środa, 13 stycznia 2021

Spotkanie.

 

Wracałem. Sam już nie wiem skąd, z głową ciężką, dobrze zakurzoną. Pieszo, co poniekąd miało uwolnić mnie od ciężaru wieczornej rozpusty. Od mgieł w głowie i porannego kaca. Ulica absolutnie nie nadawała się do spacerów. Zbyt szeroka, zbyt prosta, czego można byłoby się spodziewać po pasie startowym lotniska, a nie po przyjaznym dla ludzkości deptaku. Z przekąsem uśmiecham się do historii – tu ponoć było niegdyś lotnisko, ale wystartował stąd ledwie jeden samolot, by chwilę potem awaryjnie i toksycznie przyziemić, co karierę frontowego lotniska zakończyło bezapelacyjnie w ferworze zapalających pocisków z katiuszy.

 

Ulica miała zalety – wiatr potrafił się tu rozpędzić do prędkości przekraczających prędkość dźwięku i gwizd docierał do sponiewieranych długo po fakcie, więc tubylcy pod wpływem płynnej fantazji raczej omijali promenadę. Jednak wiatr wydmuchiwał stąd nie tylko brud i łzy. Zdarzało się, że porywał westchnienia i niedokończone marzenia. Demony, zanim urosły w siłę. Skołtunione, zmotłoszone i niezbyt dojrzałe wyglądały jak pęczki skrobu w australijskim interiorze. Dla zakurzonej głowy, taki wiatr był bodźcem. Szczepionka ostatecznie oddzielająca ziarna od plew. Nad ulicą smętnie i dusznie kołysały się sodowe światła latarni rozedrganych w emocjach, a pod nimi, chyłkiem, pospiesznie przemykały nieliczne samochody wystraszone żółto-pomarańczowej, piekielnej poświaty na spopielałej czerni asfaltowej rzeki.

 

Sepia i magia. Noc niedoskonała, zarażona barwami i dechem piekieł. Wyobraźnię mam dość rozpasaną, podatną na podszepty i czekającą tylko nieuważnej chwili, więc czym prędzej podążyła w czeluści wsparta wspomaganiem farmakologicznym. Uwięziłem dłonie w kieszeniach, żeby nie dotknąć jadowitej okolicy. Nie głaskałem nic i nikogo, nie witałem się z cieniami i pokutującymi wspomnieniami obcych, nieznanych istot przeglądających tęsknie pyski w nielicznych kałużach, czy niedomytych witrynach zamkniętych barów. Wieżowce, niczym gigantyczne kostki szarego mydła upiornie sterczały ponad rzeczywistość i grzebieniem anten drapały niebo. Obojętne dłoniom, szukającym zajęcia i znajdującym je poprzez dziurawe kieszenie. Ciepło, chociaż noc. Pot zaczynał się perlić na czole, po frywolności i rozpasaniu samopas puszczonych dłoni. Trudno – niech sobie radzą… radzę.

 

Tymczasem nogi mieliły pod wiatr i niosły mnie na przekór. Trudny kurs, kiedy spod czaszki dymi bardziej niż z gejzerów w parku Yellowstone. Nawet wytrawny żeglarz potrzebuje wsparcia, a co dopiero laik. Kapota wydęła się niczym spinaker i chwytała w poły liście, paprochy i całą resztę, jaką wiatr i Miasto było uprzejme wetknąć mi pod pachy. Ostrożnie zerkałem ku widnokręgowi, aż w końcu odsłonił zapowiedź starszej części Miasta. Fatamorgana? Omamy? Szedłem niewzruszenie i ostrym halsem meandrowałem pod wiatr. Mając nadzieję, na korzystną zmianę, na zakamarki, zaułki, wąskie uliczki osłonięte liszajami kamienic sprzed wieków, na cień pomników, na ratuszowe zaplecze pełne zapiekłych smrodów kuchennych i wejść dla służby poutykanych pomiędzy grube mury. Wykusze, oficyny, przechodnie bramy, zadrzewione uliczki pełne legend i baśni być może spełnionych…

 

Widok dodawał sił, więc szedłem wciąż, mijając ukłony aut świadczących sobie nawzajem grzeczności, irytujące tych, co świadczą i tych, którzy doświadczyć mieli okazję. Schodziłem im z drogi, uskakiwałem przed każdą brzytwą podwójnych ostrzy świateł, ale parłem naprzód jak rosyjski lodołamacz zimą na Kamczatce. Przewijałem monotonne krajobrazy, jak zdjęcia w starym albumie, aż doszedłem do placu, który miał być orderem za martyrologię. Zwieńczeniem trudów i obietnicą nagrody. Oazą pośród niegościnnej nocy. Plac tętnił życiem, choć zapadła wiekuista noc. Zanurzyłem się w podziemia przejść.

 

- Dno zstąpiło na dno – pomyślałem, mijając zamknięte sklepiki pełne niewyjściowych majtek, zmurszałych bułek i zmumifikowanych zwierzęcych futer. Szalet miejski cuchnący lizolem, chociaż najstarsi mieszkańcy nie pamiętali, żeby zastać go kiedyś otwartym dla potrzebujących. Rytm cudzych kroków pospiesznie wystukiwał tęsknego kankana, inny synkopami zmierzał w kierunku rozpaczliwie czarnego bluesa. Jakaś matrona wsparta na niedorosłym ramieniu roztaczała przed onym wizję arabskiego raju, wtykając mu w ręce pierś większą od bochna chleba – autoreklamy nigdy dość! Ja wdychałem zapach, jeśli smród katakumb można definiować w kategoriach zapachu. Pogwizdując beztrosko minął mnie zziębnięty kloszard, otoczony aurą octu i niestrawionej dotąd wódki. Jakiś pijak rzęził arię na dwa zaropiałe płuca. Wdychałem najstarszy ze znanych mi miejskich smrodów. Najstarsze wspomnienie z dzieciństwa, którego nie miałem prawa pamiętać.

 

Przebrnąłem przez bukiet wspomnień i garść dźwięków rozsypanych niczym rodzynki z dziurawej torebki. Wynurzyłem się po drugiej stronie placu. W sam raz w chwili, gdy wiatr zaczął zawodzić i obiecywać niestworzone możliwości w przedświcie jutra. A przecież właśnie opuściłem piekło i wspiąłem się schodami przez cały zapyziały plwociną czyściec. Nade mną szalała noc. Nie było jej jakoś więcej, czy bardziej intensywnie, ale była i pilnowała opłotków i domniemań, nie dając szansy żadnemu ze znanych z mitologii zuchów. Duch antycznej tragedii uczepił się mojego ramienia i nie puszczał, jakby bał się solowego występu i czekał, żeby pchnąć mnie na pożarcie światu.

