wtorek, 7 listopada 2023

Imperium cz.4 Do domu.

 


    Nina wysłała załogę na zasłużony odpoczynek, dając im po błękitnej pigułce wzmacniającej. Uśmiechnęła się i puściła do mnie oko. Viagra czyni cuda. Z braku kobiet na pokładzie, pod pokładem dyskretnie kwitła kultura jednopłciowej miłości i kajuty wypełnił jęk dawców i biorców prawdziwie męskiego pożądania. Skorzystaliśmy z intymności podłączając w pełni naładowaną baterię akumulatorów i uruchamiając silniki. Kapitan nie kłamał choć ten jeden raz. Naprawdę podróż po piekielnym Trójkącie wiodła z prądem. Tym ukrytym w maszynowni.


    - To jeszcze nie koniec Mały – szepnęła Nina – ale teraz mamy kilka godzin na odpoczynek. Później nauczę cię, jak być korsarzem, gdy wokół roi się od piratów. Prawdziwych i udawanych. Musimy wrócić na statek-matkę. Sama nie wiem, co zastaniemy. Bogata ruda, to naprawdę łakomy kąsek.


    Zasypiałem właśnie, kiedy niebo rozdarł grzmot. Nie musiałem się oglądać. Wyspa przestała istnieć. Ocean pożarł ją i ugasił piekielne pragnienie. Koniec gorączki złota. Szóstą część łupów wieźliśmy statkiem bez kapitana i z załogą kompletnie pozbawioną woli wbrew im samym. I nieświadomych, że ich los spoczywa w cudzych rękach.


    - Mój również? - Sen odpłynął pod naporem nieznośnych myśli – Nina mówiła… A jeśli kłamała? Przecież i tak uwierzyłem jej bez wszczepu. Na pewno bez? Uwierzyłbym bez?


    Zaplątałem się w dywagacjach. Była zbyt ładna. Zbyt mądra, aby musieć mnie wiązać wszczepem. Zdaje się, że wolała świat wolny od cyborgów. Może będzie umiała uwolnić mnie od wtyczki? Nie wiem kiedy, od lęków przeszedłem do marzeń. Nim zasnąłem, byłem przekonany, że zakochałem się i teraz muszę tylko podbić jakiś kontynent, oskalpować zarząd największej korporacji i koronować siebie/nas na następców tronu i innych zaszczytów.


    Pobudka nie była już tak sielska. Ocean zachowywał się w miarę przyzwoicie, jednak zatknięty na widnokręgu statek matka miał burty w innych kolorach, niż kiedy zaczynaliśmy naszą awanturniczą misję. A może to nie matka? Nina kompletowała właśnie wiadomość flagową – komunikacja jak za króla ćwieczka, ale o dziwo udało się. Z tamtej strony napłynęła odpowiedź, nieco mniej kolorowa od naszego pytania. Oczywiście nie rozumiałem nic, jednak Nina wydawała się spokojna.


    - Jesteśmy w domu. Ale pistolecik trzymaj za paskiem tak, żeby nikt go nie dostrzegł, dobrze Mały? Wsuń scyzoryk do skarpety. Najlepiej zrób to w kajucie, żeby jakiś dociekliwy obserwator nie zobaczył, co majstrujesz. Swoją drogą – nie pobawiłbyś się dronem na wszelki wypadek?


    Kapitan najwyraźniej miał szerokie horyzonty zainteresowań. W magazynie znalazłem drony podwodne i powietrzne, a nawet korzystające z obu mediów w zależności od potrzeb. Kiedy jednak odkryłem stację nasłuchową potrafiącą przejąć sygnały satelitarne, wolałem skorzystać z bezpośredniego nasłuchu. Statek-matka zdawał się być martwym wielorybem. Ale pokłady miał pełne naszej rudy. Mostek pusty, pokłady również. Ktoś jednak odpowiedział na sygnały Niny. Wzmacniacze dźwięku i obrazu odbiły się o podobną próżnię. Mimo to, ustawiłem nasłuch i podgląd non-stop, licząc, że życie nie zniesie kompletnej próżni.


    Zbliżaliśmy się powoli. Nina wolała mieć czas na orientację w sytuacji. Matka milczała wciąż. Nieludzkie. Wyłączone silniki, czajniki, wentylatory, nawet szum automatycznych toalet nie włączał się w kakofonię morskich fal. Gdybym miał więcej mocy użytkowej na satelicie, mógłbym jeszcze wzmocnić sygnał i wyszukać bijące serca. Jeśli w ogóle jakieś tam były.


    - Mały! - mruknęła Nina – nie podoba mi się to. Musimy coś zrobić, bo inaczej po nas. Najpierw usunę ci wszczep. Obawiam się, że matkę przejęły cyborgi. Albo SI. Musimy puknąć impulsem elektromagnetycznym. Bo moi ludzie muszą być pod pokładem. Nikt inny nie odpowiedziałby na nasz kod flagowy prawidłowo.


    Usunięcie wszczepu nie było już tak komfortowe. Bolało jak diabli. Jakby odpinali człowieka od kroplówki z żarciem. I została dziura w karku. Głowa bolała mnie, jakbym zbyt długo pozostawał pod wpływem farmakologii, czy alkoholu. Nie ma co. Interfejs, nawet najniewinniejszy uzależnia i obezwładnia. Zawłaszcza ciało. Dobrze, że go wyjęła.


    - A reszta? Co z nimi?


