czwartek, 30 stycznia 2020

Naucz mnie

Naucz mnie płakać. Proszę. 
Ukradkiem opuszkami palców zbierałem łzy z twojej twarzy, by skosztować jak są gorzkie, bądź słodkie w zależności od źródła. Potem, gdy rozzuchwaliłem się całkiem, spijałem je ustami z policzków, by w końcu pić wprost z twoich oczu. Wtedy otworzyłaś się całkiem - jak dzika orchidea polizana słońcem. Widziałem, jak chcesz je chować na moim ramieniu, jak próbujesz wsiąknąć je w koszulę na wysokości piersi, a ja uniosłem twoją twarz wysoko i kradłem je, zanim wyżłobiły ścieżki na policzkach. Oddałaś mi się cała, zupełnie tak, jakbym biorąc łzy wziął całą ciebie, którą mi dałaś. 

Upiłem się całkiem. Wtedy i za każdym razem, gdy mogłem ich skosztować. Ale dziś... dziś proszę cię, żebyś nauczyła mnie płakać. Żebyś mogła z mojej twarzy zebrać łzy w bukiet, wzięła je ode mnie, jak ja brałem twoje. Nie umiem. Nie potrafię. Życie odebrało mi tę umiejętność i teraz nie mogę. Próbowałem.

Czasem, gdy naprawdę dopiecze oczy wilgotnieją, jakby ktoś ścisnął schnące jabłko. Gdzieś na powierzchni pojawia się kropla wilgoci, lecz powieki trwożliwie drepcąc w miejscu zaraz ją rozprowadzają po oczach i ani jedna się nie zapodzieje, nie uroni. Od dziecka ktoś twardą ręką ścierał ze mnie każdą mgłę, jakby to był deszcz niechciany, albo krople wody po wyjściu z basenu zawieszone na czubkach rzęs zbyt rzadkich, aby mogły je utrzymać i strofował mnie sądząc, że życzliwość i uczucia tego wymagają.
- Nie becz, nie jesteś babą.

Uwierzyłem w te uczucia, w życzliwość, w przychylność. Uwierzyłem, że babą nie jestem. I nie byłem. Zakamieniały we własnej męskości, w pozorach, w przepychankach nastoletnich kozaków, obrońców każdego, nawet najbardziej bzdurnego Alamo. Zmiażdżyłem własne łzy i z bohaterskim rechotem pozbyłem się ich szczając w dziewiczy śnieg, stojąc w szeregu mnie podobnych. Wytopiliśmy z naszych łez wulgarne przesłanie dla świata i od tamtej pory idę przezeń z zaciśniętymi pięściami i suchą twarzą - od płaczu, którego nie ma. 

Naucz mnie płakać. Naucz wtulać się w pierś tak, jak ty to robisz. Kiedy trzymam cię w ramionach i nasiąkam twoimi łzami czuję się tak twój, jak nikt na świecie. Zazdrosny jestem o każdą łzę, którą ronisz nie mnie. Jakbyś mnie okradała. Wiem, że nie zrozumiesz teraz. Żeby zrozumieć musiałabyś poczuć moje łzy, jak przepalają ci bluzkę, jak toczą się w otchłań stanika, by wreszcie pocałować twoje piersi tak czule, jak żadne na świecie usta. Taką łzą można otworzyć wszystko. Naucz mnie. Proszę. Przy tobie miałbym odwagę płakać. Ty nie powiesz mi nigdy: "nie becz, nie jesteś babą!" Ty weźmiesz je, żeby wziąć mnie całego. Żebym ja wziął ciebie. Dałem ci wszystko, co mogłem, wszystko co miałem, a nawet to, czego wciąż nie mam. Wszystko. Prócz łez.

środa, 29 stycznia 2020

Nadzieja

Rozwijam sznurek bez pośpiechu. Mam czas. Mogę celebrować chwilę. Latawiec szarpie się na uwięzi i śpieszno mu do chmur kicających jak zające wyprane w proszku zmiękczającym sierść. Puchate nie-wiadomo-co podskakuje omijając niewidoczne przeszkody, a mój latawiec zachowuje się jak pasterski pies co szarpie smycz, bo już natychmiast chce gnać do tej znakomitej zabawy. Ścigać, zaganiać, szczekać rozkazy, albo po prostu szczęście i patrzeć jak strwożone istoty kłębią się w stadzie i czekają, czy nie grozi im inne, większe niebezpieczeństwo.

Ten latawiec... list napisałem do ciebie. Drugi. Ja wiem, że nie istniejesz, ale nie potrafię przestać marzyć, że jednak pojawisz się dla mnie. Kiedy nikt nie widzi szepczę nadzieje i opowiadam nasz świat, jakim byłby, gdybyś się pojawiła, a ty śmiejesz się ze mnie i wkładasz mi rękę pod ramię. Idziemy razem gdzieś, gdzie zaczynają świecić korale dzikiej róży, a żółte talerzyki na wrotyczach pachną cierpką, wilgotną jesienią. Gdzie trawy schną w milczeniu posypując ziemię prochami nieprzeliczonych nasion. 

Szukałem cię w mieście ale tam hałas, rozgardiasz i pośpiech. Ktoś łokciem trącił, inny zbeształ, że sterczę jak kołek pośrodku chodnika. Jazgot samochodów zagłuszał mój szept, a krzyczeć nie umiałem. Wstydziłem się wołać, bo wciąż pokazywaliby mnie palcami i pukali się w czoła, że taki ze mnie nierozsądny dureń. 

Latem pojechałem nad morze - jak sądzę morze lubisz wraz z niekończącymi się plażami, którymi można wędrować od rana do nocy i leżąc na wygrzanym piasku liczyć gwiazdy. Poszedłem molem wcinającym się głęboko w wodę i tam list zapakowany w butelkę wrzuciłem. Ten pierwszy. Jakaś starsza pani pokiwała głową ze zrozumieniem, może i ona kiedyś rzuciła w toń wielką modlitwę. Mnie odarł ze złudzeń patrol policji wręczając mandat za zaśmiecanie. Zapłaciłem bez skargi. Zapłaciłbym więcej byleś tylko podniosła ten list i była. Tylko tyle. Aż tyle. 

