poniedziałek, 21 listopada 2022

Absencja.

 

Nici przeznaczenia splatały się w pajęczą sieć wysoko nad głową Józefa Kuternogi i czyhały na dogodny moment, żeby znienacka spaść mu na głowę. Nie dostrzegał jej, pochłonięty klejeniem strzępów pamięci z poprzedniej nocy, kiedy nadeszła Katarzyna z (chyba) gotowym planem na Józefa Odgruzowanego. Czuć było go jeszcze wędrownym samcem, jednak intensywnością zapachu nie przekraczał średniej stajennej – naprawdę ZDARZAŁY SIĘ stajnie bardziej aromatyzowane. W Kasinym szlafroczku wyglądał nieco frywolnie, jednak ubrania, które z niego zdarła nie nadawały się nawet na śmietnik – poszły od razu na kompost, gdzie spontanicznie zaczęły wyrastać na nim co bardziej toksyczne odmiany tojadu i wilczej jagody nie czekając wiosennego rozpasania.

 

- Przymierz – Kaśka podała mu spodnie i koszulę pachnącą czymś znajomym.

 

Zdarzało się Józefowi zasypiać na nieużytkach, pośród kwiatowego rozpasania i to było chyba to. Nie protestował. Mając przed sobą kobietę o bicepsach większych, niż uda innych niewiast trudno być bohaterem. Szlafrok zatrzepotał połami niczym ranny nietoperz i zdechł na skraju łóżka. Kasia odruchowo sprawdziła rozmiar szkód cielesnych po pojedynku z martwym smokiem, aby potwierdzić wcześniejsze podejrzenia – Józef wciąż BYŁ mężczyzną. W ramach kompletowania stroju Kasia pomyślała też o protezie. Wolała zainwestować w porządne odnóże, niż szamotać się z nieparzystością w męskich kończynach. Jeszcze przyrżnie gdzie w architekturę i na przykład skrzynkę piwa potłucze. Niestabilność nie służy kobiecym uczuciom. Męskość na ziemi lepiej niech twardo stoi! I nieważne, jak bardzo dwuznacznie to brzmi. Może to i lepiej.

 

Nowa noga (made in Korporacja) była solidna i chyba nieużywana. Mogła służyć do rozgniatania orzechów, albo tupania, jednak wzrok Kasi uprzedził Józefa, że to nie byłoby mile widziane pod tym dachem.

 

- Teraz nieco cię odkarmimy, a jeśli potem, pod „Trzy Zęby” będziesz zaglądał, to wyłącznie z drugiej strony szynkwasu. A spróbuj mi tylko pianę z kufla wychłeptać… - Kasia nie dokończyła, gdyż jeszcze nie doprecyzowała ciągu dalszego. Były ważniejsze sprawy. – Drew narąbiesz, będziemy mieć ciepło zimą. Ćwiczenia na świeżym powietrzu dobrze ci zrobią. I nie oszczędzaj się, bo plotka niesie, że dużo dzieje się w Półświecie… Knajpa chłonie mocno i kiedy wiedzieć, gdzie ucho przyłożyć, to odrobinę zdradzi. Krzepa będzie nam potrzebna.

 

Józef aż gębę otworzył. Może dlatego, że dotąd to on był jedynym, który w towarzystwie mówił NAM i każde MY kojarzyło się z tym, że ten drugi wyjmie złocisze z sakiewki i zapłaci za NASZE napoje. Sytuacja odwrotna była nienaturalna – Józef nie miał sakiewki. I nie umiał płacić. Umiał opowiadać, ale Kasia gadała za nich dwoje.

 

- Hmmm – chciał się podrapać w męski rozum, ale obecność Katarzyny nagle zaczęła go krępować i pierwszy raz w życiu świadomie się zarumienił. Wszystko przez to MY, które jemu również przemknęło przez umysł nie rozrywając czaszki na fragmenty – Drew narąbać? Ja?

 

- A co? Nie dasz rady? – z nutą złośliwości Kasia przyglądała się kolorkom na policzkach Józefa – siekierka w drewutni, a jeśli tępa, to naostrz sobie, jak uważasz. Tylko kikuta sobie nie oberżnij, bo małą fortunę kosztował. I na obiad wracaj przed zmierzchem, to powiem co dalej.

 

Rąbanie drzew (jeśli ktoś próbował, to wie) przynosi mnóstwo potu szczyptę satysfakcji i czas na najzuchwalsze myśli. Nawet takie, w których MY zdarza się w każdym, nawet najuboższym zdaniu. A zdania, to coś, w czym Józef się już dawno rozsmakował.

 

- ZjeMY obiad…

 

- Narąb drew, będzieMY mieć ciepło zimą.

 

A potem były już takie różne MY, którym obecność osób trzecich nie jest potrzebna, ani po dwudziestej drugiej, ani w ogóle. Tak! Przede wszystkim wtedy właśnie! Stos drzew kurczył się w mrowiu myśli, a siekierka musiała je omijać, zataczając coraz bardziej rozpasane łuki ponad głową Józefa. Gdyby jakaś chmura była na tyle nierozsądna, żeby zawisnąć nieopodal – byłoby po niej, zanimby okiem mrugnęła. MY ma niezwykłą moc. Szczególnie takie świeżo powołane do życia.

 

Obiad był z tych, których nie da się zapomnieć i karczemne obiado-kolacje na koszt wciąż nowych słuchaczy mogły się schować pośród obrzydliwości tego świata. Z pełnymi ustami jedyne, co można wyrazić, to zachwyt. A kiedy już zabrakło siły na zachwyt – Kasia zerknęła za mroczniejące okna, starannie je zamknęła i zasłoniła zasłony. Świece poczuły, że stają się czymś więcej niż kaprysem i zaczęły świecić bardziej. A Kasia nachyliła się do Józefa, biustem ogrzewając obrus poplamiony zachłannością niezgrabnego mężczyzny.

 

- Posłuchaj mnie teraz uważnie – zaszemrała i było to najlepsze ze znanych Józefowi słów. – Król… a niezależnie z nim Prezes… i Wielki Mistrz… Każdy z osobna… wiesz?

 

Plotki kierowane do innych uszu, nam wydawać się mogą naganne, a nie chcąc pokalać wizerunku Katarzyny, sprytnie prześliznę się nad tym wątkiem. Nad kolejnym również, gdyż nie jest to opowieść dla dorosłych, a Kasia tej nocy zrezygnowała ze służby pierwszy raz od czasu pierwszej miesiączki… I uczyniła to z premedytacją, gdyż na kontuarze zostawiła drobnym drukiem szereg instrukcji dla personelu, który bez Kasi wydawał się równie ubogi, jak dzisiejsze menu. Kasia nie zamierzała się tłumaczyć, że wcześniej gotowała dla SWOJEGO mężczyzny i zabrakło Czasu, aby gotować dla bandy opryszków i pijaków, którzy i tak nie docenią talentów drzemiących w obfitym cieple służbowego fartuszka. Dość powiedzieć, że noc była za krótka dla świecy, i choć bezsenna, to była jedną z tych, o których z czułością się mówi „dobranoc”.

***

Ekstrakty cz.86

 

Eskalacja.

Bazgrał po murach, każdej nocy zuchwalej wybierając cel, a bezkarność wiecznie prowokowała do kolejnych wyzwań. A kiedy upaćkał nawet święte pomniki i wciąż nie poczuł się sytym, targnął się z farbą na własne ciało. Później już tylko pazernie rozglądał się wokół, by zbezcześcić pozostałe.

 

Stręczycielka.

