piątek, 10 stycznia 2025

Musztra – prolog dla musztardy?

 

    Śnieg rzucał się na czarne rajstopy i błyskawicznie topniał (z zachwytu?), zlizywał z twarzy bladość snów i kąsał nosy, zostawiając rumieńce na policzkach. Autobus przyjechał tak umorusany, jakby fragment codziennej trasy pokonał dnem mulistej fosy. Przeźroczystość szyb była naprawdę umowna. Szczupła dziewczyna o włosach w rozbudowanej palecie rudości znów bezgłośnie śpiewała, wspierając ów bezgłos energicznymi ruchami głowy, a językiem penetrowała przestrzeń przed sobą, jak mała, zbłąkana żmijka. Pani od ciepłych ploteczek wyglądała jakby nocą eksploatowała własny erotyzm, ku zadowoleniu objawiającemu się satysfakcją, z jaką patrzyła na młodsze od siebie niewiasty, zrezygnowane i najwyraźniej pozbawione grzesznych przyjemności.


    Na jednym z przystanków od dłuższego czasu podziwiam raczej brzydkiego tatusia, nieodmiennie z piękną córeczką na rękach i bezbarwną mamusią wypatrującą, czy właściwy tramwaj wreszcie nadjedzie. Podoba mi się ta rodzinka bezpodstawnie i bezzasadnie. Dziś zerkam pod nogi ludziom, bo twarze mają zajęte obojętnością i ciężko wypatrzyć oznaki życia. Patrzę na obuwie i dochodzę do wniosku, że kobiety idące przez Miasto wybierają czystsze piksele przestrzeni niż faceci. Mało któremu udaje się zbliżyć jakością do czystości damskich butów. Pani w adidasach i płaszczu do kostek , umożliwiającym skokową regulację długości kroku (trzy zatrzaski po obu bokach) stała, choć wolnych miejsc było sporo. Czaiła się, by nie przegapić przyszłości, która miała ją pochłonąć bez reszty. Zimne światła reflektorów wspinały się na kościelne mury, obnażając zrudziałe, wiekowe cegły.


    Potem, było już tylko gorzej. Może dlatego, że zahaczyłem o centrum. Na początku nastolatka w spodniach do tej bez, potem jakiś facet zainfekował rozmowę telefoniczną, dwóch gówniarzy chwilę później i znów kobiety w niezobowiązującej pogawędce. Królował w tych rozmowach ni mniej, ni więcej – chuj! Nie przepadam za wulgaryzmami, więc byłem zniesmaczony, a w tym przypadku poczułem nawet dualny niesmak. W moim rozumieniu wulgaryzm, żeby nabrał odpowiedniej mocy, ekspresji, powinien stanowić słowo dosadne i brutalnie terroryzujące otoczenie. Literka C nie pasuje mi w tym słowie od zawsze. Może dlatego unikam go, jak życiowych obrzydliwości.

Wydumana duma.

 

    Pani w spodniach od piżamy prowadza kundelka wzdłuż klombu, czekając, aż ten ureguluje gospodarkę wodną w organizmie. Pies opróżnia się niechętnie, za to wdycha namiętnie. Powietrze przesycone wilgocią i wiatrem pachnie niemal wiosennie.


    Podziwiam reklamę baru – green cafe nero i sam już nie wiem, czy ona kawa jest bardziej czarna, czy też zielona. Na przydworcowych brukach wciąż leżą powodziowe wory z piaskiem tworząc zaspę w barwach narodowych.


    Na słupie trakcyjnym ktoś napisał PUPA – zachwycająca delikatność jak na uliczną twórczość. Rzeka moknie od deszczu, a okna uniwersyteckich budynków usiłują zastąpić jej słońce. Wraz z brzaskiem deszcz ustaje, za to mnogość czarnych minispódniczek zdaje się zwiastować wiosnę.

czwartek, 9 stycznia 2025

Nierdzewna miłość.

 

    - A pamiętasz – zaczęła Ewa i już wtedy wymyśliłem, że wieczór zakończymy w łóżku. Jak kiedyś, tylko wtedy miałem czterdzieści lat mniej i o wiele więcej do zaoferowania kobiecie. Przynajmniej tak sądziłem. Tymczasem Ewa kontynuowała wątek i spytała patrząc mi w oczy. Skrzyły się również jak wtedy. – Pamiętasz Carycę?