Dziś znów napisałem list i wyszedłem na łąkę wielką jak morze. Stojąc po pas w dzikich trawach, gdy rzepy z nadzieją chwytają się moich spodni, a pajęczyny smużą się w słońcu wypuszczam mój list pod niebo. Może ten spadnie ci pod nogi i przeczytasz go nim stracę nadzieję. Podpieram się myślą, że prędzej życia mi braknie niż nadziei, ale może to tylko słowa. Czasem przychodzi dzień, gdy smutek potrafi wspiąć się nadziei na szyję i dusić, krew spijać, pluć w oczy i deptać pośród szyderstw. Bronię tej mojej nadziei, okrywam ramieniem i zbieram ciosy jej przeznaczone, żeby przetrwała nietknięta. Dla ciebie. Dla nas. Dziś czuję jak tańczy i klaszcze w dłonie jak mała dziewczynka, która z tatusiem wyszła puszczać latawiec. Jak jej powiedzieć teraz, że gdy sznurek się skończy trzeba będzie go puścić? By leciał. Do ciebie. Dla nas... Nie mam siły. 
Wkładam sznurek w ręce nadziei...

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Tabu

- Nie Stachu. Nie namówisz mnie na pewno. I na twoim miejscu nie siadałbym tam pod tą sosną. Mów co chcesz, śmiej się ze mnie, ale jeśli chcesz tam iść, to beze mnie. Nie przekonasz mnie. Jakby mało miejsca w lesie do siadania było. Popytaj we wsi, to się dowiesz, że tam, to nawet grzybów nikt nie zbiera, choćby ich dwa wiadra się śmiały na kilometr. Zapytaj co starszych, tylko tak na boczku, żeby za wiele uszu nie było, bo się ludziska wstydzą zabobonów takich. Ale skrzynkę wódki tam postawię i stać będzie ruski rok i żaden tubylec się po nią nie schyli na pewno. Niedobre to miejsce. I lepiej je z daleka omijać. Ty za długo w mieście siedziałeś, to możesz nie wiedzieć, kiedy szkrabem biegałeś, to mogli ci nie powiedzieć, a teraz, to nie ma kto. Może Kryśka pamiętać będzie. No dobra, chodź gdzie kawałek dalej, bo licho nie śpi, to ci powiem. A popatrz, popatrz, żebyś zapamiętał, żebyś więcej się nie oglądał i nie kusił losu.

Poszliśmy spory kawałek, a Stachu jeszcze za plecy zerkał i taka ciekawość niezdrowa z niego szła w powietrze, i na gębę mu pytania wyskakiwały, jak małoletniemu pryszcze. A kiedy już się udało odejść kawałek, że drzewa zasłoniły i nawet wiatr od sosny nie szemrał złowieszczo, tośmy siedli na pniu zwalonym i w słońcu kolana grzejąc, pot z czoła my otarli i zakurzyli. Po całym, jak dorośli. Stachu kapsel zerwał i butelkę podał, bo przy gadaniu to schnie niemożebnie, wiec od razu łyk spory wziąłem i rozsiadłem się wygodniej.

- Pluń Stachu na to miejsce bez wstydu i żalu, bo żałować nie ma co. Las w końcu duży i tej jednej sosenki, to możesz sobie odpuścić, choćby i krzyczała do ciebie. A może. I kiedy krzyknie, to lepiej nie słuchać, bo omami i najsilniejszego uwięzić gotowa. A kiedy prezent dostaniesz, to ci tak w pięty pójdzie, że nie będzie się komu poskarżyć nawet. Widziałeś, boś się gapił jako to cielę. A ptaszka jakiegoś słyszałeś tam może? Biedronkę, czy pasikonika widziałeś? Nic. Żadne bydlątko się tam nie zbliży, bo rozum swój ma i najmniejszy robaczek. A muchę, jeśli w te strony przywieje, to broni się i łapkami powietrza się trzyma i walczy jak z rzeki prądem, żeby nie tam. Wieje stamtąd wszystko, co zmysły ma jakie takie. Co instynkt dziedziczy w każdej komórce. I tylko miastowe głupki ze stępionym czuciem zajrzą tam czasem, kiedy się w okolicę tutejszą zaplączą. Bo tam zieleńsza trawa, bo cień, bo zapach żywicy tak pięknie uwodzi, a wokół ni krzaczka, więc wręcz zaprasza, na piknik, na kości wyprostowanie, na lenistwo. Poleżeć i wygrzać kości, czy z dziewuchą jaką pobaraszkować.
Nikt już nie wie, co się tam stać musiało, jedna Wieśka może co wiedziała, ale jej nie ma, a czy kto ją pytał? A pewnie i nie, bo się bali ludziska - i Wieśki, i tej sosenki. A mnie ojczulek tu przyprowadził i nawet nie straszył, że nogi mi z tyłka powyrywa, jeśli tam pójdę kiedy. Krzepę miał, i mógłby to zrobić, a on jak nie on. Powiedział tylko, że głupi nie jestem i dla własnego spokoju trzymać się będę z daleka. A pokazał, żeby mnie na wsi chłopaki nie naciągnęli na jaki zakład, czy inną zabawę szczeniacką. Poważny był przy tym jak katafalk, tom i uważniej słuchał. A jak skończył mi gadać, to rwałem do chałupy, aż się za mną kurzyło, dobrze, że w portki nie narobiłem. Może przesadzał, może barwił stare opowieści, ale nie namówisz mnie żadną siłą, żebym tam poszedł. Ani na trzeźwo, ani po pijaku.
Bo tam, jak zawoła, jak się na ziemię położysz, to zaśniesz. Zaśniesz nawet nie na długo. Tyle, żeby zapomnieć. A jak wstaniesz, to nawet nie poznasz, że spałeś. Czyli niedługo, bo słońce to samo grzeje, wiaterek wieje i okolica ta sama. Nie poznasz, jakbyś tylko okiem mrugnął, a już wystarczy. I nie wie nikt, czy z ziemi to ciągnie, czy od sosenki płynie, ale ludzisków zmienia. Na resztę życia i żadnego lekarstwa nie ma. Paskudnie zmienia, bo nie tylko na gębie, lecz w charakterku gmera. Najgorszą zarazę ci z flaków wyciągnie i ją rozmnoży. Na wierzchu położy i gnać cię będą ciągoty okrutne. Jeden, co się naśmiewać z ludzi uwielbiał, ten śmiać się już będzie tylko. Do końca świata się śmieje i jako wioskowy głupek po okolicy do dzisiaj się kręci, a uśmiech mu z pyska nie schodzi. Inny, gorączką pchany nienawiści zacznie mordować bez pamięci, aż go chłopy na widłach zostawią, gdzie w polu daleko, coby władza nie wiedziała kto i dlaczego. A i dziecina taka tu żyła, co to jej rosnąć się odechciało po jednym śpiku pod oną sosenką. No metra nie miała chłopina, a każde narzędzie za duże, za ciężkie i portki w sklepie dziecinnym mu kupowali, albo mu szyła matula przez łzy ledwie widząc. Szkoda gadać za wiele, nie mnie cię Stachu straszyć, ani rozumu uczyć. Niech ci wystarczy, że kiedy pójdziesz, już sobą nie wrócisz. Jeśli ci znane niemiłe, jeśli szukasz, czegoś nie zgubił i w genach po familii nie dostałeś, to idź do sosenki, ale do mnie już nie zaglądaj. A i do domu nie wracaj, cobyś Kryśce i dzieciakom krzywdy wielkiej nie zrobił. A kiedy zobaczysz gdzie w lesie, że młody łoszak a łopaty ma jak byk staruszek, znak to niechybny, że się maleństwo nie całkiem normalne zrodziło i zabłąkało pod tę sosenkę. Z daleka omijaj, bo to niepewny zwierz bardzo. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby ta puma, co ją w TV pokazywali, że ona też spod sosenki wstała. Zmienioną sobą wstała i straszy ludzi, a może futrzak podwórkowym kociakiem był wcześniej z instynktem trochę pokrzywionym? Pytać się nie ma kogo, zrozumieć trudno ale chodzić tam nie potrzeba. Możesz się śmiać, lub nie wierzyć, ale mnie pod sosenkę nie ciągaj. I sam lepiej też nie łaź, jeśli biedy sobie napytać nie chcesz, bo miejscowe, to się kłaniać przestaną zanim się dwa razy obejrzysz. Na wiarę weź i zapomnij. Bo to niedobre miejsce. I do gadania temat też nie najlepszy, bo mi to piwo smakować przestało. Już lepiej wracajmy.

