Wnętrze
wyspy stęknęło mocniej niż dotychczas - górujący nad
krajobrazem las, porastający zbocze, przestał istnieć. Zapadł się
wraz z centralną częścią najwyższego wzniesienia wzbijając w
niebo szybko rozprzestrzeniający się tuman kurzu i ognia. Wulkan
przestał być hipotezą naukową. Stał się przerażającym faktem.
Czymś, z czym co prawda wszyscy się liczyliśmy, ale w perspektywie
miesięcy – nie godzin. Zasnuł niebo, jakby dzień nie miał już
nigdy nastąpić.
-
Niech to szlag! - kapitan nie przebierał w słowach i reszta
komentarza nie mieściła się w słownikach salonowych – Dlaczego
właśnie teraz?
Siedziałem
na mostku. Dotąd bezpieczny i narażony jedynie na kołysanie
falami, teraz dotknięty paraliżem lęku. Przypłynęliśmy tutaj
dzięki mnie - w obliczu kataklizmu, należałoby chyba powiedzieć,
że przeze mnie. Od dziecka roiłem wizje podróży zamorskich, z
obowiązkowym odkrywaniem nieznanych lądów i eksplorowaniem
dziewiczych terenów. Na pamięć znałem książki o odkrywcach i
rozbitkach, o ludziach chytrych i głodnych sławy, czy bogactw. Ale…
urodziłem się zbyt późno. Świat został rozrysowany na
szczegółowych mapach i nic nie umknęło uwadze kartografów.
Zbadane zostały wszystkie kontynenty, świat gór wysokich i jeszcze
głębszych dolin oceanicznych. Nie została żadna tajemnica, żebym
mógł się wykazać. W czasie, gdy podbój najbliższych planet
wydawał się kwestią zaawansowanej ekonomii, połączonej z planem
logistycznym, eksplorację ziemi należało uznać za temat
zamknięty. Mimo to spędzałem wieczory na mrzonkach. Śledziłem
bezzałogową jednostką bezdroża oceaniczne z dala od szlaków
handlowych i kurierskich ścieżek. Pozwalałem sobie na
niebezpieczną zabawę w patrolowanie pogranicza pirackich rewirów.
Kilkakrotnie zanurzyłem się dronem w otchłanie Trójkąta
Bermudów, w nadziei, że mgły rozstąpią się i ukażą to, czego
nie widział dotąd nikt.
Najwyraźniej
byłem dzieckiem szczęścia urodzonym w czepku, bo stało się!
Nazwanie mnie dzieckiem, było już co prawda mocno przeterminowane,
ale jednak. Piraci szmuglowali ludzi i towary równolegle do jednego
z ramion Trójkąta Śmierci, ja zapuszczałem się sieczną drugiego
z ramion. Mgły było do obrzydzenia. Zasadniczo nic poza nią nie
było przez całe tygodnie. Jakby ziemskie zasoby skoncentrowały się
w wąskim wycinku i na krótkiej smyczy tłukły się od wierzchołka
do wierzchołka bez wytchnienia. Przyszła w końcu noc, gdy
barbarzyńska burza poirytowana brakiem widoczności trzepnęła
garścią wyładowań w kłąb mgły i na moment odsłoniła zarys
lądu, jaki nie miał prawa istnieć. Ba! Na pewno nie istniał!
Chwilę później straciłem dron, bo burza nie żartowała.
Szczęśliwie został mi cyfrowy zapis lotu oraz film nakręcony
automatycznie kamerą. I domysł, który sprawił, że zrozumiałem,
dlaczego udało mi się to, co innym nie miało prawa.
Nie
korzystałem z wszczepu! Gdybym sterował dronem za jego
pośrednictwem, wtedy burza niszcząc dron, przy okazji pozbawiłaby
mnie świadomości, a może i życia. Stosowałem staroświeckie,
archiwalne metody poszukiwań. Kamera, sygnał satelitarny i
sterowanie autopilotem z odgórnie zaprojektowaną trasą, bez
możliwości realnej korekty w trakcie lotu. Cóż… Po prostu bałem
się, że dron zostanie przechwycony przez piratów, albo służby
ochrony korporacji i odkryją mnie. A tego należało się
wystrzegać. W rękach jednych, czy drugich, człowiek natychmiast
przestaje być istotą żywą, a staje się zbiorem kwantów
poddanych drobiazgowemu przesłuchaniu i anihilacji. Bałem się, to
najłagodniejsze ze znanych mi słów, jednak trawiła mnie gorączka.