    - A mógłbym zapomnieć? - mruknąłem nieco speszony. Carycą Katarzyną ochrzciliśmy nauczycielkę rosyjskiego. Straszna była z niej kosa i bezbłędnie wykrywała, kto nie przygotował się do jej lekcji. Rafał, klasowy fircyk, na zimowej wycieczce do Karpacza, kiedy już wszyscy mieli dobrze w czubie tak właśnie ją nazwał i przylgnęło błyskawicznie, jak guma do podeszwy. To był czas Kaczmarskiego i Sen Katarzyny każdy znał na pamięć. I każdy musiał przyznać, że „nasza” Katarzyna była niezwykle piękną kobietą.


    Ewa pokazała na mnie palcem z tym swoim szelmowskim uśmiechem i nieco przerysowując sposób mówienia Carycy wygłosiła przemowę:


    - Wstań Ewo i przypomnij nam wszystkim, co miałaś przygotować na dzisiejszą lekcję! - A ja… jeszcze nie ostygłam i straciłam język w gębie. Chwilę wcześniej, tylko zaciskając uda osiągnęłam orgazm i w głowie huczało mi od emocji. Pewnie jakiś dźwięk się ze mnie wydostał, a ona wychwyciła go bez pudła i natychmiast mnie wyrwała do odpowiedzi. Wstawałam na miękkich nogach i myślałam, że się spalę ze wstydu, bo ona WIEDZIAŁA! I kpiła ze mnie w żywe oczy. A ten jej tekst? - Czy jest w klasie choć jedna osoba, która podczas lekcji rosyjskiego nie myśli o seksie? Zrobiła się cisza jak w teatrze i tylko ty podniosłeś rękę. Tylko jeden? – szydziła Caryca, a ty wstając zapytałeś, czy to coś złego marzyć o miłości, którą nawet księża na katechezie pochwalają, uznając ją za piękną i potrzebną człowiekowi do godnego życia…


    - Migiem wywaliła nas z lekcji i jeszcze po pałce wpisała w dziennik.


    - A dalej też pamiętasz? - droczyła się Ewa, nawijając kosmyk włosów na palec


    - Sądzisz, że kiedykolwiek zdołałbym zapomnieć?


    - To opowiedz, bo może ja coś pokręciłam…


    - Wyszliśmy z klasy, a ty chwyciłaś mnie za rękę i zdradziłaś mi, czym byłaś zajęta. Nie mogłem uwierzyć, więc zaciągnęłaś mnie do damskiej toalety, wsunęłaś rękę w spodnie i wyjęłaś ją lepką od soków, delikatnie ocierając opuszki o moje usta. To był obłęd. Oszalałem, a ty razem ze mną. Zlizałem z palców najdrobniejsze nawet okruszki, a potem oparłem cię o ścianę i szarpnąłem spodnie w dół. Mój pierwszy raz trwał chwilę zaledwie, ale nigdy go nie zapomnę. Ubrudziłem nasieniem twoje pośladki, więc byłaś mokra i z przodu i z tyłu, ale wciągnęłaś majtki jakby nic się nie stało i poszliśmy na następne lekcje. Kosmos tego wspomnienia do dziś szarpie mi tętno.


    - Wtedy nie spytałem, ale do dziś jestem ciekawy. O kim myślałaś w klasie?


    - Przecież wiesz… - wzruszyła ramionami – o Leszku.


    - Jakim Leszku – zainteresowałem się – zaraz, zaraz, czy o tym nowym nauczycielu od technologii i materiałoznawstwa? Wiesz, jakie chodziły po szkole plotki?


    - To nie były plotki - kiwnęła głową


    - Więc dlatego miałaś najlepsze stopnie właśnie u niego?


    - Taaaa… Zawsze dyskretnie wsuwał mi karteczkę z pytaniami i odpowiedziami, nim wyszłam od niego. I wiedziałam, kiedy będzie mnie pytał.


    Trawiłem chwilę tę informację, która dziś mocno straciła na znaczeniu. Nie zapytałem na gorąco, a później było mi już niezręcznie. Chyba zaplątałem się w tych rozważaniach, bo Ewa trąciła mnie lekko po przydługiej ciszy:


    - Też byłeś niezły aparat – powiedziała z uśmiechem – łąki pamiętasz?