    - Im nie mogę wyjąć – wzruszyła ramionami – Nie wiem, co namotał im w splotach programów nasz ukochany kapitan. I czy nie zostanie ślad w układzie nerwowym. Coś jakby pamięć o wcześniejszym życiu. Mogą mieć rozwinięte rozmaite, bardzo paskudne pasożyty, które przetrwają usunięcie wszczepu. Ciebie pilnowałam, to wiem, że jesteś ok. Oni pocierpią, kiedy wyślemy impuls. Trudno. Życie pirata to także ból.


    Ból było słychać bez wzmacniaczy. Kajuty wypełniły się wyciem, kiedy impuls roztrzaskał się o burty statku matki. Elektronika zwiędła w okamgnieniu. Statek siłą rozpędu dobił do burty matki. Załoga jęcząc wynurzała się na pokład.


    - Teraz są czyści – beznamiętnie popatrzyła na mnie i swoich ludzi – Panowie, nie ma co rozpaczać. Na matce są gdzieś nasi. Musimy ich odnaleźć i uwolnić. Dość leniuchowaliście. Idziemy. A przeładunek bez elektroniki, to też będzie nie lada atrakcja. Mały? Potrafisz zapewnić nam parasol? Wolałabym, żeby satelity nie zerkały na nas przez czas jakiś. Chyba nie chcemy się chwalić, dokąd zawieziemy rudę?


*** cdn?


Migawki.

 

    Połyskują krwią owoce berberysu uczepione wątłych, kolczastych krzewów. Na jałowcach ciemnieją jagody nie przejmując się porzuconymi grabiami tkwiącymi w gęstwinie gałęzi. Niebo, rozdarte pomiędzy dniem i nocą nie może się zdecydować, więc pozwala czasowi zająć się tym, co potrafi najlepiej.


    Najodważniejsze (mrozoodporne?) pępki wciąż jeszcze zerkają na świat, ciesząc się własną wyjątkowością. Na trawnikach, obok papierzysk i butelek bieleją kanie i pieczarki. Dziewczęta, piękniejsze od róż nudzących się w wazonach kwiaciarek nie zaplatają nóg w iksy, więc zima jeszcze daleko.


    Na moście napotykam młodziutką Azjatkę gawędzącą z Afrykanką. I nie wiem, kto jest bardziej zdziwiony – ja, Europejczyk tym widokiem, czy one klimatem, Miastem, czy mijanymi ludźmi. Wreszcie Rumcajs na rowerze mknący do centrum, do ludzi – najwyraźniej znudził mu się las i ciągnie go do towarzystwa. A co! Może to nie Jicin, ale karczma z czeskim piwem na pewno się znajdzie.

poniedziałek, 6 listopada 2023

Imperium. cz.3 Drugie dna.

 

    - Musisz mi zaufać – syknęła, gdy tylko kapitan zamknął drzwi. – Za chwilę się okaże, że jedno z nas też musi poddać się zabiegowi, bo inaczej załoga się zbuntuje. Jeśli do tego dojdzie zginiemy oboje. A jeśli mi zrobią wszczep, wtedy już się nie obudzę, a kapitan przejmie rządy na statku. Jedyna szansa, to poddać zabiegowi ciebie. A kapitan będzie bezradny, bo ja z nim sobie poradzę. Więc uważaj. Pokażemy załodze, że to bezpieczne i każdy wyjdzie bez szwanku. Ale fakty będą takie, że wyjdziesz żywy tylko ty. A z nich wyprujemy każdy wolny elektron, żeby stąd zwiać. Masz moje słowo. Pirackie, ale moje.


    Załoga dreptała w miejscu na głównym pokładzie. Nad wyspą kita dymu i ognia biła niebo niczym wściekły tygrys przed atakiem. Kiedy się dobrze przyjrzeć konturom, wyspa zdawała się być mniejszą niż miesiąc temu i najwyraźniej zamierzała zanurzyć się w chłodne wody oceanu na więcej niż ludzką chwilkę.


    - Panowie – głos kapitana ociekał słodyczą, w której tylko koneser mógł doszukać się odrobiny dziegciu. I wcale nie był już lakoniczny - Bez prądu nie ruszymy się stąd. Jak wiecie akumulatory przepadły. Nie mamy zapasowych, panele słoneczne nie pracują z braku słońca nad widnokręgiem. Potrzebujemy prądu rozruchowego, inaczej pogrążymy się w oceanie razem z wyspą, chyba, że wcześniej rozwali nas jakiś płonący odłam spadający z nieba z wielką prędkością. Każdy z nas jest akumulatorem. Mamy w sobie zasoby energii, które dla wspólnego dobra musimy wykorzystać. Statek wyposażony jest w małe laboratorium i możemy wykonać banalny wszczep. Zabieg prosty i bezbolesny. W miejscowym znieczuleniu. Wszczep zamontowany wprost do układu nerwowego pozwoli nam zasilić akumulator do startu statku. A kiedy już ruszymy, popłyniemy z prądem, a wesprą nas zamontowane poniżej linii wodnej turbiny, które doładują baterie. Wystarczy, że każdy załogant odda około trzydziestu procent energii i uciekamy z tej przeklętej wyspy! Wszystko jest już gotowe do zabiegów. Przed poborem prądu każdy otrzyma ekstra porcję kawy, czekolady, adrenaliny, czy czego potrzebuje, żeby strata energii była jak najmniej dotkliwa, a po wszystkim i tak będziemy odpoczywali i taplali się w dostatku aż do śmierci.


    - Ale – wątpliwości gęstniały w atmosferze i osiadały niepokojem na skórze łydek – a co jeśli…


    Któryś powtórzył moje pytanie – pomyślałem – teraz się zacznie.


