poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Z tramwajowego okna.

 

Chichoczące głupio dziewczątka i młodzieńcy pełni wulgarnej energii. Ciekawe, że z wiekiem pewność siebie samczyków słabnie, a samiczek rośnie. Ktoś depcze chodniki podpierając się narciarskimi kijkami, które wlecze za sobą. Stokrotki, pokrzywy, fiołki, zawilce i kaczeńce bezpańsko okupują trawniki, żonkile, tulipany i krokusy wymagały ludzkiej ręki. Forsycje rozgrzewają oczy ciepłem dojrzałej żółci, aż kosom spomarańczowiały dzioby. Pierwsza miłość wspina się na palcach po pocałunek pośród drzew, dziecię z wrażenia upuszcza bułeczkę z makiem i z wysokości wózka musi ją pożegnać przy pełnej nieświadomości mamy. Wiatr zuchwale rozdmuchuje samochodom reflektory, a czasem sięga nawet sygnałów na dachach policyjnych furgonów. Na restauracyjnych szyldach zjełczało już całkiem menu, którego nie ma jak skonsumować. Dobrze, że wciąż udaje się posłyszeć śmiech niezaprawiony łzami.

piątek, 2 kwietnia 2021

W poszukiwaniu rozkojarzonej jaźni.

I stałem się swoim własnym echem, a ono podążało za mną, popychało, jątrzyło i kopało tam, gdzie wiesz… Rozpacz i szaleństwo w jednym, dwóch, całkiem rozsynchronizowanych bytach, trzymanych na wspólnej uwięzi resztkami zmechaconego sumienia. Po co komu taki układ, w którym ja-siebie-sobie stwarzam wrogiem, niebezpiecznym przeciwnikiem, który się czai za węgłem, żeby zaszachować moje pozycje, oflankować, utopić, jak niechcianego szczeniaka.

 

- Utopić!


Jakby już brakło pamięci, że jesteśmy jednym rozszczepieńcem. Że oddech dzielimy na dwoje i każdy ból. Nawet pamięć mamy wspólną, choć niezbyt wytrwałą i skłonną do wyciągania wniosków.

 

- Ech! Nic tylko kopnąć gamonia, żeby wreszcie rozumu nabrał!


Sobiepan.

 

Niespiesznie lepię malutki świat i przyklejam do niego wielki stos marzeń – tych naiwnych, czasem zgoła dziecięcych. Lada chwila sklęśnie pod nimi, zapadnie się, oszaleje i wstanie, by z wyrzutem spojrzeć mi w oczy mówiąc:

 

- Oszalałeś? Stary! Tak się nie robi!

 

A ja kleję te wszystkie domki z ogródkiem, zdrowe i wesołe święta w gronie, które tylko rośnie każdego roku, zapraszam ciepłe deszcze i błyszczące płatki śniegu, fale wyrzucające na brzeg fragmenty bursztynu i piegowate od słońca, uśmiechnięte twarze starych dobrych nieznajomych.

 

Lepię. Cóż, że nieumiejętnie. Jednak wolę to, niż dać się pochłonąć zniechęceniu, albo zaciągnąć pod sztandary obcych idei.

Ekstrakty cz.7

 

Kosmiczny koszmar.

A gdyby ktoś, nieważne w którą stronę, podkręcił grawitację? Nie dalibyśmy rady zignorować takiej bezczelności, pozostać takimi, jakimi jesteśmy. Wystarczyłoby zapewne, żeby Ziemia pozbyła się większego okrucha, robiąc astronomiczną kupę, żeby szlag jasny trafił wszystkie ludzkie przyzwyczajenia.

 

Troska.

Jeśli pozwoli się wirusom na bezkarne grasowanie w plenerach, to chyba wymrzemy, jak niegdysiejsze dodo. Znaczy – najpierw starzy wymrą, a młodzi, nie mając z kim kopulować w zamkniętej przestrzeni, zestarzeją się bezpotomnie. Może to i lepiej dla Ziemi, niech odpocznie bidulka od nas.

 

Chip.

Znużony samotnością chciałem sprawić sobie kobietę, ale analogowe były drogie, pełne wad ukrytych i głupoty. Sieć, mądrzejsza od jajka i kury naraz oferowała zdecydowanie szerszy pakiet usług.

