środa, 31 stycznia 2024

Podejrzane.

 

    Sumienny sumita siadł za sumakiem, sumując sumatrzańskie sumy.


    Nim świt nad Rzeką zapłonie kolorami, architektura wyrzyna się z mroku komplikując widnokrąg do zębatej geometrii. Pani, uwieczniająca z mostu ów widnokrąg była najwyraźniej zachwycona i nie widziała świata poza tym, który właśnie kopiował się na monitorze telefonu. Sądziłem, ze to Japonka, pragnąca zachować obraz wysp, by po powrocie do siebie móc porównać urodę naszych drobnych wysepek z własnymi, o zdecydowanie większym rozmiarze. Ale nie – nie wyglądała ani trochę azjatycko. Kamuflaż?

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Xunks. Ekstrakt tendencyjny o zwierzęciu latrynowym.

 

    Mutant czeskobłędny z lekką skłonnością do klasycznej greki, występujący w kolorach dostępnych przed epoką RGB. Gdyby w swoim występie napotkał niewybredną szopicę praczkę trwale pozbawioną węchu ich potomstwo osiągnęłoby poziom wirtuoza w czyszczeniu kanalizacji sanitarnych. No właśnie, gdyby...

Wystarczyła odrobina ciepła

 

    Nad komisariatem niebo poszatkowane, jak lodowisko po zaciekłym meczu hokeja. Nad operą – względny spokój, być może tłumiony duchem sztuki wytrawnej. Nad pałacem dawno nieżyjącego właściciela pracowicie pochyla się żuraw. W bukszpanowych żyłach spijających wilgoć z miejskiej fosy zaczęło tętnić życie, a wątpliwy aromat wiatr łaskawie rozcieńczał. Pancerne dziewczęta suną deptakami bezbronne, jak świeżo wyostrzona gilotyna. Metalizowane buzie, nieprzeliczone akty graficznej samozagłady na skórze, strój i buciory frontowe, dłoń pełna kastetów-pierścieni, w których detalach zapewne odnaleźć można nieznane nauce ślady toksycznych jadów.


    Czerwonowłosa, w błękitnej kurtce, wyglądającej na doszczętnie spłukaną benzyną wzywa przez telefon zewnętrzne wsparcie, jednocześnie usiłując przypalić papierosa – ostatni sztach skazańca przed aktem całopalenia? Na oczach niewinnej dziatwy bawiącej się w coś różowo-pluszowego? Okropne! Chodnikiem płynęła pani w pobladłych z wysiłku dżinsach, a ilość urody, którą udało się jej wtłoczyć do wnętrza była zaiste imponująca. I (stary i głupi) już nie wiedziałem, czy podziwiać urodę bardzo bogatej fryzury w kolorze świeżych kasztanów, czy o cal zaledwie niżej leżące, płynne ciało uwodzące rytmiczną grą kroków. Samotny kormoran usiłuje osiedlić się w dorodnej kępie jemioły, gołąb sceptycznie zagląda w głąb komina spalinowego, ciężarna hipiska rozjaśnia monotonię wielobarwnym strojem.

Ekstrakt o nietrwałości makijażu.

 

    Ktoś rozebrał dla mnie niebo z ciemności chłodnej, jak spojrzenie porzuconej kobiety. Zerkam, jak wdzięczy się zawstydzonym różem, podkreślonym wątłą kreską ekstrawaganckiego akcentu w fioletach, rzuconych w ocean stłamszonego błękitu. Zaraz wzejdzie zachłanne słońce i wyliże barwy do białości.

niedziela, 28 stycznia 2024

Posłaniec.

 

    Najpierw była debata. Wiadomo – starcy, zanim ruszą swoje zwiotczałe tyłki, najpierw muszą pomarudzić. Podłubać w nosach, przeczesać dłonią pełną plam wątrobowych rzedniejącą łysinę, czy szczecinę, poskrobać się po rozporkach (przy okazji sprawdzając, czy zapięty i czy sucho w kroku). Opcje i kontrargumenty mnożą cynicznie, a gdyby nie natarczywość sprzątaczek wyganiających to stetryczałe stado, to pewnie pogrążyliby się w dywagacjach na drobną nieskończoność trwającą z grubsza tyle, ile trzeba, żeby najmniej krewkiego z nich przenieść na OIOM nie nadwyrężając mięśni zgromadzonych na debacie.


