpliwości.
Żeby pozwolić sobie na pobieżność, lub malowanie nowych znaczeń na tych moich płowiejących
fanaberiach.
-
Wystarczała chwila, żebym zapomniał tak bardzo, aż sumienie miałbym już
przeźroczyste, a cienie konturów wczorajszych ideałów zdały się zagnieceniem,
niedoprasowaniem, ułudą. A na wierzchu grubym pędzlem i barwą żywszą od krwi
malować mógłbym nowe obrazy, freski, ikony. Marzenia obrazoburcze i
odważniejsze od poprzednich, chociaż nawet te mniejsze spełnić się nie umiały.
Albo to ja ich spełnić nie mogłem, z powodów niezrozumiałych dla mnie. Może nie
zasłużyłem, może miałem odpokutować kilka poprzednich wcieleń i w ramach
krucjaty dostałem to życie. Nie prosząc się i nie nalegając. A teraz – okłam mnie!
Okłam, że dam radę, że to słuszne i że mi pisane. Powiedz głośno, że to nie
kolejna mrzonka, że to kres o dnie twardym i wstydu szczyt jednocześnie, że
bariera, granica, której nikt już nie przekroczy, bo nie istnieje więcej niż
wszystko i mniej niż nic. Że jestem w punkcie, z którego słowo "gorzej" wyparowało, bo nie ma gdzie wsiąknąć i rosnąć.
- Na
palce się wspinam, z kolan spadają strupy teraźniejszej pielgrzymki, chyba znowu
śnię, znowu straciłem świadomość, w czasie, gdy zalążek nadziei usiłuje dać mi
wolę do przetrwania kolejnego cyklu pomiędzy nieświadomością snu, a nieświadomością
życia pozbawionego sensu. Próbuję utopić granicę czymś, co nawet zepsuć się nie
potrafi. Napełniam się przeźroczystością i zazdroszczę jej tak bardzo, że
potrafi nie dość, że trwać, to jeszcze barwą się cieszyć, światło rozszczepiać
i na politurze malować kleksy pragnień, spełnień i pożądliwości. Ale już.
Dobrze. Widzę, że nie rozumiesz, że ten wstęp przydługi skłania cię do ucieczki
bardziej niż trwania w obliczu bełkotu. Powiem, chociaż cię nie znam. Ukradłem
człowieka… czy można większej bezczelności się spodziewać? Nie jakiś kamyczek
szklisty, czy prostokąt obrazka plakatówką na lnianej osnowie maźniętego – człowieka
ukradłem dla siebie samego. A on… upomniał się o siebie…
-
Człowieka ukradłem, a on jest mi powolny do granic które za każdym razem przesuwałem
i cieszyłem się, kiedy po raz kolejny udało się dojść krok poza poznane, poza możliwe,
poza wyobrażalne. A człowiek patrzył na mnie ufnie tak i powtarzał szeptem: „nie
wierzę, nie wierzę, że tak można, że wolno, że stać się mogło…” A ja
nienasycony, spragniony i głupio ciekawy pytałem samego siebie lekce sobie
ważąc człowieka, co jeszcze mogę, jak daleko posunę się i jakiej prowokacji,
akcji, ingerencji w człowieka dokonam, żeby on wciąż ufnie śpiewal tę samą
mantrę, że nie spodziewał się, aby fizyczność znieść mogła coś podobnego. Jego
fizyczność mojej agresji poddana, a przecież mój ów człowiek był i deklarował akceptację
bez cienia zastrzeżeń. Jak ostatnia szumowina korzystałem z tej zgody na mnie w
nim zapisanej głębiej, niż ja sięgnąć w siebie umiałem. A człowiek patrzył na
mnie wzrokiem, w którym zmysły malowały całą paletę pozytywności i chęci, woli,
zgody, a nawet potrzeby, żebym znów. Jak Judasz, który zdarzyć się musiał, żeby
się słowa wypełniły, tak ja się człowiekowi zdarzyłem każdą możliwą
niegodziwością, a on… Kocha mnie bezgranicznie…
- Odgryź
własnemu psu ucho, kopnij chorego pierworodnego, wygoń ciężarną ukochaną po
papierosy w nocnej koszuli pośrodku zimy, kiedy cię ząb zaćmi… nie zrozumiesz, jeśli
nie potrafisz choć tyle… a ja umiem więcej. Mocniej, dotkliwiej i ślady własnej
obecności zostawiam na dłużej. A dzisiaj piję. Bo dzisiaj zrozumiałem, że pozwoli
mi na więcej jeszcze, gdy owo więcej, to już właśnie jest wszystko. I
zrozumiałem, że w swojej ciekawości, w swoim mniemaniu gotów byłbym sprawdzić,
czy ręka nie zadrży przed krokiem z którego wytłumaczyć się nie da, a odwrócić
tym bardziej. Widziałem twarz człowieka, który wiedział i mimo wszystko nie
protestował, nie krzyczał, nie skamlał o litość, bo oczy miał wypełnione miłością
bezrozumną, instynktowną i doskonałą. Ja nie. Moja doskonałość stała się doskonałością
defektu upośledzenia, negatywem człowieka dojrzała, żeby status quo zachować w
przyrodzie i pozwolić jej spełniać się pomimo dobra żyjącego pośród niej.