    Tylko się uśmiechnąłem i kiwnąłem głową. Ewa umówiła się ze mną na niskich łąkach, mieliśmy nimi pójść daleko, aż za miasto. Chcieliśmy minąć wyspę i zobaczyć, jak rzeka wygląda nim wpłynie do miasta. Wyszedłem z domu sporo przed czasem, żeby się nie spóźnić i szedłem kopiąc kamyki i kapsle od piwa. Przede mną szła jakaś dziewczyna rozkołysana w biodrach i najwyraźniej w tempie podobnym do mojego. Przyglądałem się, a mój wzrok przyklejał się do jej sylwetki. Dla fasonu wcisnąłem ręce w kieszenie dżinsów. Wtedy, był to jeszcze twardy materiał z płótna żaglowego, bez śladu lycry. Nim dłonie osiągnęły dno kieszeni, poczułem wzwód. Lekko dotknąłem członka poprzez kieszeń, a kroki, choć niespieszne przesuwały moje palce w górę i w dół. Dziewczyna skręciła do jednego z nielicznych domków zbudowanych tuż za wałem przeciwpowodziowym, a ja poczułem, że nie utrzymam już w sobie nasienia. Rozlało się po mnie wrzątkiem. Gdy Ewa dotarła na miejsce, śmiała się ze mnie, bo oczywiście przyznałem się co się stało chwilę wcześniej. Byłem jej to winien, po tym, co zrobiła w szkole. Wsunęła mi dłoń pod pasek i głębiej, a kiedy ją wyjęła - oblizała. Popchnęła mnie na jedną z wielu wierzb, rozpięła spodnie i ustami wygarnęła wszystko, co nie zdążyło wsiąknąć w bieliznę. A potem… Dość powiedzieć, że dalej nie poszliśmy już nigdzie. Ani za miasto, ani nawet na wysokość wyspy. Zostaliśmy w cieniu wierzby ciesząc się bliskością naszych ciał.


    Kto w tamtych czasach miał wolną chatę, albo mógł zaprosić koleżankę na noc do siebie? Jak raz, dwa razy do roku udawała się taka sztuka, to było wielkie szczęście. Trzeba było korzystać z łaskawości natury. Na łąki chodzili wszyscy. I wszyscy wiedzieli, że każdy szuka tego samego – intymności. Nikt nie przeszkadzał i byłoby towarzyskim samobójstwem skomentowanie czyjejś obecności tam, a co dopiero serwowanie w szczegółów.


    Zaraz po maturze Ewa wyjechała z rodzicami do Kanady. Nawet odprowadzałem ją na samolot i było mi strasznie przykro, że leci beze mnie, ale na wizę nie mogłem liczyć. Jej rodzina przygotowywała się przez lata, znali język, jej rodzice spełnili ostre kryteria i załapali się na rządową emigrację. Ja? Mogłem tylko zepsuć im ranking. Poza tym, nie byłem pewien, czy chcę wyjeżdżać. Tu było moje wszystko, tam, za wszystko musiałaby mi wystarczyć Ewa… Stchórzyłem, a ona pojechała, wiedząc, że przez następne dziesięć lat nie będzie mogła opuścić kraju, bez utraty przywilejów. Dziesięć lat, dla nastolatka to wieczność. A może i dwie wieczności. Czas, w którym uczyłem się żyć bez niej.


    Zawiesiłem się całkiem w powodzi wspomnień, a kiedy ocknąłem się i zerknąłem na Ewę, oczy miała szkliste, niewidzące. Patrzyła na mnie, a może przeze mnie, a wargi miała drżące i zaciśnięte. Kiedy jęknęła – zrozumiałem.


    - Znowu to zrobiłaś! - nie mogłem napatrzyć się na jej twarz, zmieniającą się w szaleństwach ekstazy.


    - Taaaa… - westchnęła – już zapomniałam, jak bardzo mi się podobasz, ale nic się nie zmieniło od technikum.


    - Nic? - zdziwiłem się – podobno wyszłaś za mąż.


