czwartek, 5 maja 2022

Taki właśnie maj.

 

A kiedy wczesną wiosną, siwowłosy gość w kapciach, zasuwa chodnikiem, trzymając pod pachą słój pełen suszonych grzybów, to najwyraźniej dzieje się coś, co wymyka się poznaniu. Słodka koniczyna rozpleniła się tak, że czas najwyższy wypatrywać nalotu królików. Bzy uwodzą fioletowym aromatem, aż pobladłe wisterie zazdrośnie spoglądają z góry. Młodziuteńkie nereczki korzystają z ciepła słonecznych promieni i grzeją się w maślanych westchnieniach nieśmiałości nastolatków. Mamusie wyprowadziły wózki na dłuższy niż zwykle spacer, by usiąść gdzieś w parku, pod ledwie opierzonym klonem i nacieszyć się spokojnym oddechem śpiącego bobasa. Przed kwiaciarniami całe łany kwiatów czekających, by ktoś je udomowił na własnym balkonie.

środa, 4 maja 2022

Tonąc.

 

 

Zaiste kochałem. Ryć rzeczywistość w osi wertykalnej. Czasem żar jądra przypalił mi wąsy, albo skazywał na ucieczkę przed ogniem piekielnym. Ale żaden, najwyszukańszy sztorm, nie zniechęcił mnie do eksploracji. Szukałem dna. Wytrwale, bez wymówek. Nie miewałem okresów bolesnych, ani migren. Penetrowałem nieznane. Głębiej i głębiej. Zrzuciłem sierść. Zrezygnowałem z wilgoci skóry. Drążyłem bez końca. Mijałem pokłady gruntu wcześniej zdefiniowane przez geologów i fanów historycznych otchłani. Mijałem mrzonki i nadzieje, żegnając się z brodą, zapobiegliwie otulającą moją doczesną beztroskę.

 

Tam… Głębiej… konstytucje osiągały niereformowalny wymiar. I racje bardziej zbliżone do PRAWDY. Oszołomiony ciśnieniem, egzotyką, a tym bardziej brakiem powietrza - wsiąkłem bezpowrotnie.

Śmierć wieśniaka.

 

Miasto zdawało się być miejscem ciasnym, pełnym zachłannej niegodziwości, a przecież tutejsi żyli wewnątrz od wieków. Może moja, zaściankowa przeszłość sprawiała, że cierpiałem klaustrofobię w ciasnych zaułkach, nie widząc horyzontu, ani nawet najbliższej kępy wytrzebionego lasu. Dusiłem się. Ziemia, okryta piaskiem i gliną, nie dawała oddechu, powietrze uprażone niczym popcorn, sprzedawany za niepojęte pieniądze w przedsionkach kin, zieleń spacyfikowana, zdegenerowana do zaledwie trzech wymiarów, jakimi geometria potrafi się posługiwać dzięki staraniom zmarłych geniuszy… Wszystko dookoła przytłaczało rozsądek. Więdłem, zatopiony w marzeniach o przestrzeni. O nieskończoności stepu wszechświata – tu, ubrany w kaganiec ergonomicznych uwarunkowań tyrana, zachłystywałem się konwulsją. Bez grama wody.

Niepojęty cud.

 

 

Chciałaś być moją. A ja nie marzyłem o niczym więcej. Urodziliśmy się z dala od własnych horyzontów, ale czułaś to samo – gdzieś POZA – czekała twoja przyszłość. Ja. Gdy się wreszcie zmaterializowałem - zmarnowaliśmy trzy doby z powodu skrupułów, lecz księżyc zlitował się widząc naszą bezradność i rozpalił tęskną nagość do srebrzystej bieli.

 

- Nie wierzę – szepnęłaś, choć serce pozwoliło płucom zagarnąć dopiero dziewiczy haust przedświtu.

 

- Ja również – zmieściłem dwa słowa między sokami, którymi spływaliśmy, bezgłośnie żebrząc, by noc się nie skończyła.

 

Czas został karłem zbierającym datki pod kościołem uniesienia. Stałaś na ołtarzu, pożądając. Potem, krzycząc – bezwolnie powiłaś przesłanie Boga.


W Miasto zanurzony po czubek myśli.

