Ona
miała niezłą figurę, on skutecznie zaproponował ostrą jazdę.
Wspólnie
stworzyli wyrafinowany duet, w starej jak świat dyscyplinie sportowej - jazda
figurowa parami.
Ona
miała niezłą figurę, on skutecznie zaproponował ostrą jazdę.
Wspólnie
stworzyli wyrafinowany duet, w starej jak świat dyscyplinie sportowej - jazda
figurowa parami.
Wścibski
sąsiad opuścił posterunek na parapecie w bardzo ważnym celu. Odprowadzał na
autobus narybek, po świeżo ukończonym kursie zaawansowanego podglądanie
mieszkańców osiedla. Rudzielec z dyplomem rusza zarażać ideą inne (oby) miasta
z pełną walizą cennych wskazówek od mentora.
Pierwsze
pępki nieśmiało penetrują Miasto. Kilka bladych kostek i szeroka blizna po
wyciętej nerce sugerują, że zbliża się czas siniaczków. Ale, może to tylko
myślenie życzeniowe. Pewnie się czepiam z wrodzonej złośliwości, jednak widok
gościa w klapkach i grubych skarpetach gryzie mnie w oczy niczym dym z
płonących opon.
Pierworodna
córka Ramzesa z pobłażliwym uśmiechem i różą różową jak rumieniec na policzkach
wyjęła smartfon i z lubością oddała się survivalowi wirtualnemu, ku wyraźnej
zazdrości współpasażerki pozbawionej nowoczesnych narzędzi komunikacyjnych.
Chyba nie nadążam i regularnie mam opóźnienie. Ale. Było tak:
Oszukańczo siwowłosa niewiasta
przysiada się do mnie i jak-gdyby-nigdy-nic wyciąga książkę. Analogową! Papierową! Na dodatek
zamiast się nią odgrodzić od gęstniejącego tłumu – banalnie zaczęła ją czytać.
Kobiety skrupulatnie maskują upływ
czasu coraz wymyślniejszymi specyfikami, domalowując sobie nową, niekoniecznie
szczerą twarz. To grzech żyć w zgodzie z naturą? W przelocie czytam autoreklamę
zakładu usługowego oferującego „naturalną terapię wodorem”. Naprawdę? I to ma
być naturalna terapia? Od kiedy mój organizm wymaga kontaktu z tym gazem?
Czaple cierpliwie patrolują stan wód miejskich i kontrolują poziom zarybienia
dorzecza i pomniejszych akwenów.
Dziewczę z cyber-papieroskiem w dłoni
czekało na przychylność sygnalizacji ulicznej marszcząc brwi. Najwyraźniej wykorzystywało
w tym celu każdą nawet wyimaginowaną okazję do treningu owych mięśni. Być może
za chwilę ma zamiar wystąpić w zawodach kulturystyki mimicznej, jeśli w ogóle
taka istnieje. Bo jak nie, to już tylko dla niej warto byłoby ją wymyślić i
przydzielić medal za rzeźbę twarzy. Na dużym skrzyżowaniu z nudów obserwowałem
wyposażenie szpiegowskie tego strategicznego punktu i doliczyłem się niemal
trzydziestu kamer. Dbałość o moje bezpieczeństwo zakrawa na paranoję. Od dziś
poważnie się zastanowię, czy drapanie się po niewymownych poza domowymi
pieleszami nie jest ekstrawagancka demonstracją albo pornograficzną grą
wstępną.
Szaman? Szamanka? Po ogryzionych
pazurach i wielobarwnych dredach trudno poznać, szczególnie, gdy osobnik ma
kąciki oczu ozdobione błękitnymi łezkami po obu stronach oczu. Ja dostałbym
obłędu, gdyby przyszło mi występować z podobnym makijażem. Strach zapytać, bo
wpatrzone w monitor, mamroczące indywiduum gotowe jeszcze brzydką klątwą
pokalać moją zdumioną głowę. Nie tylko mnie zafascynował obrazek. Trzyletnia na
oko Pippi patrzyła z zachwytem i całym ciałem (plus teatralny szept) pytała
tatę o znaczenie zjawiska. Ojciec, troskliwy i przezorny, zamiast ryzykować
odpowiedź, wziął dziecinę na ręce i oddalił się ze strefy zagrożenia.
