sobota, 6 stycznia 2018

Zew słowa cz.2

Usiadłem. Z braku innych pomysłów, z tego rozciągnięcia w czasie każdej sekundy tak bardzo, że pomiędzy nimi trawy nadążały przekwitać i wobec bezczelnego nakazu ze strony ogrodowego mebla. Może to zdziwienie wynikające z zaproszenia, bo przecież nie co dzień mebel w gościnę zaprasza. Usiadłem i zanim zdążyłem łokcie na oparciu powiesić niczym nietoperz prezentujący z dumą własne, błoniaste skrzydła, mebel obszukał mnie nietaktownie. Trudno od mebla oczekiwać dobrego wychowania, choć w szlacheckim ogródku trwa od niepamiętnych czasów i mógłby odrobinę zarazić się taktem. Tymczasem jednak czułem, jak przebiegają po mnie niewidzialne ramiona przeźroczystej ośmiornicy wślizgując się w każden wstyd i intymność, wpływając pod sekretne myśli schowane głębiej niż świadomość sięga i dotykając bezbronnego jądra, w którym idea mnie została życiem zaimplementowana, wzięła mnie w posiadanie, jak kompleks maszyn podtrzymujących funkcje życiowe, mimo tego, że same życia dać nie potrafią.

Świat usłużnie omijał mnie łukiem, nie plując nawet pod nogi i zdawał się mnie ignorować. Może faktycznie zapomniał o mnie na tę chwilę rozciągniętą do granic? Pewnie miał ważniejsze sprawy na głowie, niż ja, na ławce siedzący beztrosko, w zdumieniu, które gwarantowało, że szybko nie wstanę. Uśmiech rozciągnięty w czasie zapewne przypominał grymas, bo uśmiech podzielony na kadry prędzej kojarzy się z pasją i głodem niż z błogostanem, a przecież nie umiałem się powstrzymać od próby rozciągnięcia ust. Do samego siebie się uśmiechałem i własnej myśli, że na takiej ławce pomyślenie CAŁEGO ZDANIA, to już wyczyn, bo w trakcie myślenia początek lub koniec giną w niebycie. W przeciągu prozaicznej na zewnątrz sekundy, tu mogłem stać się własnym przodkiem, albo prawnukiem. Mogłem przepisać encyklopedię w piętnastu egzemplarzach, albo przeczytać życiorysy wszystkich malarzy posiadających choćby bardzo ubogi życiorys.

Wróbel zerkał na mnie z alejki przekrzywiając ciekawie głowę i zapewne chciał o coś poprosić, zanim jednak wysłowił się, to już zapomniał, albo zrezygnował i pofrunął szukać tego, czego zgubić nie zdołał. Jakaś pani, pomiędzy ławką, a fosą, drobnym kroczkiem szła niespiesznie i zanim mnie minęła już laseczką stukała w asfaltową wstążkę alejki. A przecież taką piękną dziewczynką nadeszła, warkoczykami, które próbowały miękkimi końcami pędzelków domalować kolejne piegi na uśmiechniętej buzi. Minęła mnie, z głową pełną dobrych wspomnień, chociaż siedem drobnych kroczków zaledwie zajęło jej życie, a w moich oczach mniej nawet niż jedno mrugnięcie powiekami. Pulchniutki bobasek zbliżał się już do ławki trzymając w obu wyciągniętych dłoniach gumową piłkę i chyba chciał ze mną zagrać, lecz zanim doszedł – wydoroślał, na zegarek rzucił okiem i usta otworzył, a kiedy krok kolejny wykonał, to tylko skarga na kręgosłup bolący z niego spłynęła.

Siedziałem niczym w kokonie z którego czas został wyssany lecz poza kloszem ów czas odbierał sobie wszystko, czego wewnątrz klosza dosięgnąć nie mógł. Trudno o większe zgliszcza, o zniszczenie postępujące i wandalizm tak wszechstronny. Na moich oczach starzały się lipy i przewracały w wodę spróchniałe, dzieląc ją na baseny, w których puchło życie wodnego zwierzyńca i w tym niespiesznym tańcu łańcucha pokarmowego niczym w paciorkach różańca powtarzało się nieskończonym cyklem. A kiedy asfalt zakwitł kobiercem wielobarwnym i próbował dosięgnąć moich stóp miękką czupryną zupełnie nieznanych mi traw, pośród których przemykał drobiazg owadziego mikrokosmosu wyciągałem ręce, i nogi, i myśli, i chciałem podążyć za widzeniem, żeby w tej trawie zachłysnąć się jej aromatem, oczy zamknąć i pozwolić źdźbłom na pieszczotę delikatną. Murszały mury i to one pierwsze położyły się pośród traw rozsypując się w znikających płaszczyznach, na których jaszczurki robiły to, co zawsze robią jaszczurki gdy odrobina słońca zalśni na płaszczyźnie, a drapieżnik poluje w innych stronach.

Próbowałem mrugnąć powiekami, chociaż raz, jednak zajęcie to przychodziło mi z tak wielkim trudem, że miałem już zrezygnować. Wtedy zupełnie znienacka udało się i to nie raz, a wielokrotnie. Asfaltowa ścieżka wróciła na miejsce, chłopczyk podawał mi piłkę nieśmiało, a dziewczynka z lizakiem w buzi śmiała się oczami większymi od oceanów. Wiatr pogłaskał lipom głowy, a te natychmiast obdarowały mnie zamszowymi kulkami nasion, zupełnie, jakby prosiły abym je posiał. Jedna schowała się w kieszeń, druga przepadła we włosach i tę podejrzewałem nawet, że nie pytając mnie o nic mości już sobie legowisko, aby zakwitnąć dojrzałym drzewem. Wróbel, teraz na oparciu ławki balansując dokończył nieskończoną wcześniej myśl i wciąż przechylając łepek pytał o jakieś okruszki, albo nawet pół chleba, bo ma dużą rodzinę. Nie miałem, bo żeby mieć pół chleba, żeby tak siedzieć na parkowej ławce i mieć pół chleba, i uśmiech dla dzieci, i łagodność w spojrzeniu… trzeba mieć lat więcej i sił mniej. Trzeba mieć cierpliwość i świadomość, której nie da się kupić nijak. Trzeba dojrzeć. Nie miałem chleba dla wróbli, jednak uśmiech dziewczynce zwróciłem, a chłopcu piłkę podrzuciłem, więc pobiegł, po trzech zaledwie krokach o mnie zapominając.

Wstałem i jak po głębokim śnie otrząsnąłem ramiona, wzrok wyostrzyłem na krawędziach ogrodzenia, a dźwięki poskładałem w paczki zrozumiałe dla wspomnień. Wstałem, a ławka szepnęła do mnie cicho, żeby nikt więcej nas nie usłyszał:


- Wrócisz. Wiem, że wrócisz, bo przecież jeszcze nie zaczęliśmy rozmawiać, jeszcze nie poznaliśmy się i nie czas na rozstania. Idź teraz, ale wracaj za każdym razem, kiedy czas zbyt mocno popchnie cię w plecy.

piątek, 5 stycznia 2018

Powrót do natury.