    Panowie – kapitan najwyraźniej miał dzień mówcy – żeby rozwiać wasze wątpliwości…


    - Mały będzie pierwszy – brutalnie przerwała potok wymowy Nina. – Pokaże wam gnojkom, że nawet szef wyprawy nie cofnie się przed daniną na rzecz powrotu do domu.


    Kapitanowi opadła szczęka, ale Nina skutecznie rozbroiła go odbierając nawet poślednie argumenty. Fakt. Jeśli „szef wyprawy” siada do wszczepu, to co tam jakaś Nina. Moja staroświecka dusza zżymała się na myśl o wszczepie, ale kobieta miała rację. W fizycznym konflikcie z kapitanem nie miałem szans, a nagle straciłem całą wiarę w czystość jego intencji. Miał coś takiego we wzroku, jakby wilka przyłapanego na ukradkowym, pospiesznym przełykaniu dopiero co zaginionego kurczęcia.


    Nie kłamał sukinsyn. Nie bolało. Ledwie chwilę trwało i na karku miałem już wszczep z interfejsem kompatybilnym z wtykiem kabla zasilającego. Monitor wyświetlał wynik pomiaru poziomu energii. Czekoladę uwielbiałem od zawsze. Zjadłem trzy tabliczki. Z adrenaliny zrezygnowałem. Bałem się, że na oczach załogi dostanę wzwodu, albo zrobię coś bardzo głupiego. Kawa, po czekoladzie nie smakowała, ale pomiary energii wskazały wzrost. Parę łyków napoju energetyzującego i zaczęło się. Nie mogłem zrobić nic. Wszczep przejął całkowitą kontrolę nad moim ciałem. Byłem dawcą. Biernym i bezwolnym. Maszyną. Jednak czułem ssanie, pustkę i przerażenie. Wstydziłem się, kiedy poczułem, że zmoczyłem spodnie. Nigdy nie byłem specjalnie odważny. Monitor pokazywał kurczące się zapasy energii, prąd płynął bezszelestnie, ja wiłem się i pociłem. Wreszcie ssanie ustało. Poczułem, jak miękkie mam nogi. Kapitan odpiął kabel.


    - Widzicie jakie to proste? - Z tego chuderlaka udało się uzyskać niewiele, ale wy, byczki to inna liga! Zobaczycie, popłyniemy ekstra cugiem! Raz, dwa, zapraszam kolejno do separatki.


    Kiedy poszedł pierwszy, opór pozostałych zmalał. Taśmowa produkcja ruszyła. Każdy z załogi wychodził z separatki z błyszczącym wszczepem na karku, stawał przed monitorem i po pobraniu środków energotwórczych zdawał trzydzieści procent. Globalna wartość poboru rosła systematycznie, choć nikt z dawców nie wiedział, jaką wartość musi uzyskać akumulator, aby rozruch się udał.


    - Trzymaj – syknęła Nina, ukradkiem podając mi coś na kształt pistoletu – za chwilę ktoś wyjdzie przez tamte drzwi. Nie patrz, nie myśl, tylko strzel. Zobaczymy, co za niespodziankę przygotował nasz kapitan. Przypilnowałam, żeby twój wszczep był nieco inny niż dla pozostałych. Zwróciłeś uwagę? Twój jest neutralny. Oni na żądanie będą skazani na powtórne wpięcie w układ zasilający baterię. Tylko jeszcze tego nie wiedzą, bo imperatyw pojawi się dopiero na żądanie.


    Miałem chyba kwadratowe oczy, bo zaśmiała się cicho, nim odsunęła się, zajmując taką pozycję żeby patrząc od wskazanych drzwi była za kapitanem. Wzrokiem kazała mi patrzeć na drzwi i na nic więcej. Pistolet palił mnie w rękę, jednak wierzyłem w Ninę. Nie wiem kiedy zaufałem jej przewidywaniom, ale dotychczas nie oszukałem się wierząc jej scenariuszom. Kapitan gwizdnął i nie zdążył zrobić nic więcej. Nóż, zwykły nóż komandosa, staroświecki, jak moje sumienie, znalazł tętnicę na gardle kapitana i było po wszystkim. Nawet nie krzyknął. Drzwi otworzyły się z hukiem. Strzeliłem w czarną otchłań nie patrząc. Pocisk zrobił zamieszanie za drzwiami. Zabrał powietrze, ogłuszył, albo zatrzymał serca stojących za nimi. Nie trzeba było nic zbierać, ani poprawiać. Wszystko co żyło, opadło ciężko na podłogę. Czterech dobrze odpasionych osiłków uzbrojonych kompletnie przypadkowo. Nowoczesna broń rażąca i staroświeckie harpuny.


    - To jeszcze nie koniec – Nina skoczyła w otchłań i usłyszałem krzyk podwojony echem, albo powtórzony kolejnym zgonem. - No! Teraz możemy już wracać do domu.


    - A oni?


    - Ich ofiara nie będzie na razie konieczna. Ten łajdak ukrył rezerwowe baterie. Ale na razie poudajemy, że poświęcenie załogi dało rezultat. Nie wiadomo, kiedy się nam przyda imperatyw. Gratuluję mały! Przepraszam; MAŁY. Od tej chwili jesteś piratem. Obawiałam się, czy strzelisz na czas. Wahanie mogłoby nam napsuć krwi, ale spisałeś się.

niedziela, 5 listopada 2023

Imperium. cz.2 Odwrót.


