piątek, 15 czerwca 2018

Siła woli.


Stała tyłem do mnie. Z ogoloną głową pełną tatuaży, w skórzanej kurtce nabijanej ćwiekami dodatkowo ozdobionej łańcuchami. Nie patrzyła na mnie, ale wiedziała że jestem i nigdzie nie pójdę. Sama mnie przypięła do haka, żebym stał z rękami podciągniętymi wysoko nad głową.

Bałem się. Na razie tylko się bałem. Doszły mnie słuchy, co stało się z poprzednikiem, który wisiał na tym haku. One… zrobiły z niego psa. Dalmatyńczyka. Chłop był uczciwie wychudzony, jak na charta przystało, a Łysa końcem bata malowała mu na ciele plamki. Indiana Jones pozazdrościłby precyzji, gdyby widział z jaką maestrią posługiwała się batem. Potrafiła nim włączyć światło, albo rozpiąć suwak spódnicy, jeśli tylko główka zamka była choć trochę widoczna. Mojemu poprzednikowi wycinała w ciele plamki. Tydzień. Potrafiła uderzyć tak precyzyjnie, że nie przecięła skóry, a siniaki ze strachu pojawiały się dopiero dobę, czy dwie później. Wisiał tu każdego wieczora, aż całe ciało miał w ciemnych cętkach. Obroży nie ściągała mu nawet do posiłków. Jadł z miski wybierając ustami wszystko, co mu rzucono pośród pogardliwych, złośliwych komentarzy. Nawet potrzeby fizjologiczne załatwiać musiał na scenie i zbierał za to kopniaki od fałszywie oburzonej publiki. Wreszcie go sprzedali po długiej licytacji do jakiejś podmiejskiej, starzejącej się madonny, żeby jej służył.

A teraz ja stoję przypięty do haka, słuchając jak Łysa anonsuje mnie na scenie. Reflektory odzierają mnie z resztek intymności, a rozbawione kobiety podchodzą, żeby mnie poklepać lub uszczypnąć. Zapłaciły w końcu za tę możliwość wcale niemałe pieniądze. Klub szczyci się elitarnością, ale nie rodowodową, lecz finansową. Tu naparstek alkoholu kosztuje więcej niż tydzień wakacji w ekskluzywnym kurorcie. Za to wolno im wszystko. Gdyby która zapragnęła zjeść moją wątrobę wprost ze mnie, natychmiast znalazłyby się narzędzia i patrzyłbym, jak w głodnych szczękach znika przełykana pośród wycia zachwyconego tłumu. Mężczyzna w klubie? Jest nawet mile widziany, jednak wyłącznie na scenie. Jak ja… Poza nią wolno przebywać wyłącznie bogatym paniom.

Oficjalna prezentacja trwała dość długo, bo niemal każda klubowiczka miała kaprys podejść od razu, zmierzyć mnie własnymi zmysłami i wykazać się jakąś drobną złośliwością. Chociaż rysę paznokciem namalować gdziekolwiek, albo kąśliwą uwagą odebrać mi nadzieję. Tu nie ma co liczyć na łagodność i zrozumienie. Na życzliwość. Tu się zaspokaja cudze perwersje, tylko nie wiadomo, jak długo potrwa agonia.

Łysa wskazała mnie zwiniętym biczem nie odwracając się do mnie i pytała rozgrzewającą się publikę o pomysł na wykorzystanie mojej wystraszonej, przymusowej obecności. Pośród wulgaryzmów przeplatały się propozycje, od których ciało zaczęło mi się rozsypywać z przerażenia i nie utrzymałem moczu. Tłum zawył, bo igrzyska się zaczęły. Zebrałem na początek sporą serię ciosów otwartymi dłońmi, kuksańców i kopniaków. Dotkliwych, ale jeszcze nie kaleczących mnie trwale i nie łamiących kości. Z żeliwnej misy ktoś uniósł rozpaloną do czerwoności cechę z jednoznacznym napisem MÓJ. Pośród harmidru zapadła decyzja o naznaczeniu nią piersi, a nie czoła, ramienia, czy pośladka. Ocknąłem się w smrodzie spalonego ciała – nigdy w życiu tak nie cuchnąłem, a w skołatanej głowie zadźwięczały słowa piętnujące moją przyszłość:

- Pies już był. Nie będziemy się powtarzać. Ten zostanie gadem.

W klubie zaszumiało, bo gady nie wzbudzają nawet cienia sympatii, a domniemanych krzywd każda zaznała od gadów tak wiele, że wreszcie będą mogły się zbiorowo odegrać. Nie wiem nawet o co się modliłem, ani do kogo. Z sali dobiegały sugestie, żebym został krokodylem, bo torebka gustowna, albo buty… niechby materiał na abażur, żeby pamiątka została. Inna wspomniała swojego nieodżałowanego żółwika, który zdechł gdzieś za kanapą i proponowała wepchnąć mnie w metalowe skorupy na miesiąc i zobaczyć, jak będę później wyglądał, kiedy się z niej wynurzę. Najgłośniej jednak tokowała pani, której przypomniało się, że padalec, to beznoga jaszczurka i chętnie zobaczyłaby mój występ w tej roli na klubowej scenie. Stanęło na żmii, bo tej nienawidzi chyba każdy i wreszcie ów strach będzie można odreagować.

- Gad nie może być owłosiony. Ma być gładki jak lustro. Do czysta trzeba ogolić i wydepilować, unicestwić wszystko do najdrobniejszego włoska, łącznie z brwiami i rzęsami. Na żywca. Brzytwą i plastrami.

Patrzyłem jak w stadzie samic rośnie nienawistna satysfakcja, jakbym to ja był wrogiem publicznym, wcieleniem każdego zła, a pomocnice Łysej już niosły przybory, którymi zamierzały ze mnie drzeć pierze. Od samych myśli zagotowałem się w sobie, a potem było już tylko gorzej. Kiedy krzyczałem tak głośno, że psułem zabawę wtykały mi w usta szmaty, a gdy udało się wreszcie przytomność stracić, to mnie ocuciły, zanim zaczęły ciąg dalszy. Najbardziej zawzięte stawały przede mną i patrząc mi w oczy rwały powoli rozkoszując się widokiem łez. Nie podejrzewałem, że potrafię ich tyle mieć w sobie, a one wydobywały ze mnie pokłady ukryte przed moją świadomością do tej chwili.