Najpierw pani w wyblakłych, dżinsowych ogrodniczkach, ze wzrokiem o porównywalnej intensywności przepatrywała czeluści mijanych sklepów – księgarnia, buty, bielizna… nie szkodzi. Niech czekają na lepsze czasy. Potem panowie, którzy niedobory fryzur uzupełniali pokaźnymi wąsami, lub bródkami odzwierciedlającymi deficyty na półkuli północnej. Ktoś wrzucał żarliwe, pełne emocji słowa do telefonu, ktoś eksploatował harmonijkę ustną dla krótkotrwałej poprawy ekonomii, skrzętnie skrywającej się na dnie kartonu po butach chyba, inny żonglował piłką do wtóru muzyki. Dzień próbował udawać wiosenny i gdyby nie kalendarz może nawet dałbym się oszukać, chociaż nosem poszukiwałem wiosennej wilgoci bezskutecznie – ona pachnie jakoś inaczej, chociaż trudno mi wypunktować słowami różnice. Jakiś mutant rozrośnięty tak bardzo, że nie dał rady zapiąć dżinsowej kurtki (a może tylko udawał, kupując zbyt kusą), olśniewał czarnowłose i czarno odziane niewiasty tworząc przeciąg w czeluściach podziemnego przejścia. Niewidoma pani w dużych, okrągłych i całkowicie nieprzejrzystych okularach zwiedzała malutką knajpkę, jakby chciała się jej przyjrzeć, dopóki pusta i niezatłoczona, a towarzyszący jej mężczyzna dyskretnie naprowadzał chciwe obrazów dłonie na przeszkody w postaci baru, czy stolików. Czerwonowłosa kobieta tak bardzo wyróżniała się w zimowym, monochromatycznym świecie, że jej pośpiech wydawał się jeszcze większy, a rozwiewane wiatrem włosy niczym koguty karetki zapewniały jej pierwszeństwo. Obrazki z chodników przesuwają się przed oczami, tłoczą się lub mamroczą, ale są. Znowu życie zagościło w Mieście, co z niemałą satysfakcją i uśmiechem nienagannym zauważyłem, zanim wieczór przykrył detale.

Zew słowa cz.1

Park. Taki najprostszy, miejski, z deptakiem, placem zabaw dla najmłodszych, jakimś renesansowym pałacem, który podwaliną obecnego parku się stał, będąc wcześniej przydomowym ogródkiem dla lokalnej szlachty. Miejsce, gdzie czas nawlekany jest na druty emerytek produkujących w słońcu kolejną, milionową już parę skarpet, czy czapek, gdzie drobinki czasu tkwią ziarnkiem piasku, skrzypiąc w piastach wózków pełnych śpiącego drobiazgu, lub wrzeszczących swoje niemowlęce dramaty. Miejska fosa dopełnia obraz dając przyczynek determinujący kierunki spacerów, tych schowanych w dłoniach zakochanych w sobie po kres zmysłów, tych pomarszczonych półwieczem wspólnej drogi, i tych, zziębniętych samotnością, szukających cudu wzajemności.

Pośród obecnej tutaj, rozproszonej po alejkach rozpusty, traktującej czas z lekceważeniem tak wielkim, że ów aż piszczał z wściekłości – ja. Niechcący zupełnie, bo nieświadomie wkręciłem się w tryby spowolnionego czasu, bo znowu WYDAWAŁO MI SIĘ. Wydawało mi się, że przez ów park, na skróty, dojdę szybciej, niż czymkolwiek poza rowerem i wrotkami można dojechać, ale ja wrotek zakładać nie chciałem i dyszeć po dotarciu również, więc poszedłem pod baldachimem jaworów nieśmiało zrzucających „noski” nasienne wirujące niby bezdźwięczny wirnik helikoptera, pośród robinii wzdychających za wiosennym czepcem z białego kwiecia pachnącego bardziej słodko, niż miód w raju kiedykolwiek pachnąć zdołał, obok dębów zbyt dumnych, żeby się przyznać do próchniejących ramion i żalu za żołędziami, które daremnie opadną w wielkiej ilości na żwirowe, czy asfaltowe alejki, bez nadziei na rozkwit, a jedyną nagrodą mogą stać się drobniutkie, niewprawne rączki, które pogłaszczą, nim w kieszeń wetkną, albo wronie dzioby unoszące gdzieś poza ludzką jurysdykcję. Mijałem przyczajone na klombach azalie, posadzone chyba tylko dla tych pojedynczych tygodni roku, w które oszołomią owady i ludzi kiściami pełnych barw kwiatów, wyczesane żywopłoty przystrzyżone w geometryczny porządek uwieczniany konsekwentnie, ilekroć siła natury zaprotestuje.

Wszedłem w ów park i nie poznałem, nie zorientowałem się wcale, że czas zmienił układ współrzędnych i objął mnie kuratelą, przeniósł w świat, którego Euklides znać nie mógł, chociaż w nocnych koszmarach zapewne krwistym potem osiadał mu na lędźwiach, zanim ociosane, czterowymiarowe definicje postanowiły skwantyfikować świat i osadzić go w nieskończonej ignorancji objętościowo-czasowej tak płaskiej, że każdy czyn stawał się uproszczeniem, banałem, kpiną nawet. Świat czekał na Einsteina, na Heisenberga, na wielu, którzy jeszcze się nie urodzili, a dopiero powiedzą światu - NIE – nie cztery wymiary, a siedem, jedenaście, sto pięćdziesiąt trzy dopiero potrafią rozumienie świata przybliżyć, znaleźć odpowiedzi, zadać kolejne, zbyt odważne dziś pytania i szukać wymiarów, w których spełniają się one. A ja – kompletny ignorant – wszedłem w świat jeszcze nienarodzony i pośród drobiazgu szczebioczącego, pośród lip układających pod nosem szarady z kropli nasion, pod platanami łuszczącymi się niby rosnące węże, śnieguliczki kłębiące się w jednostajnym memento, że zima w końcu nadejść musi, więc już dziś czas się do niej przygotować i dlatego owoc na przednówek ptaszynom uwić trzeba, żeby dotrwały traw, choćby kurz jeść miały ostatnie tygodnie, zanim trawy powiją ziarno.

Wszedłem w park i nieświadomością swoją wybijałem rytm obcasami, a głowę schowaną miałem wciąż w świecie, z którego dopiero wyszedłem, granicy nie zauważając. Słońce promieniami swoimi próbowało powstrzymać mnie i odpychało mnie, pluło mi w oczy, dotykało torsu z wyraźną chyba sugestią, że obrałem niewłaściwy kurs, jednak ja… nie zauważyłem nawet, pchany głową pogrążoną w czterowymiarowości, że już jestem gościem innego świata. Aż dziw, że się nie potknąłem stawiając pierwszy krok w nieznanej mi geometrii, w świecie o głębi większej, niż pijana fanaberia pozwolić może. Ale wszedłem i stukałem swoją płaską, czterowymiarową obecność w świecie zdziwionym, jak ktoś taki jak ja może trwać. Może miałem wymiar dziewiętnasty i nie wiem tego do dzisiaj, bo umysł zbyt krótki, zbyt pochopny i tchórzostwem przeszyty na wskroś nie pozwala na dumę i objęcie zmysłem posiadacza tak wielkiej rozmaitości. Wszedłem w park i z każdym krokiem oddalałem się od bezpiecznego, skromnego świata, który namaścił mnie pierwszym siwym włosem sugerując, że może czas zwolnić miejsce następnym, nakarmić czekających swojej chwili na osi fizycznego bytu.

