poniedziałek, 22 listopada 2021

Efekt uboczny.

    Nigdy nie miał aspiracji, żeby zostać nadwornym grajkiem. Każdy instrument wymagał skupienia i mnóstwa wyrzeczeń, nim zrewanżował się czystym dźwiękiem. On, któremu świadomość często zapadała się w niezmierzoną otchłań zadumy, był najmniej predysponowanym adeptem. Także dzisiaj – oparłszy plecy o drzewo, leniwie trącał struny, ignorując rzeczywistość. Palec powtarzał zapamiętany mimowolnie ruch, jak zdrowaśkę, a struna pokornie łkała. Duchem dawno już okrążył sąsiednie galaktyki, zwiedził piekarnię, gorset schowanej pod białą czapką pyzatej Kasi, a nawet piwniczne pajęczyny odkurzył po trzykroć, mimo przymkniętych powiek, lecz melodii nie wydobył nawet niezbyt wyszukanej.

    Osiągnął jedyne tyle, że zwabił rój szerszeni, wstrząśniętych godowym zewem nieznanej królowej.



Romans bez granic.

    Polerowałem znalezioną na strychu kulę, aż jej blaskiem zachwyciła się świeca osiadła na grzędzie wiekowej komody. Epoksydowany metal zapłonął perłowymi piegami, skrzącymi mocniej, niż roztańczone cekiny karnawałowej sukni. Noc oprawiła dialog świecy z kulą w chybotliwe ramy niepewności, a srebrnookie gwiazdy szeptem migotały tajemne zaklęcia, topiąc je w zmarzniętej tafli okna.

    Płomyczek mało ze świecy nie wyskoczył, tak bardzo pragnął wzajemności, a lekko zawstydzona kula zarumieniona bezprecedensowym flirtem krygowała się i udając opal, szukała schronienia w moich dłoniach.

    Położyłem kulę obok świecy, tonąc w fotelu. Księżyc cierpliwie obierał marzenia ze wstydu, gdy kula z cichym westchnieniem pękła rodząc smocze pisklę.

Horror.

    Ogórek wyglądał zwyczajnie. Miał gęsią skórkę, świadczącą, że wyhodowany został w gruncie, a kolor i aromat jednoznacznie wskazywał, że ukiszono go w beczce, albo słoju. Błyszczał od kwaśnego potu, gdy sięgałem po niego.

    - Twardy! – pomyślałem - Znać rękę fachowca i przepis pielęgnowany od pokoleń.

    Kiedy ugryzłem, pod zębami zachrzęściło. Puściłem, choć sok wypełnił już usta i rezygnacja wymagała samozaparcia. Wewnątrz coś tkwiło. Wziąłem nóż i spróbowałem wykroić obce ciało. Broniło się.

    Ogórek błyskawicznie przestał zachwycać wyglądem i nadawał się jedynie do zupy, nim skończyłem obieranie miąższu. Rękę po łokieć okryła posoka, a w dłoni został nagi, nieumiejętnie wypreparowany szkielet.

piątek, 19 listopada 2021

Ostrze.

 

- Więc uważasz, że możesz przynależeć? – głos zdawał się być metalowym i pochodził z wnętrza czarnej dziury – Dobrze. Sprawdzimy to. Na twoją odpowiedzialność.

 

Z mroku wysunęły się dłonie. Wiele dłoni. Nie były delikatne. Pierwsze chwyciły za włosy i pociągnęły mocno, do łez, na stół. Inne chwytały za kostki i nadgarstki. Mrok przecięły srebrne błyskawice noży. Tańczyły w ciemnościach wciąż bliżej mnie, żeby obrać mnie z ubrania i pozostawić na stole. Związanego z ustami otwartymi i oczami otwartymi szerzej niż usta.

 

- Zasady znasz – wysyczał głos – Do pierwszego krzyku.

