wtorek, 12 marca 2024

Gorączkowy atak namiętności wiosennej.

 

    Szpaczy zwiad spadł na osiedle. Z wysokości brzozy obserwuje szykujące się do kwitnienia magnolie, śliwy wiśniowe i głogi. Pani, która kilka dni temu krzyczała na kierowcę, że przyjechał siedemdziesiąt sekund za późno, dziś wsiadała dumna z punktualności zawodowca. Obserwuję wewnątrz znacznie większą liczbę kobiet niż mężczyzn, a w mijających samochodach z grubsza panuje równowaga, z lekką tylko nadwagą męską. Czyli co? W Mieście mieszka więcej kobiet niż facetów? Kozackie baby zaburzyły równowagę?


    Kloszardzica w okularach wzmacniała siłę wzroku puszkowym piwem. Chciałem napisać, że przypominała wypraną sowę, ale czy kto widział sowę o bordowych piórkach? Starczyło na piwko, to i na farbkę także. Fiołki-albinosy rosły obok prozaicznie fioletowych, czyli porozumienie w tolerancji i równouprawnieniu jakieś udało się osiągnąć. Dziewczę w dresowej bieli namalowało sobie rumieńce między uszami, a oczami – najwyraźniej nie miało pojęcia, gdzie rumieńce występują w naturalnych warunkach.


    Samice gołębi, oblężone niczym Monte Cassino, kolejno ulegały naporowi samczej napastliwości bez zażenowania podbijającej płeć słabszą i depczącej pazurkami plecy wybranki w ramach „gry wstępnej”.

niedziela, 10 marca 2024

Dylemat tępaka.

 

    Inteligencja... Sztuczna, ale jednak… Z końcówek fleksyjnych wynika, że niewiasta. Na dodatek wyraźnie młodsza ode mnie. Ciekawe, co ją kręci, skoro jawnie mnie napastuje, nie zwracając uwagi na otoczenie. Nachalna samica. Bezczelna i bezwstydna. Co ja mogę? Poślinić się? Popracować zwieraczem, żeby niespodziewane szczęście nie splamiło bielizny od wewnątrz? Zabawić rozmową? No właśnie! Niewiele rozwiązań mi przystoi. Bo jak gadać z kimś, kto wie więcej i potrafi w miligramach czasu przeczesać zasoby mózgu Edisona, czy Leonarda da Vinci, nie przejmując się w ogóle okresem połowicznego rozpadu węgla z ich dawno zutylizowanych ciał. Rozsądnie milczałem, bezskutecznie poszukując poziomu zapewniającego względne partnerstwo.

sobota, 9 marca 2024

Brrr.

 

    Malutki piesek wędrujący wąską ścieżką między żywymi i martwymi płotami zebrał po drodze tak wiele instrukcji przemieszczania się, że chyb ago przytłoczyła i pozbawiła radości ze spaceru.


    Znów szron na szybach samochodów, parujące oddechy, damskie nogi splecione w warkocze i zaciśnięte usta. Przewidujące kobiety dawno zadbały o zabezpieczenie przed niszczącym wpływem chłodu na ich kruchuteńkie wnętrze i obudowały duszę tkanką wystarczająco puchatą, żeby strój mógł jedynie podkreślać piękno na tyle, na ile pozwala im skromność i smak estetyczny. Kaczki znudzone lenistwem Rzeki pofrunęły w kierunku okazałej topoli stróżującej na bulwarze. Jedna wylądowała na grubaśnym konarze, drugiej lądowanie nie wyszło i ciężko przyziemiła na trawniku.


    Kobieta z bardzo krótkim stażem, świeżo pozyskaną kobiecość nosiła bez wdzięku, usiłując mimochodem oszołomić mnie gładkim podbrzuszem prężącym się na wietrze. Przetrwałem atak raczej rozbawiony niż uległy. Żywopłoty z forsycji mają swoją chwilę sławy i nawet pieska fizjologia nie psuje im słonecznego nastroju. Długonoga pani, z długonogą różą w dłoni pędziła naprzód nie ulegając urokowi starych murów i wina wspinającego się pracowicie nawet na dach muzeum.

piątek, 8 marca 2024

Wciąż potrafię się zachwycać. Hurra!

 

    Na gzymsach i chodnikach trwają gołębie amory, ignorujące niemal wszystko, co wokół. Dziewczęta objuczone (żeby nie powiedzieć, że umeblowane) wielkimi słuchawkami coraz chętniej wybierają płaszcze, zamiast kurtek i bejsbolową czapeczkę do kompletu. Ciekawe, że pod płaszczem preferują minimalizm, a guziki są wyłącznie nieużytkową ozdobą.