    - Było, minęło. Chyba nie chcemy gadać o moim byłym. A ty?


    - Ja nie.


    - Nie wyszedłeś za mąż? To miłe. - uśmiechnęła się – A kobiet zabrakło w mieście?


    - Wiesz… Po tobie wszystkie zdawały się mdłe i bezbarwne. Nie umiałem przestać porównywać ich do ciebie. Przegrywały jedna po drugiej i więcej jak dwie-trzy randki nie przetrwała żadna. Seks z tobą sprawił, że stałem się wymagający. Może, gdybym zainteresował się nieco starszymi kobietami, zapomniałbym. Ale rówieśniczki były okropnie pruderyjne i przestraszone.


    - Chciałam ci przypomnieć o obietnicy – wilgotną dłonią przeciągnęła mi po policzku. Przed odlotem obiecaliśmy sobie, że każde z nas będzie mogło raz w życiu poprosić to drugie o jedną noc. Bez względu na wszystko. I że tę noc dostanie. Uprzedziłam narzeczonego, gdy mi się oświadczał, że możesz się zjawić, abym spełniła obietnicę, choć szansa była nikła. Powiedziałam mu póki jeszcze mógł odejść. Ta obietnica była dla mnie ważna. Takich obietnic nie wolno łamać. A dziś, chciałam, żebyś mi nie odmówił tej nocy.


    - Nie marnuj starej waluty. Może jeszcze będziesz chciała z niej skorzystać. Dziś i tak byłbym twój. Nie pozwolę ci odejść po raz drugi.


    - A niby jak chcesz to zrobić, łobuzie?


    - Cóż… Ja również pamiętam o obietnicy…

Ekstrakt o pomysłach na życie.

 

    Gdy jeden chce zdąŻYĆ poŻYĆ, drugi woli się wyŻYĆ, by przeŻYĆ i nie zmitręŻYĆ. Trzeci woli się spręŻYĆ, by ŻYCia zaŻYĆ, czwarty chce je wydrąŻYĆ, a nawet okrąŻYĆ. Piąty woli go uŻYĆ, szósty chce doŻYĆ, a siódmemu potrzeba odŻYĆ, lecz ŻYCia nie zuŻYĆ do naduŻYĆ.

Skrzy się skrzynia pełna skrzypu.

 

      „Jesteśmy ekspertami w vendingu” – chwali się lewa elewacja samochodu dostawczego, a mnie ogarnia śmiech, ilekroć widzę takie „szamotuły” językowe. Bóbr cleaning – istne cudo dla osób o dwóch obywatelstwach.


    Niczym generał, dumny, że może wysłać na śmierć całe stado młokosów, śmiało promenuję przed karnym szeregiem manekinów stojących na baczność i umundurowanych w suknie ślubne startujące w konkursie – która uzyska głębsze wycięcia i nie rozpadnie się podczas zakładania. Mijam, lekce sobie ważąc szacunek szeregu i zerkam łakomie na pulchne dziewczęta mieszające ciasto z zapałem, od którego może się zrobić gorąco od robaczywych myśli.


    Obserwuję rosnące zainteresowanie płci piękniejszej futerkami – nie dość, że kurtki, buty, czapki, to teraz kapcie i słuchawki owłosione niczym yeti nie znający fryzjera. Czekam, aż pojawi się bielizna futerkowa. Potem już tylko park pełen chorych, podciętych, albo zgoła upadłych drzew rodzi pytanie, kto dłużej przetrwa – ja, czy drzewa? I niestety, odpowiedź nie jest oczywista.


    Pani obficie wyposażona w cielesne walory schyla się po coś i z mety staje się przeciwieństwem zaćmienia słońca. Czerwień jej krągłych pośladków zaćmiewa otoczenie.

środa, 8 stycznia 2025

Przy przystawkach przystanął przystojny stoik.

 

    Subtelna różnica – estragon, czy estrogen pozwala mi zignorować mrok przedświtu i bawić się słowami w drodze do. Bo czemu nie? To równie dobre, jak dłubanie w nosie, czy sprawdzanie położenia jąder względem kieszeni spodni. W autobusie podziwiam młodą kobietę o długich, rudych włosach. Pani ma zaimplementowaną muzykę wprost w ucho wewnętrzne i najwyraźniej jest tym zachwycona. Może ćwiczy przed występami w Voice of Poland, albo podobnym talentszole (talentszale?)? Grunt, że siedząc obok Śpiącej Królewny, śpiewa bezgłośnie, z szacunku dla snu Królewny, a jej głowa kręci się energiczniej, niż łepek pieska klejonego do deski rozdzielczej samochodu milion lat temu.