 

A potem noże dotknęły ciała. Litościwie, bo cięły ramiona i uda. Zaciskałem zęby tak mocno, że nie wiem kiedy przegryzłem wargi. Słodki smak krwi dusił, gdy wpływał w gardło. Dobrze. Bardzo dobrze. Z gardłem pełnym krwi nie jest łatwo krzyczeć. Byle tylko te noże omijały newralgiczne punkty ciała. Nie miałbym szans, gdyby zbliżyły się…

 

Za długo myślałem! Zdradziłem swój lęk pierwotny i jeden z noży pogłaskał płeć. Kiedy przyszedł drugi, a potem kolejne poczułem na skórze wysypkę nie tyle gęsiej skórki, co raczej kaszy. Grubo tłuczonej, gęsto wysypanej kaszy. Błysk szybki jak światło, lecz zanim zdążyłem krzyknąć skóra napletka spadła na mój brzuch. Krzyczałem. Tego nie miałem prawa udźwignąć.

 

- Nie miałeś! – głos był wciąż beznamiętny – I nie musiałeś. Wytrzymałeś wystarczająco długo w ciszy. Za chwilę noże cię uwolnią. Jeden z nich będzie od teraz twój. Ostatnia próba. Jeśli i ją przebrniesz, zasiądziesz w kręgu, jeśli nie – przegrałeś życie. Nie spiesz się. Wybierz nóż. Masz?

 

Kiwnąłem głową i sięgnąłem po ostrze, które mnie obrzezało. Wciąż krwawiłem z licznych ran na piersiach, ramionach i nogach, ale ta jedna rana bolała bardziej.

 

- Opatrzymy cię, jeśli będzie po co. Jak będziesz nasz. Teraz pokaż, że zasługujesz na krąg. Zabij. Zabij tego, który nie ma noża. Krąg nie rośnie. Krąg żyje i zmienia się, ale nie rośnie. Zabij, albo giń.

 

Ująłem nóż. Ciepła rękojeść przypomniała mi, że jeszcze przed chwilą była na niej inna dłoń. Nie byle jaka. Dłoń, która nożem potrafi wszystko. A ja, pokaleczony, przejęty i obrzezany mam ją pokonać w walce. Owszem, teraz ja mam nóż, a ręka jest pusta. Jednak to ręka mordercy, a mi jeszcze nigdy nie zdarzyło się zabić człowieka. Zawaham się? Czy uniosę? Pot wystąpił na czoło i rozcieńczył krew. Bałem się, że nie udźwignę. Wątpliwości podgryzały mnie, zagęszczając ciemność wokół. Pozostałe noże leżące dotąd pokornie obok mnie poznikały w tajemniczy sposób. Byłem ja – nagi na stole i krwawiący, nóż i oddech wybrańca. Nawet płci nie znałem. Nie wiedziałem, z kim przyjdzie się zmierzyć. Instynktownie wyczuwałem, że krąg powoli zaciska się. Trzeba zacząć walkę, bo za chwilę będzie za ciasno w kręgu, z którego jeden tylko wyjdzie żywy i dołączy.

 

- Ruszaj! – usłyszałem ponaglający głos – Zasady są proste, zajmiesz miejsce jednego z nas, albo zginiesz…

 

Wstałem. Krąg zbliżał się w milczeniu. Sylwetki okapturzone dla zwiększenia dramaturgii, choć nie bali się rozpoznania. Przecież nikt nie zdradzi, bo martwi nie zdradzają, a żywi są częścią kręgu. Jedna z postaci zuchwale zbliżyła się do mnie. Pewnie jakieś szyderstwo, albo dobra rada na drogę. Wątpliwości mnie opuściły, nim kaptur sięgnął mojego czoła. Zasady! Bez namysłu, zdradziecko wbiłem nóż w pochylającą się głowę. Usłyszałem stuk spadającego noża i zdziwienie w powtarzającym się sykaniu pozostałych. Jeden z kręgu. Nic więcej. Kto powiedział, że musi to być wybraniec? On… Oni wiedzieli, że wybiorę nóż, który mnie obrzezał. Więc wybrali fachowca, żeby mnie zabił i pozwolił przetrwać kręgowi w niezmienionym składzie. A teraz…

 

- Witaj w kręgu – głos był równie beznamiętny, jak wcześniej – Podnieś nóż i dołącz. A swoja drogą, ciekawy wybór. Gratuluję inwencji!

