Przechodziłem pomimo młodego drzewa, o pięknej, bladej korze i sporych liściach, między którymi czaiły się zielone jajka, wcale już nie takie młode. Niektóre zaczynały właśnie pękać, co miało świadczyć, że jądro gotowe jest do zjedzenia. Nim zastanowiłem się co robię, podświadomość wstrzymała kroki i stanąłem przed drzewkiem, a ręka sięgała po owoc.
- Ty, duży! Co robisz?
Obejrzałem się dookoła, a nawet pod nogi (sam nie wiem, po co).
- Coś zgubiłeś? - głos zdawał się być nieco zaintrygowany i ciutkę rozbawiony – nie widziałem, żeby coś spadło w trawę.
Zaszachował mnie podglądacz niewidzialny. Obróciłem się raptownie i zerknąłem w górę. Może dron? Rechot niewidzialnego załatwił mnie na perłowo – zbaraniałem i mógłbym śmiało dołączyć do stadka owieczek, jakie wiatr przeganiał po niebie. Wszędzie nic. Tylko ja, wszechświat i ironizujący głos. Może mam przy sobie jakieś małe urządzenie podsłuchowe i ktoś z daleka zerka na mnie, odzywając się z mojej kieszeni. Zacząłem się obmacywać, co wyglądało więcej niż śmiesznie, nawet dla mnie, ale nawet to nie pomogło. Nie znalazłem urządzenia, ani nic podejrzanego, poza mną. Może oszalałem? Nawdychałem się bóg wie czego i mam omamy słuchowe? A może przesterowałem słuch i odbieram na częstotliwościach dostępnych w równoległym świecie. Eeee… Bredzę, ale szukałem jakiegokolwiek wyjaśnienia, a szlag niech trafi jego racjonalność i prawdopodobieństwo. Głos parsknął śmiechem – musiałem wyglądać naprawdę pociesznie.
- Te! - zaczepiłem chytrze – gadaj do mnie jeszcze, ale nie półsłówkami, tylko zdobądź się na dłuższą wypowiedź!
- Akurat – mruknęło Te! - dobrze knujesz. Chcesz mnie zlokalizować, a nie wiem, jakie masz zamiary.
- Nie, to nie – siedź sobie w tej swojej dziurze, a ja idę w takim razie.
- I dobrze – odpowiedziało Te!
Zawinąłem się i już miałem odejść, kiedy przypomniał mi się ów orzech z nadpękniętą, zieloną skorupką, której rana zdążyła już zbrązowieć. Wezmę, pomyślałem. Wezmę i sprawdzę w domu, a jak okaże się, że dojrzały, to przyjdę raz jeszcze i nazbieram, a żadne Te! mi w tym nie przeszkodzi. Wyciągnąłem rękę i
- Nie rusz – krzyknęło Te! - Po co ci to?
- Do jedzenia – odpowiedziałem uprzejmie.
- Ale ja tu mieszkam! - odparło dumnie. - chcesz zeżreć moją chałupę?
- A jak się tam zmieściłeś? - teraz ja się zainteresowałem – Orzeszek nie za wielki, więc?
- Świata sobie nie wybierałem burknęło najwyraźniej urażone. A poza tym, to wy jesteście tacy przerośnięci. Bezsensownie. Pewnie żresz więcej, niż waży mój wszechświat. I to parę razy na dzień. Ohyda!
- Wiesz co? Jeśli nie ja, to kto inny zerwie ten orzech. U nas orzechy są pożywieniem, a nie domem. Nie lubimy, kiedy coś mieszka w orzechu i takie coś nazywamy ROBALEM. Fuj, okropieństwo. Nie widzę cię, jednak podejrzewam, że wyglądasz jak stwór z horroru, tylko w mikroskali. Jesteś podobny do czegoś, co mogę znać? I jak ty mnie widzisz?
- Jak to jak? Przez szkło pomniejszające. Inaczej taki golem przesłoniłby mi świat i guzik bym zobaczył. A gdybym chciał cię pozwiedzać, to by mi życia nie starczyło. Zaniepokoiłeś mnie tym waszym zwyczajem konsumenckim. I co? Każdy, kto przechodzi będzie nas chciał zeżreć?