    Nieco później dzień przejmują ludzie charakteryzujący się tężyzną fizyczną – tzn ludzie fizycznie tędzy. O umyśle nie byłem w stanie uczciwie domniemywać, jednak troska o fizyczną tężyznę widzialna była bezapelacyjnie – ktoś posilał się, inny popijał z puszki, ktoś pożerał ciepłe danie z plastikowej miski. Nie sądziłem, że Miasto osiągnęło wielkość, uprawniającą do nabrania apetytu w środkach masowego przekazu. Ale. Wiele spraw mi się nie śniło, bo ze snami mi nie po drodze. A komunikacja miejska wbrew szykanom przemieszcza się w tempie zdecydowanie lepszym, niż onegdaj. Zastrzegę sobie tutaj uwagę, że w naszym kraju lepszy, jako stopień wyższy od dobry powinien być lepszy, a nie jest nawet dobry, a co dopiero lepszy. Taki paradoks uwielbiany przeze mnie nieodmiennie i bez wzajemności zapewne. Np powiedzonko/ostrzeżenie – lepiej nie wiedzieć. A wiedzieć dobrze?

wtorek, 7 stycznia 2025

Fan.

 

    Uśmiech miał pełnokrwisty, jakby dopiero co wygryzł komuś wątrobę, nie kłopocząc się wcześniejszym uśmierceniem ofiary. Bezpośredni, to słowo zbyt małe na określenie rozmiaru człowieczeństwa, jednak słowa „ekstrawagancki” lepiej było przy nim nie używać. Miał zwyczaj irytować się ilekroć podejrzewał kpinę z własnej osoby, a słowa obce (dla siebie) traktował jak szyfr, który rozwiązywał przerzucając je z lewej do prawej półkuli mózgu, w oczekiwaniu aż zaczepią cień zrozumienia. Przy drobnym pechu piewca językowych pereł tracił perłową stabilność uzębienia, względnie podlegał niezapowiedzianej katastrofie jądrowej. Zdecydowanie lepiej znosił słowa krótkie, zdecydowane, niczym komendy na musztrze. Zwykł precyzować wszelkie uczucia gardłowym: Qrwa!, a liczba wysłowionych wykrzykników stanowiła o poziomie emocji.


    Szczęśliwie, teraz się uśmiechał, jednak kobra także się uśmiecha przed atakiem, zaszczycając przeciwnika demonstracją nienagannego uzębienia. I to uśmiechał się do mnie, jakbym miał się stać wykałaczką, którą spomiędzy rozsuniętych jedynek wydłubie sobie coś, co mu zostało po wcześniejszym posiłku.


    - Cze! Ziomuś!


    - Cze – wydukałem, ale na zwrotnego Ziomusia odwagi mi już brakło.


    - Bo widzisz Qrwa – monologował niewzruszenie – sam widzisz!


    - Nooo – elokwencja przyczaiła się głęboko we mnie, schodząc z domniemanej trajektorii kończyn górnych i dolnych, nie zapominając o rozpoznawczo-zaczepnej inauguracji zwarcia czołowego. - Ale, że co?


    Ziomuś kleił właśnie ciąg dalszy zdania, które nijak nie chciało stać się złożonym, chyba, że złożenie miałoby się zawrzeć w trzech słowach (plus przewidywalny, konieczny interwał emocjonalny). A może analizował moją wypowiedź? Zastanawiałem się (być może post factum, albo zgoła post mortem), czy nie przesadziłem ze słowotokiem, kiedy jego twarz się rozjaśniła, jakby właśnie sezam zaakceptował hasło i otworzył się szerzej, niż hojnie opłacone uda.