 

Teraz, kiedy stałem się częścią kręgu noże poznikały. Ktoś oblepiał mi rany zieloną papką z jakichś liści, jednak krew zatrzymywała i czułem kojącą, zimną ulgę. Kto inny bandażował, albo okrywał mnie długą suknią z kapturem. Jak mnicha. Pewnie właśnie zostałem mnichem. Szelest skłonił mnie do zerknięcia w bok. Dwie osoby odciągały nieszczęśnika, któremu z czubka głowy sterczała rękojeść noża. Zabiłem. Kiedy uświadomiłem to sobie poczułem, że miękną mi nogi, a w gardle rośnie kolczasta gula.

 

- Zbyt długo był już z nami. Zapomniał o ostrożności. To wcześniej, czy później musiało się stać – głos nie był już beznamiętny i docierał z bliska. Patrzyłem zachłannie, z ciekawością, bo głos należał do młodej kobiety. Musieli stosować jakieś sztuczki akustyczne, bo teraz ten głos był zupełnie inny niż wcześniej.

 

- Skąd wiedziałeś, żeby nie atakować Zena? Dotąd nikomu się nie udało z nim wygrać pomimo noża.

 

- Impuls – powiedziałem, ale patrzyłem w oczy kobiety, której głos wciąż słyszałem w głowie. Głos ich… naszego przywódcy. Patrzyłem starając się, aby nikt nie dostrzegł, jak dziękuję wzrokiem za życie. MOGŁA mnie zabić. Mogła, ale oszczędziła i pozwoliła zająć miejsce obok niej. Dlaczego? Nie wierzyłem w uczucia od pierwszego wejrzenia, więc dlaczego? Czego ode mnie chce, jak każe sobie zapłacić za życie? Byłbym niewdzięcznikiem, gdybym…

 

Położyła mi mentalny palec na myślach. Nie teraz. Nie czas na ciąg dalszy. Ceremonia miała jeszcze potrwać. Na nieoficjalne historie przyjdzie jeszcze czas. Krąg zasiadał do posiłku. Na stołach gąszcz talerzy i misek parował rozmaitością. Kobieta usiadła na szczycie stołu, mnie powiedli na drugi. Gość honorowy. Po raz pierwszy i ostatni siedziałem na szczycie stołu. Potem, moje miejsce miało być między braćmi.

 

- Część braci jest siostrami – głos w mojej głowie zadźwięczał sympatyczną złośliwostką, a z drugiego końca stołu dobiegł mnie śmiech. Chociaż patrzyła gdzie indziej, śmiech kierowała do mnie. Zaczynałem nowe życie. Wraz z pierwszym kielichem wina wspólnota stawała się częścią nowego życiorysu. Podchodzili po kolei i przedstawiali się, zdejmując kaptury, by ich więcej nie zakładać. Należałem do nich, a oni do mnie. Pośród blizn, bo każdy był znaczony nożami pozostałych, albo tych, którzy odeszli.

 

-Krew… – kobieta zaczęła przedzierać się przez mój umysł, gdy ja jadłem udając wilczy apetyt – Krew jest religią. Jest potrzebna wszystkim nam. Dzisiaj nikt nawet nie skosztował, ale noże oblizywali, kiedy nie widziałeś. Jeszcze tego wieczoru dostaniesz i ty do skosztowania. Krwi wroga. Tego, którego pokonałeś by do nas dołączyć. Teraz jesteś nasz i z nami, a on się nie liczy. Jest przeszłością. Za długo był z nami i zdawało mu się, że jest wieczny, za co dzisiaj zapłacił nam. Krwią. Wypijemy ją do ostatniej kropli, wytrzemy miękiszem chleba do czysta. Opłuczemy białym winem, aż się zaróżowi. Od dziś przejmiesz obowiązki, które zaniedbał umierając. Będziesz opiekunem wschodniej Europy. Będziesz szukał wyznawców i krwi. Na razie nie wiesz, że każda smakuje inaczej. Nie rozróżniasz niuansów, ale to szybko się zmieni. Będziesz gościem w wielu domach, a w każdym znajdziesz wielki wybór. Żywej krwi. Dla konesera nie ma nic lepszego. Krew wprost z ciała pita. Z ciała otwartego ręką ofiary. Dobrowolne poświęcenie. Ból w hołdzie dla nas.