Wieczór rozciągnął się w bólu po wieczność, a chłód poranka minął zanim zdążyłem oddech wyprostować. Znów wisiałem na klubowym haku, a Łysa okrążała mnie sprawdzając jak bardzo nie przypominam jeszcze gada. Ktoś zaproponował, żeby mi zygzak na plecach wyciąć, albo chociaż wytatuować i propozycja spotkała się z gorącym przyjęciem. Inna znów wspomniała padalca, że to takie zwierzątko, którego się trochę brzydzi w naturze, więc wolałaby w klubie przyjrzeć mu się pod czujnym okiem personelu, ale tu zaprotestowała Łysa – nie dlatego, że wzięło ją na litość – takiego kadłubka nie potrafiłaby już sprzedać, a przecież na zabawie musi zarabiać. Gładziutki, z pięknym tatuażem pójdę na licytacji i dostanę dożywotnie terrarium gdzieś u jednej z tych żądnych krwi samic. A jeśli będzie mnie chciała wykończyć nowa właścicielka, to niech za to zapłaci klubowi.

Ból we mnie zamieszkał na stałe, bo jak tu gada nie kopnąć. Depilacja wciąż mało doskonała wymagała następnej powtórki, tatuaż od karku po dno pośladków, i kolejne, sukcesywnie obejmujące ciało epoksydowanym obrazem łusek. Łysa uczyła mnie pełzać. Batem uczyła, więc szybko stałem się pojętnym uczniem. Czołgałem się między stolikami, deptany i lżony, a kiedy zbyt długo trwałem w jednym miejscu zwinięty w kłębek jak prawdziwa żmijka bicz wyciągał mnie na scenę. Nie wiem ile to trwało, bo czas przestał mieć znaczenie. Przegrał z bólem i upokorzeniem. Przetrwać. Ostatnia myśl we mnie, która miała dostęp do świadomości. Jakkolwiek, ale żyć. Oddychać, jeść zasnąć na moment, uciec od ciosów i skryć się w dowolnie krótkim azylu. Stałem się klubową maskotką, którą każdy mógł bezkarnie nadepnąć, opluć, czy zelżyć.

Ale czas zniknął tylko dla mnie. Dla nich nie. I przyszedł dzień, w którym znów ręce miałem spętane nad głową, i obrożę na szyi. Szemranie licytacji dochodziło z sali, a ja cieszyłem się chwilami bez cierpienia. Niedługo się cieszyłem. Licytacja skończyła się zanim się na dobre zaczęła. Ktoś krzyknął cenę, która zmroziła pozostałe uczestniczki i młotek odklepał potwierdzenie transakcji. Sprzedany! Ja sprzedany. Łysa niemal mi pogratulowała osiągniętej ceny, gdy ze złośliwym uśmiechem moja nowa właścicielka wynurzyła się spośród tłumu.

Kiedy Łysa zamierzała mnie odpiąć z haka, aby mnie oddać kupującej, ta powstrzymała ją ruchem ręki. Odwróciła się do sali i powiedziała:

- Chciałam, żeby był padalcem. I będzie. Tu i teraz.

czwartek, 14 czerwca 2018

Bajeczne przedpołudnie.


Dzień niezdecydowany stoi w rozkroku i sam nie wie, co ma z sobą począć. Po Mieście snują się dziewczęta w wieku od przedszkolnego, po przyspieszoną emeryturę, we fryzurach lansowanych przez dziewczynkę z dobranocki o Muminkach. Mijam pana, który siłuje się z rowerem, żeby wyjechać na powierzchnię z przejścia podziemnego. Poza tym, że sapie nie zdołałem objąć poznawczo nic więcej, bo zafascynował mnie kask – hełm wojskowy w panterkę o barwach oddziałów pustynnych jak sądzę, bo zamiast zieleni, same beże i brązy. Patrzyłem raczej zachłannie, a takie chude i wysokie się do mnie uśmiechnęło, to odwinąłem bez namysłu. Ot – chłopak zabiedzony dietą szczawiową, chyba jeszcze się golić nie musi, ale fryzurkę ma już ogólnowojskową. Dopiero, gdy drugi raz okiem rzuciłem dostrzegłem piersi swawolnie brykające pod bluzeczką typu unisex i troszkę mi się głupio zrobiło (od razu powiem, że trzy godziny później zrobiło mi się głupio ponownie, bo egzemplarz przewinął się przed moimi oczami ponownie i już się nie uśmiechał – może dlatego, że spocony już byłem, a może życie przytłoczyło poranna radość). Detal. W każdym razie dziewczątka od bladolicych, po śniade i wytatuowane, chodzą masowo po chodniczkach z taką kulką z włosów na samym czubku głowy, aż trochę żałowałem, że materiału zabrakło na kolejną kondygnację, bo powstałby uroczy bałwanek. Z miejskiej fosy uciekła kaczka i siedzi na ceglanym przepuście zerkając w wodę bardzo nieufnie. Stroszy piórka i chyba klnie. Pamiętam ją sprzed kilku dni, jak pływała z drobiazgiem w większej ilości. Drobiazg wielkością i miękkością przypominał pompony do zimowych czapek i potrafił rozczulić nawet niewiastę gotycką, a ja zamiast poddać się podobnym wrażeniom obserwowałem bure łodzie podwodne patrolujące ruch flotylli. Pewnie miały złe zamiary, a ich rozmiar sprawiał, że ewentualny pojedynek zakończyć się mógł tylko w jeden sposób (poza opisanym biblijnym wyjątkiem od reguły, gdzie niejaki Dawid swoim brakiem rozsądku zmiażdżył wroga zanim zrozumiał na co się porwał). Znowu dygresje i ponura rzeczywistość. A przede mną Mała Mi w wersji ekstremalnej. Metr osiemdziesiąt musiałby spoglądać pod górę, żeby zmierzyć się z kulistym zwieńczeniem. Boksersko wagę dałoby się określić wyłącznie jako „open”, do tego siwizna przerzedzona, więc kuleczka cierpi na bulimię – nie bardzo było już z czego budować. Szło toto krokiem kanciastym, chropowatym i wyglądało jak szyderstwo, a nie fakty. Dogoniłem. Mięśnie wciąż niosą, więc się udało. Dogoniłem i wyprzedzając zerknąłem na zjawisko. Okazało się mieć brodę w kolorze srebra i wszelkie niedostatki masy kuleczki grawitacja ściągnęła poniżej ust. Trudno byłoby znaleźć Mikołaja równie bogato uposażonego przez naturę. A ten udawał dziewczynkę–giganta. Sam nie wiem, co o tym sądzić. Może pójdę raz jeszcze na spacer i zobaczę, czy sytuacja się rozwija. Pewnie tak zrobię. Dlaczego nie?

środa, 13 czerwca 2018

Sen wymyślony.


W środku lata - kra. Wymyślona głównie, albo nietutejsza, bo to wbrew logice przecież. A jednak jest i jeżeli wymaga uzasadnienia, to trzeba dla niej tęższego umysłu. Mój, może tylko obserwować i trwać w zachwycie, albo niedowierzaniu. Względnie gdybać. Mniemać i siać plotki – zazwyczaj defetystyczne. Katastroficzne. Psychodeliczne… W sumie przedrostek mało istotny – dla uproszczenia niech będzie, że liczne.