 

Zaczepiłem wzrokiem o fontannę zmęczoną przeszłością. Czynną mimo nocy, cieknącą jak znienawidzony kran, odbierający nawet myśli o śnie pełnym ciepła. Na skraju sadzawki, w której kipiała woda, zapomniany z imienia heros powstrzymywał lwa od ryknięcia. Dobrze mu szło najwyraźniej, bo plac pełen był lwiego cierpienia, jednak pusty od jego werbalnej skargi. Zapatrzyłem się w podziwie, jak depcze kark bestii i z kamienną cierpliwością drze pysk potwora. Weterynarz-laryngolog. Lwu z wysiłku rosły kamienne migdały, a może to były węzły chłonne? Siadł na zadzie i nawet ogonem nie ćwierkał. To musiało boleć…

 

- No idźże wreszcie – scenicznym szeptem sapnął z wysiłku heros, a ja rozglądałem się, jak jakiś głupi – Idź, bo dłużej go nie utrzymam! Uciekaj szaleńcze, bo cię rozszarpie!

 

Ja? Uciekać? W tym stanie ducha? O bieganiu nie mogło być mowy. Mogłem najwyżej pełznąć, jak przerażona jaszczurka pozbawiona ogona. Podszedłem bliżej, by przyjrzeć się memu nemezis. Heros chyba nie przesadzał. Dobry był. Muskularny i pełen żył. Trzymał bestię w cuglach, aż mu pot z bicepsów kapał. A lew wzrok miał szorstki niczym pumeks. Patrzyłem na scenę batalistyczną i już miałem szepnąć herosowi, żeby lwa między nogi zdzielił trzewikiem z rzemyków, ale na samą myśl rozbolało mnie krocze i oczy się zaszkliły. Nie dałem rady, bo facet facetowi takiej rzeczy robić nie powinien nawet w malignie.

 

- No dobra! – sapnął heros, a wzrok mu znienacka złagodniał – Widzę, że nie odejdziesz, więc zostań, tylko się nie wygadaj!

 

Rozejrzał się wokół, ukradkiem, jak partyzant, czy szpicel idący po śladzie podwójnego agenta. Zerknął na promenadę, na nieskończoność pasa startowego i sandał mu zadrżał. Puścił bestię i klepiąc ją po grzbiecie przysiadł na ramie sadzawki.

 

- Samson jestem – wyciągnął steraną wiekami dłoń – Znajomi mówią na mnie Sami, a złośliwi Simpson. A ten tam, to Rex, ale kiedy nikt nie słyszy, to mówię mu Reksio. Lubi to, choć nie przyzna, ale nawet taki twardziel czasami chce się popieścić. Siadaj brachu. Bydlątko musi się napić, a na horyzoncie nie widać obcych. Ja zresztą też lubię łyknąć. On pije tylko wodę, bo jak sam widzisz – zwierzę! Ja piję mniej, za to bardziej pożywne. Teraz, to już muszę uważać, bo stary jestem i w głowę idzie zbyt szybko. Chcesz skosztować? Ambrozja już nie ta co dawniej i kolorów mniej we łbie po kielichu. Nie wiem, kto to pędzi, ale na pewno nie dziewucha, bo moc ma taką, że klękajcie narody. I żadnymi kwiatkami się nie odbija, tylko woltażem! Znać ciężką rękę! To jak kolego? Zdrówko? Reksio! Zachowuj się, mamy gości! Nie siorb tak. I nie chlap, bo znów mi sandały rozmiękną, a może i mchem porosnę. Widziałeś kiedyś herosa, któremu mech wyrasta spod paluchów?

Eko-erotyk (ekotyk?)

 

- Nie potrafię powiedzieć tak, żebyś zrozumiał, nie podejrzewając mnie jednocześnie, że jestem niespełna rozumu. Musisz sam zobaczyć!

 

Wygłosiła komunikat i poszła pewnym krokiem w stronę szklarni. Nie oglądała się za siebie – nie musiała. Jaki facet byłby zdolny odmówić kobiecie, słysząc obietnicę: Będę twoja tak, jak żadna dotąd kobieta na świecie…

 

Szła, lekko kołysząc biodrami, jakby nuciła w głowie piosenkę, kojarzącą się z pierwszą miłością, jak mickiewiczowski wóz zanurzony bez pamięci w nieskończoną zieleń stepu. Szedłem, czując zapach jej ciała, włosów, gorączkę niespełnienia. Z daleka zdawało się, że w szklarni coś się kłębi, kotłuje, bucha zielonością i lepi do szyb tęsknie, a może nawet zaborczo. Zupełnie, jak dzieci przyklejające nosy do okien, żeby szybciej od innych zobaczyć wujka z torbą prezentów, wracającą ze słodkich zakupów mamę, albo szczygła zjadającego zapodziane ziarnko słonecznika.

 

Uchyliła drzwi i wśliznęła się do środka, zostawiając buty przed wejściem. Wciąż ignorowała mnie, nie dając nadziei na słowo dialogu, czy dyskusję. Weszła i już. Irytowało mnie, jednak ciekawość zwyciężyła. Zsunąłem buty i jej śladem wszedłem do środka, zamykając za sobą szklane drzwi. Patrzyłem na rośliny. Wybujałe łodygi z gęstym listowiem, zdającym się być gładszym i bardziej miękkim od jedwabiu. Nieznana winorośl? Aksamitny bluszcz jakiego dotąd nie widziałem? Nie potrafiłem rozpoznać, ani nawet z grubsza zdecydować się, czy przypomina jakąkolwiek ze znanych mi roślin. Głupio trochę być takim laikiem, ale nie przyszedłem tu w celach botanicznego kształcenia.

 

Kobieta szła, głaszcząc liście, a one… łasiły się do niej, jakby chciały jeść z jej ręki! Rośliny wyraźnie ją rozpoznawały i otwierały się przed nią, tworząc tajemną ścieżkę, zdającą się być wyrąbaną w gęstwinie dżungli wprawnymi dłońmi tubylców. Wypustkami chwytały delikatnie włosy kobiety, czesząc ją, pieszcząc, lecz nie zakłócając kroku. Kobieta szła wciąż głębiej i głębiej, a ja za nią, omamiony, zachwycony i zdumiony nad miarę. Dawno już zapomniałem, gdzie jest wejście, a przede mną otwierały się ścieżki zaprzeczające geometrii szklarni. Szedłem głaskany po twarzy i nogach. Miałem wrażenie, że jestem rewidowany. Może rośliny traktowały mnie odrobinę bardziej podejrzliwie, niż najwyraźniej im znaną postać idącą przodem? Nie wiem kiedy, roślina wplotła w jej włosy kwiaty, nie wiem jakim sposobem rozpięła mi guziki koszuli. I wcale nie była to nieśmiała próba, z jaką podchodzi się do obcych, ale stanowcza, zdecydowana delikatność, jakiej spodziewać się można byłoby po kimś, kto doskonale zna ciąg dalszy.

 

Wreszcie kobieta stanęła i odwróciła się do mnie, uśmiechając się dość niepewnie. Roślina tańczyła wokół niej całej, wślizgując się pod sukienkę, oplatając ramiona, łydki, czy talię. Patrzyłem, jak urzeczony, kiedy jej sukienka znikała w niebycie, zdjęta zielonymi dłońmi tajemniczej rośliny. Była piękna. Ubrana w rosnące wciąż pożądanie, w nagość ustrojoną miękkimi liśćmi i kolorowymi kwiatami… Chciałem zrobić krok w jej stronę, żeby wreszcie dostać obiecane, jednak ja również schwytany byłem w otchłań roślinnej żądzy. Patrzyłem na własne ciało, już pozbawione odzieży. Nie wiem kiedy się stało, ale byłem nagi, opętany chaosem. Roślina nie znała wstydu, ani umiaru. Ja? Nie znałem jej, jednak uwierzyłem. Kobieta miała już obłęd w oczach i krzyczała ekstazę, od której kręciło mi się w głowie. Była piękna. Świat był piękny, a czas przestał oddychać.

