czwartek, 3 grudnia 2020

Stało się!

 

Śnieg zlitował się nad niżowym porankiem i wybawił go wreszcie z szarości, odsłaniając labirynty podziemnej sieci ciepłowniczej. Sypie niespiesznie, jednak wytrwale i pomalował już świat wypłaszczony ludzką ręką. Drzewa i krzewy wciąż się bronią, a pył przecieka im przez sztywne palce. Na bidnego bałwanka już wystarczyłoby, ale nie widać dzieci. Nie ma kto lepić. Psy z podkulonymi ogonami ciągną do domów, żeby zalec bliżej kaloryfera. Cisza gęstnieje. Zawsze tak jest, ilekroć ziemia okryje się puchem. Niech odpoczywa. Skóra mi zgęsiała i stała się czulsza. Wzrok mota się między drobinami i szuka czegoś stabilnego, więc siłą rzeczy kieruje się na latarnie przymierzające białe czapy z pomponami. Wreszcie jest normalnie! Jak na zimę przystało!

Grajek z obrazka.

 

Jego twarz zbierała latami charakter z pylistych dróg i bezdroży zagubionych pomiędzy szczytami gór, między które zapuszczały się tylko niedźwiedzie i wilki. Znać było na niej bieg wiosennych strumieni i lawin drążących kamieniste żleby. Skóra podrapana skostniałymi od późnej jesieni koronami drzew zasklepiła się w pancerz, przez jaki ciężko było się przedrzeć mimice. Tylko oczy żyły, lecz one wolały brać, niż dawać. Śmiałkowi, który odważył się w nie zerknąć groziło, ze ten wzrok go pochłonie, jakby był wysokogórskim stawem tak głębokim, że co raz wrzucone nigdy nie wracało na powierzchnię. Włosy w kolorze spalonego drzewa nie próbowały nawet błyszczeć, a wątły ogon niemiał żadnych szans, żeby ktoś nazwał go końskim. Nawet gumka musiała się owinąć trzykrotnie, nim schwytała w objęcia mizerne resztki.

 

Dłonie miał z tego samego magazynu. Może budował kamieniołom posiłkując się wyłącznie rękami? Były szorstkie i nie trzeba było tego sprawdzać organoleptycznie. Nie mogły być inne. Cały był chropowaty i miało się wrażenie, że gdyby otworzył usta, wysypałby się z nich kurz twardy jak ten, który drapie gardła po katastrofalnych trzęsieniach ziemi w miejskiej zabudowie. Może wiedział o tym, bo nie otwierał, a wąskie usta ukrywały się pośród zmarszczek pełnych siwego blasku odradzającego co rano się zarostu.

 

Siedział, jak siedziałby golem wiedząc, że glina jest zbyt krucha, by stąpać beztrosko. O tym, że żyje świadczyć mógł tylko błyszczący instrument, który odcinał się od tła niczym brylant od czarnego, aksamitnego futerału. Tak – trąbka świeciła blaskiem, mimo, że pieścił ją dłonią nie przestając. Cud, że papier ścierny jego rąk nie zdarł metalu na proch. Kiedy podniósł ją do ust, jakby przezeń chciał wypić całe niebo, instrument zajęczał. Zaśpiewał ekstazę. Nadzieje na uniesienie, szał miłosny, pragnienie silne niczym wola życia. Gdy grał, kurz z całej postaci znikał Wtedy… cały stawał się muzyką. Wyładowaniem elektrycznym, jakie przemierza przestrzeń nieprawdopodobnie szybko, by trafić w cel. W drżącą nić zrozumienia.

środa, 2 grudnia 2020

Odyseja.

 

Czas najwyższy kalesony uprasować na galowo, by pójść w ten okrutny świat, który uśmiecha się lubieżnie i szczerzy kły ociekające jadem nieuleczalnym. Założyć trzewiki, albo gumiaki – bez różnicy – każde chwycą kostkę i obedrą ją ze złudzeń, że twardszą jest niż pięta achillesowa podatna na ukąszenia… Czapkę i inne utensylia podpierające kruchość życia. Idę tam, skąd wraca się mężczyzną, albo nie wraca wcale – na mróz! Zamek błyskawiczny trójwarstwowej kurtki grzechocze złe myśli i chyba boi się bardziej ode mnie. Zaledwie trzy stopnie, lecz po niebieskiej osi termometru – natura grubo nie sięga dziesięciu procent zapotrzebowania cielesnego komfortu. Skrajnie niekorzystne warunki. Idę! Wrócę!