    Po tygodniu mieszających się nadziei i zwątpień, wulkan uspokoił się na tyle, że przez zwały ciężkich chmur zaczęło przebijać upiorne, rudo-pomarańczowe słońce. Ziemia wreszcie przestała drżeć. Mimo, że półmrokowi daleko było do sielankowego poranka, Nina postanowiła zaryzykować wydobycie. Tydzień bezczynności dał się wszystkim we znaki. Ładowali się na samochody terenowe i pośród przekleństw jechali na teren wyrobiska. Pamiętali, że w kopalni nie został żaden działający akumulator pozbawili więc statek każdego wata energii magazynowanej dotychczas na potrzeby podróży powrotnej.


    - Słońce jest wieczne! - Mówili. – Złe dni się skończyły. Tylko patrzeć, jak wiatr rozwieje chmury i panele słoneczne znów zaczną pozyskiwać energię.


    Szczęście zdawało się ogrzewać beztroskie sumienia. Akumulatory statku, podpięte do maszyn budowlanych, pozwoliły podjąć pracę wydobywczą. Ładowarki w okamgnieniu napełniały kontenery pokruszonym skarbem, który lada dzień mógł zatonąć bezpowrotnie w otchłaniach oceanu. Niektórzy modlili się o dodatkowe dni, czy godziny, bardziej pochopni uznali, że najgorsze za nimi i teraz trzeba zrealizować zysk. Spontanicznie podzielili się na dwie ekipy i zdecydowali pracować w systemie dwunastogodzinnym. Sen-praca-sen. Bez końca, bez przerw. Byle tylko nie zabrakło energii maszynom wydobywczym i transportowym. Odpoczną w drodze powrotnej i później, kiedy zakończą się aukcje, podczas których sprzedadzą na licytacji urobek mozolnych tygodni.


    Nikt nie sarkał, nie ociągał się. Eldorado rozchyliło płodne łono i błagało, żeby je wykorzystać do cna. Będą wspominać te dni przy szklaneczce czegoś wykwintnego i śmiać się z głupoli, którym zabrakło odwagi. Los wyspy był przesądzony. Ich los, właśnie składał dłonie do oklasków, podziwiając tempo w jakim przeistaczali się w miliarderów. Świat od tak dawna cierpiał na deficyt metali ziem rzadkich, że nowe złoża potrafiły wywołać konflikty zbrojne i lokalne rewolty. To był rarytas, nieodmiennie osiągający na giełdach coraz bardziej zawrotne ceny. Korporacje głodnym wzrokiem wypatrywały nawet komet przelatujących w sensownej odległości, żeby z nich uszczknąć choć odrobinę. Ziemia, jak się zdawało nie mogła już nic zaoferować „wolnym strzelcom”. Znane, zinwentaryzowane złoża były podzielone i zazdrośnie strzeżone. Recykling osiągnął tak oszałamiające rozmiary, że przy zakupie towarów należało podpisać umowę o dobrowolnym zdaniu towaru do producenta po zakończeniu użytkowania pod karami tak restrykcyjnymi, że nikt nie ośmielał się naruszyć warunków umowy.


    A tu wyspa skarbów. I pieprzony wulkan, który nie potrafił się zachować. Teraz, kiedy wydawało się, że los postanowił jednak dać szansę na wzbogacenie się ekipie śmiałków, wulkan znów się zatrząsł. W niebo poleciały piroklastyczne bomby wielkości małych płonących wieżowców. Granity, i wszystko, co zawierały wylatywało z gwizdem w powietrze i spadało z sykiem w słone wody oceanu. Panika w końcu przebiła się przez zachłanność i załoga nie czekając na rozkaz odwrotu ładowała się do samochodów terenowych, by wrócić na frachtowiec. Jakby to miało coś zmienić. Przycumowany do prowizorycznego mola statek kołysał się pod wpływem fal wstrząsanego bombardowaniem oceanu i za nic nie chciał słuchać rozkazów kapitania. Zachłanność eksploratorów pozbawiła statek wszelkich źródeł zasilania, a panele słoneczne były wciąż bezużyteczne. Pozostawało trwać w nadziei, że gotujące się kamienne obeliski miną statek, a aura pozwoli naładować baterie i bezpiecznie odpłynąć z wyspy, nim piekło ją pochłonie. Pełne ładownie cierpliwie czekały na ejakulację.


    - Kretyni! - Nina potrafiła drzeć się i kląć lepiej od bosmana zaprawionego w słownych utarczkach we wszystkich pubach i tawernach świata. – Zostawiliście akumulatory na spychaczach! Tak wam pilno do mamusi? Niby jak mam dowieźć wasze drogocenne tyłki do cywilizacji bez prądu? Natychmiast wsiadać na dżipy i przywieźć wszystkie działające jeszcze ogniwa! I nie wracać mi bez nich, bo osobiście was rozszarpię i nawet wściekłym psom nic nie zostanie na deser!



    Cóż… Wrócili po sześciu godzinach przestraszeni jak nigdy.


    - Nina… - bąknął jeden z nich jąkając się ze strachu. – Akumulatory szlag trafił...


    - Jak to? - Warknęła sucho.


    - Wyrobisko też – mruknął inny – i kilkunastu naszych do kompletu. Zostało nas ledwie dwudziestu.


    - Dwudziestu debili w kupie. Takie stężenie może nas wszystkich zabić. Co się stało? Gdzie baterie?


    - Te ostatnie wstrząsy zabrały akumulatory, naszych ludzi i wyrobisko. Całe. Teraz jest tam wielka, zionąca ogniem dziura. Musimy wiać jak najszybciej.