Wystarczyła jedna rozmowa z tobą, abym stracił dziewictwo. Wytrwale gwałciłaś mnie brutalnymi słowy, a choć płakałem, nie przestawałaś, aż stałem się tylko nieczystym kawałkiem mięsa w twoich wulgarnych ustach. Wyplułaś mnie dopiero wtedy, gdy czystość była jedynie wspomnieniem.

 

Strojnisia.

Była spostrzegawcza i błyskawicznie odkryła, że modne panie stroją się w boa i pawie pióra. Czuła się lepszą, więc w karnawale założyła na szyję kolię z żywego ptaka. Paw drapał w szyję i podczas przyjęcia wyjadał co lepsze kąski z talerza, więc kiedy nikt nie patrzył, dyskretnie skręciła mu kark.

 

Pobożna.

Mama upierała się, żeby zastanowiła się nad własnymi predyspozycjami i roztropnie wybrała zawód, pozwalający godziwie żyć. Inteligencja mamiła zuchwałą sugestią, że dostatek od zawsze tkwił w grzechu, niczym bakalie w cieście. Aby poznać zbiór dostępnych możliwości, posłusznie sięgnęła po dekalog.

 

Zachłanny.

„Pragnę cię, chcę poznać dogłębnie”, szeptałem ci wprost do ucha i patrzyłem z zachwytem jak twoje ciało mięknie, poddając się mojej woli. Z rozkoszy zamknęłaś oczy, a ja ostrym nożem otworzyłem ci brzuch. Smakowałaś obłędnie, gdy krzykiem chwaliliśmy życie, do szaleństwa eksploatując uległość.

piątek, 18 listopada 2022

Zbiór namolnych dygresji.


Guz właśnie wrócił do domu. Tak, ten sam, który czaił się na skraju gościńca, żeby za nim czaił się Szpieg, obserwujący jak Jolanta czai się na ciasto Łucji, a wracając zaczyna się jąkać w półkroku na myśl, że gdzieś tam, w Stolicy…

 

- A niech cię drzwi skarbca przycisną Anonimie podły! – Autor nie wytrzymał i krew się w nim zagotowała – ONA miała być TAJEMNICĄ! I dorastać z dala od Historii i plotek. Wszystko zepsułeś! Naprawdę nie mogłeś utrzymać gęby daleko od niej?

 

Guz, kiedy już osiągnął swój cel i osoby postronne opuściły miejsce zdarzenia – wstał i dyskretnie wracał do domu. Przy jego rozmiarach i manierach nie było to łatwe, więc ilekroć ktoś zaburzał guzią samotność, zalegał na tydzień dla bezpieczeństwa. Można więc powiedzieć, że po skali czasu wracał zdecydowanie dłużej niż w skali odległości. A mimo to – udało się. Stał teraz zawstydzony własnym sukcesem, otoczony tyralierą ciekawych wieści pobratymców.

 

- I co? Co TAM widziałeś? Dzieje się COŚ? Trzeba się MARTWIĆ?

 

Guz rozglądał się nieco rozpaczliwie. Tyle pytań, takie zainteresowanie kupą kamienia, której jedynym życiowym osiągnięciem był szczęśliwy(?) powrót…

 

- Ja… bo, ten… - zająknął się, usiłując odpowiedzieć hurtem na zbiorowe oczekiwania – no… Ludzie coś knują!

 

Utworzenie kompletnego zdania i to bez błędów laryngologicznych sprawiło, że sapnął, dumny z siebie pierwszy raz w życiu. Trzeba przyznać uczciwie, że w życiu kamienia niewiele jest powodów do dumy. TEN Guz był wybitny – choć był stosunkowo młody, już miał swój powód. I bardzo mu się podobało nadzienie, jakim się wypełnił. Postanowił pójść raz jeszcze. Nie pamiętał już co prawda w jakim celu poszedł, ale wracanie dostarczało takiej przyjemności, że pogodził się ze stratą czegoś tak płochego jak „cel”.

 

- Oooo… - tłum pobratymców zaszumiał lekko strwożony – Musimy być czujni!

 

Czujność kamienia objawia się tym, że przypada do najbliższego gruntu, choćby był najtwardszym gruntem świata, rzuca się nań z impetem i trwa nie mrugając nawet powiekami. Czai się. Obserwuje. Nasłuchuje. CZEKA. Tłum czujnych Guzów ludzie nazywają nieco pogardliwie gołoborzem, ale to zupełnie inny fragment narracji i nieco zbyt monotonny, aby poświęcić mu Czas i uwagę. Lepiej tam zajrzeć, kiedy coś się wydarzy. Na przykład - lawina.

***

 

Maleństwo budziło w smoku nieznane mu wcześniej uczucia tkliwości i macierzyńskie odruchy. Niewiele brakowało, a sutki rozrzewnionego smoka wypełniłaby góra słodkiego mleka i mimo, że nie byłoby to ptasie mleczko, to jednak z martwego gada utoczyć pokarm i wychować pisklę – to sztuka dla zaawansowanych istot.

***

 

- Taka strata – westchnął Autor – a miała być Czarnym Koniem opowieści! W jej bieżącym wieku nie mogła zostać nawet kucykiem. Najwyżej świerszczem, ale Pasikoniki (Historia oceni je należycie) chwilowo bardzo źle się kojarzą opinii publicznej.

***

 

Wieszczka była już zasadniczo spakowana, jednak krążyła po chałupie nerwowo, jakby coś jeszcze zabrać powinna.

 

- Ach! Proszek na musze odchody! – Jolanta z zadowolenia tupnęła nogą, aż podłoga stęknęła. Tupnięcie Jolanty, to nie byle co – Dorotce należy pomóc, choć może niegrzecznie jest się wtrącać. Jej pomóc trzeba, ale tym draniom, filozofom już nie. Nie dam im proszku na insekty. Niech tę ich świętą księgę trafi coś boskiego z czeluści Wszechkosmosu!

***

 

Dorotka była zrozpaczona. Prześpiewała już zapomniany hit nawet wstecz, w nadziei, że potomek musiał ukryć coś więcej jak klucz wiolinowy do utworu, który odmieni oblicze ziemi. TEJ ziemi.

***

 

W Kasinej sypialni…

 

- O nie! - Zawczasu zaprotestował Autor – tam trzeba zajrzeć na więcej niż rzut oka! Poczekajmy do kolejnego rozdziału!

***

 

Ziarenko grochu ogrzane królewskim łonem… znaczy się tym… dopełnieniem łona niezbędnym w celu reprodukcji, rozkoszowało się monarszym zauważeniem i turlało się wesolutkie i pyzate w niezbadanych przez nikogo wcześniej głębinach kieszeni spodni od piżamy.

***

 

Czas po raz pierwszy w tej opowieści poczuł obłęd między uszami. I stał niezdecydowany niczym gnomon na ratuszowej ścianie w dzień pochmurny jak noc. A przecież zwiedzał nie tylko tę połówkę świata. On bywał również po drugiej stronie i wszędzie gdzie-indziej, z czego nie spowiadał się nikomu. Bezwzględna Konieczność kopnęła go w miętkie, żeby jednak ruszył. Dla dobra wszystkich. Albo wręcz przeciwnie.

***

 

Słońce budziło się w nastroju rewolucyjnym i przymierzało długość fali odpowiadającą światłu w kolorze grobowej czerni. Nawet ładnie wyglądało. Czerń wyszczupla. Martwych nawet do imentu, znaczy do gołego szkieletu. Historia (nadal zamknięta w domowym areszcie) wzruszyła ramionami.

 

- Phi! Nie takie rzeczy widział świat. Ze dwie cywilizacje w przód egipscy szamani nazwą takie rozwiązanie zaćmieniem koronowym.