Mijałem gry słońca z liśćmi, w plamach jasno-ciemnych, drżących, szybkozmiennych, mijałem spokój żółwi płynących ku plamom cieplejszej wody, mijałem ludzi, których świadomość nie pozwalała im dojrzeć mnie, bo zbyt mizernym byłem, by jedno zauważenie poświęcić takiemu domniemaniu. Byłem nie-istotą, niebytem, kimś, komu jedynie WYDAJE SIĘ, że jest i znaczeniem dysponuje, bo portfel pełen kart kredytowych, wizytówek pysznych i egocentrycznych tak, że trzeba je było gasić, nim się w ten portfel wepchnęło. Szedłem, niosąc własną ignorancję na nieświadomych nogach, obok pomnika zrodzonego mitologią, obok taniego wina, bulgocącego już w trzewiach niewybrednych. Na moment zaledwie zabrałem gabarytem słońce bawiącej się dzieciarni, jednak ta spojrzała na mnie bezkompromisowo i niechętnie tak, że kroku przyspieszyłem, Poszedłem dalej, tam, gdzie niczym i nikomu już zawadzać nie mogłem, choć nie jest to łatwe zajęcie, kiedy atmosfera mruczy mantry i kusi miękkością nawet zatwardziałe i cyniczne umysły.

Gdyby czas miał znaczenie, powiedziałbym, że to chwila była, gdyby pora roku… ech!. Słońce potrafi dotknąć do żywego nie bacząc na kalendarz… Wniknąłem w park, który inną epoką do życia został powołany i w innym zatknięty był wymiarze, a topografia miasta miała się nijak do drogi, którą przebywałem. Nie flirtowałem z zegarkiem, bo wydawało mi się, że chwilą zaledwie naznaczyłem ów park i moja nieistotność przemykała pośród innych nieistotności niczym cień kołysanej wiatrem trawy wyrosłej źdźbłem pomiędzy granitowymi kostkami, żeby ludzki wysiłek obrócić w niwecz bezterminowo. Bo czas dla przyrody istnieć nie ma śmiałości, on najwyżej taktuje, towarzyszy, przymila się, jednak wobec kłów, korzeni i pazurów okazuje się tchórzem, wobec woli życia jest sługą pokornym i papucie przyniesie, herbaty łyk, czy co kto woli, żeby nie pokalać, nie zakłócić idei życia. Dowolnego, które odrzuci aksjomaty czterowymiarowe stawiające na piedestale czas, jako boga mściwego, okrutnego i bezwzględnego – a to przecież pies bezdomny, to sierota głodna strawy i uczuć. To jedno z bardziej hałaśliwych bóstw, pośród tych wielkich, których stać na milczenie.

Patrzę teraz na twoją pochopność i gorączkowość. Patrzę i słyszę wręcz, jak klniesz mnie mówiąc, że zużywam twój czas, że w miliardzie słów jedno niedokończone zdanie napisałem – wszedłem do parku… masz rację – w twoim czterowymiarowym świecie nic więcej - WSZEDŁEM DO PARKU. Sam. Nie z tobą. Tobie mogę - jeśli tylko chcesz - opowiedzieć to co się stało… Widzę, jak oddychasz z ulgą, bo opowiedzieć, oznacza, że wróciłem, że nie była to droga w jedną stronę, więc historia nie będzie tragedią. Masz rację – wróciłem lecz dzisiaj pewien nie jestem nawet, czy gdziekolwiek byłem. Może organizm zmęczony zwisł na oparciu ławki, jak kurtka w ciepły dzień przewieszona, może pogrążyłem się w fantasmagoriach nierzeczywistych, jednak próbuję opowiedzieć. Nie dla chwały i medali – tobie, żeby można było zrozumieć demony pośród których krąży moja głowa, kiedy pozwolić jej na beztroskę.

Wszedłem w park, ciepły słońcem i śmiechem bliźnich, nieletnich tak, że nawet myśli potrafią wyrażać wyłącznie całym gabarytem, śmiechem po kres ostatniego włosa i rozpaczą bezdenną, głębszą nawet, niż podejrzewa się u czarnych, kosmicznych dziur. Szedłem w słonecznych promieniach, nie jak w melodramacie, nie jak w tragedii – szedłem otoczony miłością świata, lecz ta miłość nie do mnie kierowana, a jednak pozwalała mi grzać się w jej blasku. Czułem się absurdalnie, jak nieistniejący kochanek, a przecież czułem własne ciało i emocje również. Widziałem cud poczęcia skupiający się w zbiorze komplementarnym – matka i niepoczęcie już pragnące wzajemności, chociaż wie, że dostanie ją na wieczność trwającą całe życie.

Długo mógłbym opowiadać, chociaż wszystko, co zdążyłem napisać zawiera się w policzalnych krokach, w spełnionych sekundach, w drgnięciach zmysłów zauważalnych, definiowalnych i prostych. Chyba kochałem ten dzień bezzasadnie całkiem, jednak szczerze i do ekstazy. Pojedynczy krok stawał się życiem, a aleja drzewem rodowym sięgającym od Ewy, aż po sąd ostateczny. Długa droga, ale tak sympatycznie ścieląca się pod nogi że nie zauważyłem, jak mijają wymiary rzeczywistości. Wiesz? Na mapie ponoć mierzy się tę odległość w metrach, bo jest to miara adekwatna geograficznie do wyczynu czterowymiarowej rzeczywistości – ja wtedy mierzyłem ją w istnieniach. Własnych. Bo doszedłem do ławki, zwyczajnego, parkowego mebla, na którym wiatr, i atmosfera grawerowały wzajemne życzenia w liszajach farby, w nieostrożnych ekstazy spękaniach własną zaborczość ryły dłutem, aby w czasie zaistniała deklaracja sumy zdarzeń – ty plus ja, to razem my, niezatapialny, prozaiczny i pożądany układ, w którym świat staje się zbiorem dwuelementowym, a cała reszta stanowi zaledwie dopełnienie, które wymaga uwagi, żeby je dostrzec.

Znowu pogrążam się w dywagacjach, jednak świat w słowach opisać, to zbyt wiele, a we mnie niepokój wciąż i nadzieje uzasadnione słabo, albo wcale. Doszedłem do ławki, jakich w parku spodziewać się należy. Jedynym wyróżnikiem tej właśnie ławki był fakt, że pomimo słońca szepczącego nadzieję wprost do serca – była pusta. Szedłem w stronę ławki opuszczonej, jak się okazało niechętnej gościom tak, że omijały ją starsze panie i panowie z siateczkami grzechoczącymi etanolem w stężeniu równie błahym, jak niosące je istoty. Szedłem i rosła przede mną ławka, na której usiąść miałem zamiar dojrzewający we mnie, chociaż czterowymiarowy świat grzmiał i usiłował…

Zbliżałem się we wszystkich znanych i nieznanych mi wymiarach do tej ławeczki parkowej, a na jej oparciu słońce, lub coś bliżej mi nieznanego wypaliło w zielonej olejnicy brutalny przekaz:

- Usiądź i zostań tu! Niedługo, w twoim rozumieniu, na chwilę zaledwie. Usiądź i rozmawiaj. Bądź. Stań się wreszcie istotnością i zapomnij o negacjach. Poświęć chwilę na życie, a nie na dążenie do niego. Czekam na ciebie właśnie.