    - A możesz mi powiedzieć, w jaki sposób? - Jadowicie uprzejmie, z chłodną ostrością pękniętego kryształu lodu zapytała Nina.


    - Jest sposób, ale wymagający poświęceń. – Wtrącił się kapitan statku.


    - Przejdźmy do kajuty. – Nina już była w drodze, a kapitan posłusznie dreptał za nią. Załoga zdezorientowana stała na trapie nie wiedząc, co ich czeka.


    Usiedli u mnie, bo Nina źle reagowała na kapitańską kajutę, w której to nie ona oficjalnie była przywódcą. Kapitan starał się jak mógł o lakoniczność:


    - Wszczepy – podniósł oczy na Ninę – dla całej załogi. Wydusimy prąd z ich układów nerwowych. Będziemy stymulować i pobudzać, aż naładują baterie. Proszę pamiętać, że na rozruch idzie maksymalny prąd. Potem, w trakcie podróży mamy turbiny, które doładowują akumulatory i nie zużywamy aż tyle energii. Poza tym będziemy płynąć jednym z tych piekielnych prądów i to w dobrym kierunku. Powinno się udać…


    - Musi się udać – warknęła – zbyt wiele zainwestowałam w ten interes, żeby teraz zdychać na gasnącej wyspie, jak jakiś kiep!


    - A co jeśli… - zająknąłem się, ale musiałem wiedzieć. – Co jeśli prądu będzie za mało?


    - Zamęczymy ich, wyssiemy do szpiku. Gówno mnie obchodzi. Mogli pilnować baterii! - Kapitan był bezduszny jak czajnik z gwizdkiem, mordujący ciszę o czwartej nad ranem. – Byle nie zorientowali się, zanim zaczniemy pobierać, bo bunt na pokładzie to coś paskudnego. Możesz mi wierzyć brachu!


    - Nie martw się mały – Nina tylko wzruszyła ramionami. – Weź przykład z motłochu i powiedz sobie tak, jak mówili oni. Mniej chłopa do podziału, pula rośnie, ty krezusie! Kapitanie? Proszę iść i przygotować wszystko do zabiegu. Za chwilę do pana dołączę.

sobota, 4 listopada 2023

Imperium. cz.1 Katastrofa.

 

    Wnętrze wyspy stęknęło mocniej niż dotychczas - górujący nad krajobrazem las, porastający zbocze, przestał istnieć. Zapadł się wraz z centralną częścią najwyższego wzniesienia wzbijając w niebo szybko rozprzestrzeniający się tuman kurzu i ognia. Wulkan przestał być hipotezą naukową. Stał się przerażającym faktem. Czymś, z czym co prawda wszyscy się liczyliśmy, ale w perspektywie miesięcy – nie godzin. Zasnuł niebo, jakby dzień nie miał już nigdy nastąpić.


    - Niech to szlag! - kapitan nie przebierał w słowach i reszta komentarza nie mieściła się w słownikach salonowych – Dlaczego właśnie teraz?


    Siedziałem na mostku. Dotąd bezpieczny i narażony jedynie na kołysanie falami, teraz dotknięty paraliżem lęku. Przypłynęliśmy tutaj dzięki mnie - w obliczu kataklizmu, należałoby chyba powiedzieć, że przeze mnie. Od dziecka roiłem wizje podróży zamorskich, z obowiązkowym odkrywaniem nieznanych lądów i eksplorowaniem dziewiczych terenów. Na pamięć znałem książki o odkrywcach i rozbitkach, o ludziach chytrych i głodnych sławy, czy bogactw. Ale… urodziłem się zbyt późno. Świat został rozrysowany na szczegółowych mapach i nic nie umknęło uwadze kartografów. Zbadane zostały wszystkie kontynenty, świat gór wysokich i jeszcze głębszych dolin oceanicznych. Nie została żadna tajemnica, żebym mógł się wykazać. W czasie, gdy podbój najbliższych planet wydawał się kwestią zaawansowanej ekonomii, połączonej z planem logistycznym, eksplorację ziemi należało uznać za temat zamknięty. Mimo to spędzałem wieczory na mrzonkach. Śledziłem bezzałogową jednostką bezdroża oceaniczne z dala od szlaków handlowych i kurierskich ścieżek. Pozwalałem sobie na niebezpieczną zabawę w patrolowanie pogranicza pirackich rewirów. Kilkakrotnie zanurzyłem się dronem w otchłanie Trójkąta Bermudów, w nadziei, że mgły rozstąpią się i ukażą to, czego nie widział dotąd nikt.


    Najwyraźniej byłem dzieckiem szczęścia urodzonym w czepku, bo stało się! Nazwanie mnie dzieckiem, było już co prawda mocno przeterminowane, ale jednak. Piraci szmuglowali ludzi i towary równolegle do jednego z ramion Trójkąta Śmierci, ja zapuszczałem się sieczną drugiego z ramion. Mgły było do obrzydzenia. Zasadniczo nic poza nią nie było przez całe tygodnie. Jakby ziemskie zasoby skoncentrowały się w wąskim wycinku i na krótkiej smyczy tłukły się od wierzchołka do wierzchołka bez wytchnienia. Przyszła w końcu noc, gdy barbarzyńska burza poirytowana brakiem widoczności trzepnęła garścią wyładowań w kłąb mgły i na moment odsłoniła zarys lądu, jaki nie miał prawa istnieć. Ba! Na pewno nie istniał! Chwilę później straciłem dron, bo burza nie żartowała. Szczęśliwie został mi cyfrowy zapis lotu oraz film nakręcony automatycznie kamerą. I domysł, który sprawił, że zrozumiałem, dlaczego udało mi się to, co innym nie miało prawa.