 

Nie miałem odwagi unieść głowy i zatonąć w jej oczach. Charyzma, siła i przekonanie o słuszności tego, co robi biły z niej. Podniecająco i świeżo. Przy takiej kobiecie nawet eunuch poczułby zew i zapomniał o cielesnym defekcie. Moje uwielbienie rosło. Sekta? Nawet jeśli, to przecież świat składa się z sekt. Mniej lub bardziej niejawnych, ukrytych, albo tylko schowanych w pozorach. Tu słyszałem słowa otwarte. Nie bojące się konsekwencji i kreujące przyszłość.

 

- Młodzież – głos falował po wnętrzu mojej głowy – najważniejsza jest młodzież. Starsi są skażeni. Niesmaczni. Toksyczni. Zgorzkniali, jak ich krew. My potrzebujemy naprawdę żywej krwi. Młodej, pełnej energii i pomysłów. Świeżości. Im młodszy dawca, tym większa wartość. Ale nie zabieramy nikomu ani kropli. Każdą musimy dostać. Twoja głowa jak to osiągnąć. Niemowlęta nie mają woli, oseski mają strach i oddanie, dzieci, nawet, kiedy się zgodzą, to nóż na skórze sprawia, że zmieniają zdanie i płaczą. Nastolatki. To jest target w który trzeba uderzyć. Tam znajdziesz źródło. Łzy, niezrozumienie, ciekawość świata. Jest w nich wszystko – niewinność i prostytucja, romantyzm i cynizm. Wszystko, czego nam trzeba. Tylko brać, tylko skłonić ich do ofiary. Zgrabnie podsunąć żyletkę, gdy tylko zanurzą się w dylematy, gdy dygresjami zabiją prawdy, albo gdy prawdy staną się trudne do uniesienia. Podsunąć żyletkę, nóż, brzytwę, krawędź potłuczonego szkła. Nieważne. Ważne, żeby spłynęły krwią ramiona, uda, brzuchy… to dlatego ceremonia wymaga cięć. Musisz być wzorem, rzeźbą mistrza, którą się podziwiać będzie. Matką-wzorcem do naśladowania. A kiedy ofiara weźmie w końcu nóż i sznur czerwonych korali wysypie się na skórę… Będziesz pił, będziesz całował, leczył, udawał, ale przede wszystkim będziesz pił. Znajdziesz nie tylko sobie, ale i nam wszystkim czerwone łzy przyprawione każdą euforią i demoniczną potrzebą współtrwania w mroku. I zapamiętasz każdą z ofiar. Rozpoznasz ją po smaku. Po zapachu. I nie pozwolisz jej uciec od nas. Będzie nas karmić. Będzie pucharem dla kręgu. Reszta, to bydło. Tuczne bydło hodowane dla krwi. Przypraw ją nam każdym uczuciem. Im rzadszym, tym lepiej. Dzisiaj tylko ja piłam ciebie. Chcę jeszcze, jeśli się zgodzisz. Przyjdź do mnie, gdy skończy się ceremonia. Gdy nasycisz się krwią poległego.

 

Potem? Potem, to już była noc. Ici – bo tak się przedstawiła, wpuściła mnie do sypialni bez słowa. Zdjęła ze mnie całe udawanie i pozostawiła nagiego. Potem rozwijała bandaże, do których lepiły się jeszcze resztki gojącej pasty z nieznanych mi, aromatycznych liści. W świetle księżyca moje ciało nabrało barwy polerowanego srebra i poddało się autorytetowi gospodyni. Stałem nieruchomo, kiedy jej dłonie i usta sprawdzały, jak bardzo zostałem uszkodzony podczas ceremonii. Zlizywała mniejsze strupki i rozgryzała większe. Tam, gdzie wciąż pulsowałem bólem objęła mnie ustami. W futerale ust poczułem błogość. Nie sądziłem, że mogę poczuć rozkosz, kiedy rozmiękczy na mnie wszystkie hieroglify nożem uczynione zaledwie kilka godzin wcześniej. Zioła były naprawdę cudowne. A może to jej usta.