Usiadłem…

czwartek, 4 stycznia 2018

Wieczny strój.

W wiklinowym fotelu na biegunach kolebię własne ciało, a mgła wspomnień przepływa pomiędzy uszami watą miękką i ciepłą, taką, która rozleniwia i wszelki pośpiech skazuje na potępienie. Świat płynie wokół mnie równie niespiesznie i uczciwie wypełniają się minuty, czy godziny, aby dzień mógł uzasadnić swoją obecność w kalendarzu tego roku. Siedzę i kolebiąc się patrzę, jak chodnikiem spacerują ludzie, wymieniając słowa życzliwe, bądź gniewne, dotykając się wzrokiem i słuchem, a czasem nawet węchem, jeżeli idący posiada na wyposażeniu zmysł powonienia wystarczający do dyskusji.

Szukałem w głowie początku tej całej historii, która dzisiaj stała się normą i codziennością, chociaż wydawało się, że niemożliwą do osiągnięcia, bo tabu i cywilizacyjne normy niczym gorset, skrupulatnie i bardzo dokładnie zasznurowany, opinał nawet myśl, że cokolwiek można byłoby zmienić. Przecież żyłem w świecie, w którym odsłonięta pierś na ekranie telewizora dozwolona była wyłącznie dla osób pełnoletnich, lub takich, których żywot mierzony był co najwyżej w miesiącach.

Zaczęło się jak zwykle – od plotek i domniemywań, jakichś nadinterpretacji i frywolnych żarcików, bo śmiać się cudzym kosztem jest tak łatwo. Gdyby nie Internet, zapewne świat zostałby zaskoczony o wiele później, przez co jeszcze dotkliwiej, jeśli można bieżącą sytuację objąć gradacją zdumienia. Dopóki wypadki przytrafiały się (tak to umownie nazwijmy) osobom żyjącym z popularności w wirtualnym świecie, cała sprawa traktowana była powierzchownie i z domyślnym uśmieszkiem, że kolejny „zapominalski” pozwolił się sfotografować przez paparazzi mniej lub bardziej udanie okazując zdumienie. Ploteczki okrążały ziemię wzbogacając się w komentarze coraz bardziej ironiczne, wulgarne i zapewne świat przeszedłby nad całą historią jakoś pobłażliwie, albo wręcz przeciwnie – zamykając dla przykładu w zakładach psychiatrycznych co bardziej ekscentrycznych „zapominalskich”.

Kiedy jednak okazało się, że podobne przypadki dotykają również zupełnie anonimowe osoby spoza targowiska próżności, a także osoby pozostające poza podejrzeniami o jednodniowe fascynacje, które miały oszołomić ekstrawagancją nieświadomych i żądnych sensacji zjadaczy chleba sprawą zajęła się nauka. Na szczęście nauka, a nie polityka, bo ta wyalienowana od społeczeństwa tak bardzo, że dopóki sama nie została dotknięta owym pandemonium nie uwierzyłaby nikomu, bez względu na polityczne wiatry i przekonania. Ba! Nawet została dotknięta, lecz bezwładność koalicjantów wobec zjednoczonej opozycji paraliżowała działania, które mogłyby przynieść coś więcej, niż parlamentarną burdę. Co robić, kiedy przychodzi żyć pośród ludzi, dla których słowo jest wyłącznie orężem, a jeńców nikt brać nie zamierza, ewentualnie dezerterów w celach marketingowych.

Z nauką problem jest wręcz przeciwny, niż z polityką – zamiast deklaracji, słów napuszonych i wielkich, pełnych wartości brzegowych i zapewnień, że zawsze, że nigdy, nauka stąpa po kruchuteńkim lodzie zapewniając nieodmiennie, że przyjdzie czas, kiedy rozwiązanie zaszczyci świat własną obecnością i może nawet dygnie zalotnie w kierunku spragnionej widowni. Zbieranie dowodów, odsiewanie faktów od mitów, analiza, tabelaryzacja, te wszystkie procesy i procedury rozpoznawcze… I to czekanie na wyciągnięty palec Szwedzkiej Akademii słusznie unieśmiertelniającej na bieżąco, czyli za późno, bogato potwierdzone odkrywcze teorie…

Trwało. A w tym czasie masa dowodowa rosła i przypadki z unikalnych zaczęły być przewidywalnie powtarzalne. Znikała odzież ze świata i to nie ta schowana w fabrykach, czy szufladach domowych, lecz ta, którą ludzie zdążyli założyć na siebie jakby ogrzana ludzkim ciałem stanowiła nieodpartą pokusę dla nieznanego sprawcy. Epidemia wręcz jakaś, na globalną skalę i to nie w odległej Afryce, czy Australii, gdzie kryteria odzieżowe można traktować po macoszemu z powodów zarówno klimatycznych, jak i terytorialnych – małe zaludnienie i wielkie odległości, przy stosunkowo niskim poziomie inwigilacji społecznej mogło problem tekstylny pominąć, jako niegodny uwagi i zrozumiały. Ale tu? W Europie, gdzie obrazą majestatu być mógł nawet nieodpowiedni kolor krawata, a debaty społeczne na temat długości spódniczek, czy skarpet na oficjalnych rautach rozmaitego szczebla stanowiły przedmioty przewodów doktorskich? W pełni demokratycznie, choć jeszcze selektywnie znikać poczęły tekstylia od stóp po głowy i nawet parasoli nie oszczędzały, kiedy już doszło do ataku na jednostkę odzianą. Do bezwzględnej nagości, ku rozpaczy i zawstydzeniu zaatakowanej jednostki, której pod czaszką, w bólach upokorzenia rodziło się rozpaczliwe pytanie: „dlaczego ja?”.

Zbrojna w granty, dotacje i błogosławieństwo wszystkich proroków świata, nauka przypuściła zmasowany atak na niezbadane i przynoszące tak wiele skrajnych emocji zjawisko. A zjawisko – cóż – miało się dobrze i kwitło w najlepsze, a zmasowane, dywanowe naloty na miejscowości mnożyły się i o żadnym kryciu się po kątach mowy już nie było. Iluż to nieszczęśników płci wszelakiej wracało w domowe pielesze, skrywając odartą z odzieży figurę za gazetą pospiesznie kupioną (??? raczej wyżebraną w kiosku a ‘konto przyszłości dobrosąsiedzkiej), czy reklamówką. Ludzie wychodząc z domu niemalże zamiast zegarków, czy telefonów zaczęli nosić pod ręką plastikowe worki, z których można było ad hoc ręcznie wykroić pelerynkę, spódniczkę, czy biustonosz ekstrawagancki i pod taką firanką uciekać przed wzrokiem gawiedzi w zacisze prywatnych sypialni. Owszem, na liczność populacji w miejscach publicznych wpływ był pozytywny, jednak mnogość stresu nie rekompensowała społecznej, sterowanej massmediami satysfakcji, a rząd, nierząd i samorząd wyklinane były pod każdą szerokością geograficzną.