 

- Koronowym? – zainteresowała się czujna podświadomość króla Leona.

 

- Hę? – martwe smoki zdawały się być równie zaintrygowane, mimo (nie wiedzieć jak) WSPÓLNEJ OPIEKI NAD DZIECKIEM!

***

czwartek, 17 listopada 2022

Pod obcym niebem.

 

Izyda skromnie przeczekiwała na marginesie opowieści całe tabuny bohaterów przepychających się w pocie czoła i usiłujących grać pierwsze skrzypce nawet wtedy, kiedy mieli gumowe ucho i słuch muzyczny pierwszego stopnia. Inna sprawa, że niejaki Stradivarius (Bezwzględna Konieczność lekceważyła zapotrzebowanie na odkrycia w dziedzinie instrumentów muzycznych) miał się urodzić dopiero za parę (czyżby dwa?) tysięcy lat. Towarzyszące Izydzie Pasikoniki przeczekiwały równie wytrwale, widząc jak niewzruszenie stoi na krawędzi Pól z umysłem zajętym sprawami najwyższej wagi. W rzeczywistości była to tylko maniera wyniesiona bez zezwolenia Mistrza z Domu Filozofów i zbawienny wpływ świeżego powietrza znad Pól wytrącił ją z letargu. Wykonała krok w przyszłość i zostawiła Pola za sobą. Pasikoniki również. Z nimi kłopotu nie było – rozbiegły się po pastwiskach, bo trawa zieleńsza rosła nie tam, gdzie ją dopiero co wydeptali, na czczo żegnając Izydę.

 

Droga przez pustkowia (we wszystkich słownikach Wszechkosmosu nazywana bezdrożem) stanowiła kolejne herkulesowe wręcz wyzwanie, jednak Izyda miała naturę zbliżoną do stoickiej, lekko podkręconą szczyptą cynizmu.

 

- Skoro Stolica zna Bierutów, to znaczy, że ktoś musiał stamtąd wrócić. Czemu więc ja nie miałabym tam dotrzeć? Szczególnie, kiedy Pola Pasikoników okazały się korporacyjną zasłoną dymną, a nie śmiertelnym zagrożeniem. Podobnie rzecz miała się z nocą – mruknęła jeszcze i ciepłem kolan skłoniła konia do marszu.

 

Szli (choć koń bardziej niż Iza) pół dnia w przeraźliwie nudnym towarzystwie nizinnego pejzażu, na który składały się z grubsza sprawiedliwie: zwodnicza zieleń łąk i niebiański błękit do obłędu eksploatowany od paru (dwóch?) miliardów lat. Słońce było uprzejme zaskoczyć świat pomarańczowym przebraniem i wydawało się parodiować ten zaskakująco lepki owoc z drugiej, nieznanej połowy świata. Nieznane Izie drzewa, słysząc miarowy stukot kopyt, porzucały sąsiedzkie pogawędki i z niesmakiem zajmowały porzucone miejsca w szpalerach, zapewniając zuchwałej podróżniczce cień i świergot czerwonych ptaków ukrywających się skromnie, albo przezornie w wygrzanym listowiu. Dołem przemknęło coś, co samo wolało o sobie nie pamiętać, gdyż nie wyglądało atrakcyjnie, a na dodatek pochodziło z rodu dotychczas niesklasyfikowanego w żadnym nawet najbardziej fantastycznym katalogu zwierząt. Z dziupli wyglądały pisklęta i tylko ryk nadrzewnych drapieżników powstrzymywał je od opuszczenia gniazd. W gęstwinach dojrzewały jeżyny, usiłujące zwabić Izydę na manowce podróży, jednak ta była nieugięta. Szła naprzód (choć koń bardziej) i pociła się pod ostrzałem słonecznych promieni. W jukach przytroczonych do siodła wiozła zapas prowiantu na całą drogę, a termin przydatności przekraczał oczekiwaną długość życia najmarniej o drugie tyle. Nieco gorzej stała z wodą, jednak z nudów, obserwując topografię terenu, wytypowała hipotetyczne akweny zbieżne z azymutem, którym podążała (przy czym koń podążał bardziej). Z pobieżnych wyliczeń wynikało, że przed kolacją i zasłużonym odpoczynkiem powinna osiągnąć przynajmniej dwa spośród podejrzanych o wilgoć miejsc postojowych, więc zamierzała się nie martwić ani na zapas, ani o zapasy.

 

Bezwzględna Konieczność wiedziała wcześniej, że Izyda dotrze (ale koń bardziej) do miejsca postojowego. Ba! Wiedziała, co tam zastanie. Iza musiała poczekać dobre dwie godziny, aż pokona (koń bardziej) drogę, jednak udało się (im). Topografia nie wykazała się w kwestii wody za pierwszym podejrzeniem, ale za drugim poddała się i wepchnęła między kolczaste krzewy rachityczny, pogięty nieludzko strumyk, szemrzący nieco powyżej skali szumu. Popołudnie gęste było już od zmęczenia, gdy Izyda jednogłośnie podjęła decyzję o rozpoczęciu ulubionej fazy podróży, czyli popasu. Koń nie protestował. Izyda, jak każda szanująca się kobieta postanowiła przed kolacją oczyścić ciało i umysł z podróżnych brudów. Rozejrzała się podejrzliwie po okolicy, kazała koniowi się odwrócić i dopiero wtedy zaczęła luzować haftki zbroi, by jej nie narażać na przedwczesną korozję. Strumień wystarczał zaledwie na zatopienie stóp, a i to czynił niechętnie.

 

Narrator przypomina tym, którzy tego potrzebują – najcwańsze cząsteczki wody zawsze siedzą na dnie i z wielkim oporem opuszczają głębiny, choćby je deptać czymś więcej niż grawitacją. Nawet, gdy „coś więcej” jest piękną (nie wspominałem?), nagą (a o tym, to już na pewno) kobietą.

 

Młoda pani filozof zagadkę skutecznej kąpieli rozwiązała w okamgnieniu. Nie mając dość sił, żeby wyrwać z pejzażu i ustawić wertykalnie wystarczający kawałek ruczaju – sama zmieniła położenie względem świata i najzwyczajniej w świecie - położyła się na dnie, pozwalając nurtowi na… hmm… pozwólmy jej bez świadków przeżyć swój „pierwszy raz”, szczególnie, że noc była blisko, a pomarańczowe słońce rudziało pod przemożnym wpływem zbliżającej się fioletowej powodzi.

 

Czas z podejrzaną melancholią usiłował odgadnąć sny pachnącej świeżością kobiety, która po kąpieli, a przed snem, nabrała apetytu wystarczającego na podwójną kanapkę, plus dwa razy podwójne frytki. Każdy świat dysponuje zestawem zajęć, po których apetyt wykracza poza znaną skalę, a dietetycy grzmią i straszą wiecznym potępieniem. Czas co prawda lubował się w liczbach, jednak kalorie nie były jego mocną stroną. Podobnie jak ułamki i tabliczka mnożenia, o którą od dawna apelowała wieszczka Jolanta.

 

Są wieści rozchodzące się w przestrzeni szybciej od myśli i światła. Pod zastanawiającymi się nad własną nazwą „Trzema Zębami” plotka o Nadchodzącej pływała na powierzchni każdego kufla i drapała gardła niesłychaną sensacją.

 

- Samotna pośród Pół Pasikoników. Na pewno jest na skraju wyczerpania, pokiereszowana i nadgryziona tu i ówdzie. Ale ŻYWA! Bezbronna niewiasta uszła przed szarańczą z bezkresu i zmierza ku wsi. Jeśli nie padnie od ran – przybędzie (ale bardziej koń) pojutrze.