I tak odnalazłem ląd dzięki tej strachliwej metodzie, bo uniknąłem
zasadzek natury skierowanej na cyborgi. Przypadek w połączeniu z
niewiarygodnym szczęściem i brakiem technologicznego wsparcia.
Chwilowy ląd – tak nazywali podobne odkrycia naukowcy zrzeszeni
wokół korporacji. Wynurzający się z głębin oceanicznych ląd,
który równie nieoczekiwanie znikał, czasem po miesiącu, innym
razem po kilku latach. Wszystko zależało od pływów oceanicznych i
innych, trudnych do kontrolowania czynników.
Na
wyspie trwała gorączkowa penetracja złóż. Nielegalna jak wszyscy
diabli. Światowe giełdy metali miały rozpracowane wszelkie
bogactwa znajdujące się na ziemi - wszystkie bez wyjątku należały
do trzech wiodących korporacji, patrzących sobie na ręce i
zakulisowo usiłujących przejąć zasoby konkurencji. Szczególnie
łasi byli na metale ziem rzadkich. Produkcja podzespołów
elektronicznych i wszelkiego sprzętu, poczynając od prozaicznego
AGD, a kończąc na nanotechnologiach medycznych i wojskowym
zagospodarowaniu kosmosu zależała od pierwiastków niemal
niedostępnych na ziemi. Kto miał je w ręku – trzymał za gardło
światową technologię. I nie był to uścisk przyjacielski.
Mieliśmy
fart trudny do opowiedzenia. Znaleźliśmy… Ja znalazłem…
złoża... Niezaewidencjonowane. Bezpańskie. Po pierwszym dronie
posłałem w Trójkąt drugi i trzeci. Burze nie ustawały i
wyspecjalizowały się w niszczeniu mojego sprzętu. Jednak za każdym
przelotem uzyskiwałem dane. Im dokładniej analizowałem materiały,
tym ostrożniejszy się stawałem. Wreszcie zyskałem pewność, że
warto zaryzykować. Fortuna czekała na śmiałka. Bogatego i
pozbawionego skrupułów pirata. Wiedziałem, gdzie szukać takiego…
Mój
dron bardzo dyskretnie rozpoczął patrole szlaku przemytniczego.
Musiałem zdać się na łut szczęścia, ale jak wspomniałem…
sprzyjało mi. Nic poza nim jednak. Potrzebny był statek i ekipa,
mnóstwo gotówki, rynek zbytu. Wszystkie brakujące elementy musiał
wnieść ktoś - jeden z nich. Moim celem stało się odszukanie
tego, któremu warto… można… trudno. Zaufanie miałem kupić
informacją. Gdybym jednak trafił na szubrawca, to zdarłby ze mnie
skórę i po wiedzy.
Zestrzeliła
mnie Nina. Znaczy – zestrzeliła mojego drona i przechwyciła dane.
Moje piegowate szczęście pokazało czerwone uszy – nie zdążyłem
skasować celu ostatniej misji, z okruchów wydłubanych z maszyny
informacji odnalazła mnie zaledwie tydzień później.
-
Bawisz się w śledzenie piratów mały? - Szepnęła mi do ucha,
trącając palcem w żebra. – Ładnie to tak? Podglądać damę?
Może choć kawę postawisz w rewanżu i pogadamy?
Nie
było wyjścia. Nina kojarzyła szybko, a decyzje podejmowała
jeszcze szybciej. Ledwie poznała fakty, określiła warunki
brzegowe, bawiąc się nożem wystarczająco ostrym, żeby podzielić
skórę nosorożca na frędzle:
-
Dziesięć procent dla ciebie, czterdzieści dla mnie, reszta dla
załogi. Załatwiam transport, i sprzedaż. Pilnuję wydobycia. Ty
dajesz namiary, i jesteś twarzą operacji. O mnie wiedzą tylko ci,
których będzie można uciszyć na zawsze. Nauczę cię, jak dbać o
bezpieczeństwo statku i będziesz naszym parasolem. Węszyć już
umiesz, więc sobie poradzisz. Nie negocjuję, nie przerzucam się
cyframi i nie zamierzam słuchać bełkotów. Pasuje układ? Jak nie,
to znikam i baw się sam z korpomatołkami.
Na
bawienie się w samotności nie miałem ochoty. Zbyt długo tkwiłem
solo w ponurej norze na krawędzi metropolii. Nadszedł czas na
występ zbiorowy. Kiwnąłem głową na zgodę, bo dziesięć procent
wszystkiego, to znacznie więcej niż sto procent niczego. Już
chwilę potem kiwałem się na statku, usiłując przekonać chorobę
morską, że nie warto zajmować się moimi jelitami. Kalendarz
mruczał coś, że trwa to niemalże miesiąc.