    Pomiędzy drobną buzią, a szczuplutkimi łydkami coś się zadziało - w miejscach strategicznych pojawiła się puchata moc. Bardzo przyjemna w odbiorze. Malutka dziewczynka rozpoczynająca dopiero walkę o wiedzę wsiadła tak zdyszana, jakby na zewnątrz skończyło się właśnie powietrze. Pracowicie rozpakowywała się z plecaka, białego baranka i różowej czapki, a jej adidasy były rozwiązłe z premedytacją zapewne już od świtu. W końcu oddech uspokoił się wystarczająco, żeby maluszek zaczął udawać głęboki sen. Najwyraźniej dźwiganie wiedzy odciska piętno już na starcie.


    Koński ogon w miniaturze, to kucyk? Z fryzurami stoję trochę na bakier – być może kucyk występuje wyłącznie w parach i jako solista (singiel) bywa prawnie ścigany. Za rumakowanie.


czwartek, 7 marca 2024

Księga rekordów.

    Dziewczę miało nogi tak długie, że aby ją „odwiedzić” musiałbym wspiąć się wzrokiem na pięterko. Coś jak Romeo zerkający na Julię nieodmiennie wyposażoną w balkon powyżej zasięgu ramion.


    Autobus doganiała pani solidna w każdym dostępnym wymiarze. I dogoniła. Kiedy w poszukiwaniu miejsca siedzącego przemierzała wnętrze, nawet nie była zasapana. Jedynie jej podrygujące po biegu piersi zaczepiały co i rusz o wyposażenie autobusu, albo trącały pasażerów. Najwyraźniej wnętrze zbudowane było dla osób cieleśnie skromniejszych.


środa, 6 marca 2024

Melancholia?

 

    Miasto smutne, zgaszone, wciąż napiętnowane liszajami z dawno minionej wojny. Szczerzą się zęby z wielkiej płyty – szczytowego osiągnięcia peerelu. Nawet wierzby płaczą, bo nie ma im kto sukienek porównać od dołu i stoją obszarpane jak niechciane dzieci na skrajach dróg, tuż za krawężnikami. Rekultywowane wysypiska śmieci kuszą wrony, kołujące nad nimi i pamiętające wciąż, że to była jedna z większych stołówek w okolicy. W lustrach polerowanego kamienia odbija się granatowo-szare niebo.


    Rosnąca na skrzyżowaniu daglezja monitoruje poziom smogu i z obrzydzeniem odchyla się w stronę Rzeki – burej, bo niosącej wiosenne śmieci z gór. Jakaś parka zgodnie przebiega skrzyżowanie ignorując kolor świateł i śledzi mnie wytrwale, więc przyspieszam nasłuchując, czy wystarczy im kondycji i uporu. Wreszcie spokój. Narcyzy kolonizują trawnik, na którym wcześniej rozpanoszyły się krokusy i nawet psie szczyny im nie przeszkadzają w natarciu. Mijam kobietę w czerni poszukującej w niej głębi, która zdoła ją wyszczuplić, lecz nadal bez sukcesów, choć ledwie ją widać na asfaltowym chodniku. Dumam nad istotą żywopłotu osłoniętego z jednej strony ścianą z kamienia, a z drugiej słomianką. Żywopłot przycięty jest tak równiutko do słomianki, że widać go jedynie z góry. Albo zza muru.


    - Napalm, to defoliant do tępienia palm?

    - A w dwujęzycznych szkołach świeżo przyjętym uczniom rozdwaja się języki? Jak wężom?

wtorek, 5 marca 2024

Parę widowiskowych postaci.

 

    Okazałe dziewczę wbiło dolne cztery siódme wysokości własnej w coś przeraźliwie naciągliwego w kolorze świeżego mięsa. Być może manifestowało zdrowe odżywianie tym, co od wieków było dla ludzkości naturalnym pożywieniem, a może demonstrowało jak wygląda młodziutka szyneczka/golonka po obdarciu ze skóry.


    W autobusie rosły murzyn usiłował wtopić się w skarlałe otoczenie, jednak bezskutecznie. Czarne włosy ciemniejsze były od czarnej twarzy, ale słuchawki okalające tę podwójną czerń były jeszcze czarniejsze. Nie podejrzewałem nawet, że czerń można stopniować. Skupiłem wzrok na łysolu zbudowanym zdecydowanie więcej niż dobrze. Łeb miał stłuszczony i pomarszczony tak, jakby jego mózg wylał się przez nozdrza i postanowił pospacerować z drugiej niż zwykle strony czaszki. Jakieś myśli się tam kłębiły, jednak nie podjąłem się psychoanalizy z obawy o całość członków.