 

Leżałem wreszcie na jej poduszce, przykryty miękkimi włosami i jej oddechem niestrudzenie szukającym mojego smaku. Kłębiło się we mnie tyle pytań i wątpliwości. Przyszłość dobijała się o jasną ścieżkę, o pomoc i trwanie. A tymczasem to ja byłem towarzystwem, pokarmem i natchnieniem, któremu zamykała usta dzieląc się moją własną krwią ze mną. Była delikatniejsza niż komarzyca, gdy sięga po pokarm. I potrafiła spić ze mnie więcej. Krew zmieszaną z nasieniem… nie wiem, czy można doznać większego ukojenia, niż pozbyć się bólu i pożądania w jednym akcie. Ici umiała to zrobić. Nie wiem, ilu przede mną kłamała, że nigdy wcześniej i nigdy aż tak, ale chciałem wierzyć w te słowa, które pachniały mną tak bardzo, jakby moimi były. Wypiła mnie wystarczająco, żeby stać się rodziną. Na tym polegała siła kręgu? Rodzina, która zna swój najbardziej intymny smak? Musiałem sprawdzić. Zdecydowanym ruchem rozchyliłem jej kolana. Poddała się bez walki. Gorycz cytrusów zmieszana z ostrością pieprzu. Krzyk. Bezwiedny i niepowstrzymany.

 

- Przyjdź po moją krew – szepnęła, kiedy wróciła z zaświatów – przyjdź za tydzień. Nie proś, nie żebraj. Weź. Należy się tobie moja krew. Przyjdź wypić mnie, wychłeptać, weź wszystko, co udźwigniesz, a ja na plecach wydrę ci paznokciami wyznanie, którego nie powtórzy już żadna kobieta. A teraz śpij, bo świt już blisko. Jutro nauczysz się kim jesteś i dla kogo jesteś. Dziś jesteś mój. Dla mnie. Od jutra będziesz mój, ale dla kręgu. Krąg potrzebuje świeżej krwi, której dawno nie zaznaliśmy. Czekałam na ciebie. Musiałeś przyjść w końcu. Sądziłam, że będziesz kobietą, ale tak też jest dobrze. Śpij, jutro będzie dzień pełen nowości.

 

Zasnąłem i śniły mi się sny w fioletach i czerni. Pośród wiatrów nieprzyjaznych i demonów szukających sumienia, żeby je rozszarpać. Nie miałem sumienia. Przynajmniej własnego. Może teraz mam sumienie zbiorowe? Krąg stał się rodziną, którą dopiero zacząłem poznawać, ale czułem to nawet we śnie, że Krąg oddał się mi, tak jak ja jemu. Staliśmy się wspólnym ciałem, więcej niż rodziną – organizmem wypełnionym jednym celem i jedną potrzebą. Oni byli mądrzejsi, bardziej doświadczeni. Jutro zaczniemy działać. Nauczą mnie. Sztuki noża i smaku krwi. Wzniesiemy jeden toast i zaszumi nam w głowie jakby to był szampan na czczo wypity. Dziś? Spełniłem pierwszy puchar. Krew pokonanych smakuje ambrozją. Zwycięstwo oszałamia. Śmierć ogłusza. Wygrałem życie. Krąg. Organizm przyjął mnie w siebie i podzielił się wszystkim co miał. Nóż świecił się srebrną łuską ze stolika. Mój nóż, mój organizm, moje życie. Zamknąłem oczy i odpłynąłem w jutro. Z pełnym zaufaniem.

Dyktator.

    Kapłan zagłady słowem wskazał cel. Rozpoczęła się bezpardonowa nagonka. Żadnych jeńców. Sznur zwisający z dzwonnicy, albo rezerwat w zacisznym kamieniołomie, z gwarancją dożywotniego zatrudnienia, przy pozyskiwaniu tłucznia.

    Siły zwarte, muskularne, etatowo szkolone do pacyfikacji nastrojów wątpliwych, stanęły tyralierą za ścianą pancernej pleksi. Ruszyły wolniej, niż lokomotywa w wierszu dla dzieci, dodając sobie animuszu pałkami, jedną gorączką bębniącymi w tarcze. Spod hełmów wyciekał pot wydestylowany z myśli powitych samodzielnie i nieregulaminowo.

    Ulice zbyt wąskie, by uciec, chodniki śliskie od krwi. Niebo łzawiące pośród chmur duszącego gazu odwracało wzrok. Kapłan siedział daleko od kaźni, w szlafroku przed telewizorem z namaszczeniem konsumował jajecznicę.

Czekając na Sylwestra.