 

Roślina oplotła jej piersi, jednocześnie pijąc ze źródła kobiecości. Wnikała wszędzie i brała bez oporu. Patrzyłem usychając, unieruchomiony nieskończonymi, zielonymi dłońmi. Delikatność dotyku była wystarczająco mocna, żebym nie był w stanie zrobić choćby jednego kroku. Już prędzej mógłbym położyć się w odmęcie tych ramion i zapomnieć się po kres zmysłów. Roślina chyba na to czekała, bo kiedy tylko poddałem się, kiedy pozwoliłem uwieść zmysły rozkoszy byłem już stracony. Jak przez mgłę usłyszałem krzyk kobiety – najpiękniejszy z krzyków, jakie potrafią wydać ludzie. Krzyczała spełnienie tak głębokie, jakby przedarło się na wylot przez jej drżące ciało. Patrzyła na moje pożądanie opętana szaleństwem nienasycenia, choć szczęście wprawiało w drżenie każdy nerw jej ciała.

 

Zerknąłem na siebie, czując, że dłużej nie udźwignę ciężaru oczekiwania. Byłem stracony. Mogłem żebrać tylko, żeby roślina nie porzuciła mnie gdzieś pomiędzy światem rozumu, a światem zmysłów. Obejmowana zielonymi dłońmi płeć pulsowała rytmem znanym od wieków. Tym samym, które zmienia chłopca w mężczyznę. Tylko raz, bo trudno powtórnie dotrzeć do pierwszej w życiu mety. Roślinie udało się to, przed czym rozum się wzdraga. W jej dłoniach znów byłem prawiczkiem. Raz i następny, a potem kolejny. Roślina była głodna, zbierała ze mnie wszystko, czego w sobie nie podejrzewałem. Brała, bezbłędnie odnajdując zaklęcia, jakich trzeba użyć, by zmęczony spełnieniem umysł podjął kolejny wysiłek i popadł z szaleństwo rozkoszy.

 

Krzyczałem? Zapewnie nie raz, a kiedy ostatecznie opadłem z sił i roślina pozwoliła mi na powrót rozumu… Leżeliśmy tuż obok siebie. Bez słów, bo emocje wciąż na nas grały pieśń drżących nerwów. Patrzyłem na kobietę wzrokiem zakochanego po uszy psiaka, a ona odwdzięczała mi się tym samym. Podała mi dłoń. Chwyciłem, jak tonący brzytwę. Roślina spijała nam pot z nagich, spełnionych jak nigdy ciał. Spazmy oddechu nieskończenie wolno przeradzały się w powolny sen śpiącego.

 

Kiedy się obudziłem… Roślina podała mi owoc. Wprost do ust. Ugryzłem. Sok rozlał się po mnie budząc wspomnienie nieodległe. Smak i zapach kobiety, z którą tu przyszedłem. Nie wiem, skąd wiedziałem, że to musi być jej smak, ale pewien byłem niezawodnie. Kiedy ona również ugryzła podany owoc, popatrzyła na mnie tak, że gdybym miał jakiekolwiek wątpliwości, teraz straciłbym je w okamgnieniu. Była moja. A ja jej. My zaś…

 

Roślina czesała nasze włosy i zdawała się być zajęta innymi sprawami. Na zewnątrz czekał na nas świat rozumu.

Macanie dnia.

 

Noc pastwi się nad okolicą. Ukrywam się w szumie niewidzialności, w bezkresie mroku, jaki spowija świat niewidomego. Niby jestem, ale wiem o tym tylko ja i może pies sąsiada, jeśli poświęcił chwilę na wonie różne od koniecznych do przetrwania, czy rozmnażania. W wątłych sadzawkach świateł pod latarniami kołysze się niepewne życie, z kotłowni ulatnia się dym – wynik konklawe niepewny, albo to mój wzrok płata figle. Miastu burczy z trzewi głodem samochodowych silników. Przedświt marszczy się groźnie w granatach głębszych od bezdennych. Nie dzieje się nic, czego mógłbym dopilnować, albo zignorować.

wtorek, 12 stycznia 2021

Żywy, lub martwy.

 

Uciekam. Gubię kroki i oddech. Tracę rozum. Mijam zaułki, których nie znam i bramy, być może przechodnie, ale nie stać mnie na pomyłkę. Bo jeśli się zadrżę, bądź się pomylę, mój koniec będzie marny i nagły. Błyskawiczny, jak zamach bejsbolowym kijem w gniewnej dłoni. A dłoni ściga mnie wiele… Biegnę, dyszę, staram się zachować ciszę, choć charczy mi w płucach z wysiłku. Nie wierzyłem, że stać mnie na taki wysiłek. To życie we mnie zmusza mnie do wysiłku ponad miarę. Chcę żyć, a przecież pościg, jak horda wygłodniałych wilków jest tuż za plecami. Jedna chwila zawahania i stanę się padliną. Łupem wydanym na pastwę. Uciekać! Nie myśleć, nie zastanawiać się. Obłęd w oczach spowodowany nadmiarem tlenu we krwi kipi we mnie tętnem rozszarpującym uszy i skórę. Za mną – pościg.

 

***

- Dopaść! – gniew pulsuje we mnie i nie pozwala zamarznąć członkom. Zmuszam się do wysiłku nad miarę. Biegnę jak inni, czuję, że osaczamy go. Będzie nasz! Byle nie dać się porwać zwątpieniu – Niech zdechnę, jak ustanę! Przecież to potwór, który zagraża mojej rodzinie! Córeczce, którą chowałem nie po to, żeby zgwałcił ją ten barbarzyńca! Boże! Oddaj go w moje ręce, a nie pozwolę, aby skrzywdził jeszcze kogoś. Nie na tym świecie. Dopóki oddycham, dopóki ściskam bukową pałkę… Utłukę gada! Żadnej sportowej szansy, żadnej litości i chusteczki samarytanki. Drewno twardsze od zakutego łba i jego psychopatycznych upodobań do dzieci.

 

***

- I jak mam tutaj zrobić karierę?

 

Retoryczne pytanie. Ugrzęzłem w tej mieścinie. Gówniane 50 tys. mieszkańców i tacy grzeczni, jakby w życiu nie kopnęli nikogo, ani nie ukradli śliwki z działki sąsiada, czy księdza. A ten wysłuchuje spowiedzi tak znudzony, jakby nigdy w życiu nie wysłuchał Czerwonego Tulipana, Maty Hari, czy ustępującego z urzędu polityka. Jakby nie rozmawiał w slumsach z głodnymi nastolatkami.

 

- Dlaczego księża nie gadają z nimi? Dlaczego uważają, że lekcja religii zbawi ich pewniej, nich chwila szczerości nad rynsztokiem codziennych poniżeń i głodu?