Na przykład takie, że ten martwy dziś bóg od piorunów miał gorszy dzień i żeby własną złością nie pokaleczyć Chin, czy Indii (bo tam zagęszczenie wielkie i ludzików jak mrówków się snuje po termitierach wielomilionowych i piętrowych zarówno w górę, jak w dół padołu, a taki wybuch skierowałby na rejs po Styksie zbyt wielu niechętnych ochotników, aż paru innych martwych bogów miałoby nagłą i pilną inwentaryzację stanu posiadania, tudzież zasobów lokalowych, do bólu głowy włącznie), to trzepnął sobie tym piorunem w odludzie – w taką Antarktydę, bo Arktyka zbyt wiele upokorzeń historycznie już zniosła. To dla odmiany Antarktyda oberwała po swoich zmarzniętych uszach i taki piorun wykroił z niej obelgę większą od Japonii z czasów samurajów. Czym różni się tamta Japonia od dzisiejszej? Nie mam pojęcia, ale z morzami to nigdy nie wiadomo, bo jak nie tsunami, to inne przekleństwa się mnożą. Podobnież jakieś morze nawet się rozstąpiło, żeby z jednej pustyni na drugą wybrańców przetransferować. Za karę do dzisiaj jest czerwone.

No i kiedy ów bóg od piorunów pokłócił się z fizyką znającą zaledwie cztery wymiary i dziabnął ową Antarktydę, żeby ochłonąć, to później patrzył, i niespiesznie lizał te lody, i wściekał się, że mu toną w słonej wodzie w proporcjach takich, jakby zaledwie jałmużnę mu morze oddawać chciało – nie powiem dziesięcinę, bo to już byłaby nadinterpretacja – siódemka jest ponoć magiczną liczbą podziału – dla lodu w wodzie i człowieka w czasie. Wodne stworzonka poczuły się poniekąd zagrożone, bo dla nich, zdarzenie było na miarę globalnego ochłodzenia, więc uciekały w panice. Cóż – nie każda rybka chce zostać gwiazdą w Auchan i prezentować swoje obnażone do trzewi wdzięki na lodowym łożu, pośród zachwytów lub pogardy zwiedzających przybytek. To i uciekły niebożęta gdzie pieprz rośnie, bo tam boska wściekłość sięgać nie raczyła łaskawie.

Żebyście widzieli jak pluł – istny cyrk, bo w tym lodzie białko się trafiało starożytne od czasu do czasu i zupełnie nie były to rodzynki, tylko kosmate, kudłate i szablozębne jednostki – coś, jakby człowiek usiłował zeżreć na surowo sześć małych leszczy zapakowanych w brzuszek pluszowego kiwaczka (razem z watą, czy czym tam ruscy wypełniają kiwaczki). Bez przypraw i ognia. Aż mnie kusiło napisać, że go jasny szlag trafił, ale się powstrzymałem przed niedorzecznością, bo od trafiania, to jest on, a co to jest ów „szlag”, to chyba nikt nie wie.

I taka właśnie kra stanęła mi przed oczami, a niebo zmroczniało, zgęstniało i nawet chciałem już wziąć sztućce i ukroić sobie kawalątek, kiedy przedarło się wreszcie słońce przez boską ekspresję i pomogło mu wylizać te lody. Pewnie po uszach dostał, że słodką wodę ze słoną pomieszał i teraz trzeba znaleźć bardzo specyficznego Kopciuszka, żeby to rozplątał, ale – bóg, to bóg i wiele mu wybaczyć trzeba, bo jeśli nie, to weźmie w rękę garść piorunów i poskromi wszystkie myśli buńczuczne i wykarczuje do białej kości, żeby ślad białka ożywionego nie pozostał w historii planety.

Rozejrzałem się wokół, a spoza okien dobiegł mnie odgłos „grzechotnika”. Tubylczego. Też gad, ale zupełnie innej konstrukcji – człekopodobny i mnogi. Grzechotnik grzechotał skrzynką płynów, obecnie dostępnych tylko dla zakurzonych Peseli i grzechotał wielopaszczą, z której wydobywał zbiorowe zadowolenie, a może nawet szczęście. Boski lód liznął odrobinkę opakowania, żeby dźwięk czysty niczym dzwon z syberyjskiej cerkwi pośrodku lutego wydobyć i odebrać zmysły, a przecież czerwiec dojrzały tak, że nawet aromat lipowy dla ochłody układa się gdzieś bliżej zarobaczonych piwnic i trzeba uklęknąć, żeby się nacieszyć pośród ambiwalentnych uczuć, bo w piwnicach dzieją się rzeczy dozwolone od lat osiemnastu, tylko aktorami są gryzonie. Perwersyjne nie są, bo zwierzęta nie znają tego słowa i wstyd jest im obcym uczuciem – kiedy się nauczą, staną się cywilizowaną rasą, którą będziemy szanować i akceptować, jak każdą inna mniejszość (w moim mieście podobno to jest przytłaczająca większość, która pozwala mi żyć w nieświadomości, za co jej serdecznie dziękuję i toast wzniosę bez mrugnięcia okiem). Nie podpowiem im, bo chyba są szczęśliwsze bez tego dylematu.

Kra. Ciężka, przytłaczająca, niewzruszona. Zimna. Krew zaczyna krzepnąć, oczy zamarzają i tylko patrzeć jak pękną. Ciało schładza się, całkiem podobnie do żeberek macerowanych w lodówce, zanim ogniem wypali się na nich cechę przydatności do spożycia. Wszędzie kra. Leżę, jakbym stanowił odpowiedź organizmu na łóżko fakira. Gęsia skórka stawia drobne i niewyczuwalne włoski na sztorc tak mocno, że zaczynam lewitować. Nade mną lewituje kołdra zachowująca odległość równą długości mojej nieuświadomionej (przeze mnie) sierści.

Otoczony jestem. Jakaś poboczna odnoga wiatru przedziera się do mnie prze zasieki sierści i szepcze słowa otuchy. Pieści marzenia bardzo rozbuchane. A tymczasem kra wokół i ocean już nie zlizuje nadmiaru a bóg od piorunów oślepiony słońcem schował się w cień, albo spać poszedł… Może się znudził, bo to z tymi bogami nie wiadomo – dla nich wszystko na świecie jest setną powtórką – tym Kevinem w domu, który świąteczne telewizory skaził wirusem powtarzalności do obrzydzenia.

Wreszcie budzik. Dzwoni tę swoją powtarzalność w dźwiękach, przy których szyby zaczynają wpadać w wibrację i trzeba pięścią dźwięk pacnąć przez łeb, żeby nie rozstrzelał szkła na drobnicę. Kra, pod wpływem mojej niefrasobliwości, zadrżała jak klacz po szczęśliwie ukończonej Wielkiej Pardubickiej i rozpłynęła się błogością po pościeli zabierając ze mnie sole mineralne, jakbym był Ciechocinkiem, czy Wielką Pieniawą z Polanicy. O Pieniawie Chopina wolę nie wspominać, bo to już nawet na mój egocentryzm ciut za wysokie progi nawet, jeśli lokalizacja wspomina wręcz oficjalnie o Dusznikach. Co dziwniejsze, kiedy mijałem miejskiego przewodnika, to usłyszałem, że Chopinowi z jego przypadłością zdrowotną źródło zaszkodziłoby raczej, niż pomogło – na szczęście on nie był zachłanny.