 

Byli i tacy, co chcieli jej wyjść naprzeciw, jednak w tej opowieści granice są rozmazane i tak niepewne, że trzeba desperata, aby dla widoku ogryzionej zapewne kobiety narażać się na osobiste uczestnictwo w łańcuchu pokarmowym ciut poniżej szczytu. Jeśli przeżyje – wyjdą jej naprzeciw, kiedy gościniec zadrży od końskiego kopyta tuż za kapliczką na rozstaju.

 

No właśnie – w Bierutowie rozstaje nie są tym, o czym zwykło się myśleć; że pozwolą na alternatywę, chyba, że miałoby nią być filozoficzne - iść, albo nie iść. Bierutowskie rozstaje wiodły jedynie do Kolonii, bo żadnej innej drogi nie było. A rozstajem nazywano lokalnie pewne szczególne miejsce niezbyt gościnnego gościńca położone dwa kroki za kapliczką, skąd jeszcze widać komin karczmy. Krok dalej komin staje się już tylko fantasmagorią podróżnika. Zrozumiałe jest, że w stronę mięsożernych Pól Pasikoników nie wiodła żadna droga – nikt z tubylców nie zamierzał prowokować drapieżników do poszukiwania żeru na jej końcu…

***

Świt.

 

 

Król Leon łagodnym spojrzeniem otulał ziarenko grochu. Miał mnóstwo czasu na zgłębienie zagadki, kto i w jakim celu wetknął je pod materac w królewskiej salonce. Noc minęła nadaremnie z powodu tego aktu sabotażu, jednak król wiedział, że wyładunek taboru pozwoli mu należycie wypocząć. Powozy i bojowe słonie, konie i nawykłe do wysokogórskich wspinaczek karawany mułów, magazyny żywności, sejfy, manufaktury, zamtuzy, dwa szwadrony lekkiej kawalerii i jedna bateria ciężkiej artylerii. Król podróżował z należytym rozmachem i godził się niechętnie na rozstanie z przyzwyczajeniami pałacowymi.

 

Prezes Korporacji brał przykład z majestatu i podróżował z podobną estymą względem własnych nawyków. Nim zgasły trupio-fioletowe cienie nocy pociąg dojechał do pętli Na Krańcu i elegancko zawrócił, by tu zaczekać na Święto Przemienienia, albo na szczęśliwy powrót wyprawy zwiadowczej. Maszynista w służbowym sejfie lokomotywy miał specjalne instrukcje dotyczące czasu dopuszczalnego postoju i oczekiwania na powrót Wielkiego. I nie zamierzał pozwolić zimie przyłapać się gdzieś z dala od łagodnej cywilizacji.

 

Kończył się właśnie rok nieparzysty, zajmujący w kalendarzu zdecydowanie mniej miejsca niż jego zmiennik na rok parzysty. Wszystko z powodu tego, że dni w roku nieparzystym występowały w liczbie pojedynczej, a w latach parzystych, w podwójnej. Nikt już nie pamiętał, czy ów ekstrawagancki pomysł pochodził od Bezwzględnej Konieczności, czy od kaprysu Czasu. A może smoki to wymyśliły?

 

Autor postanowił wtrącić się właśnie tutaj, aby dopowiedzieć nieco pikantnych detali o początkach Wszechkosmosu. Smoki były starsze od Czasu. Istniały zanim pojawił się Czas, a z tego faktu wynikało niezbicie, że nie umiały dorastać, a tym bardziej nie mogły się starzeć. Po prostu – były. Powołała je do życia jedyna istota zdolna do tak heroicznych czynów – Bezwzględna Konieczność. Jednak i ona cierpiała na wstydliwą przypadłość zależną od pewnego siebie Czasu. Gdyby wiedziała na co się narazi – na pewno pochyliłaby się dokładniej nad powołaniem Czasu do życia. A tak? Konieczność ZAPOMNIAŁA po co stworzyła smoki, bo to było strrrrasznie dawno temu. I choć w obrębie nieistniejącego „wcześniej” przedwieczne smoki swobodnie baraszkowały po zakamarkach wszechkosmosu, radując Bezwzględną Konieczność i beztrosko merdając ogonkami, to po pojawieniu się Czasu – wszystko zbzikowało i zaczęło się toczyć torem wyznaczonym przez nieubłaganego żandarma. Historia z oczywistych powodów nie mogła pamiętać nic starszego od Czasu, więc wiedza o zdarzeniach sprzed pierwszej pary „tik-tak” – pochodzić mogła jedynie od smoków, Bezwzględnej Konieczności i Autora.

 

- Autor absolutnie nie zgadza się zdradzić z pochodzeniem wiedzy tajemnej. Proszę molestować Bezwzględną Konieczność, jeśli ktokolwiek jest aż tak nierozsądnym Czytelnikiem. [przyp. aut.]

 

Wracając do Króla Leona, który w trakcie dywagacji podjął się wysiłku fizycznego i uniósł ziarnko, chowając w kieszonkę piżamy.

 

- Będę udawał, że nie zauważyłem – wygłosił komunikat w kierunku lustra, a ono odpowiedziało raczej paskudnym uśmiechem nieogolonej gęby – a jeśli sabotażysta zechce eskalować i następnej nocy podrzucić mi do łóżka granat, albo pestkę śliwki, schwytam gagatka za jego drzewo genealogiczne i ostatecznie pozbawię skłonności do rozmnażania!

 

Bezwzględna Konieczność patrzyła z uznaniem. Uwielbiała skuteczne rozwiązania i zdecydowane stanowiska.

 

- Zuch! – szepnęła – widać, że portki nosi nie od parady.

 

Snu Prezesa nie niepokoiły żadne warzywa i dopiero ryk bojowego słonia skłonił go do uniesienia powieki. Jednej. Nie było potrzeby marnotrawić dóbr i otwierać aż dwóch, żeby rozpoznać sytuację i podjąć działania adekwatne do okoliczności.

 

- Tak! Wyprawa wkroczyła właśnie w fazę realizacji. Znaczy w tę jej część, w której zwyczajowo działo się więcej, niż dało się przewidzieć i zaczynały działać podstępne Prawa Murphy’ego. Czyli można jeszcze swobodnie poleniuchować – pomyślał i pochwalił się za oszczędne rozpoznanie terenu i otwarcie tylko jednej powieki. Pozostało czekać na pierwszą z niespodzianek, a do każdej z nich lepiej podchodzić wyspanym, najedzonym i przenigdy pierwszym.

 

Ono usiłowało właśnie opracować modlitwę do Świętej Izydy o opiekę nad powłoką cielesną i szczęśliwe ukończenie zaocznego kursu kamieniarza, który rozpocznie jutro w dzielnicy rzemieślników. Wniósł zadatek, więc z listy studentów go nie skreślą na pewno. O zaoczność nie musi się już martwić. Ma ją zagwarantowaną poprzez udział w wyprawie. Kurs poezji zakończył rok temu, również eksternistycznie i nieco zapomniał już zasad obowiązujących twórcę, aby dzieło nie wymknęło się spod żelaznej reguły sztuki. Nie każdy zbiór słów był poezją. Nie każda poezja modlitwą. Nie każda modlitwa mieściła się w słowach. Ono nie mieścił się w dworskim orszaku. Już nie. I samo to było warte modlitwy o poranku. Ostatecznie poprzestał na kiwnięciu głową i machnięciu ręką. Ale, gdy już machnął, zrobiło mu się wstyd. Poza tym bał się, że zaniedbane bóstwo skarci go za lekceważenie, więc czym prędzej uczynił znak żeglarzy i obejrzał się przez ramię. Przypadek sprawił, że nie stało tam żadne wściekłe bóstwo – więc musiał to być dobry dzień dla Ono. Bezwzględna Konieczność tylko uniosła brew. Czyżby znacząco?