 

Nie umiem zdławić ambicji. Wciąż marzy mi się Pulizer za wywiad roku, za reportaż z wojny, jakiej nikt nie znał i nie pozna. Przyznaję, ale tylko przed sobą. Wymyśliłem. Siedząc nad szklanką marnej wódki, bo na lepszą mnie nie stać. Zmarnowałem cały milion wieczorów, ale wymyśliłem. I czekam, jak czeka hiena, aż ofiara przestanie się bronić i dogorywając, jeszcze ciepła i opętana strachem pozwoli wygryźć sobie wnętrzności. Czekam, bo musi… MUSI SIĘ ZDARZYĆ, żebym mógł żyć i mieć nadzieję!

       

***

- Nuda – pomyślałem. Nocna zmiana na posterunku w mieścinie, gdzie wydarzeniem roku jest, że proboszcz ponoć spotyka się potajemnie z nauczycielką z sąsiedniego miasteczka. Nikt tego nie udowodnił, ale tętniło od dawna, że z księdzem, to musi być coś nie tak. Nie wstępował do żadnej restauracji, nie zapraszał nikogo, więc co? Pustelnik?

 

Wzruszam ramionami. Plotkę posiać łatwo, a dowodów nikt w takim razie nie wymaga. Ksiądz, to dobry chłop. Nasłuchał się wyznań z alkowy i chyba wie więcej ode nie. Bo to, kto z kim śpi, to przecież wie lepiej ode mnie. Ale nie powie. Nawet nie próbuję. Raz siadłem z nim do nalewki z gruszek z proboszczowskiego sadu i trzy dni urlopu musiałem pobrać, bo przecież nie wypada w mundurze na ciężkim kacu…

 

Otwieram gazetę i machinalnie przeglądam lokalny dziennik. Nuda. Nic, co mogłoby sprawić, żeby noc minęła szybciej. Rzucam okiem na szpaltę z pierwszej strony. Gwałciciel. Nikt nie widział, nikt nie słyszał, ale trzeba być czujnym. Ten zgorzkniały dziennikarzyna może coś wiedzieć, a od niego prawdę usłyszeć, to trzeba byłoby chyba Borutę wezwać, żeby wydusił wyznanie. Na świętego Piotra nie ma co liczyć, bo on już kolejny raz machnął ręką i odwrócił się plecami do faktów.

 

***

- Mają mnie. Płuca rozrywa mi szpon ostrzejszy od mojego strachu. Nie dam rady dalej uciekać przed pijanym miastem. Kulę się pod murem, w zakamarku nieznacznym, z dala od latarni. Może uda mi się wyglądać jak gruz? Jak wymiociny pijaczka-kloszarda i mnie nie znajdą, a rankiem ucieknę poza opłotki i piechotą dojdę do sąsiedniej wsi, by wsiąść do pociągu i nigdy więcej tu nie wrócić? – O co im chodzi? Dlaczego mnie ścigają tak zawzięcie? Przecież dopiero co przyjechałem, nie znam tu nikogo i poza meldunkiem w podrzędnym hotelu i samotną kolacją w barze, gdzie mielony z ziemniakami i „lorneta” są szczytem ogłady?

 

Dyszę, ale trzymam usta na uwięzi. Zamykam je spoconą dłonią, w której wciąż pomieszkuje zapach niedojedzonych ziemniaków z buraczkami i mielonego, śmierdzącego trzema dobami aresztu w lodówce. Tylko wódka pachnie. Oszałamia. Daje nadzieję i pozwala wierzyć, że wszystko skończy się happy endem. Podnoszę wzrok ponad dłonie…

 

W sam raz, żeby zobaczyć, jak na głowę spada wypolerowane drewno bukowej pałki. Potem wszechświat się otworzył równie skwapliwie jak czaszka i zanurzyłem się w nieskończoności kosmicznych konstelacji. Myśl zgasła zanim wydałem krzyk. Mogłem żyć. Po jaką cholerę w ogóle tu przyjechałem? Chciałem żyć. Czemu właśnie mnie spotkała nagonka tubylców? Nie zrobiłem nic. Ani dobrego, ani złego. Chyba. Jadłem tylko kolację w knajpie. Sam siedziałem pośród podpitych obcych i niechętnych wszystkim, których nie znają, bojąc się otwarcie spojrzeć komukolwiek w oczy. Poza tą dziewczynką, która zuchwale zerknęła na mnie wchodząc, żeby tatę zawołać do domu na kolację, bo ją mama poprosiła. Urocze, że są takie miejsca na ziemi, gdzie dziecko prosi tatę o powrót do domu. Chwilę później musiałem już uciekać przed żądzą mordu. Przed pijanym miasteczkiem skupionym przy stolikach pełnych wódki i dymu z podłych papierosów.

 

***

- Jest! – nawet myśli miałem poszarpane wysiłkiem, ale dopadłem go – Jest i nie pozwolę mu żyć! Będę pierwszym, który pokaże draniowi, co myślimy o gwałcicielach, o mordercach dzieci! Nie pozwolę mu żyć na tym świecie. Niech sczeznę w piekle, ale zabiorę tam ze sobą tego gnojka, któremu się wydaje, że może sobie pozwolić na wszystko. Widziałem go w knajpie. Patrzył tak wyzywająco, a kiedy weszła córka Józka, to gapił się jak na kolejną ofiarę. 

Zawrzało przy stolikach, ale chyba zorientował się, bo rzucił banknot na stół i wychodził, kiedy stado zawyło zrozumienie! Każdy czytał, co napisał lokalny redaktor! W okolicy snuje się przybłęda gwałcący dzieci bez względu na płeć. Wysoki brunet, ogolony, w płaszczu. A ten tu, uciekając, chwycił płaszcz z oparcia i wychodząc bezczelnie powiedział jeszcze „dobrej nocy”.

 

Tego już było za wiele. Wstali wszyscy, a barman krzyknął:

 

– Miesiąc na rachunek knajpy!

 

I wybiegliśmy wszyscy. W amoku szukaliśmy zboczeńca, choć noc, a w knajpie niedopite kufle i stygnący kotlet pożarski wiądł pośród liści sałaty w ochrzczonej sowicie śmietanie.

 

A teraz mam go! Ja! Nikt inny go nie znalazł. Wydałem krzyk godny Geronimo i uniosłem kij. Osłonił się ramieniem, jakby spodziewał się, że kości uchronią go przed impetem ataku. Ale ja byłem mocny. Pełen nienawiści i… zabiłbym go, nawet, gdyby siedział w czołgu. Pełen pasji cios spłynął na jego głowę miażdżąc po drodze rękę. Mózg… Nigdy nie widziałem eksplodującego mózgu… Rozpierzchł się po zaułku, zanim zdążyłem wydać okrzyk tryumfu. Zwisł na gruzach jak stara, nikomu niepotrzebna plandeka. I wyciekał z niego czerwony sok, jak z rybnej konserwy.

 

Chwilę później przybiegli biesiadni kompani, a za nimi sierżant w mundurze. Założył mi kajdanki, jakbym był przestępcą, a ja przecież chwasta ubiłem tylko. W drodze do radiowozu… Poklepywali mnie po plecach wszyscy, ktoś organizował składkę na „papugę”, żebym wyszedł bez szwanku i dokończył nieco rozcieńczony kufelek. Sierżant z lekkim niesmakiem zaprzeczał ruchem głowy i palca. Ale w jego oczach widziałem błysk szczęścia. Więc on też…?