Wreszcie kołdra wypuszcza powietrze i opada, a ja wręcz przeciwnie i przez chwilę się szamoczemy wzajemnie. W końcu wygrywam. Padlinę rzucam na podłogę i patrzę jak skwierczy i dogorywa. Zdycha, ostatnim tchnieniem wypuszczając resztki powietrza, a ja, jak barbarzyńca, jak heros zwycięski, namaszczam ją majestatem, stawiam na niej nagą stopę Victorii… i tylko nie ma nikogo, żeby mi selfie trzasnął i napisał artykuł, że mnie przyłapał topless (w tym podłym języku raczej brzmiałoby to bardziej na kształt fullless), gdy słońce już wysoko – uprzedzam – ja również nie biorę jeńców i potrafię skraść każde show (bezprzedmiotowe zjawisko, trudne do ukradzenia nawet dla niejakiego Lupina. Ten show to jest zorganizowane, cyfrowe widzenie, zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, chociaż oficjalnie każdy się wypiera i nikt nie wie o co chodzi – zazwyczaj są to ekshibicjoniści poszukujący sławy – brakuje im odwagi, żeby stanąć nago przed kamerą, więc poszukują niebytu w bycie – przykładowo: szukają materiałów, które nie zasłaniają, ale są.

A ja przecież tak wstaję każdego dnia. I wiem, że materiał szarmancko nazywa się atmosfera, lub natura, ale podpowiadać nikomu nie będę – niech wszyscy dorastają w pokoju. Czasem przykrywam się aromatem kawy, czasem wilgocią utkaną z mgieł. Spoza okien zerkają drony drobiazgowo ucharakteryzowane na wróble - tak przekonująco udają oryginały, że wręcz idealnie. Nawet moja nieskończona podejrzliwość dorosła już do akceptacji podejrzenia, że mogą być prawdziwe – kotka na parapecie biczuje ściany i parska jawnie. Według niej są prawdziwe i nadają się na przekąskę, gdy zapowiada się pracowity dzień.

Kry nie ma już dawno. Ona tylko schłodziła procesor, pozwalając mu na ekscesy. A potem procesor zabłąkał się w kosmosie możliwości i urodził myśli, których zdrowy organizm nie miałby ochoty urodzić, bo nie po to został stworzony (to też jest nie do końca oczywiste i myśl wydaje się być sztampą, wytrychem, który uzasadnia każda nieudolność i niedomaganie. Brak tolerancji i zrozumienia, ograniczenia i to wszystko, co można powiedzieć samemu sobie, kiedy nikt nie słyszy, bo wtedy wstyd ma amplitudę mniejszą niż zawał serca).

piątek, 8 czerwca 2018

Tatar - pod twoim wpływem.


Drapiesz. Mocno i do krwi. Nie ma w tobie wątpliwości i strachu o jutro. Dziś nie boisz się niczego. I nikogo. Sądu boskiego ani kodeksów karnych, wymyślonych aby ochronić słabszych. Dziś jesteś mocna. W słowach, którymi potrafisz przegryźć najwytrzymalszą tętnicę, wyrwać serce z wciąż żywego organizmu i zjeść je na surowo, zanim drgawki przedśmiertne zaczną tańczyć po organizmie już nieżyjącym, zanim moja świadomość odpowie „smacznego”.

Patrzę kwadratowymi oczyma i nie bronię się nawet. Widzę, że gęstymi łzami schładzasz organizm, żeby nie eksplodował, a słowami chłoszczesz mnie tak, jakbyś miała zamiar pokroić moją duszę na przeźroczyste plasterki. Potrafisz to robić i wiesz o tym. Doskonale sobie radzisz z wbijaniem szpilek, choćby były większe od nowojorskich drapaczy chmur, od katarskich hoteli…

Nie potrafię się ciebie bać, ale wytaczasz tak ciężką artylerię, że drżę pod ciosami. Interpretujesz. Mnie i moje zamiary, moją nieodpowiedzialność i każdy krok, którym wykazałem się w przeszłości. Albo nie wykazałem się. Masz rację i wiesz o tym. Widzisz, bo przecież bombardujesz mnie bardziej, niż alianci Drezno podczas wojennego odwetu. Próbujesz mnie zniszczyć, wypalić do białej kości moje o mnie mniemanie i odebrać nadzieję, że dysponuję wartością jakąkolwiek.

Stoję w świetle reflektorów twojej skondensowanej nienawiści i krucze słowa wydziobują spod skóry żywe mięso. Płaczemy już razem, a ty maltretujesz mnie usiłując posiekać na tatara, wcierając w żywe mięso cebulę, sól i pieprz, polewając octem winnym, widelcem na wylot napowietrzając miazgę. Czekam, aż okryjesz mnie żółtkiem, żebym ostygł pod sztuczną skórą, ale ty dopiero się rozgrzewasz.

Chlastasz słowami nie dbając o własne struny głosowe, którymi ciąć już można diamenty. Drzwiami trzaskasz i widzę, jak mleczna szyba ocieka jadem, filtrując co celniejsze zarzuty, żebym mógł przeżyć. Głos nie daje rady kontynuować ostrzału i szlochasz już, skowyczysz, spazmatycznie szukasz powietrza, które płaskie i ma zbyt mało wymiarów, aby mogło ciebie przytulić i dać namiastkę spokoju.

Ja gryzę palce, wargi gryzę i własne zęby zjadam, fizycznie słysząc jak szkliwo pęka od nacisku. W żółtej ścianie ryję krwawe bruzdy. Pazurami, które łamią się i plamią, ale obiecałem sobie, że wytrzymam jeszcze ten jeden raz, że nie wybuchnę, nie odpowiem, nie dam powodu do powtórki. Nie wolno. Mi nie wolno, bo jeśli to zrobię jutrzejsze MY będzie szyderstwem z rzeczywistości. Tylko nie patrz proszę na moje dłonie jutro, bo będą pokancerowane. Paznokcie połamane, bruzdy od zębów jeszcze się nie zasklepią, a kostki stłuczone, zastrupieszałe wygoją się w dwa tygodnie być może. Wiesz? Wybieram tę ścianę, która może nie zdradzi mnie echem, może jej nie usłyszysz. A łzy chowam w prześcieradło. Rano, zanim się obudzisz, włożę do pralki, żebyś nie widziała nawet. Bo nie ja jestem ważny, tylko ty. I chociaż mówię sobie, że to ostatni raz, to kłamię - wytrzymam następny i kolejne i prędzej oczy sobie wydrapię niż pozwolę sobie na reakcję.