A tymczasem przypadki mnożyły się niczym szkarlatyna w żłobkach, kiedy już pierwszy osobnik zdoła ją donieść w krąg wzajemnej adoracji. Ludzie kryli się po wnętrzach samochodów i stosowali wciąż wymyślniejsze sposoby ukrywania nagłej i niespodziewanej nagości. Bramy pełne były przekleństw tak soczystych i żarliwych, że mógłby zawstydzić proletariat pod budką z piwem w najbardziej zakazanej dzielnicy najbrudniejszego z miast. Po przypadkach pojedynczych, rzadkich skala zjawiska zaczęła namnażać się lawinowo i obejmować populacje zatłoczonych, tramwajowych wagonów, czy kin w galeriach handlowych. Co bardziej pruderyjni łamali sobie głowę, jak dwiema dłońmi zakryć wszystko, co ich zdaniem nie powinno światła dziennego oglądać, a z czego zrezygnować. Inni w desperacji zasłaniali oczy, jakby przez to ich nagość stawała się niewidzialna, przeźroczysta i anonimowa. I jeszcze ten bilon sypiący się z już nieistniejących kieszeni wesolutkim dźwiękiem budził otoczenie pokusą wzbogacenia, bo przecież jej dotychczasowy właściciel zajęty był obmyślaniem strategii wyjścia nie tylko z twarzą, ale bez rumieńców wstydu zwielokrotnionego pazerną sensacji publiką.

Wobec rosnącej skali już nikt obojętnym zostać nie mógł, a wiadomości medialne zdominował temat winowajcy. Pośród plotek i hipotez fantastycznych nawet opieszała na ogół nauka dostała furii i ostatecznie objawiła własne stanowisko, jeszcze nie dopracowane, trochę jakby w szlafroku ad hoc zarzuconym, ale jednak. Otóż – robal! Zwykły, o ile można tak nazwać coś, co potrafiło zmienić oblicze ludzkości przeciągu policzalnych miesięcy – robal, który stanowił coś na kształt zaprzeczenia, czy też negatywu larwy jedwabnika – taka antymateria ożywiona, która zamiast tworzyć, to unicestwia i niestety nie poprzestaje na jedwabiu, a nie gardzi żadną nicią – nawet ze sztucznych tworzyw. Rozmnażanie (wciąż pozostające na etapie hipotez z sugestią, że podobne komarzym zalotom) na czczo jest wykluczone, a dopiero sytość osobników doprowadza ich organizmy do stanu permanentnego podniecenia i spontanicznej kopulacji rozsiewczej i pozbawionej jakichkolwiek ograniczeń. Nie wiadomo skąd pochodzi, w ogóle nie wiadomo nic, poza tym, że jest i to bardzo owej kopulacji spragniony nieomal od poczęcia, a mnoży się tak, że króliki mogą pokręcić tylko uszastymi główkami z podziwem, jeśli je stać na podziw w obliczu tej tajemniczej szarańczy przemierzającej świat tekstylny ku jego utrapieniu i anihilacji. Wiadomo, im mniejszy drobiazg, tym liczniejsze zarodniki, brzemienna ikra rozsiana dla przetrwania gatunku w najbardziej nawet niesprzyjających warunkach. Wobec braku stwierdzonych wrogów naturalnych, bądź wręcz nienaturalnych, robaczek dokarmiany miliardami niechętnych dawców zdominował środowisko naczelnych i czuł się w nim dosłownie „błogo spełnionym”.

Wreszcie co bardziej zdesperowani machnęli ręką, bo kto to widział, żeby cena bielizny kształtowała się na poziomie cenowym telewizorów, czy komputerów, na dodatek bez żadnej gwarancji, czy też robaloodporności. Sprzedawana w metalowych, hermetycznie zamykanych kasetach, żeby chociaż dotrwała do inauguracji na pupach klientów, zanim w niwecz się obrócą pochłonięte żarłocznością rosnącego stada. Nie czekając na wyroki naukowe, na szarżę kawaleryjską, czy ocean napalmu wynieśli w końcu nieobleczone ciała na powietrze i oddali je słońcu w eksplorację nieskrępowaną. Wytworne panie pozbawione odzieży, ale nie dumy paradowały kręcąc bioderkami, a noskami podpierały wesołe chmury spacerujące po widnokręgu i okrywające cieniem co bardziej spocone osobistości. Panowie dziarsko i śmiesznie posuwali się krokiem w rytm prywatnego metronomu zawieszonego w pół wysokości i aż dziw, że szli bezdźwięcznie. Chwilowe, masowe skrępowanie, podnieta skrywanym skrupulatnie ciałem teraz uwolnionym spowszechniało dość szybko i przestało być sensacją, a stało się normą – poniekąd wygodną i bezobsługową.

Fryzjerzy zaledwie się domyślali, że ich usługi za czas niedługi staną się raczej fanaberią, niż usługą, usiłowali korzystając z talentów twórczych oferować bieliznę jednorazową papierową, która bezpieczną być mogła przed zakusami tajemniczego planktonu, jednak jej niedostatki i rosnące liczebnie stado odważnych, dla których papierowe tutki nadawały się wyłącznie na popcorn czy garść śliwek, a nie jako galanteria intymna. Czas cierpliwie wykorzystywał swoją chwilę i okrywał ciała zarostem, który nie był już tak skwapliwie usuwany, wypalany, wyszarpywany, bądź cięty. Teraz każdy włos stawał się ekologiczną odzieżą o bardzo długim terminie użyteczności.

W końcu – sukces! Nauka zmieliła zaledwie pojedyncze lata na badanie zjawiska, a rozwiązanie samo nadeszło nie wiadomo skąd. Liczebność tej wygłodzonej tłuszczy, nieustannie odtwarzającej się czeredy wyraźnie się kurczyła i tendencja owa wykreślnie zdawała się zmierzać w stronę autodestrukcji, za co chwała niech będzie statystyce, albo dowolnemu z panteonu minionych teoretyków ewolucji. Dopiero głosu cynika trzeba było, żeby zauważył i publicznie wygłosił prawdę zbyt niewygodną, żeby nią poplamić ogłoszony sukces – robal rozmnażał się mniej chętnie z głodu. Zamiast radośnie kopulować snuły się jednostki i tryliony głodujących, a pośród tej wiosny ludów coraz rzadziej można było uświadczyć uśmiech sytego przewodu pokarmowego. Co bardziej buńczuczni grzmieli nagością z ambon, że teraz, że renesans, że chińskie fabryki i sztuczne włókna, zakłady chemiczne i manufaktury, że przemysł wojenny przestawić i uzbroić od nowa, a projektanci niech ostrzą zmysły, bo dizajn, bo klientów rzesza nieprzebrana i stęskniona i ekonomia i gospodarka, polityka i wszechświat, to mało, bo tu i teraz, na cmentarzysku robala można zbić kapitał i odtworzyć… jeszcze chwilę poczekać, pozwolić zdechnąć ostatnim płodnym egzemplarzom, dać się postarzeć poza granice zdolności rozrodczych i rozmazać po ścianach historii owego robala, oby pozostał gehenną historyczną wyłącznie.