 

Dmuchawce obsiadły trawniki i kulą się w chłodzie nocy czekając na wiatr, który je poderwie do lotu, perfumując ich parasolowate ciała aromatem bzów. Dziewczęta coraz śmielej korzystają z różnych od czarnego koloru strojów. W drodze do tam widzę usiłujące trwać między szynami tramwajowymi klony i graby. Wystarczyłaby chwila nieuwagi, żeby przejęły teren we władanie. Tramwaje? Choć właśnie obchodziliśmy Święto Flagi – obwieszone obcymi barwami, podobnie jak balkony, zatracając ideę święta. W Mieście gwar obcojęzyczny, natarczywy. Nawet Niemcy i Anglicy znani z hałaśliwych manifestacji swojej obecności w ościennych landach spokornieli w obliczu straumatyzowanej przebojowości przybyszów z krainy U i prezentują powściągliwe milczenie dumając, po co szałwia Ukrainie, a bohaterom chałwa. Nie znają chwilowo niedopowiedzianego przesłania dla Lachów. Zerkam na spieszącą się gdzieś nastoletnią staruszkę o siwiuteńkich włosach, z lekko snującą się między nimi fioletową mgiełką. Albo na młodego faceta, który szczelnie odcina się od obcych dźwięków słuchawkami i niespiesznie sączy puszkowane szczęście. Na razie nie zbliża się do Nirwany, bo twarz ma kamienną i bladą. Może zły azymut obrał? Wysiadam, w sam raz, by dojrzeć samotnego kosiarza usiłującego okiełznać rozpasanie wybujałej natury przed dyskontem. Trawersując bezkres parkingu zauważam cień, który wyprzedza mnie bezczelnie. Wygląda jak szachowy pionek, pędzący na zatracanie w wątłej nadziei na szlachecką nominację. To ja widziany okiem Boga-Słońce? Zabawnie. I nieproporcjonalnie. Nie przypominam absolutnie człowieka witruwiańskiego. Prędzej można mnie wpisać w jajo, niż w kwadrat. Jestem gadem? Płazem? Jajorodnym ssakiem? Nie mi mieszać się w boskie sprawy, a protest kogoś, kto nie potrafi nawet podnieść czoła wystarczająco do ujrzenia Majestatu jest tylko żałosnym skamleniem.

wtorek, 3 maja 2022

Dziwka.

        Byłem pucharem przechodnim. Miała mnie chyba każda. Niektóre nawet wielokrotnie. A kiedy nasyciły się moim ciałem, kiedy dyszały po zaspokojeniu instynktów – bawiły się moją więdnącą niemocą i pytały najpierw nieśmiało, lecz widząc uległość, naciskały zuchwalej. Interesowały je plotki szczególnie o konkurencji – bardziej zaniedbanej, bądź zwyczajnie brzydkiej. Dopiero gdy nabrały zaufania, zaczynały pytać wprost o przełożone, sąsiadki, albo rywalki. Wymyślałem, barwiąc rzeczywistość, ile się dało aż dostrzegałem rumieniec zachłanności. Wtedy pozwalałem sobie na bezczelne łgarstwa, a one przekraczały wszelkie granice wstydu – koniecznie chciały delektować się perwersją. Niewiele minęło, żebym nie musiał wymyślać. Każda z opowieści wypadała blado względem głęboko skrywanego apetytu.


Majówka.

 

        Letnia garderoba wietrzy się na nastoletnich ciałach z wdziękiem otulając te wszystkie biodra-piersi-pępki-uda-pośladki-ramiona. Kwiaty rozsiadły się na spódniczkach i krótkich spodenkach i walczą o prymat z rozległymi bliznami niezbyt starannie przemyślanych, bądź wykonanych tatuaży. Pierwsze biusty oswobodzone z jarzma staników ogrzewają męski (i nie tylko) wzrok. Pan pięknobrody ogląda się za dziewczęciem, choć idzie z synem zbyt młodym, by potrafił docenić urok dopiero co rozkwitających piersi. I malarz w kaszkiecie jadący w poprzek deptaka z szaleństwem zachwytu w oczach o mało nie rozjechał sklepowych witryn, czy roztargnionych turystów. Patrzę zachwycony, jak słońce potrafi wydobyć urodę kobiet, choć zimą przecież te same spacerowały oswojonymi ścieżkami codzienności. Idą wszystkie, zatopione w piekle męskiego niespełnienia. Mijam billboard prowokacyjnie głoszący nacjonalistyczne zawołanie ponoć bratniego narodu i szlag mnie trafia, że nikt tego nie ukróci choć z nazistami poradziliśmy sobie i na każdy przejaw podnosimy larum takie, że głuchy Bóg nas słyszeć musi. Chyba, że nie chce.

poniedziałek, 2 maja 2022

Ekstrakty cz.57

 

Autorytet.