Krzyczysz. Rozstrzeliwujesz niebo poza zasięg wzroku, a betonowa klatka maleńkiego pokoju powiela dźwięki basowym echem, chociaż twoje obelgi sięgają wysokiego C. Wypomniałaś mi już wszystko, łącznie z rajem utraconym przeze mnie osobiście. Szyby wpadają w rezonans z twoim serduszkiem, które pulsuje taktem wściekłości i gotowe odkryć, wyszukać kruchość szkła i rozprysnąć je miliardem szklanych igieł, które ugodzą każdego w zasięgu słuchu. Wszystkich, bez względu na płeć, wiek i wyznanie. Do żywego. Igły zatrute kurarą aż po bełty.

Jesteś silna. Możesz to zrobić i robisz to. Jesteś słaba. Robisz to, bo tylko krzykiem potrafisz szukać. Chociaż nie masz w sobie miejsca na żadną odpowiedź, to krzyczysz własną niemoc i niezgodę. Wołasz o pomoc, a ja nie wiem jak. Nie potrafię pomóc, nie potrafię… Nawet pytanie nie zawsze potrafię rozszyfrować pośród erupcji emocji, którym pozwoliłaś dojrzeć gdzieś wewnątrz siebie, gdy wreszcie ciśnienie zerwało więzi, kagańce i łańcuchy, żeby wytrysnąć żarliwie, bezwstydnie i niepohamowanie. Uderzyć. We mnie. Twoim lękiem, strachem i niepewnością.

Wiesz? Bo ja wiem. Jedno wiem. Strachów nosisz w sobie więcej, niż gotowa jesteś się przyznać. I tylko u mnie ów strach potrafisz opowiedzieć. Krzykiem. Takim, który zabiłby, gdybyś w inną stronę go skierowała. Chociaż nie rozumiesz, to wiesz, że możesz. Do mnie możesz, bo nie postawię lustra pomiędzy nami. Nigdy nie odbiję nienawiści, nie zwielokrotnię odzewu. Stanę nagi z otwartymi ramionami i czekać będę aż przyjdziesz. Aż ostygniesz. Aż zaczniesz szukać zrozumienia i zdobędziesz się na pierwsze wyszeptane „dlaczego”. Będziemy płakać, a ja zrobię ci herbatę, kiedy już mnie wypuścisz z objęć i zaśniemy wtuleni w siebie, jakby świat składał się z nas tylko, a jutro będziemy się przepraszać, scałowywać sól z policzków i szukać się wzajemnie, żeby całym ciałem powiedzieć – przepraszam za wczoraj. za emocje... Ale przecież... Życie bez nich takie jałowe... Niedoprawione...

czwartek, 7 czerwca 2018

Wreszcie o seksie...


Spod motocyklowego kasku wystawał warkocz. Gruby i długi, spleciony lekceważąco słabo. Włosy koloru siana zafarbowane miejscami na płowiejący róż, na czarnej, skórzanej kurtce odcinały się doskonale. Pani miała na nogach trampki – może jechała na mecz? Kolarze w letnich sukienkach część uwagi poświęcali na troskę o skraje materiału, żeby się nie uniosły znienacka i z tego powodu przemieszczają się dość wolno i ostrożnie. Festiwal urody w rynkowych przestrzeniach zachwyca rozmaitością. Pani, której zwieńczenie mogłem obejrzeć dopiero zadzierając głowę miała pas z wielką klamrą w kształcie czaszki. Pas podtrzymywał czarną minispódniczkę i usiłował w jakimś stopniu przekierować męskie spojrzenia od czarno okrytych piersi. Do tego czarne kabaretki, czarne podkolanówki i czarne buty z wysoko uniesioną piętą – niechybnie czarna mamba, która w czarnych włosach miąła wycięte do gołej skóry trójkąty nad uszami. Wycieczki identyfikowalne za pośrednictwem kolorowych chust biegają z dziecinną beztroską powodując dyskomfort starszych. Pani w japonkach i kapeluszu przytulała się do wentylatora dopiero co kupionego, jakiś wilczur poczuł zew natury i usiłował wymusić rozmnażanie na suczce tak małej, że umykała mu pomiędzy nogami swobodnie. Zdążyłem jeszcze zauważyć, że został schwytany zanim skonsumował przygodną miłość. I tylko ślina mu ciekła z wywieszonego na darmo jęzora. Suczka dyszała ciężko po wielkiej ucieczce, ale zapewne wzdychała z ulgą, bo to nie jej rozmiar gatunkowy. Na środku chodnika leżała prezerwatywa w cytrynowym kolorze i najwyraźniej używana. Najwyraźniej siła namiętności wygrała z cywilizacyjnymi skrupułami. Wolałem nie pozwolić myślom zbyt długo drążyć tematu, bo skala perwersji skołtunionej wyobraźni mogłaby wprawić mnie samego w zakłopotanie. Szczególnie, kiedy odpowiedziałbym sobie na ulubione pytanie:
- Co się musiało stać, żeby na środku chodnika pojawiła się zużyta prezerwatywa? Ba! Nie-byle-jaka – ŻÓŁTA!

środa, 6 czerwca 2018

Monolog z obeliskiem.


Widziałem ciebie. Przedwczoraj widziałem, ale podchodzić nie chciałem. Ani wspominać o tym widzeniu wcześniej, żebyś się nie obawiała, żebyś nie ukryła się w ciemnej szafie, czy pod schodami, drżąca, skulona i z obłędem w oczach, że mimo twoich wysiłków ktoś zauważył twoją obecność. Teraz, gdy minęła chwila może zaufasz mi, że nie chcę zdradzić się z twoją obecnością pośród ludzi, że ta informacja nie wypłynie i nie dotrze do złowrogich uszu i nie spowoduje następstw katastrofalnych.

Stałaś wystraszona i rozglądałaś się z niepokojem, pośród ludzi zbyt wielu i za bardzo obcych. Chociaż rozum mówi, że obcy pośród tłumu krzywdy raczej ci nie zrobi, to jednak stałaś w postawie obronnej i rozglądałaś się z niepokojem, gotowa krzykiem zareagować, gdyby ktoś naruszył twoją strefę intymności. Z boku, w cieniu i przy ścianie piaskowcem wyłożonej, żeby mieć zaplecze bezpieczne. Żeby nikt nie podszedł znienacka i nie schwytał cię za ramię, czy pośladki.

Tabuny młodocianych wycieczek kłębiły się w słońcu i opanowywały oś deptaka hałaśliwie i arogancko. Królowie życia rywalizowali z księżniczkami jednonocnymi, z pychą na obcasach i wiadrami mięśni polerowanymi na siłowniach. Tumult hormonów przepychających się do życia na witrynach, na stronach głównych i pierwszych pozycjach wyszukiwarek.