- A niech tam – pomyślałem i kupiłem wypasiony program – zostało tylko go zainstalować we łbie.

 

Niewzruszona cierpliwość.

Niedźwiedź otworzył oko i nadstawił ucha, sprawdzając czy pora zakończyć sen zimowy i napełnić pusty kałdun, czym tylko się da. Wiosennych wycieczek jednak nie było słychać, czyli śmietniki nadal puste. Ta prosta konstatacja kazała mu przewrócić się na drugi bok; dopiero potem padł z głodu.

 

Ogłoszenie.

Poszukuję doświadczonej krawcowej, takiej, która potrafiłaby przyszyć przedwczoraj do pojutrza, żebym miał parę dni zapasu na wypadek, gdybym w przyszłości ich potrzebował. Po co miałyby mi się obecnie zmarnować? A jeśli nadejdzie czas, wystarczy spruć nitkę i w szersze wleźć portki.

Niewzruszony.

 

Pani szczuplejsza od jej przyszłej emerytury dysponowała pięknymi włosami sięgającymi równika – znaczy talii. Stała sobie spokojnie na przystanku, pozwalając powiewom wiatru rozczesywać te włosy, a sama chyba zastanawiała się, czy warto spleść nogi w iksy, bo ciepło, to było wczoraj. Kos, od kiedy się wiosennie aktywował, nie ustaje w koncertowaniu, dzięki czemu łatwiej znieść nawet pochmurny poranek. Wesoły pies wyprowadził na spacer smutnego pana i choć sam brykał radośnie jak suchy liść, to pan ze zwieszoną głową nie zamierzał nawet pod wąsem się uśmiechnąć. I brak wąsa absolutnie go nie tłumaczył.

czwartek, 1 kwietnia 2021

Rozpacz.

 

Potrafisz kochać bez granic. Wiem to lepiej, od ciebie. Nim świt nastanie, wyrywasz fragment wątroby, żeby nasze dzieci nie były głodne…

 

Podziwiam, trwożliwie wypatrując jutra, kiedy poświęcisz serce, zostawiając mnie ze stygnącym mięsem, z którego soki wygryzać będzie bezkompromisowa młodość. Będę płakał, bluźnił przeciw wszystkim. Daremny trud. Twoja bezkresna miłość odbierze mi ciebie. Zatracisz się w macierzyństwie, jeśli tylko pisklęta krzykną:

 

– Jeszcze!

 

Rozdrapiesz tętnice, gdy nocne polowanie się nie powiedzie i nakarmisz drobiazg własnym ciałem. Zdychając, patrzyć będziesz z czułością jak szarpią twoje podbrzusze, by wygryźć wątrobę, nim zlecą się sępy. Nim nabiorą sił, by samodzielnie zapolować na dzikie białko.

Modlitwa.

 

Zsunęłaś ramiączka letniej sukienki. Stałaś i patrzyłaś na mnie oczami tak szeroko otwartymi, jakbyś czekała, aż w nich utonę – nic łatwiejszego. Utonąłem! Byłaś cudna! Zanim podszedłem, żeby nacieszyć się ciepłem twojego ciała, już pogrążony byłem w stanie, który wykluczał racjonalne myślenie.

 

Stałaś przede mną odziana w coś, co mógłby utkać pająk cierpiący na anemię w noc, kiedy wiatr wściekał się na świat, że jest tak bezrozumny i płochy. Zwiewne, lekkie koronki, przez które ulatniała się grzeszna obietnica i zapach kobiety oszałamiał nawet zwątpienie, bo któż chciałby właśnie dla mnie roztaczać aż tak uwodzicielski aromat?

 

- Obiecałam mamie, że nigdy i dla nikogo się nie rozbiorę, więc sam rozumiesz… - szepnęłaś głosem omdlałej uległości i oczekiwania na cud – Zrób to… błagam… nie każ dłużej czekać, ani łamać obietnicy.

 

Twoją skórę właśnie zasiedlała gęsia skórka, a bielizna pisała testament równie wątły, jak materiał, z którego była stworzona. Ciepło dziewiczego ciała otaczało mnie aurą, jakiej nie byłem w stanie się oprzeć, tak samo, jak borsuk nie jest w stanie negocjować z grawitacją. On musi przegrać – ja również.