 

Antoś machinalnie polerował rękojeść znicza. Znicz, to jednak COŚ INNEGO niż zapalarka lamp gazowych. Żeby być w pełni profesjonalnym dźwigaczem znicza, musiał nauczyć się go na pamięć. Każdym zmysłem osobno i wszystkimi naraz. Dlatego, zanim otworzył oczy, przesunął dłonią po rękojeści wykrywając przynajmniej dwie drobniuteńkie skazy mniej więcej w połowie styliska. Zerwał się raptownie, zaburzając spokój kapci czekających cierpliwie jak krokodyle, aby połknąć dorodne stopy Antoniego.

 

- Masz ci los! – sapnął wystraszony – A niech mnie! O rany… Skażą mnie na ognie piekielne. Albo smokom na obiad rzucą. Zniszczony znicz nie udźwignie ciężaru świętego płomienia. I cała wyprawa pójdzie na marne…

 

Zenon w tym czasie jeszcze stroił kuszę, sprawdzając kciukiem dźwięk naprężonej cięciwy. Wysokie C było wyraźnie zawstydzone tym, czego od kuszy wymagał wirtuoz i pokornie usunęło się w cień. Zenon uśmiechał się – jeśli grymas na jego twarzy ktokolwiek odważyłby się tak zdefiniować. Lepiej tego nie robić stojąc przed nastrojoną jak brzytwa kuszą.

***

Chłodnym wzrokiem.

 

Brodaty facet szedł dziwnym krokiem, szeroko rozstawiając nogi i to wcale nie z powodu kałuż. Patrzył przy tym na własne kolana i zdawał się być zdumiony widokiem. Konia mu ktoś chyba ukradł spomiędzy nóg. I wyjaśniło się czemu musiał skorzystać z opcji tramwajowej. Dwa przystanki dalej miała się zacząć zima, jednak pozory znów myliły. Do tramwaju wsiadł chłopak w czarnej bluzie z kapturem. Bluza wyglądała jakby ją śnieg oprószył, albo kto farbą pochlapał, jednak śnieg nie odtajał przez kolejne minuty, a i farbą nie waniało po pokładzie. Więc nie. Nie zima.

Rynek, który lubi chwalić się granitową przestrzenią pól nieuprawnych dziś pachnie drewnem. Niczym podeszczowe grzybki rosną jarmarczne budki, które dopiero święty Sylwester wygoni ze starego Miasta. Słoneczny zegar cierpi na zgryzoty – zmiłowania szuka we wzroku przechodniów, nie wiedząc jaką godzinę ma wskazać, żeby za bardzo nie błądzić w popielatych mirażach świtu. Elektrociepłownia wymiotuje nieskończonym strumieniem obłoków, które wiatr upycha po zachodnich dzielnicach, litościwie osłaniając przed wzrokiem podróżnych chlubę minionej epoki – wielkopłytowe blokowiska.

środa, 16 listopada 2022

Niektórzy patrzą w górę.

 

Znienacka zawitaliśmy w domu Filozofów, gdzie życie toczyło się nurtem o jakim marzą filozofowie w każdym Półświecie. Statecznie, pośród sutych posiłków i obowiązków godnych zaniechania. Szczególnie teraz, gdy Król świecił przykładem na odległym froncie walki z ciemnotą, dokąd udał się osobiście (powiedzieć, że pojechał pociągiem, to obrazić majestat. Majestat udaje się i nadzoruje postępy w realizacji zadań. Względnie karze jedną z kar głównych, czyli głowę z karku ściągnąć każe – ot taki rodzynek ortograficzno-filozoficzny) I teraz jest gdzieś tam… nie wiadomo tak naprawdę dokąd się udał. Donikąd? A może to tylko zasłona dymna?

 

Boro z wysokości emeryckiego piętra kontemplował świat, wydłubując z zębów resztki mięsa nie dość płochego, by ujść z życiem podczas Wielkich Łowów na Niemal Dzikich Terenach Łowieckich. I zastanawiał się, mimo słońca pomarańczowego, jak nieznany owoc zamieszkujący drugą półkulę i lepki tak ohydnie, że tylko desperat zbliżyłby się doń dobrowolnie. Boro podejmował kolejną życiową decyzję mogącą mieć implikacje w nadchodzącej niemrawo przyszłości - Opuścić pokład nieustającego spokoju i spaść na niższe piętra jak kupa gołębia, który zawsze wie, że pod kuprem znajduje się cel wart wysiłku jelit? Czy trwać w oazie spokoju, bez szans na nobilitację, za to mając okno z widokiem i pewność, że jutro nie zaskoczy go niczym więcej, jak wyszukanym deserem.

 

Atmosferę podgrzewał nieco Wielki Mistrz Fran krążący nerwowo po jadalni głównej Wieży Oświecenia. Wciąż nie mógł pogodzić się z impertynencją władzy.

 

- Olali mnie! – mruczał do siebie, ale wykrzyknik postawił bardzo jadowity – Żeby nawet listu pożegnalnego? Jak kmiotka zostawili w Mieście na pastwę tłumu, który tylko patrzeć, jak wedrze się na salony i obedrze ze skóry lepszych od siebie. I jeszcze ten nieszczęsny ranny Arek mógłby już dotrzeć. Z Aną nie da się w ogóle prowadzić dysputy. Jak Arek z nim wytrzymuje?

 

Arek, wraz z mniej poszkodowaną częścią świty, miał do pokonania jeszcze tylko dwie ławki na gościńcu Prawie Dzikich Terenów Łowieckich i ostatnią oberżę (patrząc od strony Pól Pasikoników, względnie pierwszą dla obserwatora tkwiącego w Stolicy). Czyli w gwarze ludzi prostych – do szkoły powinien dotrzeć pojutrze i uwolnić Mistrza od wątpliwej jakości towarzystwa Any. No, chyba że rany bitewne będą okrutnie dokuczać filozofowi i niezbędna stanie się żmudna i długotrwała rehabilitacja w królewskich sanatoriach gdzieś nad spokojnym fragmentem oceanu, albo pośród ośnieżonych szczytów gór pełnych dziewictwa.

 

- To król ma własne sanatoria?

 

- Anonim! Zachowuj się! Przecież każdy wie, że król może mieć czego tylko zapragnie. Co tam taki Zdrój jeden z drugim – to wyłącznie jedna z wielu zapodzianych w pejzażu wioseczek. Gdy trud polityki zagranicznej wymagać będzie rekonwalescencji, medytacji, albo atrakcji z niezwykle wysokiej półki „dozwolone wyłącznie dla pełnoletnich władców” król po prostu MUSI takowe posiadać. A gdyby przyszło nam gościć innego króla, to gdzie?

 

- Gościć Samozwańca?

 

- A niechby! Zabronisz Królowi kreci móżdżku?

 

Anonim wiedziony instynktem samozachowawczym skrył się za kotarę i pozbywając się zniecierpliwienia możemy już wrócić do ważkich problemów związanych z prowadzeniem domu. Filozoficzny Dom prowadził się w myśl rozmaitych sprzecznych idei i dlatego wrzało nie tylko w kuchniach i pralni, ale nawet w zbrojowni (po kiego grzyba broń filozofom?) czytelni akt współczesnych i antkwarnii – miejscu przechowywania starodruków grawerowanych w świńskich skórach jeszcze przed ubojem, żeby treść się nie zatraciła nadaremnie.