Pośród tej autopromocji zuchwałej, wyszczekanej i głodnej zauważenia, stałaś ty, starając się wtopić w cień fasady i pozostać niewidzialną. Nawet ubrana byłaś w popiele, czernie i szarości. Zupełnie jak cień gęsty i bezduszny. Na żadną spódniczkę, czy dekolty nie odważyłaś się, chociaż słońce potrafiło rozebrać najbardziej konserwatywne starsze panie przyzwyczajone do dzierganych na drutach beretów i własnych kolan czołobitnie penetrujących posadzki licznych kościołów.

Wiem, że się nie przyznasz, ale włosy ścięłaś krótko, na ciemnego, gęstego jeża. W dwa palce miałbym kłopot jeden włos złapać, a gdybym trzy dni z rzędu się nie ogolił, zapewne osiągnąłbym zarost bardziej rozpasany.

Parada japońskich, a później niemieckich emerytów, z głowami schowanymi w wizjery kamer, albo w szczytowe fragmenty elewacji, przeszła szczebiocząc zachwyty i palcami wskazując co bardziej wyszukane detale. Przemknęły młode miłości, nietrwałe, fałszywe, układy biznesowe, przyjaźnie pomimo wszystko i światu na przekór, ekonomicznie wynegocjowane ekstazy z dostawą pod wskazany adres, damsko-żeńskie przytulanki i pocałunki zbyt odważne na szkolną przyjaźń, psy, pisklęta ludzkie wszelkich maści, laseczki obciągnięte bielą lakieru, albo zasuszone w bambusowej sztywności, wózki nie raczące pisnąć nawet nieśmiało mijały cię bez echa, choć w środku grzechotało niemowlęce szczęście i ciekawością własną rozczulało dorosłości, które już zapomniały, że świat jest niezwykłością.

Stałaś jak pomnik trwogi. Spłoszona ciałem i umysłem, pełna bojaźni – nie bożej absolutnie. Ty… bałaś się ludzi. Nie... Nie ludzi – ty się bałaś męskiej niegodziwości. Musiała minąć chwila, żebym to dostrzegł, że twoje ciało napina się mocniej, że na wydechu usiłujesz ukryć piersi pod żebrami, żeby nie wystawały ani odrobinę, żeby się skurczyły i schowały w klatkę żeber i otuliły serce tłukące się w panice, kiedy mija cię choćby niedojrzały testosteron.

Skamieniałem z niedowierzania, jednak coś we mnie trzymało mnie za kostki i odradzało ruch w twoją stronę, przekonując, że doprowadzę do paroksyzmu lęków, kiedy tylko dostrzeżesz mój zamiar. A dostrzeżesz natychmiast, bo lękiem spacyfikowałaś już przestrzeń wokół siebie lepiej, niż ta pani skąpana w kwiatowych perfumach, żeby unicestwić każdą zewnętrzną woń i smak.

Nie wiem, czy to talent jest, czy upośledzenie, jednak widziałem, jak tężeją ci łydki, kiedy przebiegał obok chłopczyk, któremu wiatr porwał z dłoni balonik, ale ty już wiedziałaś, że za nim w pościg ruszy dorosły samiec, więc sparaliżowana trwałaś jak granitowy obelisk i nawet oddychać nie chciałaś, żeby nie zarazić się męskim aromatem.

Powiedz mi proszę. Nie dzisiaj, nie jutro – kiedykolwiek mi powiedz – jak długo żyjesz w ciemnej szafie? Dlaczego? Czemu włosy ścięłaś i starasz się zostać mgłą, którą minie każde życzliwe zainteresowanie? Skąd aż tyle niewiary? Jak wielką musiała być krzywda, żeby mięśnie instynktownie reagowały na samo domniemanie? Kto złamał delikatność i zaufanie do świata? Nie chowaj po kieszeniach ogryzionych paznokci, spierzchniętych ust nie powstrzymuj od mówienia.

Jeśli masz kłamać, to nie mów wcale – ta fryzura nie była demonstracją siły. To był akt rozpaczy. Schowałaś się we wrogim obozie, żeby przetrwać, bo pod latarnią najciemniej. Schowałaś się, jak drzewo w lesie. Strój był kamuflażem i nawet nie udaję, że potrafię wyobrazić sobie, jak wiele czasu spędziłaś przed lustrem, żeby osiągnąć taką niepozorność.

Stałaś tam… W cieniu… Wystraszona, ale przecież wyszłaś wreszcie z szafy… Tej jedynej, której ufasz… Widziałem ciebie, jak drobisz w miejscu kroczki w miękkim obuwiu, żeby uciec, gdyby twoja ekstrawagancja miała eksplodować strachem, a nogi dojrzały do ucieczki. Potrafisz biec? Krzyczeć? Bronić się? Oboje wiemy, że nie… Ale nie bój się – nie powiem nikomu…

wtorek, 5 czerwca 2018

Bo chłopom, to jedno w głowie.


Pani z wyzwolonym biustem popatrzyła na mnie z dumą i uśmiechnęła się, więc odwdzięczyłem się jej nawzajemnie. Inna nie miała czasu na miłe gesty, gdyż spieszyła się bardzo. Wbrew pozorom jej biust nie falował swobodnie, gdyż rytm narzucony krokami przy pierwszym zaburzeniu synchronizacji mógł spowodować katastrofę obyczajową. Inna miała pod biustem tatuaż wyglądający jak starodawny żyrandol i bardzo się nim chciała pochwalić, jednak ta akurat ze staniczka nie zrezygnowała. A generalizując, to chyba najłatwiej jest porzucić czarny – przynajmniej tak podejrzewam wnioskując po zewnętrznym wystroju, na którego porzucenie odwagi brakło. Sukienki białe, czarne i czerwone powiewały na deptakach, kapelusze wycinały przeciwsłoneczne kręgi w przestrzeni, rondami ocieniając coś więcej niż tylko głowy. Wachlarze sprokurowane z dosłownie wszystkiego mieliły powietrze, a nogi pobladłe minionym, słonecznym deficytem świeciły się z każdego deptaka. Brodaty tatuś spętał dredy paskiem, żeby w tłumie turystów nie zaczepiać nimi o pamiątki, czy butelki z wodą mineralną. Zadziwiająca niekonsekwencja, ponieważ roztrącał ich wózkiem, promenując pomiędzy nimi bez cienia nienawiści. Bielusieńki wąsacz tłumaczył coś babuleńce o namalowanych rumieńcach, biznesmeni zdejmowali marynarki, a ja patrzyłem jak w ekspresowym tempie wysychają na słońcu ich koszule, tworząc słone obrazy na kształt kręgów malachitowych, bądź agatowych. Dzieciarnia radośnie okupowała fontanny, biało-rudy kundel zignorował nawoływania właściciela – wolał zostać w cieniu, niż spacerować po zakurzonym podwórzu, zrezygnowany facet łapczywie osuszał pancerne piwo, żeby nie zdążyło się ugotować, zanim osiądzie w punkcie docelowym. Lipy wyperfumowały całe ulice, katalpy kwitną znacznie dyskretniej, kawiarniane ogródki wypełniają się spragnionymi, a galerie pęcznieją od tabunów szukających uroku klimatyzacji.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Podnóżek.