    Znudził mnie czwartek, więc zerwałem go z kuchennej ściany i cisnąłem w kubeł. Niech sczeźnie pośród resztek rozgotowanych i pleśniejących już jarzyn. Przyjrzałem się blademu piątkowi, bo zdał mi się ubogi, lękliwie zerkający, co się z czwartkiem stało, więc łaskawie uznałem, że czas na niego. Skwapliwie podążył za czwartkiem bez skargi, od pierwszej chwili zaprzyjaźniając się z butelką po kefirze.

    Sobota nie była już taka wyrywna. Może czuła pod sobą pulsującą wściekłość niedzieli – niegotowej jeszcze by świat zaszczycić niebanalną urodą. Patrzyłem z niesmakiem na te przepychanki. Zirytowany cisnąłem cały kalendarz do kosza, postanawiając niezwłocznie zaprosić nowy rok.

    - A co!

czwartek, 18 listopada 2021

I jeszcze.

    Czarno odziany heros w kapturze, z kołczanem prawilności dziarsko zadzierzgniętym na kibici, okazał się być wysportowaną kobietą. Pani o łydkach Herkulesa i posturze Van Damma z najlepszych lat, podczas marszu ścieżką rowerową posilała się kawą z tekturowego kubka, nim podąży z maratońskim przesłaniem do tambylców, zamieszkałych lata świetlne stąd. Szczęściem – Internet sięga, gdzie wzrok już nie za bardzo, więc, kiedy dotrze i ogłosi hiobowe wieści, sieć bez zwłoki rozpowszechni co trzeba, szybciej, niż grypa opanowuje niezdobyte pozycje. Trawy schną w wątłym wietrze, coraz lżejsze, beżowe, rozczochrane. Z balkonowych skrzynek wynoszą się kolory, a słońce znudzone grzaniem marudnych, spoconych ludzi świeci z rzadka i bez gorączki. Wrony powybierały już spomiędzy liści upadłe orzechy i więcej na chodnikach łupin, niż zapomnianych mózgów, twardo tkwiących w brązowych czaszkach. Kosiarki zawodzą, sięgając pod blednące żywopłoty ku ostatnim, zapodzianym źdźbłom. Tylko sikorkom w głowie harce i siadają na krawędziach ścian, zaglądając do wnętrz z ciekawością nieprzyzwoitą.

Szyderca.

    Długonogie gazele w czarnych rajstopach zmiękczają wzrok niedorostków, ilekroć tym ostatnim uda się oderwać oczy od monitora. Dziewczę o makijażu starannie maskującym trudy dojrzewania uśmiecha się z przekąsem, acz nie do końca złośliwie. Może i ją nieco zmiękczył obraz pekińczyka w garniturze w szkocką kratę. Tramwaj-wykolejeniec dołącza do innego, który popełnił podobną niefrasobliwość wcześniej, co sprowadza na Miasto klęskę połączoną z pieszą migracją licznych stad o twarzach nabrzmiałych od przekleństw. Na stromych skarpach miejskiej fosy powbijane zostały w ziemie ostrzeżenia o deratyzacji. Widziałem je kilkakrotnie i nadal nie wiem, czy intencje wieszającego przestrogę dotyczyć miały ekologicznie uwarunkowanych tubylców, którzy w przerwie w pracy zwykli wychodzić na popas i raczyć się słodką, schłodzoną kiszonką, czy też kaczki zamieszkujące okolicę posiadły sztukę czytania ze zrozumieniem.

Zuchwale.

    Przez ciemność przedziera się jakiś odważny przedszkolak, idąc tropem ojca, znaczącego ścieżkę w ciemności analogowym papierosem, co wykrywam bezbłędnie sokolim wzrokiem i węchem nie dotkniętym współczesną zarazą. Nim świergolenie narybku zaniknie przestrzeni dostrzegam niewiastę z cyfrowym papierosem wzbogaconym o opcję latarki, a kto wie, czy gadżet nie dysponuje również innymi, frapującymi dodatkami programowo zaszytymi wewnątrz fallicznego cylindra. Doskonale ukryty kos śpiewa pieśni, a ja nie potrafię sobie wyobrazić, że rechocze pod wpływem moich insynuacji względem świata zewnętrznego. Listopad skutecznie schładza myśli ciepłe od sennych marzeń zmiatanych wycieraczkami ogonów manifestujących radość, że znów można podnieść nogę i olać wszystko, co w zasięgu się znajdzie.