    Nie korzystałem z wszczepu! Gdybym sterował dronem za jego pośrednictwem, wtedy burza niszcząc dron, przy okazji pozbawiłaby mnie świadomości, a może i życia. Stosowałem staroświeckie, archiwalne metody poszukiwań. Kamera, sygnał satelitarny i sterowanie autopilotem z odgórnie zaprojektowaną trasą, bez możliwości realnej korekty w trakcie lotu. Cóż… Po prostu bałem się, że dron zostanie przechwycony przez piratów, albo służby ochrony korporacji i odkryją mnie. A tego należało się wystrzegać. W rękach jednych, czy drugich, człowiek natychmiast przestaje być istotą żywą, a staje się zbiorem kwantów poddanych drobiazgowemu przesłuchaniu i anihilacji. Bałem się, to najłagodniejsze ze znanych mi słów, jednak trawiła mnie gorączka. I tak odnalazłem ląd dzięki tej strachliwej metodzie, bo uniknąłem zasadzek natury skierowanej na cyborgi. Przypadek w połączeniu z niewiarygodnym szczęściem i brakiem technologicznego wsparcia. Chwilowy ląd – tak nazywali podobne odkrycia naukowcy zrzeszeni wokół korporacji. Wynurzający się z głębin oceanicznych ląd, który równie nieoczekiwanie znikał, czasem po miesiącu, innym razem po kilku latach. Wszystko zależało od pływów oceanicznych i innych, trudnych do kontrolowania czynników.


    Na wyspie trwała gorączkowa penetracja złóż. Nielegalna jak wszyscy diabli. Światowe giełdy metali miały rozpracowane wszelkie bogactwa znajdujące się na ziemi - wszystkie bez wyjątku należały do trzech wiodących korporacji, patrzących sobie na ręce i zakulisowo usiłujących przejąć zasoby konkurencji. Szczególnie łasi byli na metale ziem rzadkich. Produkcja podzespołów elektronicznych i wszelkiego sprzętu, poczynając od prozaicznego AGD, a kończąc na nanotechnologiach medycznych i wojskowym zagospodarowaniu kosmosu zależała od pierwiastków niemal niedostępnych na ziemi. Kto miał je w ręku – trzymał za gardło światową technologię. I nie był to uścisk przyjacielski.


Mieliśmy fart trudny do opowiedzenia. Znaleźliśmy… Ja znalazłem… złoża... Niezaewidencjonowane. Bezpańskie. Po pierwszym dronie posłałem w Trójkąt drugi i trzeci. Burze nie ustawały i wyspecjalizowały się w niszczeniu mojego sprzętu. Jednak za każdym przelotem uzyskiwałem dane. Im dokładniej analizowałem materiały, tym ostrożniejszy się stawałem. Wreszcie zyskałem pewność, że warto zaryzykować. Fortuna czekała na śmiałka. Bogatego i pozbawionego skrupułów pirata. Wiedziałem, gdzie szukać takiego…


    Mój dron bardzo dyskretnie rozpoczął patrole szlaku przemytniczego. Musiałem zdać się na łut szczęścia, ale jak wspomniałem… sprzyjało mi. Nic poza nim jednak. Potrzebny był statek i ekipa, mnóstwo gotówki, rynek zbytu. Wszystkie brakujące elementy musiał wnieść ktoś - jeden z nich. Moim celem stało się odszukanie tego, któremu warto… można… trudno. Zaufanie miałem kupić informacją. Gdybym jednak trafił na szubrawca, to zdarłby ze mnie skórę i po wiedzy.


    Zestrzeliła mnie Nina. Znaczy – zestrzeliła mojego drona i przechwyciła dane. Moje piegowate szczęście pokazało czerwone uszy – nie zdążyłem skasować celu ostatniej misji, z okruchów wydłubanych z maszyny informacji odnalazła mnie zaledwie tydzień później.


    - Bawisz się w śledzenie piratów mały? - Szepnęła mi do ucha, trącając palcem w żebra. – Ładnie to tak? Podglądać damę? Może choć kawę postawisz w rewanżu i pogadamy?


    Nie było wyjścia. Nina kojarzyła szybko, a decyzje podejmowała jeszcze szybciej. Ledwie poznała fakty, określiła warunki brzegowe, bawiąc się nożem wystarczająco ostrym, żeby podzielić skórę nosorożca na frędzle:


    - Dziesięć procent dla ciebie, czterdzieści dla mnie, reszta dla załogi. Załatwiam transport, i sprzedaż. Pilnuję wydobycia. Ty dajesz namiary, i jesteś twarzą operacji. O mnie wiedzą tylko ci, których będzie można uciszyć na zawsze. Nauczę cię, jak dbać o bezpieczeństwo statku i będziesz naszym parasolem. Węszyć już umiesz, więc sobie poradzisz. Nie negocjuję, nie przerzucam się cyframi i nie zamierzam słuchać bełkotów. Pasuje układ? Jak nie, to znikam i baw się sam z korpomatołkami.


    Na bawienie się w samotności nie miałem ochoty. Zbyt długo tkwiłem solo w ponurej norze na krawędzi metropolii. Nadszedł czas na występ zbiorowy. Kiwnąłem głową na zgodę, bo dziesięć procent wszystkiego, to znacznie więcej niż sto procent niczego. Już chwilę potem kiwałem się na statku, usiłując przekonać chorobę morską, że nie warto zajmować się moimi jelitami. Kalendarz mruczał coś, że trwa to niemalże miesiąc.