sobota, 25 stycznia 2020

List

Siedziała na wąskiej, niewygodnej ławce i płakała. Tu na zewnątrz mogła sobie pozwolić na okazanie uczuć. Na co dzień udawała twardą i pogodną. Tylko w nocy, kiedy pod kołdrą obejmowała kolana, a zimne stopy nie pozwalały zasnąć, łkała cichutko, żeby cierpiący na bezsenność sąsiad za cienką betonową ścianą nie usłyszał jej skargi. Tak. Na cmentarzu mogła bezpiecznie płakać. Listopad dopiero miał nadejść, ale suche, zakurzone liście jaworów wiatr już przeganiał po alejkach i dekorował nimi pomniki. Jeden z nich przyszła właśnie oczyścić z liści. Oprócz niej chyba nikt tu nie zajrzy. Ona też przychodziła tu rzadko, jakby miała za złe matce, że umarła i zostawiła ją samą.

Zadumała się. Matka nie miała zbyt wiele czasu wychowując ją samotnie. Ojciec nie udźwignął ciężaru ojcostwa i odszedł, kiedy już umiała mówić do niego "tatusiu" siadając mu na kolanach. Kiedy potrzebowała go tak bardzo, że gotowa była wybaczyć mu każde draństwo, jakiego się dopuścił albo mógł dopuścić. Matka, choć robiła co mogła, nie wystarczała dziecku, które chciało mieć rodziców w obu dłoniach. Przytulała się do mamy i zadawała wciąż to samo pytanie - dlaczego. Pytała i patrzyła z lękiem w wyblakłe niebieskie oczy mamy i drżała ze strachu, że usłyszy brutalną odpowiedź, że to jej wina, że przez nią odszedł jedyny w jej życiu facet. Dziadek? Widziany dwa razy do roku, oschły, nie umiejący okazać uczuć, zmęczony jej energią szukał wytchnienia i uciekał od niej zasłaniając się gazetą lub telewizorem. Nie. Tatuś był jedynym facetem. I jedynym draniem. A przecież kochała go nawet dziś, choć nie widziała go od dwudziestu lat.

Pozwalała łzom spływać po policzkach i nawet nie rozglądała się, czy ktoś widzi. Miała czterdzieści pięć lat i była na świecie sama. SAMA! Nie było nikogo, z kim mogłaby dzielić chwile szczęścia - rzadkie jak egzotyczne motyle. Mama umarła kilka lat temu. Jak wszyscy - na raka. Do końca ukrywała swoje cierpienie i martwiła się o córkę, która gryząc paznokcie udawała, że nie widzi w matczynych oczach bólu. Całe życie udawała. Radość, zaradność. Miała  w sobie wymyślony uśmiech na każdą okazję. Więcej ich było niż butów czy sukienek w szafie. Świat wierzył, albo też udawał i pozwalał jej trwać na marginesie istotności.

Wspominała swojego męża. Boże! Tak bardzo pragnęła mężczyzny, tak jej było brak męskiego ramienia, że powiedziała "tak" pierwszemu, który miał odwagę zapytać. Założył jej na palec obrączkę, powiedział kilka słów, które pielęgnowała przez lata, a potem zażądał, by rozkładała nogi ilekroć był w pobliżu. Była służącą, sprzątaczką i kucharką. Dziwką gotową na każdy kaprys pana i władcy. Kiedy ją uderzył pierwszy raz, sama siebie przekonywała, że się jej zdawało. Że to sen jakiś koszmarny. Ale ten sen powtarzał się regularnie. Nie było już tygodnia, żeby jej ciała nie kryły nowe siniaki lub blizny. Wmawiał jej, że jest głupia i brzydka, a robił to wystarczająco często, by uwierzyła. Pogodziła się z tą myślą bez walki. Najwyraźniej jej tęsknota za męskim towarzystwem była grzechem i Bóg ją ukarał. 

Przed matką ukrywała prawdę bardzo długo. Byłą zbyt dumna, żeby przyznać się do faktów, chociaż wiedziała dlaczego jej matka się rozwiodła. Jej facet był taki sam. Bił ją słowami niczym japońskim mieczem. Poniżał publicznie. A kiedy wypił, co zdarzało się zbyt często, darł na niej ubranie, by wziąć siła to, co mu się należało. On też był panem. A teraz matka leży przyciśnięta wielkim, czarnym kawałem marmuru i może jej mówić wszystko. Już się nie wstydzi, chociaż płacze gorzkimi łzami. Ona wiedziała - szepnęła sama do siebie. Wiedziała, bo matkę niełatwo oszukać. Szczególnie taką, która ma w sobie ocean niewykorzystanych uczuć do zaoferowania. Gdyby tylko jej pozwolić cała byłaby kochaniem i niczym więcej nie zajmowałaby się w życiu.