Przed-świtem.

 

Tłusty, zadowolony księżyc upodobał sobie płożące jałowce, śpiące pod jeszcze martwymi powiekami okien. Z kłujących gałązek zlizywał kryształy błyszczącego przymrozku, jakby to był lukier na pączku pachnącym ciepłem matczynej ręki i różą kobiety spełnionej. Patrzyłem niemo, bo cóż mówić w obliczu przemijającej urody? Niebo zmarszczyło brew i falę drobnej rzęsy pchnęło w stronę rumianej twarzy. Chmury nieśmiało zakwitły gęstym fioletem, nieśmiało różowiąc się na granicach, lecz zbyt nisko płynęły, żeby otrzeć pot z czoła zmęczonego księżyca. Rozkład jazdy pomalowany lodowym oddechem był tyle piękny, co bezużyteczny – jak kwiaty, czy motyle. Tylko kobieta może zrozumieć ich zasadność zaklętą w ulotnym pięknie.

wtorek, 1 grudnia 2020

Odliczanie.

Siedem, osiem, dziewięć…

 

Obudziłem się. Chwiejąc się na skraju morfiny, poza zasięgiem bólu żeglowałem w stronę nieskończoności. Na twarzy miałem uśmiech diabelski, perfidny, tłusty, jakbym wyssał z wszechświata każde ziarnko tłuszczu, bo chudszy byłem od wybieganego charta po aportowaniu bażantów nad torfowiskiem. Lekarz bezlitośnie, a może wręcz przeciwnie wkłuł się w worek fizjologicznej soli i wstrzyknął zawartość sterylizowanej strzykawki…

 

Trzydzieści dwa, trzy, cztery…

 

Poszedł, sprawdzając, czy pielęgniarka wciąż flirtuje z narzeczonym. Nade mną - tęcza; pięćdziesiąt, pięćdziesiąt jeden…

 

Przed oczy napływały obrazy. Osiemdziesiąt trzy… świadomość dotknęła Boga – dziewięćdziesiąt cztery… tik-tak… czas wypuścić powietrze ostatni raz… dziewięćdziesiąt dziewięć – Już? Tak szybko?


poniedziałek, 30 listopada 2020

Karibu

Tekst powstał na portalu T3 w ramach Treningu Wyobraźni i zamieszczony jest pod https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=5844

założenia:

Postać: Ostatni Lapończyk na świecie

Zdarzenie: Poranek w Las Vegas

Efekt: 99. Twój bohater dokonuje odkrycia, które niszczy naszą cywilizację.



Podobno kiedyś Vegas otaczały ciągnące się po horyzont rdzawoczerwone pustynie. Teraz wokół był wyłącznie śnieg. Nieliczne kolorowe neony usiłowały przypominać o świetności miasta, lecz cienie drżały na śniegu, szydząc z nieuzasadnionej manii. Gość siedział samotnie przy małym stoliku pod oknem, wlepiając wzrok w rzednący niechętnie mrok. Właśnie wstawał krótki, polarny dzień, z temperaturą oscylującą na poziomie minus trzydziestu pięciu stopni Celsjusza. Niezmordowany wiatr zwijał tumany śniegu w wiry wymykające się poza granice wzroku, gdy wnętrze baru przeszył krótki, podniecony okrzyk: 

- Karibu wróciły! 

Towarzystwo zgarbione przy kontuarze ożywiło się i zwróciło wzrok ku samotnemu mężczyźnie. Niby nikt nie wierzył, że jest potomkiem wymarłych dwieście lat temu Lapończyków, ale każdy szanował jego wiedzę na temat lodu i bezprecedensową siłę charakteru. Dzięki niemu miasto jakoś funkcjonowało. Potrafił bez przyrządów przewidzieć burzę śnieżną i nagłe ochłodzenie. Na renifery, jak każdy tubylec, czekał już od kilku dni. Musiały tędy migrować. Miasto szykowało się na wielkie łowy. Wreszcie nadchodził czas obfitości. Ale najpierw plotkę trzeba było sprawdzić. Ludzie głupi często budzili fałszywe nadzieje, albo zapominali, że zwierzęta nie latają samolotami i nie pokonają setek mil w pojedyncze godziny. 