 

***

- Długo knułem, co napisać, żeby mieć szansę na swoje prywatne pięć minut. Wymyślałem historie pijąc tequilę zagryzaną solą z łódeczką cytryny. Paskudny napój, którym można byłoby dezynfekować rany, a nie pchać w żołądek cierpiący na nadkwasotę i niestrawność. Ale za marzenia trzeba płacić i byłem gotów na każde poświęcenie. A dziś miał nadejść dzień wypłaty! Aż drgnąłem, kiedy usłyszałem dziki zew! Kiedy zewnętrze zakipiało gniewem. Na spodnie od piżamy naciągałem przepocone dżinsy, a marynarkę z dżerseju wdziałem na goły tors. Nie miałem czasu na modowe fanaberie. Chciałem podążyć za krzykiem. Za wolą ludu, którą sprowokowałem.

 

Na bose stopy wzułem trzewiki i pobiegłem w noc. Sam nie wiem gdzie. Nagonka rozpierzchła się, nawołując w mroku, ale wnet zajaśniały latarki, a nawet pochodnie. Lud, kiedy zechce wykazuje się pomysłowością i potrafi współpracować. Zacząłem odczuwać dyskomfort termiczny, gdy usłyszałem krzyk. Redaktor nie jest frontowym człowiekiem, więc kontakt z naturą staje się wyzwaniem. Pobiegłem, choć czułem, że dłonie, stopy, nos i oczy skarżą się na chłód. Zbyt opieszale. Brak kondycji odebrał mi jasność widzenia i zobaczyłem tylko, jak pakują nieboraka do policyjnego samochodu. Nawet jednego zdjęcia nie zrobiłem.

 

- Nic to – pomyślałem – podjadę na komendę i się dowiem. Wolność prasy, zakaz cenzury, ech! Wymyślę coś, niech tylko pozwolą na choć marną fotkę, A może na posterunku ktoś marzy o rozgłosie i awansie?

 

 

***

- Wreszcie! – sapnąłem w myślach, ale na twarzy trzymałem służbowego marsa – Dzieje się coś, na czym mogę zbić kapitał! Morderstwo! Zabójstwo w afekcie! Coś! I Mam nie dość, że podejrzanego, ale winnego, który się nie wyprze, że załatwił gościa bejsbolem. Furia! Euforia! Trup wciąż gorący, ale wycieka z niego sok tak szybko, że nawet ja mam nogawki ochlapane. Tubylcy w szale gratulują mordercy sprawności, a ja…

 

Przymierzam przed lustrem gwiazdki porucznika… Oczami wyobraźni czuję już ich ciężar na ramionach. Wzwód. Nieświadomy i bez obecności płci piękniejszej. Trochę piękniejszej, jednak nie tak, jak sznyt porucznika na pagonach. Jezu! Z trudem hamuję wytrysk! A tak niewiele brakowało do rezygnacji i gnuśnego życia na marginesie prawa na roli u staruszków. Tej nocy pójdę do Evy – po wszystko, nim świt nastanie będzie żebrać o ciąg dalszy.

 

***

- Dlaczego sierżant zakuł mnie w kajdany? – myśli zbyt ospałe, żeby nadążyć za euforią miały problem z interpretacją zdarzeń – Przecież ja właśnie uwolniłem okolicę od prześladowań! Gdzie medale, zachwyt, gdzie prasa i telewizja?

 

Oddycham łapczywie, pospiesznie, za wszystkie złe chwile pościgu za niegodziwcem, który MÓGŁ MOJĄ KOCHANĄ CÓRECZKĘ…

 

Cela jest zimna i na języku zostawia posmak korodujących od wielu dziesięcioleci krat. Nawet świat zewnętrzny zdaje się być wirtualną grą w tetrisa i monotonne kwadraty czekają na obwiednię, jaką należy ułożyć na dnie, by wreszcie zanurzyła się w niebyt. Sierżant z lubością kładzie nogi na biurko i patrzy na mnie wzrokiem przepełnionym tak wieloma emocjami, że nie jestem w stanie ich zdefiniować. Dlaczego? Zachwyt i pogarda. Zuchwałość i niepewność. Koktajl zbyt odważnie zmieszany, żeby mógł być prawdą. A ja przecież ubiłem gnidę kalającą ziemski padół…

 

- Ech! – mówi i milknie pogrążony w czymś, czego nie jestem w stanie pojąć.

***

 

- Wiem, że to nie do końca uczciwe, ale przecież, od pismaka nie wymaga się uczciwości, a tylko sensacji. Ludzie chcą poczuć emocje, doznać tego, czego w ich codziennościach zabrakło. ONI NIGDY nie zabiją, nie zgrzeszą, cudzołóstwem się nie pochwalą, ani żadnymi czarnymi od egoizmu żądzami. A dzisiaj dostali to, czego chcieli – dostali ofiarę! I to JA im ją dałem. Nie wiedziałem, że przyjedzie, że znajdą go od razu, pierwszego wieczoru. On pewnie też nie podejrzewał, że zostanie rozszyfrowany, gdy tylko postawi stopę na peronie kolejowego dworca. Ludzie są czujni. Wykryli złoczyńcę, zanim upił solidny łyk z kufla i ruszyli w pościg.

 

Gdzieś poniżej świadomości trzepocze we mnie podejrzenie, że to nie musiał być ON. Że podchmielona, oczadziała, zbiorowa świadomość skazała na męki niewinnego, ale w końcu – TO NIE JA GO ZABIŁEM! TO ONI! Nikt im nie kazał, nie zmuszał, a podobno są dorośli i potrafią myśleć. Dzisiaj myśleli tylko o tym, żeby ZABIĆ. To takie naturalne. Prymitywne i dosadne, ale jakże nieodwołalne.

 

Muszę pozwolić sobie na samogwałt. Nie jestem w stanie powstrzymać erekcji – ZROBILI TO! Bez żadnych dowodów, bez rozkazu armii i wodza narodu. ZABILI, WIERZĄC w moje słowa… Nigdy, z żadną kobietą seks nie smakował mi tak bardzo, jak ten solowy – w samochodzie, nocą, przy zgaszonych światłach naprzeciw komisariatu, gdzie najbardziej krewki ze ścigających tłumaczy się właśnie ze zbrodni, albo jest z niej dumny. Wytrysk ubrudził pulpit i szybę. Otarłem pot z czoła ręką utytłaną nasieniem – pójdę do sierżanta, żeby na gorąco przeprowadzić wywiad! Trzaskam drzwiami mocniej, niż kiedykolwiek – Wreszcie nadeszła moja chwila!