 

Knucie (co wie każdy spiskowiec) wymaga towarzystwa i oprawy. Grozy i tajemnic. Schadzek i korytarzy w których czaić się powinno ZŁO. Jak miał knuć Fran bez najwierniejszego zausznika? Z kim dzielić niedolę? Jak rozdzielić zadania i terroryzować ciemiężcę, albo dokonywać aktów sabotażu, względnie opracowywać podskórną bibułę by posiać wątpliwość w maluczkie, egoistyczne umysły?

 

To dlatego pozbawiony wsparcia i jednej z dwóch linii frontu Fran czuł niepokój, zgagę i odcisk na lewej pięcie w papuciu krzywo rozchodzonym.

 

- Taka okazja – wzdychał – Król i Prezes daleko stąd. Moglibyśmy opanować najwyższe piętro i raz na zawsze rozwiązać problem szanownych emerytów. Niechby nawet były straty w ludziach. Jestem na to gotowy! Bohaterom zagwarantuję pośmiertnie ćwierć strony w Białej Księdze. Zaraz po Świętej Izie. Moglibyśmy zwerbować ochotników wśród studentów i co bardziej krewkich profesorów. I strącić w czeluści parteru emerytów wraz z Boro! Cóż za świetlana wizja. Jaka przyszłość oświetla genialny plan przesiedleńczy. Wracaj Arek! Migiem! Przyszłość zerka na ciebie łakomie i ma dla ciebie zadanie więcej niż ważkie!

 

Bezwzględna Konieczność uśmiechała się nawet w tej chwili, gdy siedziała na ostatniej z ławeczek dzielących Arka od smogu Stolicy i ktoś jej wyrwał spod tyłka deskę na budowę jeszcze jednej kamienicy w spalonym kwartale dzielnicy ZA RYNKIEM. Konieczność nie tylko rozumiała potrzebę. Ona nosiła w sobie zgodę na ten spontaniczny akt zawłaszczenia. Niemal Dzikie Tereny Łowieckie erodowały podobnie do próchniejących drzew, czy kruszących się niedostępnych niegdyś szczytów. Na przykład noszących dziś już nieuzasadnioną nazwę Dzikiego Rogu.

 

- A teraz zagadka – Autor najwyraźniej zażył coś zakazanego – Czy martwy smok z ogonem, który uległ totalnej erozji wciąż jest smokiem?

 

- Podpowiedź – tegoż Autora, po popiciu czymś równie niezdrowym, co zabronionym – Wyprawa pod światłym kierownictwem Króla Leona i Prezesa Lucka zmierza właśnie tam, by szarże mogły osobiście zinterpretować opcje dla Historii. Historia w tym czasie została zamknięta w domowym areszcie i oczekuje na wskazówki, pod strażą zwierząt nie znających litości. Nie przemknie się do niej z grypsem żaden tresowany szczur, czy koliber z wiadomością na miniaturowej obróżce. Żaden tam-tam nie wyburczy wezwania do gwałtu. Żaden róg nie zapieje hymnu wzywającego pod sztandary. Ani namiętność nie skruszy łańcuchów, by być razem na wieki wieków amen.

 

- Z historią? Bleee… Nikt nie jest aż tak niewybredny!

Przerywnik.

Może to deszcz wiszący w powietrzu na krawędzi decyzji, czy powinien spaść, czy rozejść się po niebie sprawił, że wypełniłem się melancholią niczym jarmarczny balonik helem. Patrzyłem na dziewczę o wargach chemicznie czerwonych i zastanawiałem się, czy uroda jest kwestią maskowania stanu naturalnego, czy można ją domalować, albo podkleić, czy wybrzuszyć w specjalistycznie gotowym na wszystko zakładzie zaawansowanej medycyny. I dostrzegam, że najwięcej energii w poprawianiu natury wykazują kobiety przyszłości. Znaczy panie-na-próbę, które własną kobiecość dopiero odnajdą, gdy bieżący kalendarz będzie przeszłością.

 

Zginąłbym niechybnie w natłoku smętków, gdybym nie zerknął na dachy okolicznych budynków. Kiedyś… Kiedyś siedziałyby na nich gołębie. A teraz siedzą kamery. Na każdym bez wyjątku. Dla mojego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa moich dzieci – nawet nienarodzone będą pod ochroną. Łypią na mnie jakoś tak podejrzliwie. Zapewne już przypisały mi paragraf i zdjęły odciski palców, skan oka, a może nawet w majtki zajrzały i pomierzyły moje talenty prokreacyjne. W sklepie bez telefonu nie uda się odebrać paczki. Pan Musk podgląda mnie z tak wysoka, że nie mogę się zrewanżować – za biedny jestem. I jeśli kiedykolwiek powiem, że jestem sam – będę kłamcą, albo głupcem – zawsze ktoś patrzy. I nigdy się nie przedstawia.


Prawo ciążenia.

 

Start pociągu zaplanowany był na godzinę mocno już popołudniową, aby bezpieczną część trasy przejechać przedzierając się przez oswojone okolice i nocne tumany fioletu wolne od głodu istot spoza zaktualizowanego rok temu katalogu zwierząt wciąż żyjących na Podwójnej Planecie. Planowo, o poranku, stanąć mieli u podnóża bezdroży, gdzie już wszystko się zdarzyć mogło, albo w najgorszym razie zdarzy się wkrótce. Druga, właściwa część wyprawy przynieść mogła chwałę bohaterom i łatkę tchórza pozostałym. W pluszowym wnętrzu korporacyjnego Ekssspresu uwodził podróżnych ulotny aromat kawy i wanilii. Orkiestra grała stonowane kawałki autorstwa Dziennej Doroty lekko nasiąknięte jazzową uryną betonowego klombu pełnego niezapominajek czy może chabrów, prestidigitatorzy czynili niesłychane sztuki magiczne i zmieniali domowe zwierzątka w kotlety, a fantazyjne bukiety rosnące w skrzynkach podokiennych w surówki tak wymyślne, że nawet wiekowa porcelana popadała w zadumę nad doborem trafnych epitetów.

 

Wyprawa zapewne miała niewielkie epickie aspiracje, jednak pozory mogły mylić. Zasadniczo - pozory nigdy nie mają nic innego do roboty, jak tylko łudzić i mamić tych, którzy je dostrzegą. A pociąg był ich pełen. Jak i intencji i marzeń. Można powiedzieć, że największą część frachtu stanowił towar spoza manifestu okrętowego, którym pociąg był wyładowany z górką i ponad dopuszczalną ładowność podróżną. Czoło karawany zagwizdało dość zawadiacko, ignorując bogobojną sugestię, że za rogiem czai się wściekły rottweiler, pragnący wykazać się czujnością, w obronie niedojrzałych jabłek, na hipotetycznej gałęzi drzewa genealogicznego maszynisty.

 

Przypisek odautorski – Maszynista doskonale wiedział, że był to gwizd ćwiczebny. Pierwszy z dwóch poprzedzających właściwy start. I dlatego pozwolił sobie na tę dość skromną zawadiackość w obliczu niepewnej przyszłości. Ale pasażerowie docenili gest i bili brawo. Niektórzy szczekali, albo parskali z trzewi wagonów towarowych. I nawet tam niektórzy mieli imiona inne niż stek, rumsztyk, czy pieczone udko. Pociąg pod bezpiecznym okapem nie do końca rozkradzionego dachu dworca nastrajał się romantycznie na podróż za kres widnokręgu i prężył tłuste żelazne tłoki, na widok których, co bardziej specyficzne istoty zaczynają wzdychać, bądź się rumienić.