Dosiadłem się do Lapończyka, który podniósł na mnie wyblakły wzrok. Zwykle mawiał, że kolor wypłakał idąc tu, do Vegas, na piechotę. Przez pół Arktyki, przez całą Kanadę i połowę Stanów. 

- Szedłem całymi miesiącami – mówił – Klucząc pośród topniejącego śniegu, otoczony wzbierającymi rzekami szukającymi nieistniejącego koryta, ogłuszony hukiem obłamujących się lodowych seraków większych od największych ludzkich budowli. Starałem się iść tropami zwierząt, bo ich instynkt był jedyną wskazówką w chwilach zwątpienia. 

Kiwałem głową słuchając opowieści, a on kontynuował niezrażony, że mało kto mu wierzy: 

- Byłem głodny, obolały od nieustającego marszu. Musiałem jeść wszystko, co znalazłem, choćby padlinę, jeśli udało się ją znaleźć. Nie miałem sił, by polować na foki. Marsz odbierał mi nawet ukryte resztki energii. Potem, gdy lądolód wytopił się do skostniałej ziemi - pojawiła się trawa. Zakwitły kwiaty, a krzewy rodziły owoce, jakich nie znałem. Szło się już łatwiej. Piłem sok, a słońce rozprawiło się z moją bladością. Nie wiedziałem, że słońce może tak palić. Porzuciłem futra i wędrowałem nagi, aż ciało okryło się miedzianą barwą, jakiej nie miałem nigdy. 

Zwykle poprzestawał na tym widząc, że nie może liczyć na zrozumienie i milczał wytrwale, nie dopowiadając końca historii. 

Bez słowa wsiedliśmy do klimatyzowanej kabiny ratraka, żeby wspólnie sprawdzić, czy faktycznie nadchodzą renifery. Wsiadał niechętnie. Nie miał przekonania do sprzętu mechanicznego, a samoloty wręcz go przerażały. Może faktycznie pochodził z innych czasów? Niebo przecierało się, zamazane kurzawą śniegu, a wycieraczki męczyły się odgarnianiem. Wspominałem rozmowę ze spotkanym niegdyś ekscentrykiem, który opowiadał rzeczy nieprawdopodobne, dotyczące Czakramów i ich niezwykłej mocy. 

Z niezachwianą pewnością twierdził, że istnieją. A raczej istnieje jeden, bo śmiał się z hipotez zakładających, że jest ich więcej. Na co Bogu więcej jak jeden zawór bezpieczeństwa? Czemu miałoby ich być akurat siedem? I dlaczego, wszystkie miały się znaleźć właśnie na Ziemi, a nie w odległych galaktykach? Całe zastępy szarlatanów szukały Czakramów, licząc na nieśmiertelną sławę i ekstazę obcowania ze stwórcą. Chyba w zamyśleniu mówiłem głośno, bo Lapończyk wzruszył ramionami. A ja prowadząc dalej snułem wspomnienie dla zabicia monotonii podróży. 

- Nikt nie wie gdzie szukać, ani, czy w ogóle jest po co. Marzycielom wystarcza idea. Cel uświęcający każde poświęcenie – pozwoliłem sobie na odwagę i odwracając wzrok od nieskończoności białej przestrzeni popatrzyłem w oczy Lapończyka - Od wieków ludzie szukali najdrobniejszej wskazówki i snuli teorie uzasadniające ich domniemania. Czakram swoją mocą może zmienić wszystko! Przemodelować wszechświat, względnie doprowadzić wybrańca do raju. Odwrócić bieg wydarzeń, lub ominąć rafy. Dać szczęście, albo zabrać chorobę… 

- Mimi… - mruknął – Zabrał Mimi. Moją Gwiazdę Północy! 