    - Bo jak te łajzy grają (dla stonowania pominę wątki emocjonalne dialogu, jeśli komuś jednak ich zabraknie, może na własną odpowiedzialność wstawić dowolną liczbę w równie dowolne miejsce zdania, albo nawet, jako samodzielne zdanie, jeśli taką wartość uzna za stosowną)


    - Noooo – tym razem powstrzymałem słowotok, żeby nie skazywać mojego interlokutora do ekstremalnych wysiłków umysłowych.


    - Spadną łajzy, jak nic!


    - Noooo – sprawdzone w boju, czy raczej w braku boju, wyrazy szanowałem za ich czytelność, dlatego nie zamierzałem się z nimi rozstawać. W tamtym momencie byłem zdania, że słowniki należy wzbogacić o takie noooo, jako reakcję obronną wszech czasów. Ostatnią deskę ratunku.


    Ziomuś kontynuował analizę zespołu, zaangażowanie trenerskie, sponsorskie, kibicowskie, a nawet policyjne i polityczne. Czekałem tylko, aż zaangażuje boski majestat do osiągnięcia wyniku drużyny, pozwalającego jej zrzucić epitet „łajzy” i niezliczone tony ładunków emocjonalnych, jakimi zostali obdarzeni dotychczas. Na koniec wykładu Ziomuś klepnął mnie w ramię (obojczyk, łopatka i trzy żebra maiły ową pieszczotę pamiętać przez kolejne dziewięć i pół tygodnia), zapalił wonnego papieroska, podrapał mózg alternatywny, zlokalizowany dla niepoznaki między udami i na pożegnanie rzucił.


    - Nooo! Ziomuś! Fajnie się gadało! To jak? Wbijasz na meczyk?

poniedziałek, 6 stycznia 2025

Pluton opluty na Plutonie.

 

    Od dwóch lat zachwycam się młodym życiem drzewa, rosnącego na drobnym trawniku, w otulinie samochodowej opony. Latem ma ogromne liście, mimo wzrostu mniejszego ode mnie. Przypadkiem dowiedziałem się, że to paulownia – sztucznie wyprodukowane drzewo tlenowe nazwane (oczywiście) z angielska oxytree.


    Mamusie czujnie wykorzystują przerwy w opadach i wietrzą maluszki na huśtawkach, albo zjeżdżalniach. Nie ma co oszczędzać spodenek, czy kurtek, bo zanim się zniszczą, dziecko i tak wyrośnie. Słońce pracowicie przedziera się przez skołtunione chmury, czasami oślepiając, innym razem przydając pejzażowi głębi. Ktoś kaszle za ścianą, ktoś kręci się po kuchni. Gołębie spacerują dostojnie, korzystając z mniejszego niż zwykle natężenia ruchu. Na balkonach czają się już niepotrzebne drzewka, spod których znikły prezenty i radość z rodzinnego spotkania.

niedziela, 5 stycznia 2025

Spuścizna rodowa.

 

    Siadłem na zadzie, bo inaczej nie potrafię i zacząłem dumać. Może niezbyt konkretnie, bo dumałem już wcześniej, jednak teraz, mając stabilny punkt podparcia dumałem bardziej. Więcej. Doskonalej. Albo jedynie swobodniej. Szanowna rodzina zgłosiła postulat, abym rozpoczął realizację podstawowych zadań przewidzianych dla typowego mężczyzny. To taka zawoalowana aluzja, że niby jestem normalny i mieszczę się w widełkach, poza którymi muszą się zmieścić inni – nienormatywni. No, duma i tyle. Podejrzewam, że z racji krwi rodzina nieco nagięła fakty, albo nielegalnie nagięła tę, czy tamtą flankę granicy, jednak odwzajemnić się zamierzam absolutnym brakiem niestosownej wiedzy na ten temat, choćby mnie przesłuchiwał sam generał policji, straży granicznej, czy innej instytucji pro, ultra, czy zgoła anty.