Wolno mi klęczeć. Przed tobą. I zachwycać się bezgranicznie. Byle nie z ciekawością, bo to już byłoby wykroczenie warte co najmniej połajanki i słownej chłosty. Widziałem, choć przyznać się nie zamierzam, że prowokujesz z premedytacją. Gdzieś spłynie ci ramiączko ubogiej w materiał bluzeczki, skraj spódniczki „niechcący” zaczepi o mebel. Albo wędrujesz bosą stopą do garderoby ubrana w kąpielowy ręcznik, żeby w nieskończoności wieszaków znaleźć kreację, którą świat oszołomisz właśnie dziś, a w moich oczach szukasz potwierdzenia, jak bardzo.

Czasem zapięcie ręcznika nie uniesie twojej bliskości i rozchyli ramiona, żeby popełnić samobójstwo i do stóp twoich nienagannych się rzuci, żeby je pieścić miękkością. A ja ślinę łykam oślepiony bielą pośladków i kształtem idealnym. Ręce mi drżą, kiedy usiłuję powstrzymywać własną nikczemną posturę przed jawnym, choć nieuniknionym pożądaniem, a ty niepostrzeżenie sprawdzasz w zwierciadle, czy skamlę wystarczająco uniżenie. Czy mój zachwyt nadąża za twoją potrzebą adoracji. Oczywiście nie, więc później obdarzasz mnie komentarzem, od którego pies podkuliłby ogon i wybrał bezpańskość głodną i niepewną.

Jemu wolno. Ja z kolan wstaję tylko wtedy, kiedy żarówkę trzeba wymienić, albo firany zawiesić. Nawet herbatę parzę dla ciebie nie wstając z kolan, bo uwielbiasz widzieć mój garb zgięty, żebyś mogła przy minimalnym wysiłku kopnąć mnie od niechcenia jak padlinę, paproch w chodniku zapodziany, gdzie popadnie. Później klniesz, że kościsty jestem i skórę ci uszkadzam kiedy mnie kopiesz, a ja nie potrafię być bardziej miękki. Gdybym nawet miał komu opowiedzieć, jak wtedy klniesz – nie uwierzyłby mi nikt, bo pomysłowością zawstydziłabyś marynarzy latami szlifujących obelgi i wymieniających się doświadczeniem starym jak potrzeba żeglowania.

Kładziesz stopy na moich plecach i książkę czytasz, pijąc herbatę, którą przygotowałem. Czasem próbujesz piętą odsunąć mój kręgosłup poza achillesy profilujące twoje stopy, czasem wyślesz mnie żebym okno uchylił, albo przyniósł owoc, lub słodycze. Czasem zażądasz, abym aportował łyżeczkę, bo bawi cię upokarzanie mnie i zerkasz spod wypielęgnowanych rzęs, czy udało ci się złamać we mnie wszystko, co nie jest zachwytem bezgranicznym, czy wreszcie stałem się pomiotłem idealnym.

Choć oboje wiemy, że to niemożliwe, to jednak sprawdzasz, czy istnieje w tobie granica satysfakcjonującej hegemonii i czy jesteś w stanie ją zmiażdżyć. Dlatego insynuujesz, napierasz, wymagasz i drążysz ilekroć znajdziesz we mnie domniemanie buntu, bólu, czy protestu. Potrafisz wynaleźć we mnie wady w każdym calu mojego nikczemnego jestestwa, opluć z jawną pogardą słowa i gesty, chociaż ja już dawno stałem się niemową, a gestykulację ograniczyłem do fizjologii i realizacji poleceń. Nawet kuchenna ścierka zachowuje się swobodniej, bo czasami podryguje na wietrze, kiedy moja niedoskonałość nie zdąży okien pozamykać.

Straciłem wiarę już tak dawno, że nawet nie potrafię określić kiedy. Wiarę, że istnieje kres twojej woli i chęci sprawienia nam niespodzianki. Poszukiwań upokorzenia sięgającego ponad moją miarę, czegoś, co zgwałci mnie i pozbawi tchu. Co mnie nie zabije, lecz doprowadzi do konwulsji, opęta, pochłonie i stanę się twoim organem zewnętrznym, reagującym na wszystko, co wokół - zgodnie z twoją nieuświadomioną potrzebą, niczym tarcza wysuszoną skórą kryta, aby zasłonić przed ciosem twoją cielesność.

Jestem zabawką, która ma dostarczyć tobie rozrywki. Niewolnikiem opętanym, pokornym i z wolą zdeformowaną, a może nawet złamaną bezpowrotnie. Tym, który zanim zapyta o zasadność, wykona życzenie, rozkaz, choćby był najzuchwalszy i obrazoburczy. Jak przedłużenie twojego systemu nerwowego, zbrojne ramię, lennik bez praw i wyboru… Herbatę pijesz, kiedy klęczę… I stopy na moim grzbiecie trzymasz, żeby nie zmarzły na marmurowej posadzce… kątem ucha słyszę, jak upuszczasz srebrną łyżeczkę dźwięczącą pośród podłogi zanurzonej w chłodzie poranka. Nie merdam, żebyś nie poskromiła mojej pochopności. Żebyś mnie nie kopnęła. Czekam na rozkaz… Na kopniaka i pogardę. Gdzieś za mną stygnie twoja łyżeczka… A w twojej głowie dojrzewają świeżutkie chcenia. Wiem… Pies Pawłowa też wiedział – i co z tego?

Jeden jest i przed nim żadnego – bóg, a konkretnie bogini. Za nią rozsypane po wszechświecie przykazania do których dorosnąć nie zdołam, wobec których karłem niedoskonałym będę bezapelacyjnie. Grzeję się w cieniu majestatu, który osobiście herbatę pije i stopami wytyka moim plecom ich krnąbrność. Gówniarz, który nawet ambrozji przygotować nie potrafi…

niedziela, 3 czerwca 2018

Patchwork.


Zszywam, chociaż szyć nie potrafię, a ty dajesz mi kawałeczki tak małe, że muszę wytężać zmysły, żeby nie pogubić. Ofiarowujesz mi fragmenty i detale istnienia. Nie mojego, lecz twojego. Takiego, którego nie zna nikt poza tobą. A teraz wkładasz je w moje ręce powolutku i ostrożnie. Ze wstydem, który każe ci schować oczy gdzieś w zagłębienie mojego obojczyka. Czuję, jak dołek wilgotnieje i napełnia się łzami podobnymi do tych, o których dopiero co wspominałaś, że je w poduszkę upychałaś ciemną nocą, kiedy gryzłaś palce tak mocno, by później chować dłonie po kieszeniach, żeby się nie tłumaczyć.