Na
wyspie tkwiliśmy od czterech tygodni, pracując na trzy zmiany bez
chwili wytchnienia, nie dbając o konserwację maszyn, czy
jakiekolwiek zasady bezpieczeństwa. Gospodarka rabunkowa. Czysta
grabież. Z premedytacją i pełnym ryzykiem pozyskiwaliśmy rudę,
nawet jej nie sortując, tylko w surowym stanie ładując na
kontenery. Odsyłaliśmy materiał na statek-matkę cumujący poza
zasięgiem anomalii Trójkąta Bermudzkiego.
Dzisiaj
chcieliśmy skończyć załadunek szóstego transportu, gdy ziemia
zadrżała i wyrobisko osunęło się zabijając jedną ze zmian.
Pozostałe przeszukiwały gruzowisko bez entuzjazmu, do chwili, kiedy
okazało się, że osypisko wyłoniło niezwykle bogatą odkrywkę.
Kurze erupcji przesłoniły widnokrąg i nawet słońce nie miało
sił przebić się przez nie. Ziemia, wciąż niestabilna po
wstrząsach, wydawała się przy niebie oazą spokoju. Załoga w
pośpiechu wgryzała się w zbocze, ładując cenny gruz na wielkie
wywrotki, jeżdżące na złamanie karku pomiędzy prowizorycznym
portem i kopalnią.
Dopiero,
kiedy zgasły elektryczne światła wrócił rozum. Baterie słoneczne
były bezradne w obliczu czarnej chmury pełnej sadzy i okruchów z
wnętrza ziemi. Ci, którzy przetrwali tąpnięcie, stanęli u stóp
wyrobiska i rozważali możliwości. Pazerność wciąż brała górę
nad strachem, a rozsądek najwyraźniej był obcy grabieżcom.
-
Po ciemku będziemy wydobywać! Reflektory spychaczy wystarczą -
dywagowali ci, którym wizja majątku przesłoniła sytuację.
-
Przyjedziemy tu jutro – sugerowali inni. – Może ziemia się
uspokoi. W końcu stało się to, co stać się miało i może na tym
koniec. Niech chmura opadnie, żebyśmy coś widzieli. No i baterie
słoneczne niech naładują akumulatory.
-
Dość tych bzdur – przerwała im Nina. – Wsiadać na dżipy i
jedziemy na statek. Trzeba odpocząć. Przeczekać. Jak nie idzie, to
nie idzie. Nie wolno kopać się z koniem. Czekamy.
Nagła
noc wywołana wszechobecnymi pyłami okazała się nie mieć końca.
Kto mógł, kładł się spać, aby choć trochę odpocząć po
harówce, inni woleli szklaneczką czegoś mocniejszego uczcić
pamięć poległych.
-
Na pohybel! Mniej nas do podziału.
Stypa
szybko przerodziła się w święto. Trzecia część załogi
pogrzebana żywcem pod milionami ton kamieni została zapomniana i
spisana na straty. Koszty… wiadomo, muszą być, a pechowcom
najwyraźniej się należało. Pozostałym zostawili w spadku swoją
część łupu, jak prezent od losu! Teraz, wystarczy tylko wrócić
na łono cywilizacji i cieszyć się z efektów ciężkiej harówy.
Zostało ich trzydziestu dwóch i pięćdziesiąt procent do
podziału! Stawka wzrosła tak, że biedakom pozasychało w gardłach.
Każda tona więcej, to majątek.
Noc
nie zamierzała się kończyć równie szybko, co dostępny alkohol.
Wulkan czkał cyklicznie i wyrzucał w powietrze wciąż nowe pokłady
wrzącej drobnicy - minęły już trzy doby, a on wciąż nie
wyglądał na zmęczonego. Prędzej na takiego, co czai się, by
zaskoczyć otoczenie czymś nowym. Ludzie patrzyli na ropiejącą w
mroku górę ognia i obstawiali zakłady, w którą stronę kiedy
popłynie lawa. A jednak, wciąż łudzili się, że warunki poprawią
się na tyle, żeby podjąć przerwaną pracę i eksploatować
odsłonięcie, które zapowiadało się więcej niż bogato.
Klondike, to przy nim szczeniak! Żadne Kimberly nie miało takiej
mocy ekonomicznej, jak ta wyspa. Tylko ten cholerny wulkan, który
akurat teraz postanowił się ożywić, jakby nie mógł poczekać
jeszcze z rok, czy dwa.