    Po pierwsze… dom. Nie wiedzieć czemu kazali zacząć od najtrudniejszego. Wolałbym zacząć od wyczynów prokreacyjnych, a domem zająć się w późniejszym okresie, jednak rodzina była niewzruszona, mamrocząc bez końca dom i dom. Rzygać się już chciało, szczególnie, że dom w którym pomieszkiwałem, gdy nie oddaliłem się samowolnie tu i ówdzie był mi wystarczającym. Duży, solidny – tatusiowi garb wyrósł, żylaki i odciski, których żaden podolog nie podejmie się usunąć. I ja miałbym powielać ów szablon? Logika cierpi, gdyż dom tatuś budował z takim zapałem i rozmachem, że do dziś połowa pomieszczeń jest niezagospodarowana. Lepiej o tym nie wspominać, gdyż pokoje częściowo przynależą do nieobecnych. Ciocia wyemigrowała w ciepłe kraje służyć urodą szejkom naftowym, wujek z karabinem krzewi kulturę Mcdonaldowską w coraz to odleglejszych stronach. Dziadek oszalał po śmierci babci i spędza noce na dworcu kolejowym, sądząc, że babcia wróci lada chwila. Mógłbym spokojnie w tatusiowej budowli spokojnie zamieszkać z małym, bezpruderyjnym haremem, a jeszcze dla siostrzyczki znalazłoby się wystarczająco przestrzeni by mogła uprawiać nielegalne zioła i legalne trucizny pochodzenia doniczkowego.


    Drugi brat mamy, kiedy nas z rzadka odwiedza, krąży po domu aktualizując topografię pomieszczeń, bez której woli nie przemieszczać się nawet do toalety, a kondygnacje podziemne na wszelki wypadek omija z szacunkiem i obawą. Zresztą, nie tylko on. Podczas jakiejś rodzinnej uroczystości ktoś stwierdził, że w piwnicach już dawno mogło rozwinąć się życie tajemne, potrafiące rzucić nowe światło na czerwoną księgę gatunków zagrożonych, a może i na atlas dinozaurów. Tatuś tylko prychnął ochlapując biust mamy sałatką warzywną nasiąkniętą zacną gorzałeczką, ale tematu nie podjął skarcony jej wzrokiem. Od tamtej pory jednak, temat piwnic stał się rodzinnym tabu. Babcia, dopóki trwała z nami, żegnała się na sam dźwięk słowa piwnica, mama mocniej chwytała ścierkę kuchenną, a tatuś dostawał czkawki.


    Po co mi dom przy takich warunkach lokalowych? Chyba tylko po to, by śmiertelnie nadwyrężyć kieszeń i kręgosłup. Dom ważny jest na stare lata, kiedy człowiekowi już się szwendaczek przestanie włączać i ciekawość świata zgaśnie na stosie cynizmu. Za młodu, gdy ideały, romantyzm tego co za horyzontem, poza zasięgiem portfela… bierze górę. Jest jeszcze testosteron. Za młodu najważniejszy, ignorujący materię nieożywioną, wiodący ku spełnieniu i boleśnie trzymający za jaja. „Tu i teraz. Nieraz.” To hasło gnieżdżące się w rozporku, gdy ma się lat naście. Po co komu skorupę budować i dźwigać ten ciężar, jak jakiemuś ślimakowi...


    - Drzewo! – siostra usłużnie podrzuca pomysł na roboty fizyczne mniej wspólnego mające z budowlanką – Posadź drzewo. Choćby dziś. Najlepiej z nasienia, żeby nie iść na łatwiznę. Jak chcesz, przygotujemy grunt. Nawóz zdobędziemy ekologicznie czysty…


    - Znaczy śmierdzący? – przerwałem jej ponuro, przewidując ku czemu zmierza – Jeszcze w gównie mam się grzebać tak?


    - Nooo… - Siostra zapowietrzyła się, ale, żebym nie wypadł z torów spełnienia herkulesowych wręcz wyzwań, zgadza się na butelkowany nawóz, ziemię z precyzyjnie ustalonym pH i proponuje wieczór z „bożolenowo”, Wielkim Atlasem Drzew Świata (w tym pięćset gatunków endemicznych, ze dwieście sześć tysięcy wymarłych, oraz trzydzieści dwa opracowane w laboratoriach genetycznych w przeciągu ostatnich trzech lat. Wiedziona zielonymi ideałami błyskawicznie proponuje gatunek, a kiedy mówi, na jej policzki wypełza rumieniec, a wargi stają się pulchniejsze, zupełnie, jakby wykryła w strefie bikini niezapowiedzianego członka – Paulownia… Oxytree...