Ale nie pozwoliła. Uciekła z domu z tym kretynem i trzymała się go pomimo wszystko. Kiedy nie wytrzymali sąsiedzi i wezwali policję, okazało się, że to nie wszystkie grzeszki. Rozwód spoza krat dotarł i znów była sama. Kompletnie. Zniechęciła się i już nie podjęła żadnej próby.  Uznała, że Bóg ma rację skoro skazał ją na samotność. Przestała zauważać męski świat. Milczała coraz częściej, coraz trudniej było jej gdzieś wyjść. Praca i dom. Zimne, puste przestrzenie pozbawione pamiątek, poza kilkoma starymi fotografiami z czasów dzieciństwa. Ona z mamą w grubych kurtkach i wełnianych czapkach przytulone do bałwanka przed babcinym domem, ona na plaży i siedząca na mosiężnych kolanach jakiegoś poety czy muzyka. 

Westchnęła cicho, a spazm rozciągnął się na serię. Wiatr bawił się jej włosami i ocierał o nogi. Nawet coś przywlókł, co łomotało teraz na nogawce, tuż nad butem. Miała zamiar strącić to z nogi - pewnie suchy liść, ale zanim ruszyła nogą zerknęła. Kartka papieru zapisana drobnym pismem. Podniosła. Pismo od pierwszego spojrzenia wydało jej się męskim. Ciekawość wzięła górę. Rozejrzała się ale nie dostrzegła nikogo, komu wiatr mógł porwać list. Był bezpański. Chociaż nie. Był jej. Dla niej. Może nawet do niej. Uświadomiła sobie, że w życiu nie dostała listu. Nigdy nie poczuła tej chwili niecierpliwej, kiedy otwiera się kopertę, a w środku wieści ze świata. Położyła kartkę na kolanach i wygładziła papier ręką. Może to wstrętne, że czyta cudzy list, ale tak bardzo chciała, żeby był do niej, że uwierzyła, że się spełniło. 

Piszący z kaligrafią był na bakier, a literki niewielkie, ledwie zaznaczone w kształcie. Otarła oczy z łez, wdmuchała nos i wyczyściła szkła okularów. Bez nich nie dałaby rady na pewno. Uśmiechnęła się do własnych myśli - celebruje chwilę. Odwleka specjalnie moment, gdy zacznie czytać i  czuje rozkoszny ból niespodzianki. Mogłaby głaskać ten list długo, ale zbliżający się listopad wyraźnie dawał znać, że pora zakończyć wysiadywanie na ławkach i kryć się w domach.

"Dziecko.
Nigdy nie znalazłem w sobie odwagi, by ci powiedzieć wprost. Ilekroć Cię widziałem cała odwaga ulatniała się szybciej niż otworzyłem usta. Patrzyłem na Ciebie i plotłem dyrdymały zawstydzony niczym młokos. A potem było mi wstyd, że nie potrafię, a skoro nie potrafię, to lepiej się stało, że milczałem albo mówiłem nieistotności.
Dzisiaj przyznam się, chociaż jest już za późno. Trochę liczyłem, że się domyślisz, że Ty znajdziesz tę odwagę, która ze mnie uszła i sama zapytasz, a ja nie zdołam Ci się wymknąć i odpowiem. Chciałem tego tak bardzo, że łykałem ślinę, żebym się nie zaciął przy odpowiedzi, bo wtedy mogłoby zabraknąć mi głosu. 
Patrzyłem jak rośniesz, jak wstajesz z kolan i ocierasz łzy, jak się śmiejesz i podskakujesz pełna szczęścia. Jak idziesz z mamą na lody albo do szkoły. Nie raz szedłem Waszym śladem i udawałem, że trzymam Cię za rękę, a Ty patrzysz to na mnie, to na mamę i brykasz jak szczeniaczek spragniony zabawy i włosy sypią Ci się do oczu, a Ty dmuchasz na nie, bo ręce masz nami zajęte i wtedy ja odgarniam Ci te włosy, czując ciepło policzków rumianych. 
Zazdrościłem Twojej mamie, że może z Tobą iść na spacer czy zakupy, że może przykryć Cię w nocy, kiedy przyśni Ci się coś, co sprawi, że skopiesz z siebie kołdrę i kulić się zaczniesz przytulając do poduszki w poszukiwaniu straconego ciepła. 
Być  chciałem w Twoim życiu każdego dnia. Pójść na wywiadówkę i usprawiedliwić te wagary, o których mama nawet nie wie, porozmawiać, kiedy smutek Cię dopadnie, gdy kolega z klasy udaje, że nie widzi, jak bardzo chciałabyś, żeby podał Ci rękę i serce. Chciałem być blisko ale nie jak kolega czy znajomy mamy. Chciałem być dla Ciebie.
Wiele razy wyobrażałem sobie, że przychodzisz i wieszasz się na mojej szyi, a potem opowiadasz coś, co właśnie zaprzątnęło Twoją śliczną główkę i szepczesz do mnie - "tato, szkoda, że nie widziałeś". A ja widziałem i wciąż mam łzy w oczach i tak bardzo chcę, choć jeden raz usłyszeć, jak mówisz do mnie "tato". Zamiast tego przychodzę tu płakać nad zimnym kamieniem i próbuję wydrapać z nagrobka datę śmierci. Nie umiem się pogodzić z tym, że Ciebie nie ma. Nie potrafię wymazać marzeń, których spełnienie było już tak blisko. Tylko moje głupota i brak odwagi sprawił, że stało się. Klęczę i żebrzę o wybaczenie. Boga proszę, aby dał okazję, żebym mógł powiedzieć, chociaż jeden raz - kocham Cię córeczko. Choć nie byłem Twoim tatą, to chcę nim zostać i jeśli tylko mi pozwolisz, to będę. Najpełniej jak umiem, a Ty nauczysz mnie, jak trzeba Cię kochać, żebyś przyszła do mnie i powiedziała mi na ucho - ja Ciebie też tatusiu. 
Będę tu przychodził. Będę uczył się słów. Znajdę w końcu odwagę i powiem. Tylko przyjdź proszę. Chociaż raz."

Kiedy kończyła czytać list nasiąknął jej łzami, które płynęły nie tylko z oczu, ale i z nosa. Nawet usta miała pełne łez, których nie szło wytrzeć. Przeczytała raz jeszcze, potem znów. Pierwszy w życiu list, a zrobił na niej takie wrażenie, że nie była w stanie uwolnić się od tych liter. Kolejny raz przeczytała, choć znała już treść na pamięć. Miała go w sercu i w duszy. Rozejrzała się wokół - popołudnie już nabrzmiało i zaczęło skłaniać się ku wieczorowi. W alejce liście tańczyły piruety i robiły to wdzięczniej od skrawków folii lecących z łopotem. Gdzieś brzęknął przewrócony znicz.

