czwartek, 29 kwietnia 2021

Ku przyszłości.

 

Nieistniejąca kobieta zaprosiła mnie na randkę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jej wirtualny aromat skusił prócz mnie cały multum amatorów. Na fotkach porozrzucanych tu i tam w sieci wyglądała tak, że Afrodyta zzieleniałaby z zazdrości. Taki dumny byłem i szczęśliwy, że wybrała właśnie mnie. Szykowałem się niczym prawiczek na pierwszy wieczór, kiedy „być może się wydarzy”, a ona śmiała się przepięknie na filmie, jaki zamieściła ledwie dwa dni przed naszym spotkaniem. Wiem, że to głupie, ale niemal czułem zapach jej skóry wdychany wprost z monitora. Szaleństwo! Zakochany, niczym sztubak odliczałem godziny, aż trzasnąłem drzwiami, nie mogąc dłużej usiedzieć w miejscu i pognałem na miejsce spotkania.

 

Trzeba przyznać, że miała wielką klasę. Nie tani bar, czy koncert lokalnej gwiazdeczki, żadne promenady po miejskich deptakach nad rzeką, kina, czy dyskoteki. Zaproponowała spotkanie w ramach pokazu najnowocześniejszej biotechnologii ekologicznej. Zarezerwowała miejsca siedzące, zaproszenia w wersji elektronicznej wyglądały równie szykownie, jak ona sama. Powstrzymywałem niecierpliwość mało udanie, a kiedy dotarłem na miejsce do wskazanego terminu było grubo powyżej godziny. Kręciło się tam kilku podobnych mnie – zdezorientowanych, o oczach pełnych szaleństwa. Pokpiwałem nieco z nich wszystkich – gdyby oni wiedzieli… Oni patrzyli na mnie podobnie i testosteronem można byłoby napełniać zbiorniki tankowców i wysyłać w kosmos, żeby strącić z nieba deszcz meteorów zagrażający planecie.

 

Prosiła, żeby nie czekać na nią, tylko wejść i zająć miejsce. Sądziłem, że chce zrobić wielkie wejście. Mimo, że wymogła na mnie, abym nie wygłupiał się z kwiatami, nie mogłem się powstrzymać i choć bukiecik stokrotek wziąłem – nie godzi się na pierwszej randce pojawić się bez kwiatów. Powinna zrozumieć. Byłem pewien, że zrozumie, a nawet, jeśli zacznie się złościć, to pewnie tylko tak, na pokaz. Usiadłem. Obok mnie siedział jakiś ulizany chłopak, nerwowo poprawiający grzywkę. Czyli ONA usiądzie z drugiej strony… Ludzie powoli wypełniali salę. Głównie mężczyźni, co tym bardziej podkręcało atmosferę. W otoczeniu zbiorowego uwielbienia będzie wyglądać jeszcze bardziej kusząco. Wierciłem się, napędzany owsikami niepokoju. Mrówki nerwowo biegały po mnie chmarami, ulizany miał spotniałe dłonie, lecz nie ustawał w poprawianiu grzywki.

 

Prelekcja właśnie miała się zacząć, a mojej pani ciągle nie było na sali. Huczało mi w głowie od w naprędce wymyślanych usprawiedliwień, od pomysłów, i wyjaśnień jej nieobecności. Rozglądałem się nie całkiem dyskretnie pośród tłumu równie zdezorientowanego. Ekran migotał jakąś kaszą niemożliwości, prelegent w stroju Maitre d’Hotel wprowadzał nastrój głosem matowym, jak okładki jego zamszowego notatnika pełnego niezmierzonych mądrości, którym posiłkował się od niechcenia, niemal lekceważąco. Na ekranie, jakieś nieznane dotąd nauce bakterie pożerały zalegający na bezdrożach oceanicznych plastik spiętrzony pływami w spore wyspy.

 

Na okamgnienie straciłem łączność pozazmysłową z moją niefortunnie rozpoczynającą się randką. Patrzyłem rozdrażniony, jak bakterie pacyfikują (dosłownie, bo rzecz miejsce miała na Pacyfiku) pływającą wyspę pełną butelek, opakowań i sam nie wiem czego jeszcze. Atak był brutalny, skuteczny i wykluczał możliwość kontrofensywy. W myśli kołatała się piekąca i wstydliwa wątpliwość dotycząca wylotu układu pokarmowego tych stworzeń, bo nie wiem, czy ocean wolałby wozić na falach plastik w stanie surowym, czy przetworzonym przez układ pokarmowy tej mikroskopijnej szarańczy, kiedy prelegent zasugerował, że do syta wykarmione bakterie mogą stanowić alternatywę dla innych źródeł wyżywienia całej populacji.

 

- W sumie, czemu nie? – pomyślałem – Wszak żremy plastikowe hamburgery, które po sześciu latach składowania są bardziej zakurzone, niż zepsute, pijemy tak wytrawne świństwa, że perhydrol zdaje się ambrozją, a chemiczne trociny wypychają zawartość nawet z dziczyzny i nowalijek wiosennego rozpasania natury.