A potem, patrząc szklanym wzrokiem przed siebie zaczął mówić ochrypłym ze wzruszenia głosem: 

- W mojej wiosce wszystkie dziewczynki miały na imię Mimi, do czasu, gdy splamią śnieg pierwszym czerwonym księżycem. Nie miały prawdziwego imienia, a każdy dorosły był im rodziną. Mojej Mimi pierwszy księżyc minął niezauważony przez ludzi. Opowiedziała mi o tym szeptem, gdy byliśmy daleko od wioski, a wyznanie obłożyła takimi klątwami, że nawet teraz, kiedy jest już za późno, jeszcze boję się wspominać. Poszła w noc, w zorzę polarną skrzącą się nad nieskończonością śniegu, w nieziemską zieleń słońca gorejącego nad wszechobecnym lodem. Tam, samotnie, powiła pierwszy krzyk kobiecości, i splamiła śnieg jasną, wystraszoną czerwienią. Trzy dni i trzy noce szukali jej wszyscy mieszkańcy wioski - zaprzęgami i w rakietach śnieżnych. A ona wróciła, jakby nic się nie stało i tylko polarne niedźwiedzie zlizywały dziewiczą krew pozostawioną w zgrudziałym śniegu. Na skraju pęknięcia głębokiego tak, że dna nie można było sięgnąć wzrokiem. Dna, które przyzywało i dopominało się jej obecności. Krwi… 

- Wiedziałem tylko ja i nazwałem ją Gwiazdą Północy, ale mówiłem tak jedynie wówczas, gdy nikt nas nie słyszał. W wiosce byłem jednym z wielu wujków, a ona wyciągała rękę i nieustannie udając beztroskie dziecię krzyczała do mnie: „Chodźmy już! Popatrzeć na tropy polarnych niedźwiadków przekomarzających się pośród niezmierzonych równin, na pieśca skrzącego się diamentami, gdy poluje na zakopane w śniegu focze niemowlę, poszukać odciśniętych na skraju przerębla śladów morskiego słonia walczącego o samicę z innym! Obejrzeć truchło starego wilka-rabusia, któremu ptaki wygryzły wnętrzności, nim zamarzł na kość.” 

- Przy każdej okazji uciekaliśmy od ludzkiej ciekawości daleko poza szlaki którymi psie zaprzęgi wędrowały do sąsiednich osad, czy nad będący w wiecznym ruchu brzeg oceanu. W niezrozumiałym szale zaplątani spędzaliśmy mnóstwo czasu we dwoje. Uczyłem ją lodu, historii i sztuki przetrwania, a Gwiazda milczała. Dopiero, gdy jej zaufanie sięgnęło ojcowskiej miłości, odważyła się pokazać mi miejsce, w którym zew Czakramu dopominał się o jej comiesięczną krew. Bała się, jednak nie umiała się sprzeciwić. Wola dziecka była zbyt słaba, by pokonać moc wezwania. 

Snuł opowieść, a ratrak podskakiwał na zmrożonym lodzie. Sennie kiwaliśmy się w fotelach. Niezależne zawieszenie sprawiało, że muldy zdawały się być zaledwie drobną falą w bezkresie oceanu arktycznego trąconego nie białym szkwałem, lecz ogonem wieloryba. Świt zaczynał skrzyć już śnieg na krawędziach widnokręgu. Jechaliśmy pośród monotonnego mamrotania silnika wysokoprężnego. Nie odzywałem się ani słowem, z obawy, że zatnie się w milczeniu, jeśli będę ponaglał. Kontynuował powoli, jakby sięgał po słowa głębiej, niż na dno Mariańskiego Rowu, albo spowiadał się ze śmiertelnego grzechu: 

- Wreszcie poszliśmy, wiedzeni jej czuciem. Do Czakramu. Do miejsca, w którym krzyżowały się wszystkie nici, dzięki którym świat trwał w historii wszechświata właśnie takim, jakim go znaliśmy. Moja Gwiazda zmieniała się z każdym kokiem, kiedy zbliżaliśmy się do śnieżnej jaskini, szczeliny bez dna, pęknięcia, którego bliskości unikali nawet wygłodniali zbóje świata zwierząt… Dojrzewała w okamgnieniu, a włosy mieniły się jej niczym popiół ze stygnącego ogniska. Bałem się, ale trzymała mnie mocno. Czakram pulsował, drżał, wymagał i dopominał się! O nią! A Mimi była bezbronna. W amoku zdejmowała z siebie futro, buty z foczej skóry i bieliznę, aż stanęła cudownie naga przed okiem głodnym jej niewinności. Pazernym bardziej, niż stado głodnych uchatek polujących pod lodem. 