 

Wreszcie rzucono cumy i pociąg pokonał odległość między białymi chusteczkami, a pierwszą myślą o odległym porcie macierzystym. Bezwzględna Konieczność, wzorem pocztowego gołębia po skończonej szychcie, siedząca dotychczas spokojnie na krokwi dworca wzruszyła ramionami i jednym, adekwatnym do potrzeb susem przeniosła się na dach wagonu zamykającego podróżny peleton.

 

- Posuń się szczeniaku – warknęła, a Czas potulnie skulił uszy i przeniósł bardzo już sterane używaniem pośladki nieco bliżej lokomotywy robiąc miejsce dla majestatu przy banderze zatkniętej na krawędzi ostatniego wagonu.

 

Noc cierpiała na bezsenność i z nudów zliczała turkot kół na rozjazdach, posapywanie sytej czeredy podróżnych i nerwowe przeładowywanie kuszy Wielkiego Łowczego Korporacji. Zadra (nikt nie znał prawdziwego imienia Łowczego, a on sam usiłował je zapomnieć i demolował szare komórki napojami, których reklamę wolno było rozpowszechniać po dwudziestej drugiej – czyli dla fioletowstrętnych ludzi niemal nigdy) nadawałby się na policjanta w dzielnicy ZA RYNKIEM – jednak nie wystartował w konkursie. Nadal pociągało go strzelanie do istot nieznanych nauce, dzięki czemu on był pierwszym, w którego holu zawiśnie dymiący jeszcze życiem łeb, nim zostanie mu nadana nazwa w martwym języku zoologów. Król Leon pod przemożnym wpływem Samozwańca Jana zastanawiał się nad wprowadzeniem do powszechnego stosowania Wielkiej Księgi Niezwykłych Rekordów i gdyby przestał się wahać i przystąpił do dzieła – Zadra natychmiast zgłosiłby akces na przynajmniej dwu pełnych kartach i kolejnych też – tylko ten… zapomniał (?) jak nazywają się dalsze numery?

 

Zadrze ze szkołą było nie po drodze – szkoła stała w miejscu, jak wielka purchawka i czekała, aż ją rozdepcze roztargniony Cyklop, albo Guz. Zadra lubił ruch. Podziwiał muchy i te ustawiczne, zwodnicze ruchy, pozwalające ominąć packę o włos i wzbudzić słowa tak dalekie od słownika, jak tylko się da. Zadra był równie ruchliwy. Nawet kiedy siedział – wiecznie przebierał nogami, palcami wyczyniał tajemnicze operacje, a jego jelita przemieszczały się i rozpychały pod skórą tak, że mniej odporne (albo posiadające większą wyobraźnię) niewiasty wolały unikać widoku relokacji wężowych splotów osiadłych (cóż za niestarannie dobrane słowo) w jego jamie brzusznej. Między innymi dlatego nie bywał zapraszany na niedzielne obiadki, a tym bardziej na kolację ze śniadaniem do łóżka spragnionej towarzystwa wdowy.

 

Prezes zaprosił go na wyprawę do Krzywego Rogu i było to zaproszenie kategoryczne, na które strach nie odpowiedzieć entuzjazmem. Szczęśliwie Zadra uwielbiał Bezdroża i włóczęgę. A najbardziej uwielbiał włóczęgę z amatorami. Dostarczali mnóstwa radości własną indolencją, przy okazji stanowiąc nieświadomie rolę wykwintnej przynęty. Mając u boku żółtodzioby polowanie na Niepojęte Stwory sprowadzało się do siedzenia w składanym fotelu pośrodku obozowiska przy kubku dymiącej kawy i czekaniu aż nadciągnie z otchłani głodomór. Reszta bywała na ogół formalnością. Brzęk cięciwy, odcinanie łba/łbów patroszenie i uczta pełna psalmów i innych pochwalnych pieśni podpartych datkiem na sfinansowanie kolejnej ekspedycji. Ostatnio modne stało się robienie obrazków na tle trofeów. W pociągu malarzy nie brakowało, gdyż wyprawa ROKOWAŁA!

 

Nosiciel płomienia… znaczy znicza – Antoś polerował rękojeść w jednym z podrzędnych wagonów i czekał na swoją wielką chwilę. Naprzeciw siedziało Ono (z chrztu Makary) i prowadziło pogawędkę dotyczącą minionych problemów dworskich, którymi wreszcie nie musiało zaprzątać sobie głowy.

 

- Ot! Hultaj jeden… jedno hultajo… jedna hultajka.. – Jasny szlag trafiał Autora na samo wspomnienie dworskiego indywiduum w jego/jej bezpłciowej osobowości – Ty naprawdę sądzisz, że Leon pozwoli ci zostać kamienist(k)ą? Sądziłem, że jesteś mądrzejsze! Król nie pozbędzie się lakmusowego papierka, choćby miało nietęgi kolorek.

 

Ono jednak wciąż trwało w zachwycie, że wreszcie zdobędzie PRAWDZIWY zawód i zamiast gadać (lub milczeć znacząco) będzie tworzyć w granicie. Może sobie stworzy osobistego Guza ochronnego, gdyby pozyskało wystarczająco dużo materiału choć średniej jakości?

 

Pociąg rozcinał noc na schludne części, a w zaciszu panieńskiej sypialni wtórowała mu Dzienna Dorotka krojąca przed snem gruszkę na cząstki pasujące rozmiarem do jej pochłaniacza. Gruszki wybrała instynktownie, uważając jabłka za owoc zbyt grzeszny, aby móc go spożywać w koszuli nocnej po wieczornej modlitwie.

 

Wieszcze Jolancie odbiło się dość głośno na gościńcu, gdy wracała z niezwykle udanej, nieproszonej wizyty u Łucji. Jabłecznik wyszedł obłędnie. O-BŁĘD-NIE!

 

Dziecię, o którym cichosza, przewracało się właśnie na drugi bok, kopiąc malutkimi piętami łuskę uwierającą ją w delikatną pupkę. Smok uśmiechnął się czując jak w martwym ciele budzą się macierzyńskie instynkty.

 

To wystarczyło, żeby wieszczka zatrzymała się w pół kroku z uniesioną do góry stopą i pozwoliła sobie na zatonięcie w głębinach podświadomości, nieświadoma, że właśnie nie-wdepneła w efekt przemiany materii produkcji krowiego układu trawiennego.

 

- Nie! Nie mogę spraw zostawić samopas. – Ulga opanowała ją gdy wypowiedziała te słowa – Muszę, po prostu muszę się wtrącić! Idę do stolicy.

 

Z kobiecą logiką poszła, jednak nie w stronę Miasta, lecz do domu. Zanim wyruszy trzeba porządnie zakręcić palenisko, zmienić gatki i spódnice na świąteczne, nakarmić żywinę, zabutelkować zbiory fermentującej burzliwie żurawiny i zaczekać na przybycie…

 

- Czy wy też pamiętacie o Izydzie? Ona zmierza do Bierutowa w tempie strzały potulnie leżącej w kołczanie przy siodle konia żegnającego każde mijane źdźbło z osobna. W otulinie szczebioczących Pasikoników osiągnęła właśnie krawędź Pól i już tylko bezkres odległości dzielił ją od celu, gdy porzuciliśmy śledzenie bystrej dziewczyny z brakiem zacięcia filozoficznego!

 

- Chyba i na mnie pora – mruknął Szpieg i podciągnął portki, leżąc za tym samym co uprzednio kamieniem. I nikt mu nie zamierza kiedykolwiek powiedzieć, że tydzień później ów kamień wstał w środku nocy, otrzepał z kurzu ręce i w granitowym skupieniu pomaszerował w stronę granicy.

***

Kwitnące uczucia.