Mój cień dawno już dopadł przystanku,
kiedy ja wciąż rączo przebierałem nóżkami, żeby się nie spóźnić. Obfity
rudzielec chyba też się spieszył bo na kieckę założył sieć rybacką. Z
roztargnienia, czy ekstrawagancki sposób transportowania narzędzi łowieckich?
Koleżanki były bardzo doświadczone
towarzysko, bo w autobusie usiadły osobno, by dopiero wysiadać razem. Nadmierne
zbliżenie gotowe zdegenerować znajomość. Rozsądek?
O poranku czerwona kurtka rozparta była
na ławce, jak jakiś basza, ale gdy wracałem, pochylała się nad Rzeką, wyraźnie usiłując
się napić. Słońce faktycznie operowało dość intensywnie. Ale żeby aż tak? Rzeka
nie wydaje się być pitną.
Niezbyt rozgarnięty winniczek usiłował
podstawić mi nogę. Przeskoczyłem, bez gracji i wdzięku zagarniętego do cna
przez piękne panie podróżujące bladym świtem przez Miasto. Kobiety zadbane
lepiej niż trawniki przed Urzędem Marszałkowskim w skupieniu przeżywają
wydarzenia minionej nocy i z rezygnacją podążają w znój codzienny. Gołębie
kołują nad osiedlowymi nieużytkami, ucząc się od pustułek polowania na żywinę
poukrywaną w przeróżnych zakamarkach. Czereśnie w bieli modlą się o brak
przymrozków. W autobusie znów natykam się na gościa łudząco podobnego do tańczącego
w reklamie delikatesowego mięsa. Wypasiony byczek pod wpływem upojnej nocy
zgubił gdzieś lewy rękaw od flanelowej koszuli. Szczęściem nie zgubił
ostatniego papierosa i teraz ogrzewa się zadymionym ciepłem od wewnątrz.
Dojrzewają we mnie myśli niepokorne. Ot
– choćby takie:
Z niepokojem zauważam, że pod wpływem
rzeczywistości twardnieją mi dłonie, co źle wróży wrażliwości w kontaktach
międzyludzkich.
A może dziewczęta celowo łażą w
podartych dżinsach, żeby ktoś je wreszcie pogłaskał po kolankach?
Snułem się wzdłuż dydaktycznej ścieżki
i z zadumą podziwiałem daty przyznania praw obywatelskich kobietom w
najdziwniejszych zakamarkach świata. I okazało się, że barbarzyńska Rosja
przyznała te prawa swoim paniom o kilka lat wcześniej od słynących z demokracji
(wymuszania demokracji?) Stanów.. Rekordzistą w moim mniemaniu i tak są jak
zwykle nasi nowi bracia którzy przyznali paniom prawa ponad siedemdziesiąt lat
PRZED powstaniem państwa! Wiadomo – kozak potrafi!
Na bzach fioletowieją kiście
jutrzejszych aromatów, a na Rzece stanął na kotwicy łabędź, mimo nurtu szemrzącego
opowieści o dalekich morzach. Zielononóżka o kasztanowej grzywie wpatrywała się
we mnie, jakby chciała znaleźć drugie, a może i trzecie dno wewnątrz niezbyt
okazałej kubatury. Nastolatka o skórze naszpikowanej metalem oddała wybrańcowi zgięcie
łokcia – na pieszczoty, więc raczej nie na długo. Białoskóra białogłowa szła
odziana we wszystkie odcienie czerni z partnerem, który wręcz przeciwnie. Chyba
wszystko wręcz. A potem, to już tylko rozkołysane gonitwą za tramwajem piersi i
rutyna popołudnia, jakich wiele.