- Byłem oszołomiony jej urodą, blaskiem, jakim wypełniało się jej ciało. Patrzyła mi w oczy już z zalążkiem obłędu, jaki mają w oczach kobiety biegnące na spotkanie orgazmu, a przecież… była niewinna. Wyciągnąłem rękę, by nią przykryć jej wstyd, lecz gdy dłoń dotknęła młodziutkiej piersi - pełnej teraz dojrzałego pożądania – utonęliśmy we wspólnym krzyku. W bełkocie słów, jakich nie da się odczytać, szukając znaczenia w treści. Szaleństwo miłości pochłonęło nas bez reszty, a świat zamarł na chwilę wystarczającą, by Mimi straciła niewinność. Krzyczała ona i ja krzyczałem, ale najgłośniej krzyczał Czakram. Zabraliśmy mu Gwiazdę Północy. Nie mógł się pogodzić ze stratą. Zanim zorientowałem się, Mimi - niczym lunatyk - weszła prosto w otchłań, skąd nigdy nie wróciła. 

- Stałem oszołomiony. Patrzyłem w czeluść, którą powoli zarastał lód. Czakram pożarł moją Mimi. Zabrał ją, nie bacząc na klątwy, jakie rzucałem, na oszczep, który wetknąłem w gasnące oko. Zbrukaną moją cielesną afirmacją dziewczynę pociągnął ku sobie, a potem znikł. Zupełnie, jakby nasycony ciałem dziecka zmienił punkt równowagi i przeniósł się w inne współrzędne. Zostałem sam. Długo płakałem nad nieistniejącą dziurą w ziemi, kląłem wszystkich Bogów i czekałem aż wróci moja Gwiazda. Odwróciłem się dopiero, gdy głód i zmęczenie poplątały mi zmysły. Szedłem zataczając się, dzień, drugi, wreszcie tydzień. Pastwiłem się nad cudem znalezionym truchłem starego niedźwiedzia, żując jego wątrobę zmrożoną, ohydną i cuchnącą, gdy tylko odtajała w ustach. Rzygałem, ale jadłem, bo musiałem mieć siłę… 

- Szedłem długo. Nie wiem ile, ale kontakt z Czakramem musiał poplątać ścieżki czasu, bo kiedy doszedłem do Vegas upłynęło dwieście lat. Czakram pokonał grawitację i obrócił Ziemię, mimo wiszących nad nią ciężarów słońca, księżyca i wszechświata. Zmanipulował czas. Mój świat przestał istnieć, a pojawił się wasz; nowy, niezbadany i groźny, choć łudząco podobny temu, z jakiego pochodzę. Mój? Pełen jest teraz ananasów i dzikich pomarańczy. Nie ma w nim fok, brzeg oceanu odsunął się daleko na północ, zabierając wioski lapońskie, z których nie zostało nic. 

- Kiedy wreszcie doszedłem, kiedy ostygły najgorętsze emocje, gdy otrzeźwił mnie mróz szczypiący policzki, zrozumiałem, że mogę zdechnąć szukając Czakramu, żeby odwrócił przeszłość i oddał mi moją Mimi! Pójdę po nią, choćby do piekła! 

Płakał. Nawet szaro-siny świt nie mógł ukryć jego rozpaczy. Ależ musiał kochać. Ratrak pokonywał niewielkie wzniesienie i silnik łkał z wysiłku, wspinając się na szczyt śnieżnej wydmy. 

- Patrz! – przerwał marazm znienacka, pokazując palcem w kierunku wstającego słońca – Idą! 