Obejrzała się. Siwowłosy mężczyzna poprawiał coś na starym, podniszczonym grobie. Nie zastanawiała się nad tym co robi. Wstała i poszła do niego. Jego twarz też była pełna łez i wpatrzona w malutkie zdjęcie nastoletniej dziewczyny. Wyblakła od słońca fotografia kogoś, kto nie żyje. Położyła rękę na ramieniu klęczącego mężczyzny.
- To ty córeczko? - zapytał nie odwracając głowy.
- Tak tatusiu - gdy to mówiła w ustach urosła jej wielka gula ze wzruszenia - chodźmy już. Jest zimno. Napijemy się herbaty, a potem opowiem ci, co się dzisiaj stało.

piątek, 24 stycznia 2020

Anioł

Lubię kiedy przy mnie rozbierasz się i z poważnej kobiety, matki, szefowej wszystkich szefów stajesz się małą dziewczynką z warkoczykami, czy kucykami. Kiedy wreszcie przestajesz udawać i zdejmujesz te złudne makijaże i podkłady dobrego wychowania, pewności siebie i fachowości. Kiedy już to wszystko na bok odłożysz i podskakujesz na paluszkach trzymając mnie pod rękę i mruczysz cichutko, albo śmiejesz mi się w oczy wprost tym śmiechem, który mówi - chcę – wszystkiego, lodów z malinami, herbaty z pomarańczą i miodem, czytać chcę, słuchać i pokaż mi więcej. Tego miasta i tych drzew, aniołka kryjącego złote skrzydła we wnęce wysoko na ścianie i wróbelka wiszącego z ratuszowej elewacji. Pokaż mi bibliotekę, w której można posiedzieć przy kawie i dworcowe tarasy dopiero co otwarte. Kiedy prowadzę cię w labirynt ukryty na patio budynku uniwersyteckiego, a portier wychodzi gdzieś daleko, żeby nie przeszkadzać własną natarczywością cieszyć się nam wątpliwym aromatem bukszpanowych ścieżek.

Bardzo lubię, kiedy na bok odkładasz oficjalny uśmiech i śmiech zbyt szeroki, żeby szczerym mógł być, a w oczach gasisz to czujne, skupione zwierzątko nieustannie wypatrujące zagrożeń i analizujące każdą, nawet najmniejszą przesłankę, by uciec, albo nastroszyć się i fuknąć jak wściekła kotka, i prychnąć, jak głodny lampart. A kiedy wreszcie położysz je obok, jak torebkę w kinie na wolnym fotelu, kiedy zapomnisz, że są pod ręką i w każdej chwili założyć znów je można na siebie, jak wieczną lampkę, jak dres, w którym można wszystko, byle nikt nie dostrzegł co pod nim się dzieje i jak się szamocze to wszystko, czego nie widać. Tak. Bardzo lubię. Uwielbiam wręcz i maślanym patrzę wzrokiem, kiedy odkładasz na bok konwenanse, jak niepotrzebny już szalik, jak parasol, gdy deszcz nie pada i przeczytaną gazetę, w której nie było ani jednej ciekawej wiadomości, czy zdjęcia.

Lubię, bo wtedy zaczyna mówić całe ciało, i głowa mówi, i oczy stają się tak wygadane, że aż się ci ręce trzęsą i wyciągają do mnie po jeszcze. Odrobinkę jeszcze - uwagi, głębszego zerknięcia pod powieki i dotyku dłoni najdelikatniejszego – tego, który powoduje, że wstają najmniejsze z włosków, a cała ręka pytać się nerwów zaczyna, czy to już dotknięcie było, czy tylko fantazja. Czy to czekanie na ciepło innej dłoni się objawia westchnieniem takim, czy pragnienie spełnieniem jest już i faktem namacalnym, który jęk z gardła wychrypieć potrafi bez świadomości udziału. Uwielbiam te chwile, kiedy w oczach, niczym w falach oceanu mieszają się barwy nieustannie, i plączą, i krążą, i z myślami krzyżują, i wilgocią nasiąkają, i w obietnic marzeniach toną zapraszając do tej niezmierzonej głębi mnie całego. Tak. Uwielbiam i świat sprzed nosa tracę zupełnie i otoczenie nieważne, dźwięki spoza i zapachy… Ginie mi świat i ja ginę nie wiedząc kiedy i dlaczego w tym uwielbieniu, w tym misterium, które nie zna czasu i praw fizyki.

Tak. Zdecydowanie. Bardzo lubię patrzeć na twoją nagość intymną, wstydliwą. Tą z opowieści i wspomnień na ciele czytanych. Kiedy dotykam i odwagi mi brak już, żeby ci w oczy spojrzeć, kiedy własnym wspomnieniem twojej przecież opowieści wędruję po stygmatach przeszłość piętnujących, niknących bardzo powoli i niechętnie, a pamiętanych przecież doskonale. I łzy budzących i złe słowa w tobie, które są przecież. Ja wiem, że są, chociaż tego nie mówisz, jednak wystarczy, że słabym słów doborem wspomnę, żeby dostrzec jak wulkan wybucha, jak emocje erupcją straszną, bezzwłoczną płoną i niosą palący ładunek na oślep, na wprost, na wiwat i rozum zasypia. Wiem, więc nie patrzę, chociaż ciągnie mi oczy do twoich, żeby zobaczyć, czy wciąż są czynnym kraterem i jaką barwą kipią. Dotykam więc dyskretnie każdego wspomnienia, każdej chwili, której pamięcią się ze mną podzielić raczysz i patrzę własne snując myśli, a palcami próbuję ten szum zebrać, jakbym zbierał kurz ze stolika, nim położę na nim szklankę kawy. Każdą chwilą pasę się - wspomnieniami, słowami, obrazem i wrażeniem. Rosną we mnie nie moje przecież emocje, rodzą się uczucia nieznane, gdy próbuję podstawić własne czucia pomiędzy te słowa i sprawy minione, jakbym sam miał je przeżyć i wspominać własną kancerą na ciele i we własnym umyśle gwoździem zostać przyszpilony.

A ty, jakbyś nieświadoma była, podrzucasz wciąż nowe, drobne, niby nieważne detale, które nowych znaczeń dodają i nakładają się niby kolejna warstwa farby na werniksie już wyschniętym, i kontury się kształtują, i nowym znaczeniem barwią, i głębszą wciąż treścią, ideą, aż horyzont pęka, bo stary zbyt kusym był, za wąskim i ograniczonym przedwcześnie. Maluję więc nowe linie, zmieniam perspektywę, szerzej i szerzej wciąż patrzę, widząc że znowu zbyt krótko, zbyt skąpo rozciągnąłem czas i przestrzeń, żebym mógł wzrokiem cię objąć i zrozumiał, poznał, poczuł i dotknął prawdziwie. Znów zgaszę światła wszelakie i niech tylko oczy twoje świecą w ciemnościach, jak gwiazdozbiór świeżo odkryty, daleki bardzo i nie do końca poznany. Z tą niepewnością badacza, który nie wie, czy groźnym będzie, czy przyjaznym ów nowy świat zbyt daleki, żeby go poznać szybko i bez wysiłku.