 

***

- Głupek! – pomyślałem – Szczęśliwie dla mnie, ten za kratami jest już mój. Mogę wszcząć oficjalne procedury. Mogę w aktach sprawy poutykać zasługi i czekać na gwiazdki Łapię się, że czuję podniecenie, jakiego nie czułem od wielu lat śpiąc z tą, którą tak naprawdę ukradłem kumplowi, gdy ten nie stanął na wysokości zadania, jak pojechaliśmy pod namioty. Pił i miał zbyt słabą głowę, żeby noc przyprawić westchnieniami kobiety, z którą przyjechał. A ona cierpliwie czekała. Przychodziłem, a zażenowanie z każdą nocą kurczyło się, aż w końcu zdobyliśmy się na odwagę przyznać się razem do potrzeby ciał i kiedy krzyknęła w noc swoją radość zakończoną pozytywnym testem…

 

Przeszłość czasami dosiada mnie okrakiem i niemal czuję w odbycie, jak mnie deprawuje. Stukanie do drzwi odziera mnie z niedopowiedzeń. Szkoda wzwodu… Zapowiadał się niezwykle okazale… Ale może wygonię natręta i pozwolę sobie na ekstazę, jakiej nie zna nikt. I gwiazdki porucznika.. zasłużyłem! Naprawdę. Wiem o tym doskonale!

 

***

- Co robić? Dyszę ciężko, pomieszany w uczuciach. Zatłukłem oprawcę, a trzymają mnie jak zbira spod knajpy... Owszem, ruszyliśmy z knajpy właśnie, ale przecież ścigaliśmy PRZESTĘPCĘ! Mordercę dzieci takich, jak moja córeczka, której nikt na świecie nie dorówna. Kocham ją i boję się o nią. Nie sypiam, bo może oddycha zbyt rzadko i grozi jej bezdech senny. Karmię ptasim mleczkiem kocham bez granic. Żaden kutas nie śmie się zbliżyć do mojej dzieciny. Do księżniczki. Niech zapomni, jeśli mu życie miłe. Zabiję każdego śmiałka, a zuchwalcom wypruję flaki i pozwolę sępom żreć je, nim zdechną.

 

***

- Czy może pan skomentować? – zacząłem, gdy tylko otworzył drzwi, a ja wciąż byłem na zewnątrz. Zaśmiał i się w twarz, a potem rzucił do mnie złożoną w rulon gazetę. Poznałem od razu – dziennik, w którym na stronie głównej był mój artykuł o zboczeńcu. Tym samym, który nie żyje. Dziwne uczucie, bo ja WYMYŚLIŁEM ZBOCZEŃCA korzystając z prywatnych wspomnień. A sierżant… Zaprosił mnie na wizję – najpierw do celi, a potem do prosektorium.

 

W celi siedział jakiś biedak, Może widziałem go raz, czy dwa na ulicy ale nie był godzien, ani wzmianki w wiadomościach – zwykły plebs, tło dla zdarzeń, więc nie – absolutnie nie.

 

Ten z prosektorium… Mara. Grzech młodości, zemsta bogów. Znałem go! Zniknął wiele lat temu. Uciekł z wojewódzkiego miasta, w którym mieszkałem podczas studiów. Moja pani, z którą planowałem przyszłość…

 

Związek nie miał okazji sprawdzić się w boju, bo zginęła. Nikt nie wie jak, ani dlaczego. A on zaginął chwilę później. Sądziłem, że nie pamiętałem postaci, twarzy, czy choćby domysłu. Ale teraz na katafalku miejskiej kostnicy rozpoznałem go bez wahania. TO BYŁ ON! Zabrał mi kobietę życia i znikł poza zasięg zmysłów. Teraz leży w miejskiej kostnicy z dziurą w głowie po ciosie kijem bejsbolowym w głowę…

 

- Co teraz? Przyznać? Wyprzeć się? Bronić ofiary, czy sprawcy?

 

Zemdlałem. Profilaktycznie. Potrzebowałem czasu… Może warto stracić pamięć podczas upadku…? Choć na chwilę, dla ogarnięcie wątpliwości.


Wymyśliłem, czy zobaczyłem?

 

Nie do końca świadomie ustawiam pasjansa z chwil.

 

Pierwsza – chłód przedświtu drażni nozdrza i odziera marzenia z miękkości. Walczy o zauważenie. Liże po policzkach i mgli oczy. Mówi niewiele, chrypką kroków na zmarzniętej trawie, pomrukiem znikających w nicości aut. Obraz wykoślawiony, pełen domysłów i egoistycznych pragnień, których spełnienie mogłoby się zamknąć fatalnym finałem, bo przecież ograniczony umysł zniewolony prywatną żądzą świat mógłby spalić i powiedzieć, że to także zbyt mało.

 

Druga – mrok na niebie nie wytrzymuje naporu dnia i pęka ostrą, nierówną szczeliną sięgającą Bóg wie, jak daleko. Granat nieba płowieje, jak futro zakurzonego lwa, syto wylegującego się pod akacją. Staję zachwycony objawieniem i trzymam kciuki za dzień, który czeka na poczęcie, zachłannie, niecierpliwie, głodny istnienia i cudzej troski.

 

Kolejna – nadciąga niepostrzeżenie, cicho, na łapach nawykłych do skradania się, by dopaść i zagryźć ofiarę, choć dzisiaj merda skołtunionym ogonem i zachęcająco popycha piłeczkę tenisową, bym ją rzucił w toń nocy. Nie zginie, kiedy się wie, jak szukać. Ogon wie doskonale, bo ma czujny nos na usługach.

 

Następna – skoro deszcz potrafi pachnieć, to czemu nie szron? Na pewno pachnie, lecz tak wątłym aromatem, że potrafi skryć się w zaułkach parującej woni chleba i kwiatowych perfum, smrodów ulatniających się z miejskiej kanalizacji. Wdycham, próbuję skroplić na języku smak i zapach chłodu. Rozsmarowuję ostrożnie, jakbym laicko kosztował pasty o smaku opisanym japońskimi ideogramami.

 

Znów – obrazy usiłują mnie spacyfikować, ograniczyć do prymitywnej geometrii pełnej wyjątków i przypadków szczególnych, jakich natura nie znała. Ideały figur i brył, ludzkich sylwetek i zachowań. Jak klątwa, która spełnić się musi, choć z góry wiadomo, że zagraża życiu. Niebo z rozpaczy rozpada się na moich oczach, jakby było stalowym, skisłym mlekiem. Kra niezliczonych chmur pocięta jasnymi żyłami nieciągłości nadchodzącego dnia, niczym korzenie drzewa rosnącego ponad niebem sięga dendrytami oczu i wgryza się w duszę. Szuka życiodajnych soków. Sił witalnych, mnie wreszcie.

 

I jeszcze – Święta trzymają się okolicy resztkami sił. Balkony, latarnie, witryny pulsują wielobarwnym tętnem, zbyt pospiesznym dla wędrującego po chleb emeryta. Nawet dla ćpuna wracającego z dwudniowej libacji zbyt jest nerwowym, bo tłucze po oczach okruchami zapomnianych uczuć, aż kapią łzy po brudnym pysku i wyć się chce wzorem wilka na przednówku pełni.

 

Dokładam i dokładam z talii nadchodzących chwil, pełnych gęsiej skórki, wątpliwości i nadziei. Życzeń nie zawsze życzliwych i myśli zbyt niesfornych, żeby mogły być dobre. A może jednak mogą? Kiedy położę następną… zakryję te, które leżą przede mną, zapadając się w przeszłość, choć ledwie co były świeże i czyste jak powietrze, którym nie oddychał żaden zwierz, czy maszyna. Dziewiczą do pierwszego zauważenia, a potem porzuconą wywłoką, ścierką na parkanie śmietnika.