    Wylosowali, jeśli mogę sobie pozwolić na szczyptę sarkazmu, mnie. Oczywiście. Najmłodszy. Takiemu zawsze wiatr piachem po oczach sypnie. Najmłodszy, nie znaczy jednak młody. Jako jednostka skażona wszechobecnym cynizmem, jeśli nie wiedziałem, to przeczuwałem, że zaszczyt może być iluzoryczny, a ryzyko rośnie odwrotnie proporcjonalnie do IQ ryzykanta. Czyli mnie. Wiedziałem, że te hieny nie pozwolą mi uniknąć zaszczytu, ale spróbować musiałem. Ma się ten szczątkowy instynkt samozachowawczy.


    - Czy to nie powinien być ktoś rozsądniejszy? Bardziej wyrobiony politycznie i gładszy w obyczajach? - zagaiłem niewinnie, trzepocząc rzadkimi rzęsami w rozmiarze niegodnym żadnej miary.


    - Nie! - skarcił mnie głosem senior wśród seniorów – Zrozum chłopcze, że to właśnie obycie i przewidywanie sprawiło, że będziesz reprezentował nasze grono. Jak skrewisz, to ktoś rozsądniejszy i bardziej obyty pójdzie i będzie łagodził. Znaczy… Nie tobie łagodził, bo ty dostaniesz raczej ostrego kopa, wielce rozwojowego i dotkliwego mam nadzieję. Ów rozsądniejszy załagodzi kataklizm. Przynajmniej będzie usiłował, bo wybraniec pod wpływem kopa gotów utracić zdolność do jakiegokolwiek działania poza agonią. Nie możemy ryzykować, że utracimy quorum. Dlatego dalsza dyskusja mija się z celem. Wybór został dokonany.


    Przepadło. Wyasygnowali nawet jakiś grosz reprezentacyjny, a skarbnik wręczając skrupulatnie przeliczoną poślinionymi paluchami kwotę nakazał przynieść kwity, pod rygorem pociągnięcia mnie za odpowiedzialność, szykaną na rachunku bankowym i anatemą towarzyską w obecnym kręgu. Poszedłem. Na modny garnitur nie miałem co liczyć – hojność była cnotą mile widzianą u innych, jednakże ze strony Zgromadzenia absolutnie mi takowa nie groziła. Pozostało wynająć na godziny. Poszedłem do wypożyczalni przymierzyć i zabukować (żeby nie płacić za zbędne nadgodziny – nadgodziny przed faktem?). Wymyśliłem, że przybędę wieczorową porą i dopiero wtedy przebiorę się, a zegar zacznie odliczać czas najmu. Chytrze, jak na młodziaka. Młodziaka pośród seniorów. Czymże moje skromne sześć krzyżyków, w obliczu peseli, przed którymi drżał ZUS, US i młody proboszcz parafii nierozsądnie rozłożonej nieopodal Zgromadzenia.


    Salonowe golenie i strzyżenie nadszarpnęłoby budżet niemal śmiertelnie, więc poprzestałem na zabiegach domowych, marnotrawiąc czas na ablucje, choć do planowej kąpieli miałem jeszcze najmarniej trzy doby. O żadnych manicurach mowy być oczywiście nie mogło. Wystarczającym stresem było szukanie skarpet w miarę do pary i w miarę całych. Niestety. Zadanie okazało się nieprzyzwoicie trudne. Cóż. Wzorem medialnych trefnisiów postanowiłem ekstrawagancko zrezygnować ze skarpet, choć jakaś nieskromna myśl szczypała pośladki mojej podświadomości – brak skarpet jest sugestią kolejnych braków garderobianych! Naskórek garnituru, koszulę i buty można będzie na mnie dostrzec gołym okiem, a to, co gołe wymagałoby już oka uzbrojonego w szperacz, albo w domysły.


    A propos! Mój przeciwnik płci niewątpliwie piękniejszej, bogatszej i młodszej, zapewne sam był bronią zaczepno-obronną. Kursy krav magi u najzacniejszych z jogginów, pogłębione studia nad haitańską sztuką rzucania klątw i uroków, plus prozaiczny gaz pieprzowy, na wypadek, gdyby zupa była nieodpowiednio przyprawiona, to absolutne „must have” Jednostki, którą nasze Zgromadzenie zamierzało oszołomić ofertą współpracy bynajmniej nie wirtualnej, a bezwstydnie cielesnej.