- Natura
dobra nie jest. I zła nie jest, bo w naturze słów nie ma, wrażeń i mojżeszowych
tablic. Ona po prostu jest i to wszystko na co ją stać – szczerość pustego brzucha.
Ona trwa i każdym jadowym zębem zaczepi się życia i każdą słabość pożre
bezkompromisowo, bez reszty. Nie pozwoli zgnić słabemu, zanim nie strawią go
wielokrotne żołądki które skrupułami w zębach tylko dłubać potrafią, zeżrą do
mierzwy ostatecznej, do humusu, do bezimiennej historii. Piję. Piję, żeby nie stać
się naturą, żeby pozostać po tej stronie granicy, która nie wie jeszcze jak smakuje
surowa wątroba człowieka, jak smakuje życie wyssane z krwią wprost z tętnic,
jak śmierdzi sytość i głód, jak życie wygrywa czynem krwawym z każda ideą.
- Zabijam
zwierzę w sobie jak tylko potrafię, a nie potrafię wcale, bo nim jestem po
czubek włosa, po pazur złamany. Człowiek czeka… Wiem, gdzie czeka na mnie i
mogę go namierzyć, zamówić niemal, jak zamawia się danie w wykwintnej
restauracji na porcelanie, której chińscy cesarze nie śmieli używać… Przyjdzie dobrowolnie
do mojego głodu, do mojej pożądliwości i nienasycenia. Wiem, że przyjdzie i
wiem, że nie odmówię sobie życia, posiłku, niczego. Piję. Na razie piję, żeby
rozcieńczyć mój apetyt, albo poskromić go ostatecznie.
- Zobacz!
Szybko! Nie oglądaj się proszę, zrób to dyskretnie… widzisz? Ten tam… Za tobą… Oblizuje
się… Boże! Oblizuje się i patrzy na nas… nie w menu! Nie w talerze stojące na
stołach i parujące brokułami z żółtym serem zapiekanymi, nie kurkami na polędwiczkach
pachnącymi… przyjrzyj się – on wącha mój żołądek, moje uda moją krew… nalej mi
jeszcze, bo spokoju mi już dożywotnio zabraknie – może choć trochę zobojętnię
się. Gdybyś spotkał mojego człowieka, to mu powiedz, że więcej się nie
zobaczymy, że przyszedłbym, gdybym mógł – po jego wątrobę…
No i proszę, znowu patologia, chi, chi, chi...
OdpowiedzUsuńprzyznam się - WIEDZIAŁEM, ŻE TU BĘDZIESZ I WYGŁOSISZ.
Usuńtak - jestem konsumpcjonistą i zamierzam w tym trwać i nękać Twoje poczucie normalności NIENORMALNOŚCIĄ. Aż przywykniesz (no chyba, że wcześniej uciekniesz, co nie jest wykluczone, a nawet podejrzewane). Nie zamierzam być ani gładki, ani łatwy. Zamierzam drapać każde sumienie własnymi niepokojami - Ty już jesteś złowiona. a ja kręcę głową i mówię - za mało - tylko jedna rybka? nawet w konserwach jest ich więcej, a jedna szprotka nie wystarcza do życia - najwyżej do dotrwania, do obiadu...