środa, 17 listopada 2021

Ciut za późno.

    W związku z awansem z ligi okręgowej na poziom światowy niezwłocznie zmieniłem barwy klubowe, buty, krawca, wakacyjne destynacje i Agenta, pracującego obecnie nad skompletowaniem mojego światopoglądu, stosownego do osiągniętej pozycji. Na początek rzucił tylko, że powiatowa dziewczyna nie przystoi wschodzącej gwieździe, więc niezwłocznie spakowałem lekko przechodzoną muzę, która z soplami zwisającymi z perkatego noska chlipiąc wróciła do rodzinnej wioski. W najbliższym kiosku kupiłem kolorowe gazety z zakamuflowanymi anonsami topless (a czasami całkiem less) po liftingu piersi, pośladków, warg i Bóg jeden wie czego jeszcze i spędzałem wieczory bez grymaszenia przymierzając każdą bez wyjątku – żeby nie wyjść na homofoba. Słabo szło, bo sypianie ze zdjęciem nie przynosiło ulgi, więc ze wstydliwym uczuciem porażki zadzwoniłem o wsparcie do Agenta.

    - Passe! – niemal opluł mnie pogardą sączącą się ze słuchawki – Kto to widział, żeby Lew Salonowy chodził na smyczy jakiejś Pocahontas, gdy wokół prężą się członki Tęczowych Tygrysów? Ohyda!

    Zakończył rozmowę i szczęściem nie widział, jak oblałem się rumieńcem. Wyłazi ze mnie buractwo i trzepanie butów ze słomy na niewiele się zda, kiedy człek cuchnie obornikiem, a smród sięga stołecznego stadionu. Czas dorosnąć. Sięgnąłem po gazety ponownie, lecz tym razem zasypiałem wlepiając wzrok w sześciopak kolejnego doskonale opalonego mutanta, zliczając zdobiące go tatuaże i inne piercingi. Może kowal uzbroiłby i mnie w taką uprząż, którą najwyraźniej w Wielkim Świecie stosuje się jako alternatywę dla garniturów z Wólczanki?

    Nie powiem, żebym budził się spełniony. Raczej gorączkowo sprawdzałem, czy aby nie zostałem niecnie wykorzystany podczas snu. Zadzwoniłbym do rodziców, dotąd wspierających mnie bez szemrania, jednak światopogląd wciąż nie był gotów, a popsuć sobie image na starcie, kosztować mogło Karierę. Wreszcie Agent był gotów przedstawić Ścieżkę Sławy, na końcu której tłoczyły się „achy”, „ochy” i prywatny jacht długości boiska z basenem, bo oceanom w kwestii wody lepiej nie ufać. Pierwszy wieczór spędziliśmy wybierając bezludną wyspę, na której miał stanąć zamek, pałac, czy wesołe miasteczko – trochę pobłądziłem, gdyż Agent w trakcie przedstawiania wizji negocjował już kontrakty reklamowe, zakup sześciu restauracji w kraju i trzynastu w krajach egzotycznych, wynajmował lożę w Metropolitan Opera na najbliższe sto lat i wzywał sztab ludzi, mających rozebrać mnie z małomiasteczkowości i odziać w ciało godne Herosa.

    Cierpiałem depilacje, manikiury, fryzjerskie harce, soczewki kontaktowe zmieniające moje miodowo-naiwne spojrzenie w stal błękitu, czy pluszową zieleń zrywającą zamki niepoznanych dotąd rozporków. W łóżku zagościł język angielski, z którym nijak współżyć nie umiałem, więc kląłem go bez litości. Poszedłbym na piwo, jednak chodzić nie godziło się, a jechać dwunastodrzwiowym cadillakiem do oberży, przed którą wciąż parkują furmanki z sianem, to lekkie faux pas. Przy tym (jak mnie poinformował Agent) picie piwa, ZANIM browar zapłaci mi za nienachalną promocję, to grzech, jakiego muszę się wystrzegać.