Opowiadasz kolejną historię. Krótką, dawną, może nieco wyblakłą, albo podkolorowaną za mocno. Twój szept rozpływa się po mojej szyi i drażni ciepłem delikatną skórę tuż za uchem – jakby to był niesforny kosmyk włosów, albo język sprawdzający, czy uda się mu skierować mnie na ścieżki erotycznych doznań. Kolejna drobniuteńka opowieść otula mnie intymnością i ciepłem jeszcze nie uszytej kołdry, pod którą ukryć się damy radę we dwoje, jeśli poradzę sobie z jej szyciem, a ty znajdziesz wystarczająco dużo treści. Nie spieszmy się, niech będzie nam schronieniem, gdy wszystko inne zawiedzie.

Jeszcze jedna łatka sfruwa zawstydzona z twoich ust, a ja biorę twoją twarz w dłonie, bo chcę widzieć, jak słowa splatasz w całość niedoskonałą, niepełną i połataną nadziejami. Zanim opowieść skrystalizuje we mnie zrozumieniem widzę, jak drżą ci wargi, jak oczy patrzą z obawą, czy nie znajdą we mnie pogardy. Uczuć zimnych i bezwzględnych. A ja tak bardzo lubię patrzeć, kiedy w oczach zasnutych mgłami wspomnień przepływają jesienne poranki, czy zimowe wieczory, ludzie, których nie poznam już nigdy, albo ci, którzy zdarzyć się jeszcze mogą.

Patrzę z zachwytem, jak twoja twarz oplata się pajęczyną rozkojarzonych nerwów chcących wypłynąć na policzki skomplikowanym labiryntem. Słucham oddechu, w którym wciąż jeszcze żyje historia. Całą ciebie słucham; stworzoną z tych drobnych zauważeń, spostrzeżeń i nieistotności. Gdyby nie one, byłabyś dzisiaj innym człowiekiem. Albo w ogóle nie byłoby ciebie.

Opierasz dłoń na mojej piersi, jakbyś chciała rytm słów dostosować do rytmu mojego serca, lecz ono rozgrzane miękką czułością przyspiesza i szuka twojego towarzystwa szamocząc się i tłukąc. Nie umiem się bronić przed twoją dłonią, więc pozwalam jej leżeć i tylko się uśmiecham, kiedy skóra naszych ciał wymienia się gorącą wilgocią, a we mnie gaśnie zrozumienie słów…

Na dziś koniec szycia, bo dłonie drżą mi zbyt mocno i szukają ciebie, a uszy straciły się w zmysłach nienazwanych i słyszą już tak niewiele. Zasnułaś mi wolę i oczy obrazem, który gardzi słowami. Jutro znów posłucham, doszyję kolejne łatki, a dzisiaj niech się wypełni historią, którą warto milczeć we dwoje, aby wspomnienie nabierało wykwintnego smaku, zamiast bieżącej pobieżności. Zaszyjmy się po głowy w tej niedokończonej kołdrze, żeby się już oswajała z nami.

piątek, 1 czerwca 2018

Dyfuzja.


Słońce bez litości obnaża bladość ciał i pastwi się demokratycznie - nad wszystkimi. Siwowłosa pani wyciera szyjkę plastikowej butelki, żeby zaczerpnąć choć łyk wody niegazowanej i ciepłej, a woda ledwie przykrywa dno ćwierćlitrowego opakowania. Wiekowy pan zamiast wąsów nosi zmarszczki wystarczająco bogate, żeby skutecznie imitować. Cierpliwie czeka w pełnym słońcu na swoją panią, by dopiero dwukrokiem przejść jezdnię i oddać się w dłonie cienia. Pies marki labrador wdzięcznie klimatyzuje się w naukowej księgarni, a mądrość pobiera taktując rzeczywistość ogonem z szybkostrzelnością na poziomie 2-3 Hertzów. Gdyby dać mu jeszcze chwilę doktoryzowałby się zapewne z jakiejś oryginalnej dyscypliny.  Tymczasem dosłownie w nosie ma zakazy i ostrzeżenia, że lody i ogony wstępu nie mają, kiedy usiłuje wymienić się ciepłem z podłogą. On już wie, że ciepło jest najbardziej leniwą formą energii i słabo się wchłania.
Pani w pomarańczowej bluzeczce usiłuje się nie pocić i na dobre jej to nie wychodzi, bo gubi radość własną i pogrąża się w zniechęcenie, bobasek z wnętrza wózeczka grucha w najlepsze zapraszając świat cały. Panie obficiej wyposażone na stałe mijają te, których obfitość jest chwilowa, na pojedyncze miesiące – jedne i drugie potrafią uśmiechem obłaskawić otoczenie. Nieostrożność młodości pozwala życiu napiętnować łydkę siniaczkiem marki NIKE, kolejnej tuż nad kostką otwiera cudzysłów, a chociaż niezwykle oszczędnie ubrana owa młodość, to przecież końca cudzysłowu nie dostrzegłem. Widać myśl tajna i intymna wygrawerowała się chwilowo na tym mało używanym ciele.
Mijam lokalną księżniczkę reprezentującą zbiór niedopracowań misternie wyknutych z biedy, chcenia i pychy – troszkę jakości zabrakło, ekonomicznej rozpusty trwającej choć siedem pokoleń, smaku, gustu, wyrafinowania, wyobraźni, ale przecież… Cała reszta już wielkopańska! I działa! Na lokalsów, którzy co prawda nie bardzo przypominają książęta – ale – jaka księżniczka, tacy książęta. Ta akurat na brak zachwytu narzekać nie może, więc słusznie podejmuje wyzwania i śledzi ploteczki z wielkiego świata – odtwarzając w secondhandach podejrzane barwy, czy światowe kroje. Ba! Gesty i pozy!
Zostawiam na chodniku kilka kropel soli mineralnych, reszta zastyga na mnie powodując pewną sztywność ruchów. Płynę i krystalizuję jednocześnie. Wykruszam się. Ale to poza wolą, bo pragnieniem już zahaczyłem o własną łazienkę, żeby zacumować i zmyć z siebie przedpołudnie. Nie bezpowrotnie – aż takim pyszałkiem nie jestem. Zmyć, do obiadu niechby. Ale nie wyrzec się wcale. Ciepło wślizguje mi się pod pachy i w bieliznę. Liże mnie i nawet nie musi nic mówić – wzięło mnie. Dopadło i nie puści, choćbym je zimnym strumieniem chciał zlinczować. Wróci jak stado hien głodnych w obliczu krwawiącego organizmu. Wszystko jest kwestią cierpliwości. Zza ucha spływa kolejna sugestia osiadając w podobojczykowym dołku.