Karmię się każdą chwilą i słowem niewypowiedzianym. Niedoskonałością i niedopowiedzeniem. Uczę się i zdumieniem okrywam, jak rumieńcem, nad którym zapanować nie sposób, bo oddech przyspiesza i ręce tracą stabilność. Karmię się jak ktoś, kto zapomniał już dawno jak posiłek wygląda, wygłodniały łazęga szukający po śmietnikach resztek na królewską zaproszony ucztę – nim deser podadzą już przystawkami opycha się do granic wytrzymałości i patrzy troszkę żałośnie, troszkę rozżalony, że więcej na raz nie mieści, a kieszenie już pełne i oddech krótki z obżarstwa… Tak i ja pochłaniam wszystko co na stół wniesione zostanie i nie nadążam, tak wiele potraw się wciąż pojawia, a ja nie przetwarzam, nie jestem w stanie, za tym wszechświatem i obfitością nadążyć. I kiedy oczy zamknę, kiedy zostanę sam na sam z własnymi myślami i wspomnę, budzą się kolejne pragnienia i tęsknoty i błagania o jeszcze, o powtórkę o kontynuację.

Lubię bardzo. I szukam okazji i łaszę się jak pluszowy miś do dziewczynki o oczach świecących beztrosko, takiej, która świadomości nawet nie ma, jak mocno działa, jak silnym echem we mnie buzuje jej radość i smutek i jaką pełnią zmysłów każde odbieram wrażenie, słuchem przygnane, czy drgnięciem na palcu najmniejszym.

Jak się to stało i czemu – sam nie wiem, lecz rozum już zasnął, a ciało nieposłuszne się stało i tylko powtarzać potrafi: „Chcę, więcej chcę i wciąż chcę”. I skrzydeł nie szukam na twoich ramionach, bo przecież nie one są mi potrzebne. Nie aureole żadne i szaty z obrazów starych mistrzów, żebym rozpoznać potrafił. Nie trzeba mi rekwizytów żadnych i definicji wiekami namaszczonej. Nie trzeba konturu, ni metryczki. Bo wiem dokładnie, czego chcieć mi się zachciało. Ciebie całej, prawdziwej i nagiej. Ciebie, która tkwisz tam, gdzie nie wpuszczasz nikogo, gdzie niepoznana wciąż jesteś i tylko nocą samotną ostrożnie zerkasz, by sprawdzić, czy nie zniknęłaś, czy z tych masek codziennych w sumienie nie wsiąkły pozory i nadal trwasz w sobie calutka, niezbrojna, lecz w tę dziewczynkę wesolutką tylko wyposażona, która ufnie rączki wyciągnie i zaprosi do tańca we dwoje, a skrzydła i aureole niech więdną w trawach, niech się w szafie zakurzą, niech je czas pożre, lub w lesie zbutwieją i karmią przyszłe drzewa wspomnieniem. Niech o nim las szumi, że jest taki anioł co tańczyć ze mną poszedł i skrzydła zostawił, bo przeszkadzały. I aureolę wyrzucił, bo jej blask mi oczy zasłaniał i nie widziałem oślepiany światłem, które miało schować nagą prawdę, tę szukaną. Zatańczysz ze mną dziewczynko? Zostaw teatralne rekwizyty aniołeczku i chodź ze mną pomiędzy drzewa – niech się cieszą naszą radością i płaczą wspomnieniem podłym. Pójdziesz?

czwartek, 23 stycznia 2020

Azymuty nieobjawione

Kamienie obieram ze skórki, żeby się dobrać do miąższu. To trochę jak szukanie żółtka w jajku zbyt długo gotowanym. Obieram je niewprawną ręką, gmeram w granitowych skorupkach krusząc je na proszek, niczym trollowy kopciuszek, któremu kazano pośród kamiennej mąki wyłuskać ziarna granatów i rubinów, rozdzielić je od skaleni i różowego kwarcu. Patrzę, czy nie urodzi się jajo z geodą ametystów, z malachitowym okiem, lub opalizującym, czarodziejskim blaskiem gwiazdy mlecznego opalu. Odkładam na bok ostre zęby kryształów, turmalinowe kolumny i przerażające szpony morionów. Szukam agatowego melanżu, jaspisu z pastelowym połyskiem, ale wciąż tylko pazury własne kaleczę i tylko piach, Sahara cała pod nogami mi rośnie i złoto głupców pirytowym blaskiem naśmiewa się ze mnie pośród okruchów mną popełnionej erozji. Szukam, czego nie zgubiłem, pragnę, czego wysłowić nie potrafię. Więc obieram granitowe obeliski wierząc, że kiedyś odnajdę w jednym z nich to, czego nie wiem. Że ślepym trafem zostanie mi w dłoni betlejemska gwiazda i poprowadzi mnie poprzez mną uczynioną pustynię do tam, gdzie mieszka każde moje jutro. A na razie sięgam po kolejny fragment nieobrobionego granitu przetykanego biotytową płytką o wzroku ciemnym i mętnym, do piasku sprasowanego tak mocno, że wnętrza strzeże jak sejf bankowy. Rozcieram w dłoni i patrzę, jak pęka skorupka, a ja palce wkładam mocniej do środka i próbuję rozewrzeć zaciśnięte przed wiekami ściany. Jest pod nimi żółtko? Nie złoty cielec dendrytami wczepiony w spękania wiekowe, w słabość nieidealnej skały, lecz światło księżycowej nocy, latarnia morska lepiej od każdej busoli brzeg poszukiwany wskazująca.

wtorek, 21 stycznia 2020

Nietolerancja

Egoizm. Tak. Kiedy z bezwzględną stanowczością zaglądam we własne myśli, których nikt nie widzi i nie może się przysiąść, a potem znienacka wyszarpuje je z mojej dłoni, żeby z szyderczym śmiechem światu obwieścić, staję się małym, rozwydrzonym chłopczykiem, który zna jedno tylko słowo – chcę.
Chcę, chcę i chcę. Niczego we mnie nie ma więcej chyba, a jeśli nawet, to i tak zaczyna się od chcę. Niczym rozpieszczony jedynak w zbyt bogatej rodzinie, która rekompensuje juniorowi brak miłości spełnianiem zachcianek, a on bezwzględnie i bezmyślnie wykorzystuje sytuację, tak i ja – chcę i wyciągam ręce po wszystko, co poza zasięgiem. I nie interesuje mnie, czy naruszam twoje granice, jak bardzo wymuszam własnym chceniem zgodę, żebyś mi się stała, bo ja, ja, ja…

Najważniejszy na świecie i jedyny, któremu się należy i musi dostać wszystko, co w oczy wpadło, co spodobało się tak bardzo, że już nie potrafi zrezygnować. Tak. Nie potrafię i nie chcę. I jak jakaś śliska, obrzydła kreatura kuszę fałszywą obietnicą, zbliżam się szeptem i korzystając z nieuwagi kradnę – chwile twojego zapomnienia, gdy przesuwam granice z premedytacją wycofując się, zanim zdążysz zaprotestować. Nieustannie zbliżam się do ciebie i twojego ciała nie pytając o zgodę. Wciąż bardziej, wciąż odważniej i dalej.