        Byłem uznanym w mieście herpetologiem, szanowanym i rozpoznawalnym. Nic dziwnego, gdyż ludzie od niepamiętnych czasów obawiali się węży, a ja, jako jedyny, na własne oczy widziałem samicę zaskrońca. Nie przyznałem się nawet mamusi, że płci rozróżnić nie zdołałem, bo uciekłem z wrzaskiem.

 

Razem?

        Pasowaliśmy do siebie lepiej niż dwa pośladki jednego organizmu. A jednak komuś udało się wedrzeć pomiędzy nas i gwałt zadać do łez gorzkich, brutalnie rzeźbiąc między nami nieuleczalną granicę. Bruzdę dzielącą to, co wspólne, na moje i twoje.

 

Łańcuch pokarmowy.

        Młodość potrafi być tak nierozsądna, by wilkołakom ukraść gorące kartofle wprost z ognia. Zuchwale wykrzyczy sukces, nim zacznie pożerać na wpół zwęglone bryłki, zapominając, że ONI zmysły mają doskonałe. I przypalone warzywa nie wystarczą im na kolację – potrzebują zdecydowanie więcej kalorii.

 

Chrzest kloszarda.

        Z trudem udawałaś, że mój aromat nie przeszkadzał tobie, więc przed kolejną randką postanowiłem powalczyć o ciebie. Ktoś wyrzucił przyzwoite buty, na szmatach wyżebrałem lekko tylko zdefasonowany garnitur. W rzece zawzięcie ścierałem kilkuletni smród, a kiedy skończyłem ubranie okazało się za duże.

 

Rywalizacja.

        Mieliśmy grać w piłkę, więc trener podzielił nas na drużyny, ustawił naprzeciw siebie i poszedł do magazynu po sprzęt. Wrócił zasapany, ciągnąc wózek pełen karabinów i granatów, które sprawiedliwie podzielił między kapitanów. Stanął na skraju boiska i zagwizdał, żeby wojna mogła wreszcie się zacząć.

Teraz i przedtem.

 

        Na drzewie obsypanym kwieciem bardziej niż chodniki podczas procesji na święto Bożego Ciała utknęła pomarańcza – uwikłany w gęstwinę balon, ku rozpaczy jakiegoś dziecka, któremu przyszło zanieść do domu puste rączki. Dyżurny kos, z wysokości bocianiego gniazda anteny ogłosił moje pojawienie się na horyzoncie – i jeśli w kosim języku tak właśnie brzmi moje imię, to jestem zachwycony urodą tego słowa.

 

        Dla rzeczy porządku, by nie zapodziało się w coraz głębszej pamięci – kilka dni temu widziałem azjatycką afro-amerykankę. A przynajmniej tak podpowiadały mi moje rozbrykane zmysły. Dziwne, szczególnie w Europie, co dodatkowo zwiększa galimatias geograficzno-społeczny. Najwyraźniej – kochać można wszędzie.

Skojarzenia.

 

        Kos, niczym posłuszny piesek prowadził mnie, kierując się tam, dokąd zamierzałem jeszcze chłodnym porankiem. Nie kluczył, nie zatrzymywał się na amory, czy ploteczki. Ignorował kołujące eskadry szpacze, gruchające na parapetach gołębie, czy prześmiesznie nadęte wróble bawiące się w berka na porośniętym winoroślą ogrodzeniu. Cytrynowe słońce nisko wiszące nad okolicą trochę przeszkadzało cieszyć się widzeniem, jednak czerwono kwitnące świerki, czy fioletowe kiście na bzach dało się dostrzec bez problemu. I magnolię, stojącą po kostki w śmieciach własnych kwiatów – nie wiedzieć czemu skojarzyło mi się to z kimś, kto właśnie skończył jeść słonecznik, pozbywając się łupin wprost pod nogi.