    Na wyspie tkwiliśmy od czterech tygodni, pracując na trzy zmiany bez chwili wytchnienia, nie dbając o konserwację maszyn, czy jakiekolwiek zasady bezpieczeństwa. Gospodarka rabunkowa. Czysta grabież. Z premedytacją i pełnym ryzykiem pozyskiwaliśmy rudę, nawet jej nie sortując, tylko w surowym stanie ładując na kontenery. Odsyłaliśmy materiał na statek-matkę cumujący poza zasięgiem anomalii Trójkąta Bermudzkiego.


    Dzisiaj chcieliśmy skończyć załadunek szóstego transportu, gdy ziemia zadrżała i wyrobisko osunęło się zabijając jedną ze zmian. Pozostałe przeszukiwały gruzowisko bez entuzjazmu, do chwili, kiedy okazało się, że osypisko wyłoniło niezwykle bogatą odkrywkę. Kurze erupcji przesłoniły widnokrąg i nawet słońce nie miało sił przebić się przez nie. Ziemia, wciąż niestabilna po wstrząsach, wydawała się przy niebie oazą spokoju. Załoga w pośpiechu wgryzała się w zbocze, ładując cenny gruz na wielkie wywrotki, jeżdżące na złamanie karku pomiędzy prowizorycznym portem i kopalnią.


    Dopiero, kiedy zgasły elektryczne światła wrócił rozum. Baterie słoneczne były bezradne w obliczu czarnej chmury pełnej sadzy i okruchów z wnętrza ziemi. Ci, którzy przetrwali tąpnięcie, stanęli u stóp wyrobiska i rozważali możliwości. Pazerność wciąż brała górę nad strachem, a rozsądek najwyraźniej był obcy grabieżcom.


    - Po ciemku będziemy wydobywać! Reflektory spychaczy wystarczą - dywagowali ci, którym wizja majątku przesłoniła sytuację.


    - Przyjedziemy tu jutro – sugerowali inni. – Może ziemia się uspokoi. W końcu stało się to, co stać się miało i może na tym koniec. Niech chmura opadnie, żebyśmy coś widzieli. No i baterie słoneczne niech naładują akumulatory.


    - Dość tych bzdur – przerwała im Nina. – Wsiadać na dżipy i jedziemy na statek. Trzeba odpocząć. Przeczekać. Jak nie idzie, to nie idzie. Nie wolno kopać się z koniem. Czekamy.


    Nagła noc wywołana wszechobecnymi pyłami okazała się nie mieć końca. Kto mógł, kładł się spać, aby choć trochę odpocząć po harówce, inni woleli szklaneczką czegoś mocniejszego uczcić pamięć poległych.


    - Na pohybel! Mniej nas do podziału.


    Stypa szybko przerodziła się w święto. Trzecia część załogi pogrzebana żywcem pod milionami ton kamieni została zapomniana i spisana na straty. Koszty… wiadomo, muszą być, a pechowcom najwyraźniej się należało. Pozostałym zostawili w spadku swoją część łupu, jak prezent od losu! Teraz, wystarczy tylko wrócić na łono cywilizacji i cieszyć się z efektów ciężkiej harówy. Zostało ich trzydziestu dwóch i pięćdziesiąt procent do podziału! Stawka wzrosła tak, że biedakom pozasychało w gardłach. Każda tona więcej, to majątek.


    Noc nie zamierzała się kończyć równie szybko, co dostępny alkohol. Wulkan czkał cyklicznie i wyrzucał w powietrze wciąż nowe pokłady wrzącej drobnicy - minęły już trzy doby, a on wciąż nie wyglądał na zmęczonego. Prędzej na takiego, co czai się, by zaskoczyć otoczenie czymś nowym. Ludzie patrzyli na ropiejącą w mroku górę ognia i obstawiali zakłady, w którą stronę kiedy popłynie lawa. A jednak, wciąż łudzili się, że warunki poprawią się na tyle, żeby podjąć przerwaną pracę i eksploatować odsłonięcie, które zapowiadało się więcej niż bogato. Klondike, to przy nim szczeniak! Żadne Kimberly nie miało takiej mocy ekonomicznej, jak ta wyspa. Tylko ten cholerny wulkan, który akurat teraz postanowił się ożywić, jakby nie mógł poczekać jeszcze z rok, czy dwa.


Humor podejrzanie abstrakcyjny.

 

    W mroku trafiam na porzuconą maseczkę jednorazową, unurzaną w kałuży. Ktoś zdobył się na intymność obnażenia się? Zapewne wymagało to nielichej odwagi, bo choć ciemność głęboka, to jednak latarnie potrząsały nią więcej niż nieśmiało. Pozostając pod nieustającym wrażeniem przeczytanej informacji, że kobiety częściej od mężczyzn „skutecznie udają orgazm” zastanawiam się nad własną indolencją w tym zakresie. Ale, może warto zainteresować specjalistów i przyjrzeć się tym facetom, którym rzecz się udaje?


    Idę. Prognozy musiały być naprawdę fatalne, bo napotykam faceta uzbrojonego w aż dwa parasole.


    Zajęcia na pochmurne dziś?


    - Skoro w lesie rosną podgrzybki, to gdzie szukać nadgrzybków?