    - I to niby ja mam posadzić, tak nowocześnie? A gdzie tradycja – besztam ją brutalnie i widzę, jak członek wycofuje się ze wszystkich stref intymnych – A klon zwyczajny, to pies? Lipka woniejąca, czy chociażby jarzębina czerwona…


    - Dobra na nalewkę – mlaszcze przez bezzębne zębodoły dziadziuś, którego klawiatura odmięka w szklaneczce po nocy na dworcowej ławce przy kawie z automatu – tylko nieco cierpka i cukru trza więcej dać.


    - I skąd niby mam wziąć nasienie? - burczę nieco zawstydzony swoim szturmem na członka zaplątanego w siostrzane szmatki – do Hiszpanii mam jechać i wykraść im patent?


    - Hiszpania dobra – wzdycha tatuś, który w co bardziej rozrywkowe wieczory nakrapiane dziadziusiowymi specjałami pozwala sobie koło północy na niedyskrecje z czasów młodości i kruczoczarne włosy dopiero co uwolnione od ciężaru korony, pod którymi kryły się piersi niewinne, by nie zmarznąć od słonego wiatru zniekształcającego dźwięk kastanietów podchmielonych „Malagą”. Splecione z księżniczką gorące sny pośród zagubionych plaż, szaleństwa zamkowych bali, a jeśli mamusia nie słucha, to i pikantniejsze szczegóły, drżącą dłonią wydobyte spod kreacji, nim zmęczenie uśpiło emocje.


    - Niech będzie lipka – zgodziła się mamusia, mająca najwyraźniej swoje tajemnice, ujawniające się delikatną mgiełką w oczach, jednak broń Boże rzewnym monologiem – takie swojskie, wiejskie zgoła, to dobry wybór syneczku.


    Nie pytałem. Czułem się pokonany miękkością jej słów, więc pewnie i ona mogłaby ubarwić wieczór opowieścią panieńską, zawstydzając tych, którym się wydawało, że mama niczym żona Boga płodzi potomków w sposób bezkontaktowy. Przegrywając negocjacje mogłem się spodziewać najgorszego, jednak rodzina, to rodzina i w chwili wyzwania stanęli za mną murem. Siostra otrząsnęła się z niewysławialnych myśli i wespół z rodzicielką wertowała internet szukając lipki godnej zasadzenia nieopodal domostwa, ojciec z dziadziusiem (w towarzystwie dorodnej, nastoletniej naleweczki) studiowali geodezyjne plany, aby z rodzinnych włości wykroić siedlisko dla pierworodnego syna…


    I ja… Uwolniony chwilowo z jarzma budowlanego, czekający na botaniczne wyczyny…. nie mogłem pozostać obojętnym na wszechstronne wsparcie. Taktownie oddaliłem się, aby swobodnie oddać się realizacji tej części obowiązku, którą wzgardziła rodzina. Brzemię odpowiedzialności ciążyło mi tak, że szedłem krokiem marynarza, pilnując, by energia jądrowa nie osiągnęła masy krytycznej. Na odchodne tatuś wsunął mi w kieszeń trochę grosza, żebym mu wstydu nie przyniósł, mama świecę, żebym szukał odpowiedzialnie, a siostrunia dyskretnie przesłała mi listę kontaktów do co rozsądniejszych koleżanek z roku. Byłem gotów? Nie wypada zawieść rodziny!

Pusta kapusta na zapusty.

 

    Zaskomlał w ciemnościach zapodziany pociąg donikąd. Psy ledwie uniosły głowy zajęte tym, czym psy są zajęte, kiedy wreszcie nikt nie strofuje ich, że nie wolno tego robić na dywanie, czy w łóżku. Wiatr zagonił rzadki śnieg pod ściany i krawężniki. Nie było nadziei, że skryje brud. Skostniałe żywopłoty wyglądają dostojniej, osiwiałe, sztywne i nieprzysiadalne. Nawet ptaki wybierają raczej dachy w najbliższym otoczeniu dławiących się od dymu kominów. Kto nie musi, nie wyściubia nosa z ogrzewanych przestrzeni, więc, żeby spotkać życie należałoby przejść jakąś jezdnię. Zgodnie z prawem Murphy’ego wtedy właśnie nadjechałby jedyny samochód startujący z osiedla w niezbadaną przyszłość.