Najpierw
była debata. Wiadomo – starcy, zanim ruszą swoje zwiotczałe
tyłki, najpierw muszą pomarudzić. Podłubać w nosach, przeczesać
dłonią pełną plam wątrobowych rzedniejącą łysinę, czy
szczecinę, poskrobać się po rozporkach (przy okazji sprawdzając,
czy zapięty i czy sucho w kroku). Opcje i kontrargumenty mnożą
cynicznie, a gdyby nie natarczywość sprzątaczek wyganiających to
stetryczałe stado, to pewnie pogrążyliby się w dywagacjach na
drobną nieskończoność trwającą z grubsza tyle, ile trzeba, żeby
najmniej krewkiego z nich przenieść na OIOM nie nadwyrężając
mięśni zgromadzonych na debacie.
Wylosowali,
jeśli mogę sobie pozwolić na szczyptę sarkazmu, mnie. Oczywiście.
Najmłodszy. Takiemu zawsze wiatr piachem po oczach sypnie.
Najmłodszy, nie znaczy jednak młody. Jako jednostka skażona
wszechobecnym cynizmem, jeśli nie wiedziałem, to przeczuwałem, że
zaszczyt może być iluzoryczny, a ryzyko rośnie odwrotnie
proporcjonalnie do IQ ryzykanta. Czyli mnie. Wiedziałem, że te
hieny nie pozwolą mi uniknąć zaszczytu, ale spróbować musiałem.
Ma się ten szczątkowy instynkt samozachowawczy.
-
Czy to nie powinien być ktoś rozsądniejszy? Bardziej wyrobiony
politycznie i gładszy w obyczajach? - zagaiłem niewinnie,
trzepocząc rzadkimi rzęsami w rozmiarze niegodnym żadnej miary.
-
Nie! - skarcił mnie głosem senior wśród seniorów – Zrozum
chłopcze, że to właśnie obycie i przewidywanie sprawiło, że
będziesz reprezentował nasze grono. Jak skrewisz, to ktoś
rozsądniejszy i bardziej obyty pójdzie i będzie łagodził.
Znaczy… Nie tobie łagodził, bo ty dostaniesz raczej ostrego kopa,
wielce rozwojowego i dotkliwego mam nadzieję. Ów rozsądniejszy
załagodzi kataklizm. Przynajmniej będzie usiłował, bo wybraniec
pod wpływem kopa gotów utracić zdolność do jakiegokolwiek
działania poza agonią. Nie możemy ryzykować, że utracimy quorum.
Dlatego dalsza dyskusja mija się z celem. Wybór został dokonany.
Przepadło.
Wyasygnowali nawet jakiś grosz reprezentacyjny, a skarbnik wręczając
skrupulatnie przeliczoną poślinionymi paluchami kwotę nakazał
przynieść kwity, pod rygorem pociągnięcia mnie za
odpowiedzialność, szykaną na rachunku bankowym i anatemą
towarzyską w obecnym kręgu. Poszedłem. Na modny garnitur nie
miałem co liczyć – hojność była cnotą mile widzianą u
innych, jednakże ze strony Zgromadzenia absolutnie mi takowa nie
groziła. Pozostało wynająć na godziny. Poszedłem do wypożyczalni
przymierzyć i zabukować (żeby nie płacić za zbędne nadgodziny –
nadgodziny przed faktem?). Wymyśliłem, że przybędę wieczorową
porą i dopiero wtedy przebiorę się, a zegar zacznie odliczać czas
najmu. Chytrze, jak na młodziaka. Młodziaka pośród seniorów.
Czymże moje skromne sześć krzyżyków, w obliczu peseli, przed
którymi drżał ZUS, US i młody proboszcz parafii nierozsądnie
rozłożonej nieopodal Zgromadzenia.
Salonowe
golenie i strzyżenie nadszarpnęłoby budżet niemal śmiertelnie,
więc poprzestałem na zabiegach domowych, marnotrawiąc czas na
ablucje, choć do planowej kąpieli miałem jeszcze najmarniej trzy
doby. O żadnych manicurach mowy być oczywiście nie mogło.
Wystarczającym stresem było szukanie skarpet w miarę do pary i w
miarę całych. Niestety. Zadanie okazało się nieprzyzwoicie
trudne. Cóż. Wzorem medialnych trefnisiów postanowiłem
ekstrawagancko zrezygnować ze skarpet, choć jakaś nieskromna myśl
szczypała pośladki mojej podświadomości – brak skarpet jest
sugestią kolejnych braków garderobianych! Naskórek garnituru,
koszulę i buty można będzie na mnie dostrzec gołym okiem, a to,
co gołe wymagałoby już oka uzbrojonego w szperacz, albo w domysły.