Zawalidroga

 

Noc rozdziobana mokrym śniegiem na miliardy okruchów - skrzących, zimnych i topniejących. Jak rtęć zbierały się potem okruchy, łącząc w kałuże, rozlewiska, mroczne lustra zimno łypiące na świat. Wszedłem pomiędzy i wdychałem wilgoć skostniałą patrząc, jak dęby wyrzynają się z mroku, słuchając kraczących, nagich drzew, skacząc po kocich łbach ostrożnie, jakbym chodził po spękanej krze. Jakiś pies przeklinał swój los nieszczęsny, który kazał mu wyjść w pluchę, zamiast cieszyć się flanelowym kojcem i snami o kościach większych i obrośniętych żółtym tłuszczem. Latarnie zachłyśnięte, na wpół utopione w mgle przedświtu wysilały się, by trawnikom nadać choć cień koloru. Miasto zdławione, milczące, rozstrzelane ciszą. Gdzieniegdzie okno pulsujące życiem mrugało prostokątem żółtego rozedrgania, kryjącego poranną, niepewną codzienność. Gdzieś daleko domniemane życie, ruch przyszły, pokraczny, mdły dopiero ma nadejść, albo i nie, bo nawet przez sen knuje myśli strzykające jadem bezruchu w odrętwiałe kręgosłupy. Chodniki sfalowane, skrępowane, nieżyczliwie ukrywają się pomiędzy żywopłotami, dziko rosnący topinambur samobójczo liże śnieg. A przecież dzień nadejdzie, bo gdzie miałby się schować? Nadejdzie. Ale teraz czeka, aż przestanę mu stać na drodze.

sobota, 28 listopada 2020

Cyberprzestrzeń

 

Konkurs drabble#5 pt: Cyberprzestrzeń opublikowany na portalu T3kstura pod adresem https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=5813

Analogowo - paskudny jestem. Urodziłem się pod niewłaściwym adresem, pozbawiony najszczuplejszego dekalogu zalet. W trójwymiarowym świecie, nękanym monotonią czasu, wzbudzam uczucia niskie. Komentarz otoczenia natchniony widokiem mojej żałosnej powłoki potrafi trwale zanieczyścić atmosferę jadem werbalnego smogu.

Jestem zbyt… gruby na rzeczywistość tak ubogą w wymiary. Żebym choć grzeszył ekwiwalentem materialnego dobrobytu – staczających się za widnokrąg nieruchomości, względnie tłustym mieszkiem gotowizny, urósłbym do miana ekscentryka, o nietuzinkowej urodzie.

Tymczasem, zawstydzony własną niedoskonałością, znikam w tajemnym labiryncie ścieżek wirtualnego uniwersum.

Tam… potrafię być pięknym. Domniemaniem, z jakim można popełnić dowolnie stworzoną przyszłość. Zuchwale pozostawiam szczyptę szczerości - resztę dobieram z sieciowej otchłani.

piątek, 27 listopada 2020

Ja?

 Czyżby? A może mnie w ogóle nie ma? Może jestem mrzonką, jaka przyśniła się w oczach, których słońce nie zdążyło pokarać bezwidzeniem? Może jestem prowokacją reżimu, jaki jest, albo jawnie, albo całkiem schowany w szarościach każdego listopada? Sam nie wiem, więc nie pomogę. A nawet gdyby - czy będę wiarygodnym świadkiem? Wątpię...

czwartek, 26 listopada 2020

Rozmowa z Bogiem.