Najpierw, to przysiadła się kobieta w
czapce naciągniętej nie tyle na oczy, co na okulary. I jechała tak oślepiona
własną czapką – najwyraźniej okulary zmarzły w chłodzie poranka. Później
pojawiło się dziewczę w krwiście czerwonej kiecce i kręcąc wdzięcznie kuperkiem
z wprawą torreadora wabiło młode byczki. Nie zdążyłem zauważyć, czy wabienie
zakończyło się sukcesem, jednak trzymałem za nią kciuki, gdy autobus mknął już
ku ciągom dalszym. W kolejnym zdumieniu obserwuję ludzi wędrujących Miastem z papierowymi
kubkami. Ci, z pełnymi, gaszą w marszu pragnienie. Ci z pustymi, liczą, że
uzbierają na takie gaszenie. W centrum kończy się remont… odbudowa raczej
zabytkowego hotelu. Wygryziony niemal do fundamentów powstaje jak jakiś feniks.
Czy po takim zabiegu wciąż będzie zabytkiem, czy jedynie atrapą – tego już nie
wiem.
Po południu znów odwiedzam rzeźbę,
którą z lubością nazywałem podzwonne
mostu. Stoi obok skamieniałej pirogi i granitowego żółwia wyżłobionego ręką
rzeźbiarza na niewygodny fotel. Znów podziwiam Rzekę, za którą tłoczy się
historyczna substancja i młode ambrowce amerykańskie. Jeszcze później pod
upatrzonymi parę lat wcześniej sosnami zbieram wielkie, kłujące szyszki. W powrotnym
autobusie aromatyczny gość skutecznie truje atmosferę, prywatyzując pół
pojazdu, choć godziny szczytu i głód ciągną ludzkość do domów.
Miasto (nie wiedzieć kiedy) otoczyło
pole, na którym zazwyczaj gromadziła się woda, sarny i bażanty. Przyszła
wiosna, więc wciąż się gromadzą, z braku lepszych pomysłów, czy możliwości.
W centrum dziewczyny z kręgów
alternatywnej (znaczy trudnej do zrozumienia i polubienia) subkultury poruszają
się brzydko, manifestując niezależność arogancko i wulgarnie. I tylko karampuki
są omdlewająco lekkie, zwiewne i piękne jak młodych Niemców sen. Nieuzbrojonym
okiem widać że płeć nie ma dostępu do ich fizyczności, więc omiatam wzrokiem lżejszym
od babiego lata, by nie urazić niezdecydowanej płciowo istoty.
Autobus pusty, jakby jakieś święto
nastało niepostrzeżenie dla mnie. Szczęściem – ktoś jednak jechał! Pani
wyskrobywała z oczu sny, ale nie chciała się nimi dzielić z nikim. Wykruszała
je spomiędzy palców i zgniatała butem, jak jakieś wszy. Najwyraźniej były to niezbyt
przyjemne omamy. Inna podzieliła dłońmi włosy na dwie części i okryła nimi
piersi. Trochę później, kobieta o wąskich nozdrzach przyglądała mi się i
najwyraźniej poraziłem jej ośrodki pamięci jakimś imperatywem wymagającym
natychmiastowej interwencji, bo wyjęła telefon i świat zaczął słuchać poleceń.
Cyganka brzęczała bezwstydnie butelkami, sugerując upojny weekend. Staruszek,
zabiedzony niemożebnie wydawał się być własną karykaturą. Postacią wprost z
animowanego filmu, w którym bohater został namalowany skromną kreską przez
nieszczególnie uzdolnione malarsko dziecię. I jeszcze na koniec pustułka
ćwicząca równowagę podczas lądowania na wierzchołku drzewka o gałęziach tak
wiotkich, że utrzymanie się na szczycie wymagało ekwilibrystyki i szybko
reagującego błędnika.