 

Wyciągnąłem rękę, czując, jak pot okrasza moją dłoń. Nie podejrzewałem nawet, że dostąpię – Ty, być może też, ale instynkty… nie słuchają dogmatów i przesądów. Nie znają autorytetów, ani tabu. Biorą to, co im się należy, do czego zostały stworzone.

 

Dotknąłem biodra i nim opuszek palca poczuł wzajemność – jęknęłaś cicho. Bałem się, że pod moją niecierpliwością przedwcześnie pękną pajęcze nici, ale te wytrwały bez najmniejszej skazy. Ukląkłem, żeby do cna obrać złudzenia z detalu, a ty zamknęłaś oczy i czubkiem języka szukałaś na wargach tego, co miało niechybnie nastąpić. Wiedziałaś lepiej? Miałaś w sobie wystarczającą zgodę? Przyniosłaś ją do mnie, wcześniej wiedząc? Najwyraźniej!

 

Miękłaś z każdym oddechem, aż się wystraszyłem tak, że położyłem twoją intymność na poduszkach, żeby nie urazić nawet mimochodem. Czułość rozlała się po mnie i nie miałem odwagi na inny dotyk, jak ten – wzrokiem.

 

Ty miałaś więcej odwagi. Złapałaś moje biodra i przyciągnęłaś ku własnym. Żaden kos, słowik, czy drozd, nie zaśpiewa tak pięknie! Wbiłaś paznokcie w moją głowę i pociągnęłaś do źródła, gdzie gorzało pożądanie. Całowałem to, co miałem za chwilę otrzymać z gwarancją, że już nikt nigdy i tylko ja… Klamka bezpowrotnie zapadła, a potem mijały wszechświaty całymi kohortami, tabunami i mgławicami, a każdy nierozpoznany, obojętny wobec cudu, jaki się dział, kiedy grawerowałaś mi na pośladkach wyznanie, a ja…

 

Oszalałem. Niech trwa szaleństwo, niech nie skończy się uniesienie, a świat niech trafi jasny szlag, jeśli chciałby stanąć w szranki z tą chwilą i zakłócić śpiew, jakiemu żaden tenor, czy sopran dorównać nie jest w stanie…

 

Krzyknąłem wreszcie spełnienie, zalałem genami wszelkie protesty – odpowiedziałaś równie gorąco, a potem wciąż migały galaktyki szukające wytchnienia. Stygłem wolniej od lawy z cieknącego Wezuwiusza – ty, chyba jeszcze niespieszniej.

 

A kiedy po latach świetlnych otworzyłem oczy… na brzuchu krzepły mi krople męskich marzeń, a twoje wargi okazały się dłonią. Tą samą, którą co noc na wpół świadomie otwieram marzenia, by przyszedł czas, kiedy…

 

- Wierzę, że skoro nie tej, to następnej nocy pojawisz się – moszna cierpnie, potwierdzając moje mniemanie – Będziesz? Przyznaj, że tak… Z męskich niespełnień Bóg stworzył chleb, a sama wiesz, że nie ma ideału, który może się z nim równać. Nie nudzi się, pachnie do końca świata, a gdyby bieda – staje się ostatnim okruchem nadziei.

 

- Przyjdź! Proszę! Bądź, bo bez chleba żyć nie sposób.

Determinanta.

 

Mój Pan potrafił bić, jak nikt na świecie. Uwielbiał zniewalać moje biodra i nurzać się w nagości pośladków, kurczowo trzymając mnie w kleszczach dłoni, szpiegujących uległe ciało.

 

Wiecznie był niezadowolony, więc karcił mnie, żebym spokorniał. Pod razami miękłem. Nerki – uwielbiał je obijać. Wątrobę też. Może wcześniej uprawiał boks, albo sam doznał bólu, zatrzymującego oddech.

 

Kiedy fizyczna chłosta okazywała się niewystarczająca, co było nagminne – łajał mnie słowami. Zsikać się z bólu, to ludzkie, ale posikać się pod wpływem słów? Coś takiego osiągnie wyłącznie wirtuoz.

 

Mój Pan dopiero zaczął się rozgrzewać. Ja chciałem tylko jeść. Żyć…


On chciał zdecydowanie więcej. Wytrzymam? Muszę!

