piątek, 7 marca 2025

Obramiony obraz z obrazoburczymi braminami w bramie.

 

    W ciemnych sypialniach śnią się sny nieuczesane, wolne od cywilizacyjnego obłędu i nieposkromione. Nieliczne okna, w których jaśnieją światła tworzą sceny ze zrównoleglonych sal kinowych – pustych i rzadko odwiedzanych. Pani w ponocnych beżach wygrzebuje z szaf kreację na dziś, by olśnić szefa, albo zbałamucić nieśmiałego kolegę. Zatkać gęby zawistnym koleżankom. Pan unosi daremny wzwód poranny do łazienki, by skropić go wodą – chłodną, zanim strumień ciepła dopłynie do prysznica i ostudzi z powodzi niespełnień. Tak będzie łatwiej. Przez chwilę. W kuchniach powstają kanapki. Piętro po piętrze, pracowicie, bułka-masło-sałata-plasterek szynki/żółtego sera-ogórek-kleks keczupu-masło-bułka. Sandwicz wypełniony miłością, a może tylko poczuciem obowiązku, świadectwem przynależności, przyzwoitością, jaką się sobie narzuciło bez oglądania na otoczenie? Jeszcze tylko namalować twarz adekwatną do dzisiaj, albo ukryć własną pod wodą kolońską i z miną zdobywcy można ruszać przez świat przebojem, ze wzrokiem wbitym pod nogi, którym trudno uzasadnić potrzebę sprężystości. Niebo jeszcze nie wie, że powinno świecić przykładem, że mogłoby dać praprzyczynę ekspresji, jaka nie wymaga uzasadnień. Ale nie. Ono też marszczy się chmurnie, przeciąga chwilę, nie zamierza wystawiać słonecznego tyłka na chłód przedświtu. Bo i po co? Dla kogo tak się szarpać, spieszyć, gnać? I tak zdąży się znudzić codziennym rojem niegodziwości wzajemnych, oskarżeń i małostkowych żali.

Łatwo załatwić opłaty za płaty na łaty.

 

    Fryzura Rudej Kobry spokorniała do ciepłego brązu. Kostki Czarnuszki Na Chudych Nóżkach pobladły, jeśli zblednąć może coś, co opalonym nie bywało jesienią. Na przystanku wybuchł i zamarzł jogurt. Malinowy sądząc po kolorze. No, chyba, że ktoś zwymiotował tak efektownie. Patrzę na całe stadko młodych ludzi siedzących jedno za drugim zapamiętale tłukących palcami w wyświetlacze i uśmiecham się do powstającej spontanicznie fabuły. Historia flirtu telefonicznego, kiedy on i ona piszą do siebie pikantne wyznania, uśmiechają się do coraz śmielszych myśli i nie wiedzą, że siedzą obok siebie. Wysiadają na tym samym przystanku i wciąż bezwiednie klikają, aż dochodzą do biurowca i jedną windą jadą na to samo piętro, bez zauważenia, bez uśmiechu, bo przecież właśnie trwa gorąca dyskusja o tym, co mogłoby być, gdyby spotkali się w rzeczywistym świecie….


    Potem zauważam, jak pulchny on i ona niezgorsza cieleśnie, nierozłączni niczym kulki od tiki-taki na wspólnym sznureczku, idą całą szerokością chodnika, co przy ich gabarytach nie było jakimś wielkim wyczynem. Na betonowym klombie trwa debata graffiti – ktoś napisał „jestem szczęśliwy”, inny dopisał, „a ja umieram z miłości”. Czekam na ciąg dalszy, bo przechodzę często obok tego klombu. Na chodniku różowy napis „Było” kaligrafowany, z zawijasami, nieco rozwłóczony na butach nim wysechł, ale i tak czytelny. Jakiś gołąb cierpliwie wysiaduje skrzynkę energetyczną, pewnie z ciekawości, co się wykluje.

czwartek, 6 marca 2025

Kwiaty z wiaty.