W tym czasie jednak po ulicach chodzili już ludzie odziani we własne włosy, rosnące bezgłośnie każdej chwili, kryjące opaloną skórę, potrafiącą żyć w doskonałej harmonii z wiatrem i wilgocią. Szatą idealną, nieprzemakalną, mocną i nieomal niezniszczalną. Dożywotnią można śmiało powiedzieć i pasującą wręcz idealnie. Jedyny strój dobry na każdą okazję, który do końca życia się nie znudzi i wiecznie modnym będzie.

Z przymrużeniem oka co najmniej.

Patrzyłem (z wzajemnością) na stado wróbli buszujących pośród twardych kolców rokitnika, który próbuje skolonizować moje okna, a może wręcz zamieszkać ze mną i dzielić się swoimi mandarynkami, zanim te małe głodomory je omłócą. Uśmiecham się, kiedy porównuję je do czterdziestu szczygłów z jakiejś bardzo starej bajki dla dzieci, albo czterdziestu rozbójników z jeszcze starszej, a one rozkrzyczały się tak, że aż kos podniósł swój pomarańczowy ostry dziób, żeby odkryć przyczynę jazgotu. Może nie podoba się tym łapserdakom takie porównanie, albo próbują się zliczyć, czy reprezentacja jest wystarczająca, czy trzeba ściągnąć kuzynów. Nieważne – pytać ich nie zamierzam, a do uśmiechu każdy powód dobry. Brak zresztą również wystarcza. Gołębie zatoczyły kolejny krąg, jakby od tego miało przybyć pokarmu, ale może to tylko gimnastyka, żeby sadłem nie porosły ponad współczynniki pozwalające się im unosić - taki ptasi aerobik, jumping, nordic-walking, capoeira, czy coś podobnego. Może mieszają powietrze, żeby je odświeżyć? Trudno wyczuć czym zajmują się gołębie, kiedy nie jedzą, o ile w ogóle taki przypadek występuje w przyrodzie... Świerk, rozebrany już ze świątecznej kreacji, z błyskotek i naszyjników usiłuje osiedlić się na klombie, a jego korzenie pracowicie drążą tunele w czarnym plastiku, żeby rzecz wykonać dogłębnie. Papa wyciągnięta dywanami po garażowych dachach leży sobie, żeby mi uświadomić, że pracuje, kiedy leży, co ponownie mnie rozbawia tak, że parskam śmiechem i patrzę podejrzliwie na łóżko, czy i na nim praca wre, bo może zmieściłbym się gdzieś obok w celach proletariackich (spokojnie... ów rzymskiego pochodzenia).

środa, 3 stycznia 2018

Slalomem w poprzek opadów.

Deszcz nie może się zdecydować, czy ma padać, czy sypać, więc pomieszało mu się dokumentnie i robi wszystko naraz. Starsza pani usiłuje być przezorna i schować się w portalu dziewiętnastowiecznej, śmierdzącej kamienicy (na przeczekanie zimy???), a chłopak wsiada na rower bez błotnika i plecak wkrótce przestanie być czarny, jednak najwyraźniej nie przeszkadza to w jeździe. Ciśnienie upadło już tak nisko, że mogłoby zagrać „Noc na Łysej Górze” Musorgskiego, żeby dopełnić krajobraz nastrojem i dźwiękiem... Chociaż może lepiej nie, bo karetki pogotowia znów rozpełzną się po mieście i będą jęczały z wysiłku żebrząc o pomoc w pokrewnych służbach o wsparcie. Kiedy patrzę, jak korki próbują rozpełznąć się przed wielokrotnymi kogutami straży pożarnej na wąskich jezdniach, to dochodzę do wniosku, że mieszkam w za ciasnym Mieście. A przykłady można mnożyć: publiczne parkingi w tygodniu, niedzielne msze w kościołach, śniadania w galeriach handlowych, deptaki i rynek wieczorową porą, komunikacja miejska w czas wyjazdów i powrotów pracowitych, drogi wylotowe przed i po weekendzie, nawet baseny miejskie i lodowiska tętnią nadmiarowo, byle tylko studenci dopisali – a pisać, jak głosi plotka, ponoć potrafią.

Szukając życia.

Wiatr gra żałosną pieśń wykorzystując organy zbudowane z okolicznych kominów wentylacyjnych i nieszczelności drzwi. Zawodzi szaro-burą liryką, aż powietrze się zaraziło mrokiem. Drzewa szarpane za włosy milczą posępnie i wcale nie przypominają dziewczynek z podstawówki, które piszczą, lub tupią nóżkami na taką nieudolną adorację. W oczach kamienic zgasł już blask porannych nadziei i teraz szklą się mgliście okna, broniąc się przed wszędobylskim kurzem i sadzami. Koty w oknach patrzą z pożądaniem w oczach na wróble skubiące jabłuszka rokitnika i oblizują się lubieżnie. Psy skomlą do trawnika pełnego jeszcze aromatu młodziutkiej suczki, dopiero co zwiedzającej ów trawnik z panią okutaną zimowym szalem i kurtką, która potrafi zgubić kształt każdej sylwetki. Spod czarnej grzywki zerkają ciemne oczy podążające za ogonkiem, który kaleczy martwy bezruch.

wtorek, 2 stycznia 2018

O przymierzach i krucjatach.

Może to niepoważne, jednak przyszło mi porównać się z cegłą i… wstyd się przyznać, ale o jakiejś zdecydowanej przewadze trudno mówić, skoro na wielu frontach poniosłem sromotną klęskę nawet. Ech! Jaki ja niedorobiony. Nieumiejętny i słaby. Ale po kolei. Wystarczyło spotkać na swojej drodze krytyka, który świat widzi przez pryzmat porównań i potrafi wszystko ze wszystkim zważyć i wykazać NIEZBICIE, że krytykowany element absolutnie podstaw nie ma do dumy, bo nawet taka mizerota, ogryzek i cień niedopałka potrafi wykazać się walorami, które o niebo (i to siódme) przerastają domniemywane zalety obiektu.

A obiektem stałem się ja. I to zupełnie niechcący. Nie prosiłem się bynajmniej. Po prostu stałem na drodze najwyraźniej, a może stanowiłem wdzięczny przypadek, lub też trafiłem na humor wisielczy i mistrz krytyki postanowił na mnie rozładować swoje frustracje, żeby poczuć się lepiej ode mnie, co w chwili spotkania było nieosiągalne. Wiem, to takie swojskie, znane, i każdemu nie jeden raz zdarzyło się brać udział w negatywnej licytacji, żeby własny humor cudzym nieszczęściem podbudować i na takim fundamencie budować samopoczucie, żeby choć zasnąć bez łez w oczach.