A
propos! Mój przeciwnik płci niewątpliwie piękniejszej, bogatszej
i młodszej, zapewne sam był bronią zaczepno-obronną. Kursy krav
magi u najzacniejszych z jogginów, pogłębione studia nad haitańską
sztuką rzucania klątw i uroków, plus prozaiczny gaz pieprzowy, na
wypadek, gdyby zupa była nieodpowiednio przyprawiona, to absolutne
„must have” Jednostki, którą nasze Zgromadzenie zamierzało
oszołomić ofertą współpracy bynajmniej nie wirtualnej, a
bezwstydnie cielesnej.
Czas
nieuchronnie dryfował w stronę pierwszego punktu harmonogramu –
powitanie i przetransportowanie Gościa z punktu A (hala przylotów)
do punktu B (apartament na dachu hotelu z prywatnym basenem, yakuzą,
czy czymś innym, również w orientalnym stylu, oraz bezpruderyjnym
boyem hotelowym na użytek wewnętrzny). Harmonogram uwzględniał,
że Jednostka po trudach lotu zechce się aklimatyzować powyżej dna
basenu, relaksować z/bez yakuzy, czy zgoła przespać z/bez boya,
nim zaszczyci naszego przedstawiciela własną doskonałością.
Czekanie w klimatyzowanym holu wydawało się być nieuciążliwe w
porównaniu z resztą harmonogramu. Obiad (względnie kolacja –
bufor czasu do dyspozycji Istoty musiał być płynny, jak dojrzałe
rozwolnienie), opera, nocne promenady po bulwarach, wstępne
negocjacje przy koniaczku i cygarku (bądź przygotowany na czystą i
papieroska grubości włosa), wreszcie odholowanie Istoty do
pokoju/łóżka/gdzieś (improwizuj/organizuj/nie zbłaźnij się!)
jako zamknięcie wigilii Istotnego Objawienia na forum naszej
prześwietnej Organizacji.
Szukając
katharsis zgodnie z zaleceniami Zgromadzenia dowlokłem się na
lotnisko przebrany za kelnera z lokalu o liczbie gwiazdek zbliżonej
do drogi mlecznej – garnitur, muszka, trochę detali mających
podkreślić mój cywilizowany stosunek do świata, oraz garść
powitalnych roślin (podawać Istocie kolorem do góry, ciernie
dyskretnie ściskając w dłoni.) Przed wyjściem otoczyłem
fizjonomię aromatem wody kolońskiej, na wszelki wypadek potrajając
standardowe ilości. Aureola nie była może większą, ale na pewno
mocniej skoncentrowana na mnie i nie dopuszczająca w okolice uszu
much i innych ulotnych drobiazgów interesujących się płynami
układu krążenia.
Wypatrując
Istoty stać musiałem na palcach, jak czyniła większość
czekających na jakieś inne istoty, szczególnie w momentach, gdy
korytarz wypluwał kolejne rzesze zmaltretowanych turystów,
bizneswomenów, sportowców i tych, którzy już dawno zapomnieli w
jakim celu przybyli właśnie tu. Nic. Korytarz wyrzygał już trzy
dorodne ławice, a Istota nie pojawiła się na firmamencie, w
zasięgu moich ubogich teleskopów minus dwie dioptrie z małym
okładem. Obok mnie wspinała się na palce jakaś smarkula w
pepegach poprzydeptywanych wielokrotnie, w uświnionych niebosko
dżinsach-ogrodniczkach i z piegami w pełni odzwierciedlającymi
aktualny horoskop zodiakalny. Miałem już zbesztać onę furię
małoletnią, rozczochraną i uśmiechniętą zgoła bezczelnie,
kiedy pociągnęła mnie za rękaw.
-
Czekasz na kogoś? - zapytała przekrzywiając głowę – Może ci
pomóc? Jak chcesz, to wdrapię się tobie na barana i ponad tłumem
będę patrzyła. Mam lepsze oczy od twoich. Ty tylko mi powiedz, kto
to ma być, a ja go znajdę. Chcesz?
-
Nie – burknąłem, choć logika propozycji była bezapelacyjnie
doskonała – Czekam na Istotę i nie wiem, jak wygląda. Ale
zapewne poznam, gdy tylko się pojawi.
-
Czyżby? - gdyby nie ograniczenie uszami, jej uśmiech sięgnąłby
najmarniej skroni. - Miło słyszeć. Taki zdecydowany i samodzielny…
A Istota ma jakieś imię? Ty masz?
-
Mam – już zbesztać tę małpę, czy jeszcze poczekać? - A tobie
mamusia odmówiła?
-
Och! I jaki groźny – udawała, że się rumieni i kręciła
bioderkami na boki niczym kuter w szkwale – To dobrze. Istota na
pewno lubi takich zdeterminowanych mężczyzn.
-
A skąd możesz wiedzieć, co lubi Istota moja panno?!
-
I od tego trzeba było zacząć! - zadowolona była z siebie, jakby w
totka wygrała trzy razy z rzędu – Ty na pewno wiesz, co lubisz.
Ja również. Więc może już nie czekajmy dłużej, bo to gotowe
nam się znudzić. Idziesz?