Guzik, a pętelka do niego gratis. Jakie sumienie? Czym chcesz drapać? Mnie to nie drapie, nie w sumienie (prawdopodobnie w ogóle nie mam czegoś podobnego), co najwyżej w poczucie estetyki. Rozmawialiśmy wczoraj o krwi - mnie moja odrzuca od gatunku półzwierząt nie używających rozumu.
UsuńP. S. "Rybka"? TYLKO? Wieloryb raczej!
a skąd mam wiedzieć, że nie pochlebiasz sobie? znam wielu niedoszłych wielorybów, którzy za anchois robili...
UsuńCha, cha, z analizy organoleptycznej - przylepiłeś onegdaj organ do malinowej sukienki!
Usuńrany boskie... taki odważny (głupi) byłem? czy to aby nie było gdzieś w mezozoiku?
Usuńsukienka z malin brzmi tak kusząco, że i teraz chętnie uszczknąłbym kawalątek...
Myślisz, że jestem tak stara jak Tatry?!
UsuńTatrom też w pesel nie zaglądam, bo to informacja spoza horyzontu moich zainteresowań.
Usuńrościsz sobie jakieś pretensje o pierwszeństwo? zgadzam się w ciemno na każde zaproponowane rozwiązanie.
Jeszcze by tego brakowało... Nie biorę udziału w wyścigu o palmę pierwszeństwa wiekowego, wystarczy, że moje dzieciątko ma mnie za skamielinę.
Usuńnatura - dobrze, że nie za posiłek
UsuńNo co Ty? Nie jada się rzeczy starych jak Stary Testament - mogą okazać się mocno nieświeże.
Usuńto tylko kwestia przechowywania posiłków i odporności żołądka.
Usuńta teraźniejsza czystość czy sterylność, to bardzo świeży wynalazek
Myślisz, że bachor byłby w stanie mnie zeżreć?...
Usuńpatologii cd - tak myślę - głód nie miewa skrupułów
OdpowiedzUsuńNo, ona żerta jest, ale żeby aż tak?...
Usuńzależy czym karmisz...
UsuńSamo się karmi. Czym chce.
Usuńi głodnym wzrokiem na Twoje nereczki nie spogląda?
Usuńw takim wypadku dramatu nie ma.
Nie spogląda.
Usuńsuper - to możesz spać spokojnie (na razie)
UsuńZawsze śpię spokojnie. Tylko za krótko.
Usuńboisz się o nereczki? nocą łatwiej wygryźć, bo są bliżej zębów.
UsuńNie! Jestem terroryzowana przez budzik!
Usuńtaki malutki i wygrywa? wystaw drania za okno i niech tam ćwierka, jeśli nie zamarznie.
UsuńA potem rozmaici szefowie płci obojga wystawią mnie na żebry. Pod most.
Usuńwygląda, ze Twój świat składa się z samych szefów tylko czających się, żeby na żebry Cie wysyłać pod wszystkie możliwe mosty. Nie mają innego (lepszego) zajęcia.
UsuńNie mają! Potwierdzam.
UsuńTo fatalnie - zacznij się uczyć owych żebrów, bo to kwestia czasu w takim wypadku. I zwiedź owe mosty zawczasu szukając najwygodniejszego.
OdpowiedzUsuńTrzy mam w drodze do jednej pracy, czwarty obok - całkiem nieźle się orientuję.
Usuńjeszcze wolne? czy konkurencja zajmuje już lokale? może takich szefów jest więcej
UsuńNie wiem, ilu jest takich szefów, ale pracowników - choćby u mnie - mnóstwo. Mostów i miejsc Ci u nas dostatek. Może dlatego, że np. moje rozliczne koleżanki to żony bogatych mężów i miejsca pod mostem nie potrzebują?