Otóż… Napisała do mnie bladym świtem, niekoniecznie blada, pani Małgorzata. Znienacka i tajemniczo dość. Choć gramatycznym orłem nie była i starannie omijała grono koneserów słowa pisanego - widocznie, wystraczająco realizowała się na innych polach, dalekich od ortografii i poprawnej polszczyzny, w przypływie odwagi graniczącej z nagością, wyznała… że kocha. I tęskni. Choć nie zna mnie przecież wcale! A przede wszystkim (i tu zalecam głęboki oddech PRZED PRZECZYTANIEM!) – I W OGÓLE! Bo "i w ogóle", jest determinantą, która wyklucza dyskusję i sprowadza rzecz, do zdań tak prostych, że podmiot, orzeczenie i... przydawka... przepraszam... zagalopowałem się odrobinę... często wystarcza domyślny podmiot i ledwie zauważalne orzeczenie... a trzysłowne zdanie wydaje się barokową rozpustą... Żebym tylko raczył odpisać, zaprosić na intymne tete-a-tete… Na ciąg dalszy popełniony w wielkoseryjnym cieple pluszu kanapy z IKEI, spolegliwie pełniącej służbę ciepłej, karaibskiej plaży, w terrarium M-3, na blokowisku osaczonym przedmurzem trzeciego świata, albo (za drobną, acz zauważalną dopłatą) utopion w cieple dyskrecji sierpniowej trawy gdzieś, gdzie cykady mruczą kołysanki za pojedynczy milion dolarów od nocy zbyt krótkiej na spełnienie, a kleszcze z wilczym biletem zostały zesłane na Sybir zanim rozpoczęły sączyć wyznania pełne krwi serdecznie gorącej. Może byłbym i skłonny, jednak Małgorzata reklamowała swoją bezpruderyjność korzystając z męskoosobowych końcówek, co nieco studziło moje zapędy. Plemniki skwierczały, eskalując w mosznie, że przecież, że może, że ostatecznie na bezrybiu… ale one tak mają, że chcą wydostać się z saka, jak Polacy chcieli wydostać się spod okupacji Austro-Węgier, caratu (jak będzie brzmiało to słowo, gdyby carem okazać się miała niejaka Katarzyna, która raczyła wielokrotnie pokazać Rasputinowi, jak chudym było jego rozpasanie i ustawić w szeregu daremnie szlochających nad miernością własnej potencji rozpłodowców?), czy Cesarstwa Jaśnie Wielmożnego Bismarcka. Nie raczyłem... 

Chwilę potem napisała Bożena… Znaczy NAPISAŁ Bożena. Zaproponował seks bez zobowiązań i wyznał niepohamowaną, gorączkową, prawdopodobnie płatną miłość. Już wtedy, we mnie, wykluło się podejrzenie, że moja płeć jest tajemniczemu Bożenie obojętna, co mnie nieco skonfundowało. Bo jak to tak? Ja jestem z tych konserwatywnych konserwatystów, dla których nowoczesność panseksualności jest odmianą przewrotnej perwersji, o jakiej (ewentualnie) można pomyśleć w chwili, gdy nadmiar alkoholu dopomina się u ujścia erupcją w samozagładzie palców łaskoczących migdałki, ale broń Boże lęgnących się w lędźwiach, czy gdzie też lęgnąć się raczą mniejszościowe pożądania. 

Kiedy niemal natychmiast po nim napisał do mnie TEN Krystyna – byłem już mocno wytrącony z równowagi, bo moszna ledwie niosła nadprodukcję żyworodnych protein i groził mi prawdziwy kryzys, a tu, zamiast spodziewanych miękkości – sugestia niezłomnej twardości, aż po szloch pokonanego w testosteronowym boju… Dla mnie, który miękkość ceni sobie bardziej, niż sen, czy obiad! Podobno każdemu, według potrzeb, głosiła pewna nomenklatura. Tymczasem - fatalna w skutkach okropność. Ja wiem, że jestem zatwardziałym, omszałym szowinistą. Tłustą szują, która ZAMIAST, to jednak woli trwać przy usankcjonowanych historią świata zwierząt związkach, które nawet, gdy bywały nieformalne, to jednak rodziły nadzieję na ewolucję. Niechby niezrozumiałą, podłą, poligamiczną, ale jednak prokreacją! Szermierka członków we wzwodzie, do pierwszej utoczonej kropli… niekoniecznie krwi, zdaje mi się rozrywką niegodną uwagi i chociaż świat wokół krzyczy, że powinienem, że jak to, że przecież, to jednak bezwstydnie mówię:

- Nie! Dziękuję! 

Tylko jak im (tzn - tym wszystkim hermafrodytom, karampukom, utopistom reprezentujących mizerny, wręcz niezauważalny odsetek populacji) mam przekazać że nie chcę stać się ich łupem, skoro wypowiedź jakoś nie spotyka się z aksamitną ścianą empatii? Zaczynam rozumieć ból kobiet, spotykających na każdej publicznej drodze monotonne, zuchwałe, samcze: 

- Hmm???

A chwilę potem napisał do mnie Bronisława... Bronisław? Boże! Jak bardzo zagubiony jestem pośród tej rozmaitości płci! Nie może być prościej? Zrozumialej dla mojej małości? Jestem przerażony. A może... Może chcesz, żebym pokochał Bronisławę?... Bronisława? Kogo mam pokochać TWOIM ZDANIEM?