Uroczysko.

 

Pomost, pociągnięty daleko w noc minął fiolety i jarzące gorączką borda. Szedł po wodzie z wytrwałością Mesjasza i niknął dopiero tam, gdzie wzrok już nie sięgał wcale. Kto wie, czy nie oplatał widnokręgu, czy nie był wykałaczką, na którą nadziana została oliwka Ziemi. Niebo pochmurniało na widok tej niezwykłej zuchwałości i pchnęło nienawistne spojrzenie ku śmiałkowi. Patrzyłem zachłannie, bo pomost zdawał się być ruiną. Zbrukaną czasem ideą, a nie czymś, na co mógłbym nadepnąć bez lęku.

 

Ale on przecież szedł odważnie w toń. W dwie tonie! Istniał, kusił, obiecywał, mimo spłowiałych od wiekowej nienawiści spojrzeń słońca, zmurszał, wilgotniejąc pod oddechem wody i mgieł odpoczywających beztrosko na deskach, zanim poszły precz. Drewno łuszczyło się, obierało niczym cebula, dzieląc się na słoje zapomnianych dawno przyrostów, gdzieniegdzie okaleczone wyznaniami gówniarzy, którym się zdawało, że wyryte scyzorykiem oświadczenie będzie wystarczające, by powieść dziewczę na tę jedyną polanę, na którą wszyscy wiodą swoje wybranki, gdy tylko one uwierzą w niezłomność uczucia. Raz tylko wiodą, bo potem wzajemna pazerność i żal chwil, by iść, skoro można od razu przysiąść się i podzielić euforią. Zaspokoić głód na kamieniu, pod lasem, albo wręcz na kanapie samochodu.

 

Wymyśliłem góry, daleko hen, poza wzrokiem, bo góry uwielbiają skrywać tajemnice i są tak niewzruszone. W takich górach może się ukrywać dowolny skarb i żaden okupant go nie znajdzie, jeśli nie zostanie namaszczony wzajemnością. Woda? Ona jest jeszcze chłodniejsza i mniej przyjazna, jeśli obojętność gór można nazwać nieśmiałą przychylnością. W wodzie gotowe zniknąć na wieki wieków grzechy zbyt rozpasane, żeby je oglądał ktokolwiek. Pomost przemykał ponad nimi, nadgryzany zębem co zuchwalszych tajemnic, ale parł w stronę gór. Przynajmniej ja w to wierzyłem. I gdybym był Bogiem, choć sam nie wiem, jak daleko mi do aspiracji, topiłbym to, co wolałbym ukryć przed wzrokiem pytających.

 

Oczy były już do niczego nieprzydatne, bo niebo stężało w nowiu i czerń granatowa z wysiłku opasywała horyzont i zapewne aż do świtu nie pozwoli nikomu na tęczowe objawienia. Pozwoliłem powiekom na bezwładność i szedłem, słuchając skrzypienia desek. Wiosła w dulkach mogłyby podobnie skrzypieć, gdybym był wioślarzem, gdybym łodzią po dziadkach płynął ku ostrowom zapomnianym przez kartografów i pełnych przybrzeżnych oczeretów. Drewno, jeśli mu pozwolić na swobodę i nie kląć, że hałasuje – gada przepięknie. Jak mędrzec, ochrypły od powtarzania wieczornych gawęd przy ogniu, jak bajka mająca uśpić dziecko, jak naiwna kołysanka śpiewana z czułością oseskowi przez matkę.

 

Szedłem, a niepewność we mnie gasła z każdym udanym krokiem, który nie kończył się tonią zbyt głęboką dla moich płuc. Pociemniałe, wiekowe drewno snuło pocieszające pieśni, aż uwierzyłem, że każdy krok, choćby najbardziej zuchwały – musi się udać. Szedłem i rosłem, choć, gdyby kto z brzegu patrzył, pewnie byłbym już karłem, domniemaniem, fatamorganą. MUSIAŁEM iść! To już nie był kaprys, lecz konieczność. Jak mądrym musiał być ten, kto przedwiecznie powiedział:

 

- Navigare necesse est!