    Zamiast piwka w rozśpiewanym towarzystwie studiowałem w trybie nadzwyczajnym modę salonową jesień 2021, i wiosna 2022 - na wszelki wypadek, bo czas nie z gumy i kiedy już dopadną mnie flesze paparazzich będzie trudniej się wytłumaczyć z niedopasowanej do marynarki bielizny. Agent sugerował, że moja aryjskość może zostać uznana za nonszalancję, polecał abym podrasował karnację dążąc do standardu chociaż zachodnich Indii, albo Kostaryki. Wakacje na Zanzibarze, Dominikanie, czy innym kurorcie, składającym się z piasku, słonej wody i boyów gnących się w uśmiechach całodobowo (broń Boże hostess). Na prywatnym lotnisku popierdywał wesoło Jumbo-Jet, czekając aż zaszczycę jego pokład czterema literami.

    Z braku lepszych pomysłów, zdecydowałem się. I ten cholerny angielski też się zabrał – na gapę, bo złośliwie zamierzałem go zostawić na straży tymczasowych apartamentów dziewięć tysięcy metrów kwadrat bagatela, siedemnaście łazienek i całej tej reszty, o której miał mi opowiedzieć kamerdyner, jednak zaginął podczas zwiedzania i odnajdzie się nie wcześniej jak w przyszłym stuleciu.

    Stajnia pełna była rumaków, gdyż (na kategoryczne żądanie Agenta) od dzisiaj rumaczenie było moim oficjalnym hobby. Posiadałem fanpejdża i miliard osiemset lajkujących z mozołem folołersów, ilekroć objawiłem się w kolejnej odsłonie odświeżanej siedemnaście razy na dobę przez mrówki drzemiące nad elektroniką w openspejsie. Zabawne, że siedzieli w kwadracie 8x8, jakby to była szachownica, nad którą pieczę sprawował Agent Gromowładny. Nawet, kiedy robiłem kupę, zamiast atawistycznego grymasu musiałem zaprezentować diamentowy uśmiech, w dłoni trzymając markową pastę do zębów, ręczniczek kąpielowy, czy biodegradowalną biżuterię. Na lotnisko pojechałem rumakiem, nieco tylko kalecząc gonady. Odpoczną w drodze, bo nawet Jumbo-Jet potrzebował chwili, by mnie przemieścić na drugi koniec świata.

    Bezludna wyspa (prócz personelu) posiadała zaledwie setkę starannie sprofilowanych postaci, których stan posiadania zaczynał się liczbą znaczącą za taką baterią zer, że nawet cierpliwe z natury sępy nie dawały rady dożyć końca wyliczanki. Panie – nienagannie piękne, skrojone według tego samego wzorca, zaopatrzone  u jednego krawca, skrywające w szufladzie identyczny model wibratora, przechadzały się brzegiem, uważając, by sól morska nie naruszyła doskonałości stóp nawykłych do aksamitów i jedwabi, a nie potłuczonego do obłędu granitu. Panowie trawili miniony wieczór, albo paśli się nadchodzącym, schładzając krtanie płynami do dezynfekcji jamy ustnej z obowiązkową tęczową parasolką.

    Ciężko mi było zrozumieć tak jawne deklaracje, bo w końcu po co miałbym zaśmiecać sobie głowę cudzymi preferencjami? Zupełnie jakbym trafił na bal swingersów, gdzie każdy z uczestników deklaruje apetyt wystarczająco dosadnie, by uniknąć ewentualnej pomyłki. A ja przecież miałem tylko maść zmienić na więcej beżową. Jak cham ze wsi położyłem się na piachu i zasnąłem, pozwalając słońcu na operację solarną, a kiedy wstawałem boy napełniał już zimnym kefirem wannę, żeby ulżyć świeżo zdobytej karnacji.

    - Zasadniczo, jutro położę się na plecach i będę mógł zakończyć proces przemiany – pomyślałem zasypiając w wannie. Chyba stęskniłem się za domem i prostymi przyjemnościami w klimacie zbliżonym do nawyków wrodzonych.

    - Józek! – ktoś gwizdnął i aż drgnąłem, że nawet na bezludnej wyspie dosięgła mnie wiocha – Wyłaź wreszcie! Goście już przyjechali, chłopaki rozpili pierwszą beczkę, dziewczyny pocą się pod zegarem! Mecz nie poczeka. Gramy zaraz!

    - Szlag trafił karierę! – pomyślałem siadając i wsuwając nogi w buty – Trza było się tego angielskiego uczyć, zamiast dyskutować z Agentem.