 

    Rudowłosa postanowiła nacisnąć guzik, a kiedy drzwi się otworzyły postanowiła nie wysiadać. Ciekawe, co zrobiłaby, gdyby pozostały zamknięte. Na billboardzie naga kobieta reklamuje obuwie sportowe, a ja nie mogę skojarzyć, jaki sport wymaga butów i nagości. Kolejny billboard i kolejne zaskoczenie. Ponoć jeden z kosmetyków redukuje szesnaście oznak starzenia. Nie wiedziałem, że mogę się starzeć na tyle sposobów. Najwyraźniej, nie dość, że jestem ignorantem, to jeszcze malkontentem.


    Pani o włosach zabarwionych przemijaniem oddycha z ulgą znajdując wolne miejsce, a dwie nastolatki są wystarczająco wątłe, by zmieścić się na jednym krzesełku. Jedwabna spódnica i glany? A czemu nie! Parka doświadczona wiekiem na przemian czule się bodzie czółkami, albo całuje i świata poza sobą nie widzi wcale. Młodą kobietę zarzucało tak jakoś, jakby miała niewyregulowany środek ciężkości, bo przecież pijana nie była.

środa, 5 marca 2025

Opryszczka opryszka.

     Pani tak szczupła, że mogłaby biegać po grzebieniu slalomem siedział obok King-konga, niemieszczącego się na tramwajowym siodełku. Aż dziw bierze, że za bilet płacą po równo. Dwadzieścia stopni różnicy między świtem a środkiem dnia sprawia tekstylne dylematy rozwiązywane w niedoczasie pośpiechu poranka, co widać na ulicach. Ja podziwiam reklamę sklepu z miłą zabawą słowami – OSTRZĘ OSTRZE. Obok stoi sklep obuwniczy o tendencyjnie zmienionej przeze mnie nazwie na Pan, to Felek.


    Podglądam dyskretnie dziewczynę usiłującą w spodniach o bardzo szerokich nogawicach ukryć, że prawie nie ma nóg. Za to w biuście była nad wyraz dobrze rozwinięta, lecz nie wiem, czy to forma naturalnej rekompensaty, czy zwykła pożyczka. Kobieta w bliżej nieokreślonym wieku i różowych rajstopach siedząc rozsunęła szeroko kolana, żeby schylić się do torby i po długiej szamotaninie wydostać z wnętrza słuchawki. I proszę nie pytać, co miała między nogami, bo odpowiem matematycznie, że punkt nieciągłości funkcji. Ów widok łagodzi dziewczyna z wiśniową kokardą we włosach wyglądających na prawdziwe.


    Mijam dziewczę o pobielonej twarzy i czarnym stroju z rzucającą się w oczy kolczastą obrożą. Ponieważ idzie bez kagańca i właściciela, na wszelki wypadek mijam ją na paluszkach, żeby nie sprowokować ataku. W parku na leszczynach pojawiły się kosmate, żółte gąsienice kwiatów. Także na topolach czerwienią się już kwiaty, więc wiosna mrzonką nie jest.

Lewitujący lew lewicy.

 

    Piękne panie zdążyły już wyjąć z szaf spódniczki krótsze od płaszczyków, by oszołomić samczą połowę społeczeństwa urodą łydek okrytych rajstopami w nieprzemijającej czerni. Czerń zresztą towarzyszyła mojemu wzrokowi nieustannie. Natknąłem się na podpisaną srebrem i brylancikami czarną pupę sugerującą, że spodnie ukrywają różowe pośladki. Po angielsku, bo to chyba brzmi bardziej światowo, a kto chciałby nosić zaściankowy tyłek. Następna pani podpisała swoje zaplecze identycznym zestawem kolorystycznym - juice, chyba, że takie soczyste, ale nie wiem, bo z angielskim mi nie po drodze i trochę zgaduję.