 

Miałem wrażenie, że stworzył mnie i tę chwilę. Pomost, noc i zamknięte oczy, które niczemu służyć nie mogły, wobec aroganckiej nieobecności ciał niebieskich. Płynąłem ku przeznaczeniu, wiedziony tylko imperatywem, który siadał szadzią na skórze i powodował, że ta marszczyła się od wilgoci. Kroki gasły, jak gaśnie życie w ostatnich jego minutach. Nie wiedziałem gdzie jestem, ani jak daleko mam do celu. Czułem, że muszę odpocząć. Chwilę. Wieczność. Dowolny interwał podyktowany wskazówką zegara, okruchem klepsydry, czy drgnięciem kwarcu. Musiałem, więc usiadłem, a plecy zapragnęły posłuchać pieśni, jaką pomost nadal śpiewał. Położyłem się. Mięśnie tajały, leniwiły się, układały na spaczonych deskach pogryzionych przez czas tak mocno, że zapomniały już idee płaszczyzn.

 

- Jak trudno zamknąć zamknięte wcześniej oczy – pomyślałem i bezwzroczem penetrowałem wszystko, co nade mną. Otworzyłem się na kosmos, na nieskończoność, na chwilę, która w końcu zacznie znaczyć. Jeśli tylko nadejdzie. Poczułem jeszcze, jak nerki nadgryza mi wilgoć sącząca się chyba z dna tajemnic, jak z ramion spija mi ciepło, którego obecność nie była dla mnie oczywista. Sztuką jest zamknąć zamknięte oczy, ale udało się. Chciałem odwdzięczyć się drewnu za opowieści, więc chrapnąłem. Raz, na początek. A kiedy woda poniosła echo odbite od lasu, który skromnie przycupnął poza zmysłami – odważyłem się na więcej.

 

- Nie pytaj proszę, co opowiadałem, bo świadomość mnie opuściła. Nie pytaj, bo nie wiem, jednak musiałem pozwolić sobie na szczerość, bo przecież prywatnej podświadomości nie okłamię, a słowa płynęły z takiej głębi, jakiej nie znałem w sobie wcześniej. Być może zachwyciłem wodę, która widziała już większe od moich wyznań i tłumi je okrywając się ledwie zmarszczką.

 

Zasnąłem, głaskany tchnieniem wiatru, otulony obietnicą, że dzień wstać musi, by sprawy nabrały znaczenia. I nie pytałem, czy spał będę chwilę ledwie, czy siedem wieków minie, nim zacznę się przeciągać. Pomost przyjaźnie skrzypiał swoje nieskończoności i łagodził nawet charakter nadpływających upiorów.

Transformacja.

 

Krzewy zapłonęły niedojrzałą zielenią, forsycje nieśmiało się już żółcą, a niebo nad Miastem wciąż chmurne. Księżyc chudnie w oczach i coraz bardziej nadgryziony przelicza noc na kilometry. Szpaki walczą ze srokami o lepsze miejsca na drzewie, choć tych ostatnich nie brakuje, ale – wiadomo. Najpiękniejsze jest to z jabłek, po które sięgnie inny. Bułki sennie wędrują do niewielkich kuchni – parami, czwórkami, albo wręcz małymi watahami. Piach wraca do piaskownicy, spychany zmęczonymi dłońmi, a półdzikie koty czają się, by go ozłocić, kiedy tylko obsługa kuwety wreszcie sobie pójdzie do ludzkich zajęć. W końcu – ileż można sprzątać? Słońce częstuje się wciąż nowymi balkonami, pełnymi zeszłorocznych roślin i pierwszych bratków. Nie jest pazerne, weźmie odrobinę i już zerka w inne okna, puszczając zajączka na zgodę. Takie „perskie oczko”, co to nic nie obiecuje, a sugeruje więcej, niż słowa mają odwagę wygłosić. Gołębie okupują naroża dachów i są czujne, jak rekruci, którym przykazano by nikt-nigdy-niepostrzeżenie. Cienie karleją i przestają straszyć. Jeszcze godzina-dwie, a staną się niegroźnymi, pociesznymi szczeniakami, które chce się pogłaskać i pocieszyć, że dla nich też nadejdzie czas. Że wyrosną i będą znów wilkami, demonami, przed którymi uciekną dojrzewające dziewczątka i chłopcy, którym się zdaje, że już są mężczyznami.