Chcę. I robię to, udając że nie słyszę braku zgody na takie zachowanie, chociaż twój świat, twoje rozumienie i potrzeby różnią się od tych, które gotów jestem ci ofiarować w zamian. Ofiarować? Znowu kłamię? Czyżbym coś dawał? A może wyłącznie biorę, korzystając z twojego niezdecydowania, z twojej nieświadomości, z twoich braków, emocjonalnego niezaspokojenia i marzeń tęskniących, żeby je wreszcie z kimś podzielić? Doskonale wiem, że to nie ja – nie taki ja, jakim jestem dzisiaj. Powinienem napluć w lustro, ilekroć przed nim staję. Zamiast tego patrzę w nie wzrokiem równie gorącym jak lustrzane jego odbicie i odnajduję w nim, dojrzewającą gładkość twojej intymności, która z każdym dniem zbliża się, paruje pod wpływem mojej niecierpliwości i mgłą nadziei oczy ci zasnuwa. Ja nie marzę. Projektuję strategie, żebyś była moją, bo tego właśnie chcę. Knuję schowany w gąszczu pozorów i realizuję zaszyfrowany plan, jak robot, który jest skazany na wykonanie pełnej sekwencji, żeby zamknąć proces finałem. Bezwzględny jestem jak policja podatkowa i system bankowy.

Czasami, gdy zawstydzę się własnych czynów, kiedy spojrzę na siebie okiem widza, ogarnia mnie myśl, że nie jestem dobrym człowiekiem, że tak nie powinno się dziać… Próbuję zwiększyć dystans, rozluźnić uchwyt i wyrzucić z głowy zachwaszczone myśli. Ale to nie trwa długo, bo chciejstwa wracają do mnie falami przypływu wieczorami i porankami, na spacerze i w pracy. W czytanych zdaniach i oglądanych obrazach – nieważne jakich, czy to film będzie, czy migawka z ulicy, albo nawet luźne myśli, które błądząc po oceanie podświadomości nasiąkają twoim obrazem. Abym w końcu dostrzegł cię nagą dla mnie. Dobrowolnie złożoną ofiarą, którą z wysokości ołtarza będę brał w posiadanie, bo mi się należy. Należy. Przecież powiedziałem, że chcę. A skoro chcę, to dostaję. Tak było i tak ma być wciąż.

Wreszcie ulegasz i stajesz naga dla mnie, a ja tryumfalnie patrzę na ciebie, jak na własność. Jak na wypatrzoną dawno temu na sklepowej witrynie zbyt drogą zabawkę, która niepojęcie trafiła w moje dłonie wypełniając mnie euforią. Dotykam nieśmiało najpierw, chwilę później odważniej, aż sięgam po ciebie całą i biorę we władanie. I tylko czasem, kiedy myślisz, że nie patrzę, w twoich oczach widzę żal, smutek jakiś mną uczyniony, że nie jestem takim, jakim ty byś mnie chciała. Widzieć, czuć, oddawać się zgoła.

Tolerancja? Ja i tolerancja? Łatwo jest mówić, obiecywać, w słowach ukrywać pragnienia mną szyte i dla mnie. Raczej cyniczne i bezduszne siedzi we mnie zwierzę, które brać chce co mu się nie należy, na co nie zasłużył i nie powinien. Nieustannie napinam strunę, szukając nocnych ścieżek twoich dłoni zanurzonych w ciebie, żeby ich miejsce zająć, żeby własnym dotykiem zastąpić twój, który przecież bardzo kalekim jest… Ach – nawet teraz potrafię słowami zmieniać rzeczywistość, manipulować emocjami i kręcić nimi na chwałę własnych chęci. Podstępnie i podle.

Zerkam kątem oka, żebyś nie dostrzegła. W tobie tyle rozumu jest wciąż. I kiedy nawet na granicy bezwstydu balansujesz i fanaberiom moim „tak” mówisz, to przecież potrafisz moje dłonie odsunąć i powiedzieć stanowczo „nie”, kiedy ja bełkocę ogarnięty pasją – „chcę!”

Tolerancja i ja… Ja i moje nieskończone chcę - trzy słowa, z których dwa tylko uczciwie zmieszczą się w jednym, prostym zdaniu, chociaż potrafię ułożyć je wszystkie razem – potrafię, ale nie przed lustrem. Nie szczerze do krwi – niech tolerancja zostanie za drzwiami, kiedy ja chcę. A ty stań przede mną ze swoją nagością i daj mi wszystko po krańce zmysłów i jeszcze trochę spoza nich. Przyjdź do mojego chcę i bądź. Moja bądź. Dla mnie… Chcę przecież… Ja… Chcę…

Ja chcę!

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Strach

Strach niósł się drżeniem gasnącej fali wzdłuż stalowego kręgosłupa budynku i rozpierzchał po równie stalowych, poprzecznych wręgach, niczym po żebrach spiętych w klatkę. Zupełnie inaczej niósłby się po wodzie, rozpływając się w pazernych falach biegnących w każdą stronę. Tu ruch był ukierunkowany, narzucony zamysłem architekta, a przecież i tak docierał wszędzie, kalecząc uszy, powodując trwożne rozbieganie wzroku i podnosząc dłonie do ust, by ukryć szloch trwogi, albo by przygryźć palce do bólu i odciągnąć umysł od tego dźwięku, który potrafi chwycić za gardło i wyprzeć powietrze z płuc.

Nie było wolnych od lęków. Dźwięk dotykał duszy i darł ją na strzępy. Najodważniejszy w krzyku wyzwania zawierał obawę, że może przyjść ten strach i pożreć serce żywcem, nie wyjmując go spomiędzy łopatek czy zwartej klatki żeber. Tchórzliwsi obejmowali ramionami kolana, kulili się na łóżkach, fotelach czy dywanach i zamykali oczy udając, że ich tam wcale nie ma, chociaż wiedzieli, że to dziecinna iluzja, ale i tak oddawali się jej nie widząc bardziej racjonalnych rozwiązań. 