Ale – dygresje na bok, pora wrócić do przedmiotu szatańskimi proporcjami opisanego w tak wielu szóstkach, że aż strach je wyliczać – 6x12x24 – czerwone błoto wypalone na kość twardą tak, że zęby połamać – proporcjami zawstydziła mnie już na początku, bo ja mogłem się wykazać zaledwie namalowanym przez da ’Vinci człowiekiem witruwiańskim, którego wpisać można w więzienie okręgu lub kwadratu i podstawą się stać miał ów idealny niewolnik architektonicznego porządku, lecz przepadł w obliczu cegły… Pierwsza z porażek, stanowiła zaledwie rysę, cieniuteńką zmarszczką na czole, zdumioną bardziej niż ja sam, że oto cegła wobec człowieka w hierarchii zająć może wyższy stopień podium. I przecież idealny człowiek Leonarda, to niekoniecznie ja (zmarszczka - o zgrozo! - przestała być domysłem i stała się faktem)

Krytyk bezlitośnie wykazał, że zarówno w płynach, jak i w gazach, czy próżni moja przewaga w poruszaniu się jest wyłącznie zadufaniem, pychą i mniemaniem, nie mającym żadnego pokrycia w rzeczywistości – co gorsza, cegła w takich warunkach zachowuje czcigodne milczenie, kiedy ja nieprzystojnym wrzaskiem zatruwam buddyjski spokój nawet cynikom. A po zakończeniu świadomej podróży śmiecę (post mortem) o wiele bardziej i posprzątanie po mnie zużywa o wiele więcej energii niż sprzątanie pyłu ceglanego. Zmarszczki rosły na mnie już nie tylko w poziomie, ale i w pionie, a mózg marszczył się jak ocean wokół przylądka Horn w szczytowym gniewie, żeby sprostać wyzwaniu… Bezskutecznie - krytyk przemierzał mój widnokrąg monotonnie, martwo i rzeczowo tłamsząc moje jestestwo niepozorne i plugawiąc moje o mnie mniemanie, niczym kapral szeregi młodego naboru o pierwszym zmierzchu.

Bo w kategoriach wytrzymałości cegła potrafi unieść stu braci na grzbiecie, a ja z jednym mam kłopot, bo cegła żyć potrafi dziesięć razy dłużej niż ja i większym piętnem na historii i geografii odbiła się, niż ja mógłbym pomarzyć, bo w końcu jej konserwatyzm i niewzruszony spokój pogrążają moją pochopność, która i tak nic dobrego nie wnosi poza tumultem i beznadziejną szamotaniną donikąd….

Bronić się chciałem, bo przecież w dziele stworzenia cegła sama nie powstała, że ktoś mi podobny musiał ją do życia powołać talentem silnych dłoni, lecz krytyk powstrzymał mnie otwartą dłonią broniąc do siebie dostępu. Rozcapierzył paluszki, wypoziomował ramię i paznokciami drapał co bardziej nieostrożne cumulusy. Na twarzy miał pogardę, a w oczach triumf. Pierś wypełniona atmosferą nawet nie falowała, tylko wciąż rosła, tak jak odległość pomiędzy nami.

Odwrócił się bez słowa, bo wszystkie ważne już sam wypowiedział, a z kimś, kto cegły jednej niewart jest nie będzie się fraternizował, więc odszedł kołysząc własnym ego jakby to były pierścienie Saturna na uszach kolczykami powieszone. Oddalał się we własnym blasku, a na mnie zmarszczki rosły nawet w miejscach nauce nieznanych, albo niepożądanych, jak przykładowo wątroba spalona alkoholem, czy pośladki posiniaczone argumentami bezwzględnymi i nieodwracalnymi.


Jeśli więc teraz na wojnę iść zapragniesz – weź cegłę, nie mnie – więcej pomoże, ułatwi przetrwanie, albo zdobycie pożywienia, ochroni przed apetytem lub wściekłością drapieżnika. Nie wiem, czy uchroni przed krytykiem, bo ten, choć sam w życiu nie stworzył, żyje zatopiony w iluzjach, w nierealnościach, w świecie, w którym własna wizja potrafi rozszarpać każdą wartość, choćby ona była zaściankowa, malutka, szyta na miarę cichego, drobnego istnienia. Jeśli idziesz na wojnę, jeśli się uda – weź krytyka – on rozprawi się z każdym twoim wrogiem tak skutecznie, że ty będziesz sączyć drinka w bujanym fotelu, a wojna już spisywać będzie warunki kapitulacji i kontrybucję na upokorzonych wrażych plecach nieść będzie nieskończonym szeregiem stóp polerujących granity via appia.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Logika wiatru.

Czasem wiatr przywieje mi nie wiadomo skąd pytanie, a czasem odpowiedź słabo uzasadnioną. I lubię go za to, bo powiększa chaos i galimatias, a tylko taki stan wydaje się być rozwojowym i wnosić coś nowego do tej stagnacji powtarzalnej aż po życia kres, mielone pulpety, papka i miazga codzienności, w której elementy środy pomieszały się kompletnie z piątkiem, który ciągnie niczym gumkę w majtkach za warkocze poniedziałku, czy też popołudniowe, niedzielne lenistwo wyżyma wraz z piątkowym entuzjazmem w jeden ulepek bezguścia mieszczańskiego.

A dzisiaj wiatr przybiegł do mnie jak głodny pieszczot piesek i ogonem merdał wprost po oczach, o nogawki się ocierał i pod koszulę wejść próbował, żeby mnie dotknąć bezwstydnie. Żadnej skruchy, czy potulności – jak po swoje przyszedł i zaczął mnie obejmować, a mi, żebym nie miał siły się bronić, przyniósł z nieznanego świata dylemat komuś ukradziony.

- musisz tu być? – zapytał i jak jakiś pyton owinął się wokół moich bioder i sprawdzać zaczął czy rozporek mam dokładnie zapięty, a kiedy się okazało że niestety tak, to cztery rundy dookoła kadłubka wykręcił odbierając mi ciepło zgromadzone na później i w ucho mi wionął koncepcją, żeby jednak zmienić lokalizację. Wzruszyłem ramionami, ale niezbyt aktywnie, żeby mi przypadkiem koszuli ze spodni nie wyciągnął, bo przyleciał zdyszany, ale wcale nie ciepły. Musi szlajał się gdzieś po fiordach Norwegii, albo na Spitsbergenie:

– możemy iść? Już/teraz/natychmiast?

Co miałem mu powiedzieć, skoro on tylko gadać potrafi, a o słuchaniu, to zapomnij… Słuchanie nie jest jego mocną stroną – ot, czasem skradnie wątek, który niezbyt silnie był zakorzeniony w rozmówcach, czasem splecie wielosłowie jakiejś majówki masowej i podrzuci taki snop zapleciony, wielojęzyczny, urwany w pół słowa, żebym się pastwił nad nim, jak alianci nad szyfrowanymi depeszami w wojennym czasie. Z tych jego słów układałem czasami światy, które nie mogły zaistnieć zupełnie, bo alogiczne były, zbyt ciężkie, albo grawitacji pozbawione ulatywały w przestrzeń kosmiczną, jak helem wypełniony balonik, kiedy z dziecięcej rączki sznurek się wyśliźnie upocony ponad miarę nieuwagą chwilową, lecz brzemienną w lot Ikara o odwróconym dnie.