    Przez okno podziwiam po raz kolejny drogę – tym razem przeliczyłem pasy zieleni. Pięć w pasie drogi, to chyba już nadużycie, albo rozrzutność. Na każdym można byłoby postawić jedną, chudą krowę, żeby strzygła tę trawkę, każdego dnia przystanek dalej… Pod wiatą, na ławeczce, niczym szmaciana laleczka zasnął chłopczyk. Nóżkami nie sięgał chodnika, a głowę złożył mamie na kolanach. Niebo dopiero rozpalało się w wiśniowych różach, więc dziecię najwyraźniej niedospało tej nocy. Poblokowane kasowniki wprawiają niektórych w zakłopotanie, a może i niepokój.


    Rzeka wyglądała na niezdecydowaną. Nie wiedziała, czy płynąć w górę, czy dół mapy, i czy w ogóle gdzieś płynąć. Kozackie graffiti nie stanowi już zaskoczenia, ale arabskie „szlaczki” jeszcze tak. Na drzewie ktoś namalował wielkie czerwone serce z białym obiektywem celownika. Na murze pojawiło się coś, co wziąłem za strzykawkę pełną krwi. Czerwień jednak nie przełamała naporu czerni wystarczająco.

wtorek, 4 marca 2025

W urojonym roju zalągł się dziwoląg.

 

    Parka „kanarów” wysiadła na jednym przystanku, a na kolejnym wsiadła druga parka. Trzecia w tym czasie właśnie nawracała kursem powrotnym, co obserwowałem przez okno. Na chodniku usiłuje we mnie wejść nastoletnia pyza o myślach i wzroku zatopionym w 3W. Dziewczyna o nosie połatanym drutem pociąga coś przez słomkę z kulistego naczynia w czerni, zasupłanego w kagańcu z bordowej klatce zrobionej szydełkiem.


    Zerkam w niebo, a tam lokalna zagadka: Gdzie jest lotnisko? Liczne kilwatery po okrętach powietrznych krzyżują się pod rozmaitymi kątami, niektóre są zgoła parami/trójkami równoległe, ale żaden trop nie wiedzie ku miejscu, gdzie (zgodnie z moim poczuciem topografii) leży cywilne lotnisko. Kiedy spróbowałem policzyć niezależne tropy, okazało się, że połowa dobowego rozkładu lotów musiałaby startować/lądować w przeciągu tej pół godziny, czy może kwadransa. Dziwne? Zapewne to teoria związana z tajemniczym spiskiem. Na wszelki wypadek schodzę wzrokiem na ziemię, a tam napotykam psy wyglądające jak spasione lisy. Odchodziło jakieś drobne napastowanko, więc minąłem z daleka, żeby nie wchodzić między wrony.

niedziela, 2 marca 2025

W końcu i koniom konieczna koniczyna.

 

    W koronach drzew łopocą foliowe strzępy nie gorzej od kurków na starych dachach. Na placu zabaw pisklęta opatulone po czubek nosa zjeżdżają z blaszanej zjeżdżalni. Kot, oblizując się wyruszył na łowy i nasłuchuje, czy w żywopłotach zdążył już posiać trwogę. Psom z zimna kurczą się pęcherze, więc zadzierają nogę przy każdej okazji, nie zważając na nieukrywany pospiech trzymającego drugi koniec smyczy. Zimne słońce skrupulatnie omija zakamarki i kreśli popołudniowe godziny tylko na gładkich ścianach szczytowych. Kominy nawołują się sygnałami dymnymi, zeszłoroczne trawy ostrzyżone na jeża czekają wiosny patrząc na klonowe afro. Pojemniki na odpady wypełniają się, choć ruchu na osiedlu nie widać.

sobota, 1 marca 2025

Prasówka cd.