    Czas nieuchronnie dryfował w stronę pierwszego punktu harmonogramu – powitanie i przetransportowanie Gościa z punktu A (hala przylotów) do punktu B (apartament na dachu hotelu z prywatnym basenem, yakuzą, czy czymś innym, również w orientalnym stylu, oraz bezpruderyjnym boyem hotelowym na użytek wewnętrzny). Harmonogram uwzględniał, że Jednostka po trudach lotu zechce się aklimatyzować powyżej dna basenu, relaksować z/bez yakuzy, czy zgoła przespać z/bez boya, nim zaszczyci naszego przedstawiciela własną doskonałością. Czekanie w klimatyzowanym holu wydawało się być nieuciążliwe w porównaniu z resztą harmonogramu. Obiad (względnie kolacja – bufor czasu do dyspozycji Istoty musiał być płynny, jak dojrzałe rozwolnienie), opera, nocne promenady po bulwarach, wstępne negocjacje przy koniaczku i cygarku (bądź przygotowany na czystą i papieroska grubości włosa), wreszcie odholowanie Istoty do pokoju/łóżka/gdzieś (improwizuj/organizuj/nie zbłaźnij się!) jako zamknięcie wigilii Istotnego Objawienia na forum naszej prześwietnej Organizacji.


    Szukając katharsis zgodnie z zaleceniami Zgromadzenia dowlokłem się na lotnisko przebrany za kelnera z lokalu o liczbie gwiazdek zbliżonej do drogi mlecznej – garnitur, muszka, trochę detali mających podkreślić mój cywilizowany stosunek do świata, oraz garść powitalnych roślin (podawać Istocie kolorem do góry, ciernie dyskretnie ściskając w dłoni.) Przed wyjściem otoczyłem fizjonomię aromatem wody kolońskiej, na wszelki wypadek potrajając standardowe ilości. Aureola nie była może większą, ale na pewno mocniej skoncentrowana na mnie i nie dopuszczająca w okolice uszu much i innych ulotnych drobiazgów interesujących się płynami układu krążenia.


    Wypatrując Istoty stać musiałem na palcach, jak czyniła większość czekających na jakieś inne istoty, szczególnie w momentach, gdy korytarz wypluwał kolejne rzesze zmaltretowanych turystów, bizneswomenów, sportowców i tych, którzy już dawno zapomnieli w jakim celu przybyli właśnie tu. Nic. Korytarz wyrzygał już trzy dorodne ławice, a Istota nie pojawiła się na firmamencie, w zasięgu moich ubogich teleskopów minus dwie dioptrie z małym okładem. Obok mnie wspinała się na palce jakaś smarkula w pepegach poprzydeptywanych wielokrotnie, w uświnionych niebosko dżinsach-ogrodniczkach i z piegami w pełni odzwierciedlającymi aktualny horoskop zodiakalny. Miałem już zbesztać onę furię małoletnią, rozczochraną i uśmiechniętą zgoła bezczelnie, kiedy pociągnęła mnie za rękaw.


    - Czekasz na kogoś? - zapytała przekrzywiając głowę – Może ci pomóc? Jak chcesz, to wdrapię się tobie na barana i ponad tłumem będę patrzyła. Mam lepsze oczy od twoich. Ty tylko mi powiedz, kto to ma być, a ja go znajdę. Chcesz?


    - Nie – burknąłem, choć logika propozycji była bezapelacyjnie doskonała – Czekam na Istotę i nie wiem, jak wygląda. Ale zapewne poznam, gdy tylko się pojawi.


    - Czyżby? - gdyby nie ograniczenie uszami, jej uśmiech sięgnąłby najmarniej skroni. - Miło słyszeć. Taki zdecydowany i samodzielny… A Istota ma jakieś imię? Ty masz?


    - Mam – już zbesztać tę małpę, czy jeszcze poczekać? - A tobie mamusia odmówiła?


    - Och! I jaki groźny – udawała, że się rumieni i kręciła bioderkami na boki niczym kuter w szkwale – To dobrze. Istota na pewno lubi takich zdeterminowanych mężczyzn.