 

Józef ostrożnie budził się w łóżku. Powiedzieć, że w swoim, byłoby perfidnym gwałtem na niczego nie podejrzewających, niewinnych faktach. Swoje łóżko Józef miał w czasach, kiedy jeszcze nie potrafił powiedzieć takich słów, o zrozumieniu ich ledwie napomykając. A teraz budził się w łóżku Katarzyny, na dodatek pod jej czujnym okiem. Niepokojąco miłe przebudzenie o trudnym do przewidzenia wątku, zwanym pospolicie ciągiem dalszym.

 

Kasia, chcąc chyba zyskać na czasie, wygnała go do łazienki na niezwykle długą kąpiel i przyglądała się efektom nie okazując ani cienia, ani wstydu. Józef również nie czuł owego egzotycznego dlań uczucia. Kąpiel przegrała z warstwami brudu cierpliwie pokrywającymi jego ciało od lat. Został wysłany na drugą połowę, potem na dogrywkę i wreszcie bardzo długą serię rzutów karnych, aż jego ciało z zalążkiem wstydu przypomniało sobie, że tam, pod spodem, potrafi być różowe.

 

Chwilowo musiał poprzestać na zalążku i wracać do łóżka, aby wysłuchać precyzyjnych instrukcji na ów dzień (ten sam, w którym słońce w innych częściach Półświata świeciło bladą z niewyspania żółcią). Kasia poinformowała go, że ma nadzieję – co samo w sobie było przerażającą sugestią. I że owa nadzieja jakoś wiąże się z Józefa trzeźwością, która kraulem usiłowała dopłynąć do brzegu czaszki po spienionym morzu piwa (woda, jeśli w tym morzu była, to oczywiście przycupnęła najgłębiej jak się da i pozwalała szumieć piwu na powierzchni). Kasia musiała iść do pracy, zanim trzeźwość sięgnęła brzegu józefowych oczodołów i aż do świtu serwować spragnionym to, czego chwilowo nie udało się wypreparować z jaźni Józefa. Mentalnie przykuła go do kaloryfera, który niebawem zostanie odkryty i zastąpi popularne w Stolicy termofory rozprowadzane przez wszędobylską Korporację. Rozrzuciła po sypialni gęstą sieci połykaczy tak misternie, że nim wyszła Józef wyrżnął na poduszki miękkie i pachnące jak łąka majowa, po czym zdobył się na obietnicę, co przychodziło mu łatwo. Miał wprawę i niemal każdej nocy coś obiecywał. Tym razem obietnica spotkała się z trzeźwą oceną sytuacji i Kasia postanowiła podeprzeć intencje praktycznym kluczem w solidnych drzwiach sypialni. Zachrobotało i Józef został zespolony z sypialnią zaskoczoną faktem, że została sam na sam z mężczyzną. Chyba mężczyzną. Nie była pewna. Józef również. Kasia nie zaprzątała sobie główki pruderyjnym aspektem zniewolenia. Musiała fizycznie stąpać po truchle smoka w drodze do karczmy, żeby napoić spragnionych i (być może) nakarmić głodnego wystarczająco odważnego (albo głupiego), żeby do karczmy wejść.

 

Ponad tumanami dymu i myśli spoconych od zuchwałości pijących, Kasia układała plany na kolejny dzień. Bardzo powoli. Z pietyzmem. Nie wiadomo skąd pojawiła się czułość. Jej twarde dotąd ciało zmiękło w kolanach. W najmniej spodziewanych momentach, w żołądku trzepotało coś, mimo że była pewna, iż nie połknęła niczego zdradzającego oznaki życia. Skąd miała wiedzieć, że w dziewiczym piecu podbrzusza namiętność rozpalała właśnie żar?

 

- Mój Józef – pomyślała i kolana po raz pierwszy kategorycznie odmówiły współpracy. Niewiele brakowało, a machnęłaby ciężką ręką na monety tonące w kałużach piwa na kontuarze. – Muszę uważać z tą tkliwością, bo pójdziemy z torbami.

 

„My” utorowało sobie drogę na zewnątrz już bez większych sensacji. Józef w tym czasie usiłował wzbogacić opowieść życia o kolejne detale, jednak bez płynnych wspomagaczy kiepsko mu szło. Wolał przymknąć oczy (zanim wywalą go na zbity pysk) w cieple kasinego łóżka i oddać się medytacjom do jakich nie był przygotowany. Czas bezceremonialnie uwalił się obok i przyglądał się z uśmieszkiem, w którym gotował gulasz sprzecznych uczuć. I chyba z litości przewinął samotne chwile, najwyraźniej żądny sensacji i świeżych ploteczek z następnego tete-a-tete.

 

Narrator jednak nie zgodził się na pospieszną kontynuację flirtu. Jeśli uczucie ma dojrzeć do konsumpcji – potrzebuje czegoś więcej niż chwili. A tę można spożytkować odwiedzając na przykład wieszczkę Jolantę idącą właśnie z wiklinowym koszem pełnym żurawin i buteleczką wyciągu z ajeru do Łucji. Drogowskazu nie potrzebowała. Do Bierutowa wiodła jedyna droga z Kolonii, na skraju której mieszkała od zbyt dawna, aby ktokolwiek uwierzył. Na dodatek – aromat szarlotki bezjabłkowej prowadził ją bezbłędnie. Nawet wieszczyć nie musiała.

 

I wtedy właśnie ukłuło ją coś ukryte głęboko pod fiszbinami stanika – myśl obca w niej się zalęgła i urodziła zgoła. Działo się coś w Wielkim Półświecie. Coś, w czym powinna brać udział. Przyszłość narodziła się i dojrzewała, żeby wybuchnąć, wypełniając przeznaczenie. Może to ktoś, kto wreszcie zdefiniuje liczbę większą od dwa? Może wyjaśni istotę nazwy „Trzy Zęby” dziś brzmiącą z cudzoziemska?

 

- Ciii – szepnął Autor wpinając w przestrogę taką ilość dramatyzmu, że pod jego ciężarem podróżny worek z tajemnicami zaczął przeciekać i wysypywać się na gościniec. – Ona ma pozostać w ukryciu. Na razie.

 

- Acha – mruknęła Jolanta i poutykała w podróżnym worze tajemnice usiłujące rozpełznąć się i zagnieździć w postronnym uchu, którego szczęśliwym zrządzeniem losu nie było w okolicy. – Trzeba poprosić Łucję, żeby mi pocerowała worek. Albo sprawić wreszcie nowy. Byłby niezły numer, gdyby tajemnice rozsypały mi się w wiejskim sklepiku, albo w karczmie.

 

- Acha! – znienacka mruknął Szpieg, o którym od wielu wierszy cichosza, aż świat zapomniał o nim lekkomyślnie, a los kolejny raz wykazał się względem nosiciela tajemnic brakiem szczęścia. Jolanta dostrzegła właśnie kominy bliższego skraju Bierutowa, gdy Szpieg wynurzył się zza przydrożnego kamienia i żując trawkę zastanawiał się nad istotą przechowywanej przez Jolantę pod fiszbinami wiedzy ponadzmysłowej. Z Autorem przezornie postanowił nie zadzierać, żeby go nie wygumował z fabuły ostatecznie i nieodwołalnie. Atakowanie percepcji wieszczki wydawało się niemal równie nieprawdopodobne, jednak szansa, choć mizerna, to jednak była większa od zera.

 

- Czy w Półświatku zero zostało już wynalezione? – Anonim najwyraźniej nie miał nic lepszego do roboty, niż systematyzować zbiór liczb znanych na Podwójnej Planecie.

 

– Nie wiem cholerniku jeden. Niech cię Guz nadepnie!

***