- Zeżreć robala? Kiedy zobaczy, że orzech zepsuty, pewnie nadepnie i wgniecie was w ziemię.
- Tak bez powodu?
- I ty to nazywasz „bez powodu”? Zepsułeś orzech! Te! Ty chyba jakiś dziwny jesteś?
- Tak mówią, ale kolesie się nie znają, siedzą sobie i gadają. O babach, albo o tym… futbolu. Nuda. Uporządkujmy lepiej tę naszą sytuację. Czyli przechodzi golem koło naszego świata i rozkosznie drze ryja „O, orzech”!, po czym sięga, zrywa z drzewa i pakuje do gęby? A kiedy okaże się, że zagryzł paru naszych i smak mu nie odpowiada, to pluje klnie i wdeptuje resztę w czarnoziem? Światobójca! Zrób coś, bo przecież was jest wielu. Wiem, bo przez moje szkło podglądam od jakiegoś czasu. I podsłuchuję, tylko uszy musiałem zatkać, bo drzecie się na potęgę. Szybko, myśl, bo nadciąga jakaś zgraja i pewnie są bardziej głodni od ciebie.
- Mam tylko jeden pomysł – mruknąłem – zerwę orzech i zabiorę ze sobą. Postawię go gdzieś na balkonie i jak szczęście wam będzie sprzyjało, to chwilę pożyjecie. Może być?
- Na początek wydaje się ok, ale nie ustawaj w myśleniu. Balkon? To taka gałąź uczepiona domu, na której siadają ptaki, kiedy je przyciśnie jelitko?
- Nooo…
- Duży, a one, te ptaki, to nie jedzą orzechów?
- Chyba tylko wrony…
- No właśnie. Balkon odpada. Myśl dalej, ale zerwij nas już teraz, bo za chwilę nadejdzie ta zgraja i będzie za późno.
- Te! Nie przeginaj. Do chałupy robali nie wezmę, bo mnie kobita razem z wami i walizą wywali na zbity pysk. Może piwnica?
- A w piwnicach nie mieszka nic, co jada orzechy?
- Szczury? - zaryzykowałem hipotezę dość ekstremalną.
- Specjalnie rzutki umysłowo, to nie jesteś Duży… Postaraj się trochę bardziej. Masz szansę zostać zbawicielem.
- O, co to to nie Te! Przegiąłeś! - obraziłem się na skunksa, którego nawet nie mogłem dostrzec – Wiesz, co nasi zrobili ze zbawcą? Przybili go do deski i poili octem, żeby zobaczyć, jak sobie poradzi w ekstremalnych warunkach.
- I co? Poradził?
- Gdzie tam, zdechł, choć niespecjalnie szybko.
- To może pomóż, jak kumpel kumplowi.
- Chciałem, ale grymasisz. Balkon nie, bo wrony, piwnica be, bo szczury, z moją się nie dogadasz, bo zanim gębę otworzysz wylądujesz w śmietniku ty i cała twoja czereda. A tam, to już na pewno są szczury.
- Knuj bracie, może schowaj nas do kieszeni?
- A nie wylezie żaden? Bo jeśli któremuś szwendacz się włączy, to mnie powieszą, a wasz los będzie jeszcze gorszy.
- Ani jeden nie wylezie. Obiecuję. A jak wymyślisz coś lepszego, to się przeniesiemy. Pasi?
- Pasi, hop do kieszonki – zerwałem frukt i już grzał się niepokojąco blisko magazynu broni niekonwencjonalnej. Czereda, którą przepowiadał Te! właśnie zbliżała się do orzecha, a właściwie do każdego orzecha, jaki nierozsądnie wybrał sobie tę ścieżkę kariery zawodowej.
No, no... A ja pod koniec czerwca orzechówkę robiłem. Orzechy były wtedy jeszcze całe w zielonych skorupkach... Mam nadzieję, że chyba nie jestem masowym Te!bócą?
OdpowiedzUsuń