    - A skąd możesz wiedzieć, co lubi Istota moja panno?!


    - I od tego trzeba było zacząć! - zadowolona była z siebie, jakby w totka wygrała trzy razy z rzędu – Ty na pewno wiesz, co lubisz. Ja również. Więc może już nie czekajmy dłużej, bo to gotowe nam się znudzić. Idziesz?


sobota, 27 stycznia 2024

Pstronk. Ekstrakt o pochodzeniu i przeznaczeniu.

 

    Zmutowany ortograficznie pstrąg ma dwa garby spowalniające ucieczkę przed cyklicznym odłowem, pasy na skórze naprzemiennie dzielące mięso na chude i tłuste, oraz ości z przeznaczeniem na „wieczne” wykałaczki. Pstronk w uprawie ekologicznej korzysta z wód mineralnych, głębinowych, a nawet opadowych.

piątek, 26 stycznia 2024

Ekstrakt o wartości sedna. Powiedzmy.

 

    Rozwijałem się tak łapczywie turlając się naprzód, że nie zauważyłem własnego końca, więc musiałem polec. Teraz potulnie czekam, aż ktoś cierpliwy nawinie niteczkę aż do puszystego kłębka i dotrze do mnie.

Poranne zjawy.

 

    Z granatowo-czarnej nocy boleśnie wyrzyna się świt. Jak mleczne zęby. Gdzieś daleko wyje dmuchawa maszyny przedmuchującej kurz z miejsca na miejsce, sapią rury wydechowe samochodów wzdychają do kierowców klnących na tłok tej nocy. Ktoś gdera nieistotności za pośrednictwem sieci telefonicznej, dziewczęta na przystankach rozplatają warkocze nóg zwiastując wiosnę i opowiadają o sukcesach (bądź nie) minionej nocy. Trawniki upstrzone drobnymi buteleczkami po wódce i stadkiem dziur sugerującym, że osiedliła się tam rodzina piesków preriowych. Tłusty księżyc patroluje Rzekę, dwaj wytrawni złomiarze powozi dwukółkami z wyraźną wprawą. Jedna z nich wyposażona była w pluszowego misia pandę nikczemnego rozmiaru – może służył za autopilota, kiedy rykszarze raczyli się piwkiem schłodzonym w sposób jak najbardziej naturalny.

Ewolucja.

 

    Zwierzęciem będąc, świat widziałem prostym. Jadłem, kiedy poczułem głód, spałem, gdy zmęczenie brało górę nad ciekawością świata. Kiedy rozpierała mnie męskość, mówiłem głośno o swoich niespełnionych potrzebach każdej napotkanej samiczce. Nie obrażały się i nie miały mi za złe szczerości.


    Teraz, tonę w człowieczych skrupułach i wplątany w niezrozumiałą sieć cywilizacyjnych interakcji – kluczę. Jem, nie czując głodu, usiłuję spać, zamiast beztrosko wyć do księżyca. Samiczki? Żadnej nie przyznam się do swoich pragnień. Zamiast tego osaczam je słowami, oszałamiam słodkim alkoholem, godowym tańcem, a nawet uwodzę brudną mamoną. Wstaję nim świt otrzeźwi głowę i uciekam poza zasięg zmysłów. Jej i własnych.

czwartek, 25 stycznia 2024

Na mokro.

 

    Kałuże taplają się w deszczu, pęcznieją, jak po sutym obiedzie. Mimochodem niwelują ludzkie niedoskonałości w budowie prostych powierzchni, poziomując je wręcz doskonale. Młodziutka pani z misternie uplecioną fryzurą, za pomocą kawy z termosu usiłuje własnej, bladziutkiej buzi zaszczepić ideę łączenia barw – nawet tak różnych, jak kawa i mleko. Ale przecież to się zwykle udaje. Nie tylko kawie, ale i małżeństwom zmieszanym kontrastowo, jak tylko można. Zapewne poziom szczęśliwości w takich związkach nie odbiega od średniej krajowej, bez względu na kraj odniesienia.


    Sikorka penetrowała ceglany mur, poszukując słabszego miejsca, by przeprawić się na drugą stronę, jednak w obliczu zbliżającej się porażki przefrunęła ponad nim.


    - Stany, to stopień niższy od staników? Mogą być nawet zjednoczone – haftką, czy innym fikuśnym zapięciem.