Polazłem z nim, tam gdzie mnie uwieść chciał. Znowu zbyt słabym byłem, żeby się postawić i twardo powiedzieć NIE – ba! On i tak nie zrozumiałby słowa, tylko bawiłby się nim jak suchym liściem i tak długo obtłukiwałby je o kocie łby, witryny sklepowe, kanty schodów i parapety, aż całkiem zaczęłoby TAK przypominać z bólu i rozpaczy. Polazłem z nim oczywiście, nie pierwszy i nie ostatni raz, choć ta uwaga trochę na wyrost jest, ponieważ każdy z nim spacer może stać się żałobnym konduktem, w którym ja pełnić będę każdą możliwą do wymyślenia rolę, z główną (niestety) włącznie.

A ten urwipołeć chichocze i wodzi mnie po jakiś zaułkach, zakamarkach, nad rzekę mnie wyciąga i na mosty – on lubi, bo w poręczach i balustradach slalomem gonitwy urządza, albo gra na nich upiorną pieśń wyjca, w tonacjach obleczonych rozpaczą i beznadzieją. Czasem spadnie na rzekę i zapluszcze w niej wiry kłębiąc, innym razem zajrzy w okna uczelni, albo do biur, żeby przeczytać pobieżnie stos dokumentów nieopatrznie zostawionych przy uchylonym oknie na moment zaledwie.

Czasem próbuje się wdzięczyć do mnie i zadziera spódniczki dziewczętom, albo porwie im ulotny aromat perfum zza ucha i przynosi do mnie pytając, czy podoba mi się ów zapach. Widziałem kiedyś, jak odepchnął chłopca, żeby z dziewczątkiem poflirtować, zatańczyć przytulając się do niej, jakby był drugą jej skórą. Wrócił skruszony nieszczerze, bo dziewczę krzyknęło ostro, a on mi podać chciał na policzki ciepło jej ciała, lecz zgubił, nim do mnie doniósł i tylko patrzył z szelmowskim błyskiem w oczach, czy upomnę się, bo przecież pobiegłby drugi raz i jeszcze jedną próbę podjął.

Poszedłem z tym wiatrem bezpańskim, a on najpierw przejrzał moje kieszenie, potem zajrzał do uszu i włosy policzył, pchał mnie w plecy, żebym tak nie mitrężył, żebym przyspieszył, a kiedy dotarłem wreszcie na mosty (oczywiście! Gdzieżby indziej! Przecież rzeką wiać można nieskrępowanie, jakby to tor F1 był i autostrada bez końca). Pozwolił mi spocząć na ławce, lecz najpierw przedmuchał szczeble drewniane z piasku i wilgoci – ot, usłużny taki niespodzianie – musi knuł coś większego, skoro taką mnie celebrą objął. Siedziałem na ławce, twarzą w stronę rzeki, a on zwiedzał most od spodu i od góry, pograł chwilę na szczeblach metalowcy, zmierzwił nurt miliardem zmarszczek i zachichotał szyderczo z rzeki, że taka staruszka pomarszczona.

Siedziałem ciesząc się beztroską i bezmyślnością i czekałem, aż wreszcie powie o co mu chodzi i w jakim celu ściągnął mnie na mosty. A wiatr bawił się w najlepsze i miałem wrażenie, że o mnie już nie pamięta, kiedy wreszcie przyleciał zdyszany i ręce wyciąga i szarpie mnie i znowu krzyczy:

– Chodź!, szybko! Idziemy dalej, nic tu po nas, pusto, nudno i ponuro!

Miałem zaprotestować i usta otwierałem nawet, lecz wdarł się w nie i spił ze mnie wszystkie pytania i wtłoczył do płuc coś zimnego, skręconego jak lody włoskie i już miałem go w nogawkach, rękawach, kapturach i popychał mnie, a wokół fryzury zataczał się aureolą jak pijanica w wesołej fazie i mamrotał, że teraz koniecznie, i dalej, i chodźmy wreszcie, bo czemuż siedzimy na tym moście ,kiedy nikt i nic nie chce tu być, bo tam-siam-owam są ciekawsze okolice, bardziej niepoznane, dzikie, nieokiełznane, i czekają na nas, żebyśmy je powąchali, dotknęli, okradli z intymności i tajemnicy. Ach! Skląć go miałem okrutnie, zelżyć, bo przecież na manowce mnie znowu wiedzie i obietnic nie dotrzymuje i kłamie wręcz bezczelnie, nieomal przekonując mnie, że to moja wina, bo zbyt powolny jestem, zbyt niezdecydowany i stateczny, jak ten pomnik granitowy, który porusza się dwa milimetry na rok i dlatego omija go wszystko-co-warte-życia, a on mnie pcha i ciągnie i szarpie, szepcze, namawia…


- bo wiesz… życie to ruch, bieg, ciekawość nienasycona i nieskończona, a ty, tu, na moście, na ławce, emeryt głaszczący szczebelki oparcia ławki i piegi na słońce wystawia i udaje, że wody słucha, kiedy ona z takimi gadać nie będzie, ona też czeka na usta gorące jak piekło, na tętno niczym dziki tabun mustangów, na blask w oczach większy od miliarda zajączków i… Nieważne, nieistotne, błahe powody, albo nawet zbędne i szkodliwe. Ruszać trzeba, zarażać sobą otoczenie, być. Śmiechem, szlochem, rozpaczą pulsującą, ale żywą jak woda i ogień, jak wiatr, więc naprzód, wstawaj wreszcie i przestań mitrężyć, marnować, zasypiać, bo czas nie znosi stagnacji, on wtedy jest bezlitosny i ryje bruzdy w twarzach, zmarszczki tak głębokie, że chęć do życia odchodzi, wycieka poprzez te spękania lenistwem nadmiernym powołane, jak korę drzew, którą mróz potworny potrafi rozsadzić, żeby łzy drzew wiosną spłynęły, a dusza uschła zanim uschną liście w koronie zawieszone. Chodź już i nie pytaj po co, nie pytaj dokąd, chodź i żyj, krzycz, drap, mów, rób, ŻYJ!!!

Bezruch.

Mandarynka na obrusie suchego, brązowego liścia wygląda jak ślimak podmorski, a przedzierać się musi pośród zziębniętego, podwórkowego kurzu udeptanego stopami ludzi i gołębi. Może idzie do pojemnika z wodą, pod te ostrokrzewy, gdzie kawałek suchego chleba rośnie górą twardą i niedostępną dla niewielkich dziobów? Po nocnych szaleństwach nawet wiatr zamarł i odsypia hulankę. Aż do horyzontu pusto od myśli. Na chodniku poległ gwałtowną śmiercią poszarzały śmietnik, dobrze, że nie krwawi zawartością. W kałużach beznamiętnie odbija się niebo niosąc niegasnące echa spóźnionych fajerwerków. Znak drogowy zabraniający zatrzymywania się pochylił się i chyba chce czołem oprzeć się o wierzbę, żeby wspólnie zapłakać, ponieważ świat cały najwyraźniej go zlekceważył. I tylko wróble nie skażone kalendarzem wykazują się towarzysko w codziennych deliberacjach, popiskując wesoło pomiędzy gałęziami drzew.