    Kret na Krecie przepadłby z kretesem. A w kretonie wyglądałby jak kretyn.

niedziela, 3 marca 2024

Dla odmiany.

 

    Dzień zajrzał mi w oczy, oślepiając nisko wiszącym słońcem i skłonił do spaceru. Czyli – jak zwykle, bez większych wodotrysków. Ponieważ dzień jednak jest wolny, to zrezygnowałem z kapoty i poszedłem mniej spiesznie (żeby nie powiedzieć powoli), nie tam, gdzie zwykłem chodzić. Więc – do parku, sprawdzić, czy wiosna, to zaledwie mrzonka, czy też coś drgnęło w delikatnej materii. I drgnęło. Kowaliki buszują po lipach szukając robali, w trawie pierwsze fiołki i zawilce dołączyły do stokrotek, przetacznik kwitnie niebieskooko w świeżutkiej zieleni, na głogach, tarninach i mirabelach pojawiają się listki, a forsycje jawnie pożółkły nie oglądając się na nic. Kaczki zajmują się kaczymi sprawami, a wysoko w gałęziach drzew coś rechocze niezbyt uprzejmie. Całe stada „sapiechów” biegają w kółko, sapiąc i dysząc z wysiłku, mamusie kołują wózeczkami szukając ciepła, słońca i odrobiny spokoju. Kałuże wylegują się pośród błot wyciśniętych w gruncie wielkimi kołami traktorów.


    - Żłobek, to mały żłób?

sobota, 2 marca 2024

Miraże.

 

    Pani w czerni z odsłoniętymi kostkami otoczyła się aureolą aromatu, przez który ciężko będzie się przedrzeć tak insektom, jak i amatorom niezobowiązującej gawędy. Musiało trafić na wyjątkowo roztargnioną jednostkę, skoro potrafiła porzucić na przystanku świeże bułki, paczkę kabanosów i ze dwa inne zawiniątka. Gdzieś między dworcem, a galerią handlową dziewczęta trwonią alternatywną urodę w tak wulgarnych pozach i słowach, że zerknąć bez grymasu było naprawdę trudno.


    Pierwsze odkryte pępki penetrują świat zerkając filuternie wypychane wtłaczanym bezwstydnie śmieciem z fast foodowej tuczarni. Jakiś pan kupił sobie zbyt drogie autko, bo zabrakło mu na skarpety. Żuł gumę trzymając jedną dłoń w kieszeni. Z drugiej kieszeni nonszalancko zwisała mu smycz, jeśli smycze stać na nonszalancję. Jeśli jednak na jej końcu był mały, nomen-omen kieszonkowy piesek, to ręka zanurzona w kieszeni mogła dostarczać mu pieszczot, czy podniet adekwatnie do nastroju nosiciela, jednak to już wyłącznie moja fantastyczna nadinterpretacja.


    Młody gość ze skłonnością (niedopowiedzenie), biegł, że się tak nieprecyzyjnie wyrażę, lecz ów bieg był bardziej ideą, niż ideałem. Mimo wszystko to i owo, nie wyłączając biustu podrygiwało rytmicznie, a gabaryt przesuwał się ruchem rozpaczliwie jednostajnym. Z osiedlowego rozlewiska para łabędzi przegnała stacjonujące tam kaczki, by bez skrępowania oddać się miłosnym uniesieniom, a ja wypatrywałem w trzcinach podgardli pelikanów, a ponad gładką tonią hipopotamich oczu.

piątek, 1 marca 2024

O ktosiach i ciele w detalu.

    Ktoś dolał do ciemności mnóstwo mokrego dymu. Aż się latarnie zaczęły dławić, a samochody wynurzały się z bezkresu, jakby trafiały tu z innego świata. W takich warunkach łatwo przegapić stodołę, albo i autobus.


    Pani gromadząca urodę od dziesięcioleci, mimo chłodu i wilgoci postanowiła pochwalić się częścią zbiorów i upublicznić fragmenty ciała między króciutką spódniczką, a długimi kozakami. Nie wiadomo, czy udało się oszołomić tego, w którego celowała, by widokiem rzucić go na kolana. Może ciut za późno zdobyła się na odwagę? Na przystankach panowie poprawiają garderobę na wysokości pasa, a panie sięgają nieco wyżej. Od razu widać gdzie kogo uwiera życie. Pod murem, za którym powinno mieszkać miłosierdzie kruszeje martwy gołąb. W nagich koronach drzew sikorki namawiają się na radosne figle. Na bulwarze kwitną krokusy-albinosy. A na ławce wywrócone na lewą stronę dżinsy kolejny dzień chłoną wilgoć. Czyżby ktoś rozebrał się, wszedł do Rzeki umyć nogi i nie wrócił? Zabłądził, czy utonął?