 

1. Kolejny inteligent. A mógł zadzwonić.

    Pokłócił się z tatusiem, trzasnął drzwiami i zniknął. Zaniepokojony rodzic złożył zawiadomienie o zaginięciu. Po jakimś czasie synek podjechał samochodem na komisariat, żeby odwołać poszukiwania. Po zbadaniu delikwenta okazało się, że wydycha półtora promila, a poza tym ma sądowy zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych.


2. Stynka.

    Winnym pożarów w Kalifornii będzie albo gubernator, albo rybka. Gubernator, bo jeden zbiornik p-poż był w remoncie, a trzy inne podeschły i nie dały rady udźwignąć potrzeb straży pożarnej. Stynka, bo to przez nią nie wolno pompować wody z dwóch rzek na potrzeby mieszkańców.


3. Machniom?

    Co dostaną Kozacy za złoża metali zlokalizowane na podległych im ziemiach? Możliwość dalszej walki i trochę militarnego złomu. A jak już wybiją się do nogi, Usaki ograbią ich kopalnie z cennych i rzadkich pierwiastków. Demokracja wręcz pokazowa! A jak nerwy puszczają, to się w końcu słucha słów prawdy – igrasz z III Wojną Światową, a nie jesteś nawet decyzyjny!


4. Ale laska!

    Seksbomba otrzymała kuszącą propozycję zagrania w filmie. Scenariusz przewiduje ostre sceny z jej udziałem. Nie wiadomo, czy przyjmie rolę, bo ma siedemdziesiąt siedem lat i chyba do niej (jeszcze) nie dorosła. Może za dziesięć lat...


5. Magik syn magika.

    Gwiazda NBA – Black Magic Johnson dorobił się syna. W sumie nic dziwnego – wielu mniej sławnym też się udaje. Młody, obecnie celebryta, wystroił się w bluzeczkę z wielkim dekoltem, minispódniczkę i szpilki, żeby wypić parę drinków. Torebka za 250 tys złociszy, to już banał – gdzieś trzeba schować chusteczkę do nosa, albo termometr, gdyby szajba zaczęła wymykać się spod kontroli.


6. Wielkie mycie.

    Aby umyć nogi w rzece do miasta zjechało 620 milionów osób. Aż dziw, że rzeka nie uciekła gdzie indziej. Kto nie umył – zmarnował szansę na reinkarnację, ale następna okazja już za rok, choć nie tak podniosła, bo obiekty na niebie będą rozrzucone mniej pomyślnie, a na taki jak właśnie minął trzeba poczekać 144 lata.


7. Hannibal wiedeński.

    Pod jednym z supermarketów nieopodal kontenera na śmieci znaleziono walizkę. Wewnątrz były zawinięte w folię zwłoki. Ktoś „zapomniał” je zabrać po zakupach? Czy zamierzał wyrzucić na śmietnik i nie podołał? Policja NIE WYKLUCZA, ŻE CIAŁO ZOSTAŁO POĆWIARTOWANE… To co? Jeszcze nie otworzyli walizki? Ktoś zapragnął sznycla innego niż chłam z sieciówki?


8. Sportsmenka.

    Piękna pani najpierw „wskoczyła” w skórzany komplet, a potem uzupełniła look butami z górnej półki. Pewnie podskoczyła, żeby je dosięgnąć. A kiedy już „stworzyła outfit w stylu girl boss” – zapozowała, bo przecież wiadomo. Internet zafalował, jakby przeszło tsunami i ożywili się fani płci wszelakiej. A pani musiała pokrzepić się płynem z tekturowego kubka – może w domu innych nie ma, albo zapozowywanie wymęczyło ją do cna i nie miała siły samodzielnie zaparzyć kawki? Ćwiczenia są wyczerpujące.


9. Ale jaja.

    Dobrobyt USA jest mocno przereklamowany. Jaja, nie dość, że drogie, to jeszcze trudnodostępne, choć podobno „inflacja zwalnia”. W marketach w Miami sprzedaż jest reglamentowana. Wartość towaru wciąż rośnie, doszło już nawet do zuchwałej kradzieży stu tysięcy jajek, a sprawcy oczywiście nie wykryto. Sam je zeżarł? Czy ma dużą rodzinę?