 

Ostre światło reflektorów parzyście tnie moją niespieszną wróżbę. Migoce pomarańczowym grzebieniem wysoko siedzącego koguta, żebym nie mógł przejść obojętnym. Przyjechali. Posprzątać widzenia. Śmieci wywieźć na wrzosowisko i pozwolić im sfioletowieć , albo zamarznąć na wieki. Kontenery połykane bez popijania, bez czkawki, przechylane szybciej niż rozstajny kieliszek wódki. Na zdrowie, na pohybel, na wszelki wypadek, albo i bez okazji!

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Na minusie.

 

Osiwiałe trawniki skrzypią pod butem, cieniem znikają nieliczni nieznajomi. Ekslibris palcem szyty na oszroniałej szybie zamiera, jak życie przed świtem. Gdzieś na krawędzi istnienia, zaplątany w zaroślach ptak – zakochany, najwyraźniej bez wzajemności, kwili swoją rozpacz. Może wolność utracił? Albo nóżkę? Perły śnieguliczek skrzą się w półmroku, z rzadka ozłacane reflektorami spieszących donikąd aut. Wiem, że to znienawidzone przez ptasią drobnicę jedzenie, tak samo, jak owoce jarzębin. Jedne i drugie zjadane są na przedwiośniu, kiedy wilczy głód staje się stałym bywalcem ptasich żołądków. Miejska fosa skrzy się taflą stłuczonego zwierciadła, skostniałe kałuże zamarły, niczym wnyki na nieostrożną zwierzynę. Ludzie brzęczą ospałą pieśń nadchodzącej przyszłości, albo gapią się niemal martwym wzrokiem w pulsujące na monitorach wieści z szerokiego świata. Słońce skryte za widnokręgiem zastanawia się, czy warto wynurzać się na chłodną biel prześcieradeł nocy. Mróz wypełnia nozdrza od środka, wygryzając dziury w obojętności. Powietrze wciąż pachnie. Noc rozcieńcza się niechętnie, ale to tutaj normalne. Dyfuzja, to chyba najwolniejsza z form przemieszczania się energii.

wtorek, 5 stycznia 2021

Dialog (zapewne) poza granicami rozumu.

 

Przesuwam otwartą dłonią wszechświaty. Cyfrowe, nieobecne, śniące. Wydumane tak bardzo, że można w nich przewinąć życie nastokrotnie, zanim błękit monitora obwieści z obca: GAME OVER. Szklanka pusta od wypitej kawy przestała parować, talerzyk z niedojedzonym listkiem sałaty... Nudnym, bo monitor goreje wciąż nową, tęczową pokusą i jątrzy tak, że otwierają się blizny w dzieciństwa. Czas, w którym kobiety miękną, a mężczyźni sztywnieją w miejscach, gdzie nieznany nikomu Bóg zakazał zaglądać. Tam, gdzie ludzie pachną prawdą. Cuchną wybornie. Ślinią się w nieświadomej żądzy, albo gwałcą własne poglądy.

 

Zbyt czerwony, za mdły, następny i kolejny. Przecież końca nie ma, więc można kaprysić, jeszcze jeden i wreszcie jakiś, gdzie wzrok zawisł zrozumieniem, jak stado kruków nad wczorajszym polem bitwy. Synapsy trzepoczą w bezwietrzu, a krajobraz pod spodem dojrzewa, albo dogorywa. Nie wiem. W końcu miałem ledwie moment, zanim zrozumienie dotrze do wnętrza pustej czaszki i zakołacze zdarzeniami, jakich jestem świadkiem. Niemym, bezwolnym, kto wie, czy nie obojętnym. Coraz trudniej wyrwać mnie z letargu. Coraz ciężej oszołomić i zmusić twarz do grymasu.

 

Trwoga. Zbyt łatwo, za lekko. Bezmyślnie, a może i bezprawnie. Skazuję na niebyt, na nie-za-u-wa-że-nie. Jeden, pięćdziesiąt, miliard światów, które nie zdołały zachwycić w okamgnieniu. Staję się roztargniony. Obojętny. Kto wie, czy nie cyniczny. Światy nikną w bezwroczu. Orgazmicznie neutralne. Kolejne i wciąż. A ja przesuwam dłonią nietrwały, szklany obraz. Mogę wszystko i nic – naraz. I żadna z opcji mnie nie ciekawi. Dłubię w zębach, dotykam płci. Mógłbym… Nie tylko mógłbym, ale i mogę. Ale – zanim spełnię się, przewijam kolejną serpentynę nietrwałych światów, których nawet nie zamierzam dotykać fallicznym zauważeniem.

 

Silnik maszyny rzęzi cichutko, bo chłodzenie nie nadąża za popytem na wciąż nowe widzenia. Podpieram myśli nadzieją, że Bóg musi przeglądać całą nieskończoność światów, a ja zaledwie kilka… kilkaset, parę milionów… dostępne bez ograniczeń w nieskończonym ciągu, o którym trudno powiedzieć, czy rosną, czy się kurczą. Nawet te, do których palec wskazujący nie zdąży mnie doprowadzić. A wszystkie takie monotonne, bezduszne, pozbawione głębi. Męczy mnie sama wizja możliwości. Najwyraźniej nie dorosłem do podjęcia decyzji. Bubel - taki, który mota się, niczym osiołek, któremu w żłoby dano. Mi dano zbyt gęsto. Palec ściera się i skóra nie nadąża z procesem odtworzeń martwej błony, chroniącej pajęczynę nerwosieci przed wpływem chwilowego wahania atmosfery. Przed moją własną, ograniczoną pochopnością. Bać się samego siebie? Ograniczeń związanych z więzieniem kostnego szkieletu? Uwięziony na zewnątrz? Jak pies przywiązany dożywotnio „krowiakiem” do budy?

 

Przewijam. Nie wiem, czego szukam, czego mam prawo się spodziewać, albo czym zaskoczyć będzie łaskaw kolejny monitor. Palec ślizga się po nim, zmienia cykl życia w tętno powtarzalności. Obrazy mglą się, ćmą wzrok. Obojętność trwa i nie zamierza bez walki oddać pola. Wzdycham nieświadomie. Wypluwam, wyrzyguję powietrze zepsute moim używaniem. Strawione organizmem i podłe, gnijące. Nawóz przyszłości, na którym pasą się korzenie domniemań. Szukam w myślach dziecięcej wyliczanki, która wskaże, czy już mam opuścić grę, czy są gorsi. Wstrzymuję oddech, dzięki czemu tętno w uszach pobrzękuje metalicznie, dzwonniczo, monumentalnie. Potem…

 

Wciąż nie oddycham, lecz palce pracują, jak pracuje ogon psa wyczekującego na hasło: APORT! Oddech kurczy się. Zupełnie tak, jakby miał wewnętrzną grawitację, żądającą, aby każdy strzęp natychmiast wracał do bazy, porzucając misje i cele. Bezapelacyjnie. Nieodwołalnie. Nie bacząc na koszty. Palec taktuje teraźniejszość ospale. Wciąż nie wie, co czyni, ale uważa, że stabilizacja jest oznaką starości. Każdy wie, że starość zmian się boi, a młodość pragnie ich i nie potrafi marzyć mniej, jak wszystko. I tylko kwestią rozpiętości pajęczyn neuronów staje się kwestia – ile zawierać się musi wewnątrz, żeby wszystko stało się wszystkim. Bo klatka jest zawsze, ale kiedy ma rozmiar wystarczający, żeby nie czuć uwięzi, zda się być boską wolnością.