Usuńdobre choć to, że miejscówek nie blokują. a z szefowaniem, to nie jest tak prosto - wywalić ludzi jest łatwo, tylko wtedy nie ma już kim rządzić i trzeba zasuwać samemu.
UsuńNic podobnego. Na miejsce jednego wywalonego jest 60 innych kandydatów.
Usuńto tylko teoria - fama niesie się lepiej niż pożar na stepie.
UsuńNie teoria, tylko rzeczywistość. Niemal codziennie widuję stosy podań lub wręcz osoby, które je przynoszą. Nie zapominaj, że tu jest Podkarpacie, ekonomiczne zadupie, Polska D, E, a może nawet F.
Usuńw takim razie terror budzika będziesz miała do znudzenia.
UsuńJUŻ mi się znudziło. Ale i tak mam i mieć będę.
UsuńCzłowiek człowiekowi wilkiem?
OdpowiedzUsuńpaskudna sprawa co? przyroda dylematów ma zdecydowanie mniej
UsuńCzasem trzeba umrzeć, żeby żyć. Nadmiar wody ognistej świadczy o słabości i żyć nie pozwala, co najwyżej wegetować:)
OdpowiedzUsuńto są trudne sprawy. wydaje się, że umieranie nie daje nadziei na ciąg dalszy.
UsuńUmrzeć dla przeszłości, żeby żyć dla teraźniejszości i przyszłości. Problemem jest słabość. Trzeba umrzeć na trzeźwo. Wszystko ciągle się zmienia. Nie ma sensu płakać za czymś, co przeminęło, albo przemija. To całkiem naturalne i nieuniknione:)
Usuńznaczy zapomnieć minione? np dom? i iść w jutro z rękami w kieszeniach, bez pamięci ludzi i zdarzeń? ależ szatańska alternatywa i to na trzeźwo...
UsuńNigdy nie zapomnisz do końca. Myśl o tym, co dobrego Cię spotkało, jak kochałeś, byłeś kochany, zapomnij o krzywdach na tyle, na ile potrafisz. Z czasem jest coraz mniej, człowiek potrafi wszystko przemyśleć, przepłakać, przewartościować i żyć od nowa. To całkiem naturalne, nie szatańskie. Życie bez głazów, jakim są napotykane nieszczęścia jest łatwiejsze. Po co nosić w kieszeniach ciężary, gdy idziemy do przodu?
OdpowiedzUsuńBarbara
ale ja wolę pamiętać- wszystko. to dobre i to nie całkiem. nie chcę porzucać wspomnień, bo to nie jest balast, tylko wartość. ona mnie stworzyła takim, jakim jestem. i chcę nosić jak najwięcej.lubię kamienie...
UsuńTwój wybór, Twoja sprawa. Ja kamieni nie lubię. Wszystkie swoje nieszczęścia przepłakałam, przemęczyłam i wyzdrowiałam. Walący się świat jest sygnałem, że za rogiem czeka przyszłość, coś nowego. Zamknęły się drzwi, otwarło okno i albo potrafisz przez nie wejść i wyjść, albo będziesz się nad sobą wiecznie użalał, tracąc to, co daje Niebo:)
OdpowiedzUsuńBarbara
dzięki za wskazanie azymutu - jeśli przyjdzie potrzeba, może uda się go wykorzystać. Uśmiecham się do Ciebie serdecznie i bez słowa skargi.
Usuń:) Spokojnej nocy:)
UsuńBarbara
wzajemnie. niech się wiedzie i oby nie było już czego zapominać.
UsuńHmmm, pijesz? Rozważasz jakby tu skosztować kanibalizmu? Poczekam, aż skończysz bo za stara jestem na takie rozmyślania.
OdpowiedzUsuńani taki głodny, ani spragniony nie jestem.
Usuńpiszę usiłując być wiarygodnym i przekonującym.
może nawet się udało, skoro pytasz.
Dziękuje, myślę, że etapy zapominania mam za sobą. Sporo tego było. Włączyłam nowy dysk, o nazwie przyjemne życie ;)
OdpowiedzUsuńBarbara
nieźle brzmi. oby to nie był falsyfikat.
Usuń