10. Zrównoważona gospodarka.

    A jak już się nazbiera fekaliów, to trzeba się ich pozbyć. Powstało w ludzkich siedzibach i fekalia rzadko oddalają się od ludzkich siedzib. Ktoś postanowił z tym powalczyć i zrównoważyć rozpływ gówna po kraju, więc wylał je do lasu. Bo tam go jeszcze nie było dotychczas. Demokratycznie i po równo – wszędzie takie samo gówno!

nieWielka improwizacja.

 

    Stoją. Dwie. Dumne i buńczuczne. Waleczne. Samice Alfa. Powiedzmy Alfa Jeden i Alfa Dwa, ale numerki to rzecz przechodnia, płynna, którą wymieniają się niechętnie, ale bez grymasu. Są w tym do siebie tak podobne, jakby były siostrami.


    Stoją. Profesjonalnie spokojne, jednak pod kotłem wciąż wrze, niczym w uśpionych, bliźniaczych wulkanach czyhających na okazję, by wybuchnąć i rzucić na kolana miasto, by w okamgnieniu zamienić tętniącą życiem metropolię w antyczne zgliszcza i żużel do drążenia przez archeo-ciekawskich.


    Drgnęły wreszcie. Zgodnie, jak kopulujące w locie ważki. Nadjeżdżający autobus zarumienił się z wrażenia. A one poszły. Wraz z nimi poszły łokcie, uderzające na boki rytmicznie, niczym mimośrody na kołach rozgrzanej lokomotywy. Wdarły się do środka, błyskawicznie oceniły sytuację i skromnie przysiadły, żeby ogrzać chód krzesełek odnawialną energią kumulującą się gdzieś w okolicy pośladków.


    Wabią samcze spojrzenia. Łapią je jak motyle w siatkę. Gaszą, jak niedopałki w piasku. Stać je na wiele. Nie muszą zadowalać się chucią budowlańca z kaprawym od grzesznych myśli okiem. Potrafią skarcić wzrokiem zawistne, pryszczate nastolatki, staruszków śliniących się jak buldogi przez sztuczne szczęki niedoskonale spasowane w zakładzie.


    Siedziały i knuły. Opracowywały strategię. Testowały w głowach sojusze i dzieliły strefy wpływów. W końcu podjęły decyzję i uniosły się, niczym zbyt długo powstrzymywane Furie. Dwa rozbieżne cyklony. W autobusie umilkły nawet muchy. Ba! Wirusy obsiadły okna i usiłują się wydostać przez pory w hartowanym szkle.


    Alfa Jeden wysiadła pierwsza i skierowała się w prawo, jeśli pojęcie prawa w jej przypadku mogło funkcjonować i nie gorszyć jej doskonałości. Poszła, chcąc tam okiełznać świat. Alfa Dwa, zgodnie z przewidywaniem poszła z krucjatą w lewo.


    O świecie słuch zaginął...

Parcele – przymusowy lokal dla dwojga.

 

    Dziwna moda panuje wśród nastolatek. Bielą sobie buzie i wyglądają odstręczająco. Jakaś pani zasłania się bukietem kolorowych kwiatów, inna chwali się bielizną, kolejna jej brakiem. Choć grad nie może zdecydować się na kaliber masowej amunicji, pierwsze pępki, niczym pierwiosnki ozdabiają miejski pejzaż.


    Pryszczaty chłopak uśmiecha się do ostro wymalowanej dziewczyny, której z wrażenia włos stanął dęba. To dopiero magnetyzm. Śpiące żywopłoty mimochodem wychwytują fruwające wszędzie papierzyska i torby foliowe. Ktoś wysiadając z autobusu postanowił pójść na czołówkę z walcem, ale kierowca (walczak?) był czujny i zbeształ bezmyślnego słowem niewybrednym.