 

Potrafisz kłamać? Naprawdę? Oszukaj samego siebie! Wynegocjuj boskie ustępstwo. Wgryzam się we własne wargi, żeby nie oddychać. Dłoniom nie wierzę, więc nie zatykam nosa. Raz, dwa, czterdzieści osiem… Boli mnie ciało i umysł. Mogę nic. To trudniejsze od: móc absolutnie wszystko. Nim spadnę pod stół słyszę gniewny głos Boga tułający się po bezdrożach otumanionego umysłu i obijający się o wnętrze zapewne niezbyt udanej czaszki:

 

- Co ty do jasnej cholery wyprawiasz?!

Niezbyt jasno.

 

    Zimą powietrze pachnie. Nie kwiatami, chlebem znad zasianych pól, czy owocami, które wkrótce skisną pod drzewami, ale sobą. Zupełnie tak, jakby brak wszystkiego co rozprasza, ujawnił prawdziwy aromat. Oddycham głębiej niż muszę. A może odwykłem od normalnego oddychania i tylko dlatego zdaje mi się, ze zaciągam się tym powietrzem z lubością i tak bezwstydnie głęboko, jak tylko się da? Niebo przeciera się jakby to był podkoszulek zbyt długo noszony, czy arras liniejący na ścianie od wieków. Nie wie, czy woli być różowym, błękitnym, czy pozostać w melancholijnych burościach. W taki dzień można być monochromatycznym owadem, bo kolorów i tak nie ma. Stawiam ostrożne kroki, idę chodnikiem z puzzli, jakby to była spękana tafla lodu. Czy lód może być taki mokro-szary? Najwyraźniej tak. Przecież idę. Mijamy się z psem, udając, ze się nie zauważamy. Mijam serię leniwych kroków rozstrzeliwujących ciszę. Pozwalam sobie na bezmyślność i rozkoszuję się nic-nie-robieniem. Idę. Po prostu. Mijam jakieś ledwie zauważalne sekundy, ignoruję metry, bez względu, czy są poukładane wertykalnie, czy jakoś tam, na wskroś wszechświata.

poniedziałek, 4 stycznia 2021

COŚ.

 

Rzecz wyglądała, jakby była siedmiowymiarową kulą w kolorze, który prostak nazwałby niebieskim, a kobiety prześcigałyby się w bardzo wyrafinowanych określeniach. Sterczała z chodnika, na wpół zanurzona w betonowej płytce. Palce przechodziły na wskroś i nie zostawiały śladu na niebieskości, jednak dłonie tego, który ośmielił się naruszyć integralność kuli stawały się lepkie i wywołujące raczej nieprzyjemne skojarzenia.

 

Władze okoliły teren drutem kolczastym i tablicami pełnymi zakazów, po czym wezwały służby z ciężkim sprzętem budowlanym. Koparki, ostrożnie, jakby miały do czynienia ze składem wojennej amunicji zdejmowały sąsiadujące płytki, aż w końcu podniosły i tę, w której utkwiona była niebieskość. Kula przeszła przez beton i łyżkę koparki, pozostając w miejscu. Grawitacja pilnowała wysokości i odległości od jądra ziemi, nie bacząc, czy między kulą, a jądrem znajduje się materia, bądź jej brak.

 

Nocą kula emitowała cykliczne impulsy, jednak ciąg miał długość ponad dwudziestu tysięcy pojedynczych bitów, więc trudno było dostrzec powtarzalność gołym okiem. Rzecz nie dawała się ująć w żadne z dostępnych opakowań, czy uwięzić w klatce. Nie kaleczyła ludzkich ciał nawet wtedy, kiedy przenikała przez tkanki. A jednak zdawała się być złowieszczą alternatywą dla świętego spokoju. Niepokoiła, pobudzała kłębełki nerwowe, nawet te, dawno uśpione w organizmach, bo współczesne ciała nie umiały już korzystać z darów w ewolucyjnym rozwoju zapomniane.

 

Mijały dni bez pomysłu i rozwiązań. Teren położony blisko starego miasta szybko stał się atrakcją turystyczną i obrósł straganami pełnymi przekąsek i pamiątek. Pół świata zjechało się, by choć okiem rzucić na błękitne nie-wiadomo-co. Ogrodzenie trzeba było zmienić z prowizorycznego, na stałe. Dla wygody podglądaczy teren obniżono, żeby można było patrzeć na wprost. Transzeja turystyczna była zapewne pierwszą tego typu budowlą w Europie. Tatusiowie trzymali maluchy na barkach, żeby i one mogły nasycić zmysły niebieskością.

 

Któremuś, najwyraźniej bardziej roztargnionemu, dzieciątko wysmyknęło się z rąk i przeszło raczkując pod siecią zabezpieczeń. Krok za krokiem zbliżało się do kuli, żeby ująć ją w pulchne rączki. Niebieskie cierpliwie czekało właśnie na tego szkraba, bo pozwoliło się podnieść, zamiast przelecieć przez palce. Maluszek głaskał, czy może czochrał kulę, której wyraźnie sprawiało to przyjemność. A potem maluch podniósł kulę do ust i ugryzł. Błogość rozjaśniła jego oblicze i szkrab jadł z zapałem, aż przyszło oblizać paluszki po skończonej uczcie. Policzki zajaśniały ciepłym błękitem, gdy wracał w objęcia rodzicielskie. Odbiło mu się, gdy zasypiał wtulony w szerokie, ojcowskie ramiona.

 

Gdy poszli, emocje opadły – nie było już nic do oglądania. Tylko rozebrany chodnik i transzeja okalająca nicość.

Swobodnym krokiem.

 

Mgły odbierają widzeniom ostrość. Tłamszą obrazy owijając je lepką wilgocią. Sroki klną drepcząc na marznących łapkach po trawie sinej od szronu. Dzień rozpalony latarniami ledwie się tli – zupełnie, jak mokre drewno. Budowy nieme, posępne i monumentalne trwają bez pośpiechu. Żywopłoty drapią wzrok gdzieś na wysokości pępka. Ponoć ludzie wciąż są. Żyją, poruszają się i marzą. Jednak pewności brak. Mnie? Im? Nowy rok rozgląda się nieśmiało, jakby zwiedzał pogorzelisko. I kto wie, czy nie zwieje, zostawiając widnokrąg wolny od czasu i złudzeń. Przyszłość, zamiast nadciągać godnie, spieszy się i atakuje falami. Jak ocean powiela przypływy i odpływy, a prądy mielą powietrze nie dając odetchnąć dwa razy tym samym pęcherzem. Może zmierzyłem już krokami całe dziś? Może teraz uzurpuję, pacyfikując jutro? Sił mam wciąż wystarczająco, więc zuchwale zerknę w pojutrze. Może sprawdzę w prasie przyszłe numery totolotka?