Dźwięk docierał do każdego z zakamarków, wsiąkając w tkanki i mięśnie. Płynął układem  nerwowym i przysiadał pod każdą znalezioną czaszką niedopowiedzianą grozą. Dopiero wtedy pojawiał się następny i magistralą, którą szedł pierwszy posuwał się niczym prąd po rozpoznanej już trasie. Strach zarażał i niósł się niczym wirus, czy pustynna burza obejmując to, co spotkał po drodze. 

Wystarczył jeden krzyk, by porazić mięśnie. Drugi rzucał na kolana organizmy przerażone do tego stopnia, że nie znalazły odwagi nawet na ucieczkę. Oddech skrócony do spazmu i spojrzenie zaszczutego zwierzęcia trwale osiedlały się na każdym. Potem puściły pierwsze zwieracze i smród mentalny stracił wyłączność. W trzecim nawrocie strach chichotał już i bawił się stadem pochwyconych jednostek trącając pojedyncze z nich, jakby je skazywał na śmierć. Ktoś konwulsyjnie kopał nogami ziemię w ataku paniki i nikt poza strachem nie starał się mu pomóc. Inny, o słabym sercu, dogorywał w zawale zbyt gwałtownym , by miał szansę na drugi. Nie pomogło zaciskanie rąk na uszach. Dźwięk i strach mieszkały już wewnątrz i umiały dotrzeć bez pośrednictwa uszu. Indukowały się wprost z kręgosłupa i paraliżowały, by później porwać w czyste szaleństwo i zabić.

Strach był już wszystkim i opanował każdy żyjący organizm. Nikt nie wiedział skąd przychodził, ale był tu i zdawał się nieprzerwanie szeptać wprost do mózgów:
- Jestem tu po ciebie. Jesteś mój. Poczekasz na mój głód, na pragnienie. Wezmę cię, gdy tylko zechcę. Ale najpierw nacieszę się twoimi lękami.

niedziela, 19 stycznia 2020

Wróżba

Jak ktoś ma pecha to nawet wróżąc z fusów herbaty dowie się, że herbata była w saszetkach, a śladowy poziom pozostałości po napoju wystarczyć może najwyżej do spekulacji i to obarczonych wielkim ryzykiem nadinterpretacji. Co jednak robić jeśli herbata dawno wypita i mikroskopijne krople zasychają na ściankach kubka, a na jego dnie tli się zalążek wróżby? Przyglądałem się tyleż bacznie, co bez zrozumienia i zapewne trzeba byłoby szamana, żeby coś wykuglował z tak mizernej materii. Ja zapadłem się w sobie i bezmyślnie zerkałem na dno naczynia, w którym nie pływało już nic mogącego zwilżyć wargi. Drobny meszek kurzu herbacianego przykrywał dno schnące nieco wolniej od ścianek kubka.

Postanowiłem odczekać chwilę, bo może trzeba ustabilizować obraz, zanim zacznie się z niego czytać. Kubek stygł, wietrzał i sechł bez większego entuzjazmu - ja zresztą też wolałem go pełnym i gorącym. Dylemat. Zrezygnować z objawienia na rzecz parującej herbaty, czy uzbrajać się w cierpliwość i czekać na przesłanie? Cierpliwością grzeszą kamienne nagrobki, a nie żywi ludzie. Ja również nie należałem do tych, którym udaje się zmarmurzeć na czas wystarczająco długi i przebierałem nóżkami, żeby przyszłość uchwycić tu i teraz. 

Poszedłem na kompromis z moim dylematem - kubek odstawiłem na parapet, a sam poszedłem zaparzyć herbatę, tym razem już z fusami, w innym kubku. Zapach mówił mi, że dokonałem doskonałego wyboru. Przyssałem się do wrzątku i co tu ukrywać - chciwie siorbałem, jakbym od dawna nie próbował napoju. Wnet obejrzałem dno, na którym kłębiły się liście, jakby to była jesień w pobliskim parku - ciemne, wilgotne, gęstym kożuchem leżące na całej dostępnej powierzchni czekały na mnie. Tym razem dno aż się prosiło o wróżbę. Przyglądałem się jak z braku wilgoci zniekształca się obraz modyfikując ukształtowanie tej martwej przecież natury. Patrzyłem usiłując wprowadzić jakikolwiek ciąg znaczeniowy, ale język natury chyba nie był moim ojczystym, bo nie rozumieliśmy się wcale, co mnie odrobinę zniechęciło. 

Szczęściem obok mieszkała Cyganka, więc niewiele myśląc zaprosiłem ją na herbatę licząc, że przy okazji odczyta i wcześniejszy wynik. Sprawa zdawała się zmierzać ku rozwiązaniu. Cyganka chętnie wypiła herbatę i zjadła parę maślanych ciasteczek. Kiedy zapytałem ją o przepowiednię zawartą na dnie wszystkich kubków, podrapała się po nosie i wiedziona ciekawością zajrzała kolejno w dna kubków - trzech moich i jednego swojego. 
- Cóż sąsiedzie... - rzekła z namysłem sugerującym powagę sytuacji. - Myślę, że jedno jest oczywiste, a reszta mglista. Żeby nie mieszać ci w głowie mgliste przepowiednie zostawimy losowi. A oczywista rzecz jest taka, że masz cztery kubki do umycia.

sobota, 18 stycznia 2020

Próba

Pytania. Zakończone nie znakiem zapytania, a szubieniczną pętlą. Stwierdzenia z wykrzyknikiem maczety wbitej głęboko w plecy, lub kropką pocisku magnum 44 rozpłaszczoną w betonowej ścianie po przejściu przez miękkie ciało. Jeszcze niedopowiedzenia, z wielokropkiem, pośród oceanicznych toni, pływających głodnymi żarłaczami. Dołóż milczenie, głębsze od ciszy idealnej próżni, zabierającej oddech, zanim pomyślisz o ust otwarciu. Spróbuj teraz. Żyj. Pełnią księżyca, blaskiem słońca, rozmaitością gwiazdozbiorów. Jeśli potrafisz, chyba jesteś bogiem. Kłaniał się będę najniżej, jak potrafię, gdyby się znalazło jedno dobre słowo warte powiedzenia. Zostań szumem drzew, pejzażem nieposkromionym, zmiennym jak pory doby i roku. Pokaż mi sztuczkę. Iluzję. Pokaż uśmiech szczery.