 

Prelekcja sprawnie toczyła się naprzód, choć widownia ciągle rozglądała się za kimś, czy za czymś. Zbiorowy niepokój, to coś, czego bali się nawet carowie, a ten tam, gadający goguś, miał nas wszystkich w pogardzie i ględził, wskazywał laserowym oczkiem na jakieś szczegóły, dywagował, lansował rewolucyjne myśli, obiecywał i był święcie przekonany, że talentem zaszachował samego Boga. Wreszcie skończył, a ekran zamigotał, jakby chciał zadrżeć z rozkoszy, aż wreszcie pojawiła się na nim ONA!

 

Zbiorowe westchnięcie powinno spowodować tsunami w Kambodży, albo zdmuchnąć wiekuistą czapę śniegu z K-2. Nic mniej nie wchodziło w rachubę. A ONA popatrzyła na mnie z wielkiej płaszczyzny ekranu, zatrzepotała powiekami, westchnęła lekko, z delikatnością niedopowiedzianej obietnicy ciągu dalszego i przeprosiła, że nie usiadła tuż obok. JEJ wybaczyłbym, nawet gdyby wytruła ludność Indii i Chin, a co dopiero taki drobiazg. Urosłem. Nie patrzyłem na boki, ale byłem pewien, że publika z zawiści gotowa zjeść własne tupeciki, czy nawet niedoprane skarpety, byle zwrócić JEJ uwagę na siebie.

 

- Mnie wybrała! Pośród tych wszystkich spoconych, miętolących poprzez kieszenie spodni pełne niespełnień moszny! Ech! Nikt nigdy nie komplementował mnie aż tak, jak ONA!

 

Nabrałem powietrza więcej, niż mogłem unieść pod maską i przeciągnąłem sztyletem dumnego spojrzenia przez salę…

 

Trwało. Długo trwało, nim zrozumiałem, że oni też… Każdy z nas uważał się za pomazańca, za naród wybrany. I każdy potrafił znaleźć miliard uzasadnień, świadczących na jego korzyść. Zamszowy notes kłapnął paszczą i skrył się za kulisami, ciągnąc za sobą marynarkę i buty z włoskiej skóry. Z ekranu migotał niepewny, lekko speszony zbiorowym zachwytem wzrok tej jedynej. Może poczuła się nagą pośród wielu niezwykle odważnych marzeń?

 

Piksele zarumieniły jej twarz, wzrok zmętniał, pokrył się mgłami i nie chciałbym być nadmiernie domyślny, ale ślinili się już wszyscy. Łykali nadmiar nerwowo, spazmatycznie, a ONA – gasła. Powoli, ledwie zauważalnie ostrość widzenia blakła, aż jej obraz stał się najpierw cieniem, a potem domysłem kompletnie nieuprawnionym. Mało kto zauważył, że ekran ostygł już po ostatniej konwulsji, a moja cyfrowa pani przeszła do historii… Oby nie zżarły jej te łapczywe robale! Przecież była moja…

16 komentarzy:

  1. Lisa czyli Vanessa Angel "Dziewczyna z komputera" - serial telewizyjny emitowany jakiś czas temu zachęcający młodych ludzi by usiedli przed komputerem, to im wyskoczy z ekranu laska w typie modelki ubrana tylko w bikini. Spełniała każde życzenie za wyjątkiem jednego: "nie rozebrała się do naga".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. och - podziwiam Twoją znajomość filmów. poważnie. ja - musiałem sobie sam wymyślić scenariusz.
      ale dziękuję. zerknę, może nawet obejrzę.

      Usuń
  2. Kurde... dzięki za podpowiedź. Świetny chwyt marketingowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. proszę. boję się tylko, że to już natura...

      Usuń
    2. Sciente fiction to..natura?!?

      Usuń
    3. mawiają, że goła baba sprzeda wszystko. pomysł nienowy. a cyfrowa baba? na samej górze komentarzy znajdziesz nawet tytuł serialu, w którym to nie SF, a rzeczywistość.

      Usuń
  3. Tak to jest gdy czekamy na cos dobrego... Gotujemy sie ze zniecierpliwienia. Swietny tekst Oko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miło słyszeć - dziękuję, że znalazłaś chwilkę na przeczytanie.

      Usuń
  4. Owsiki niepokoju wbiły mnie w krzesło a chmary mrówek dopełniły dzieła . :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i co teraz będzie?
      owsiki dręczą miękkie tkanki i niepokój rośnie.

      Usuń
    2. to uniwersalne rozwiązanie na każde drgnięcie emocji. lub ciała.

      Usuń
    3. Nie ma to jak nalewka z czosnkiem. Skuteczność gwarantowana na wszelkie podrygi. :)

      Usuń
    4. boję się, że drżeniu podlegać będzie przede wszystkim nos drugiej połówki.

      Usuń
    5. No właśnie i nie tylko. Bo przecież nie ma to jak trafić na swój ząbek czosnku. Nikomu nosa nie będzie wykręcać w trakcie rozmowy. Jak to dobrze, że internet zapachów nie przenosi... :)

      Usuń
    6. a ja tęsknię za mrzonką, że uda mi się napisać coś, co działać będzie na komplet zmysłów. i gdy napiszę o arktycznej zimie - ktoś zmarznie, albo nawet odmrozi sobie nos, czy mały palec u nogi.
      ale ja uwielbiam marzyć duże marzenia...

      Usuń