    - Jeżeli PIERŚ-CIONEK, to zdrobnienie od PIERŚ-CIEŃ, to CIONEK powinien być zdrobnieniem od CIEŃ. Kimże jednak faktycznie jest Cionek i dlaczego u licha ma tylko jedną pierś? Amazonka jakaś?

piątek, 3 listopada 2023

Chrono-logiczne?

 

    Czaso-pismo wydawane każdego dnia nazywamy dziennikiem. Jeśli wydawałoby się je nocami, byłoby nocnikiem?

    A miesięcznik? Czyżby był męskim odpowiednikiem miesiączki?


    Azjatkę spotykam o dwa przystanki wcześniej – wcale nie biegła do mnie, ani ja się nie spóźniłem. Może jej zegarek źle chodził? Byłbym przepadł w dywagacjach, gdyby nie pan z czajnikiem. Są tacy, co bladym świtem wychodzą z pieskiem, wracają z siatą bułek, niosąc parasol, torebkę, czy plecak. Ale z czajnikiem? Pierwszy raz widziałem. Musiał być oswojony i ukochany, bo pan niósł go czule przytulając do piersi, choć nie wyglądał na przesadnie romantycznego.


    Glediczie i jawory spłakały się już z liści niemal całkiem i rozebrały do rosołu jesienniejąc do cna. Księżyc przegląda się w krzywym zwierciadle nurtu i być może chichocze na tej swojej zimnej orbicie. Na wyspach nabijają kilometry spalając wszystko co pożarli, lub dopiero pożrą. Można zrzucić niezjedzony obiadek? Ciekawe, co na to teoria względności.

środa, 1 listopada 2023

Nieco spóźniony przekaz.

 

    Niechlujny gość flegmą znaczył szlak, żeby niezawodnie poruszać się wracając. Senne niewiasty o pucołowatych twarzach nosiły na nich tylko wymalowane uczucia. Wybujała nastolatka z wdziękiem buldożera przedzierała się ku wyjściu molestując torbą pasażerów z boską arogancją, najwyraźniej świadoma, że świat kocha egocentryków wyrastających ponad szarą masę egzystencjalną.


    Pora deszczowa w pełni. Ptaki poprzeziębiane rechoczą w mrokach zakamarków, światła samochodów smagają ciemność sztyletami świateł, jesion w nocy stracił głowę i umaścił kożuchem schnących (w deszczu?) liści betonowy chodnik. Odkarmione chłopię, ścięte po wojskowemu wyglądało jak ołówek piszący na pluszowo. Nie wiem, czy jest już taki kolor, ale jeśli nie, to powinien się postarać – niech spotka ono chłopię, to kolorek sam się rozpozna.


    Na zewnątrz młode kobiety w czapkach i szalikach, a jednak wciąż reklamujące własne cztery litery obudowane czymś koszmarnie cienkim i ogrzewającym ciało bez fanatyzmu. Jedno takie dziewczę w czerni stało sobie kilka kroków od motłochu w podstawowej pozycji szermierczej, chyba, że ćwiczyło gawota solo w podcieniu przystankowej wiaty. Obcy nie mieli odwagi podejść, bo pozycja wyglądała nieomal zabójczo. Na miejskim deptaku pani z włosami misternie upiętymi za pomocą pędzli spotkała Zorrę – niewiastę w kapeluszu o licach skrytych w głębokim cieniu ronda. Koń zapewne został gdzie na postoju dla taryf, albo na parkingu pobliskiej galerii handlowej.

wtorek, 31 października 2023

Piękno nie przemija.

 

    Kościelne dzwony otrząsnęły się ze snów i na chwilę rozśpiewały ciemność. Przemknął pogwizdując jakiś pociąg, czapla lecąca pod wiatr poskarżyła się na chrypkę, lecz nie czekając na grzecznościową litość pomknęła w dół Rzeki, gdzie czekał już na nią jaz elektrowni wodnej.


    Kolarz płci piękniejszej (kolarka brzmi bardzo niefortunnie, niemal jak golarka – pani od strzyżenia bród?), posilała się elektronicznym papieroskiem przed kolejnym etapem wyścigu, albo przed górską premią – skąd miałaby wziąć górę, to nie wiem, ale może wspinała się na szczyt możliwości?


    Starsza pani w spódniczce z trudem opinającej dorodne pośladki musiała być Niemką. I nie było to niesmaczne, a tyrolski zachwyt jej leciwego towarzysza, klejącego się do niej był niemal namacalny. Tutejsze zabytki miały mizerne szanse konkurować z tak apetyczną towarzyszką.

niedziela, 29 października 2023

Ersatz?

 

    Odnoszę wrażenie, że dotyk jest bardzo niedocenianym zmysłem. I co gorsza, ludzie nie rozpoznając braku, nieświadomie poszukują bodźców pośród coraz dosadniejszych wrażeń wizualnych, czy kontemplując węchem/smakiem skrajnie charakterystyczne detale otoczenia.


    Zdumiewające, jak łatwo można zapomnieć o tym skromnym zmyśle, szczególnie, że należy do tych, które potrafią nieźle krzywdzić zarówno dawcę i biorcę. Trzeba szczęścia, by zdobywając się na odwagę, dotknąć obcego człowieka, nie narażając się na podejrzenia o złe zamiary.


    Dotyk? Niektórzy latami żyją bez fizycznego kontaktu z żywą istotą. Inni kupują psa, albo kota, żeby mieć namiastkę tego, co może zaofiarować bliskość drugiego człowieka. Zakompleksieni? Przesadnie ostrożni? Współczuję wszystkim.